Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Looney Tunes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Looney Tunes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2020

Historia żółtych rękawiczek

fragment grafiki promocyjnej


Osoby czytające Mistycyzm Popkulturowy dłużej niż kilka lat (pozdrawiam!) pamiętają zapewne fazę, gdy bardzo dużo pisałem na blogu o klasycznej animacji ze studia Warner Bros. Długie posty o historii pierwszej postaci ze stajni Looney Tunes, geneza Prosiaka Porky’ego, Kaczora Daffy’ego, początek kariery Texa Avery’ego… Przez długi czas była to jedna z moich największych popkulturowych fascynacji. Później moje zainteresowania – jak to zwykle bywa – zaczęły zmierzać w nieco innych kierunkach, ale i tak Zwariowane Melodie oraz pokrewne animacje do dziś mają dla siebie specjalne miejsce w moim sercu. Dlatego bardzo ucieszyłem się na wieść o tym, że po latach spychania ikonicznych postaci studia Warner Bros. na boczny tor (kilka ostatnich seriali animowanych ze świata Looney Tunes wyprodukował Cartoon Network) producenci postanowili na nowo rozruszać tę zakurzoną markę. W dwa tysiące osiemnastym roku zamówili tysiąc minut jakościowej animacji tworzonej przez najlepszych animatorów w branży. Nowe animacje w treści i formie możliwie mocno zbliżone są do złotej ery Looney Tunes, gdy przy kreskówkach pracowały takie legendy przemysłu jak Chuck Jones, Bob Clampett czy Mel Blanc.

Póki co światło dzienne ujrzały – nie licząc zamkniętych pokazów na festiwalach – dwie krótkometrażówki z tego worka. Pierwszą z nich jest Dynamite Dance, króciutka etiuda opowiadająca o bardzo standardowym pościgu Elmera za Bugsem. Druga to Pest Coaster, równie klasyczna w swej konstrukcji historia Bugsa w wesołym miasteczku. W chwili publikacji tej notki obie animacje można legalnie i za darmo obejrzeć na YouTube, na oficjalnych kanałach studia animacyjnego WB. Obie są też absolutnie znakomite. Ich twórcy włożyli wiele wysiłku w to, by za pomocą nowoczesnych narzędzi graficznych stworzyć animację w możliwie największym stopniu przypominającą tę z dawnych lat. Ręcznie malowane tła, bardzo płynna i wyrazista ekspresja postaci, starannie odzwierciedlone, nieuproszczone projekty postaci, żółte rękawiczki Bugsa… zaraz, jakie rękawiczki?

To często była pierwsza reakcja osób, którym podsyłałem linki do tych nowych produkcji. Wszystko wygląda naprawdę świetnie, tylko… czemu Królik Bugs ma żółte rękawiczki? Przecież klasyczny, najbardziej rozpoznawalny projekt tej postaci nie posiada tego typu udziwnienia. Bugs zawsze miał białe rękawiczki… prawda? Istotnie, jeśli wrócimy do absolutnego kanonu animacji z tym bohaterem – What’s Opera, Doc?, Rabbit Fire, Long-Haired Hare, Who Framed Roger Rabbit czy nawet Space Jam – Bugs konsekwentnie używa śnieżnobiałych rękawiczek. Czemu więc twórcy najnowszych kreskówek, którzy włożyli tyle wysiłku w wierne odwzorowanie klimatu klasycznych animacji Looney Tunes w tym jednym wypadku dali ciała? Odpowiedź na to pytanie jest na tyle interesująca, że postanowiłem poświęcić jej całą blognotkę i przy okazji rozruszać nieco moje mięśnie animacyjnego nerda.

Żeby znaleźć odpowiedź na to pytanie, musimy najpierw przyjrzeć się genezie Bugsa. Historii, która stała za powstaniem takich postaci jak Bosko, Daffy i Porky poświęciłem długie i wnikliwe blognotki, jednak dla największej gwiazdy ze stajni Looney Tunes nigdy tego nie zrobiłem. Czemu? Ponieważ – w przeciwieństwie do wymienionych wyżej postaci – dokładna geneza Królika Bugsa jest… szalenie skomplikowaną sprawą wymagającą dogłębnego researchu, na który ani wtedy ani teraz nie mam sił i zasobów. Widzicie, na ogół w takich sytuacjach sprawa jest stosunkowo prosta. Jakiś animator wymyślał postać, umieszczał ją w kreskówce, widzowie pozytywnie reagowali na ten debiut, więc ten sam animator (albo jego koledzy ze studia produkcyjnego, jeśli sam twórca nie był zainteresowany) tworzyli kolejne kreskówki z tym bohaterem. Po drodze postać często przechodziła jakieś drobne korekty projektu, dostawała stałego aktora głosowego (czyt. Mel Blanc wymyśla dla niej nowy, indywidualny głos) i tak oto dostajemy kolejną ikonę z bogatego panteonu Zwariowanych Melodii.

Z Bugsem sprawa była o wiele bardziej skomplikowana. Już sam jego najwcześniejszy prototyp – bezimienny królik z kreskówki Porky’s Hare Hunt z 1938 roku – był rezultatem burzy mózgów czterech albo pięciu artystów wymieniających się pomysłami. Co więcej, Porky’s Hare Hunt był bardzo wiernym rimejkiem wyprodukowanej jakiś rok wcześniej Porky’s Duck Hunt, w której to krótkometrażówce zadebiutował… Daffy. A zatem – prototyp Bugsa (o roboczym imieniu Happy Rabbit) powstał za sprawą grupy artystów wzorujących się na wczesnej inkarnacji Kaczora Daffy’ego. A to dopiero początek zamieszania. Happy zarówno w wyglądzie jak i charakterze drastycznie różnił się od znanego nam dzisiaj Bugsa. Proporcje jego ciała były znacznie bliższe prawdziwemu królikowi, był znacznie bardziej agresywny i antagonistycznie nastawiony do przeciwnika, a jego głos przypominał raczej Woody’ego Woodpeckera niż rozpoznawalny na pierwszy rzut ucha zawadiacki, brooklyński zaciąg Bugsa.

Happy powrócił w wyprodukowanym rok później Prest-O Change-O w reżyserii Chucka Jonesa. Jones nie zrobił – póki co – z postacią królika niczego rewolucyjnego. Jego inkarnacja Happy’ego była zimnym sadystą w stylu wielu animowanych postaci z tamtego okresu, zanoszącym się wysokim, przeszywającym śmiechem i płatającym często bardzo okrutne figle dwóm psiakom. Co ciekawe, korzystał przy tym z magii – fabularnie był bowiem królikiem należącym do prestidigitatora, który wykorzystywał go najpewniej w charakterze rekwizytu w słynnej sztuczce z cylindrem.

W tym samym roku kolejną kreskówkę o króliku, Hare-um Scare-um, stworzyli twórcy filmu, w którym zadebiutował – storyboardzista Ben „Bugs” Hardaway oraz animator Cal Dalton. W toku produkcji królik przypadkiem dostał w końcu swoje prawdziwe imię, choć tym razem nie zostało ono jeszcze oficjalnie użyte. Wiodący animator tej krótkometrażówki narysował bowiem postać królika i podpisał ją jako „Bugs’ Bunny” („Królik Bugsa” – czyli królik Bena Hardawaya), co później zostało zinterpretowane jako kanoniczne imię. W Hare-um Scare-um postać przeszła dość znaczącą przemianę. Zyskała bowiem odrobinę bardziej humanoidalne proporcje, niejednolite umaszczenie oraz… żółte rękawiczki.

Ewolucja postaci postępowała. W Elmer’s Candid Camera z 1940 wciąż jeszcze bezimienny królik stracił żółte – i jakiekolwiek – rękawiczki na rzecz białych łap. Postać przeszła kolejną bardzo radykalną przemianę i wyglądała już niemal jak znany nam Królik Bugs, choć nadal brakowało jej charakterystycznego głosu oraz niektórych manieryzmów. Na to przyszedł czas w A Wild Hare z tego samego roku, animację oficjalnie uznawaną za debiut postaci Królika Bugsa. Projekt postaci jest już niemal taki sam jak ten najsłynniejszy i najbardziej rozpoznawalny design, który wszystkim nam przychodzi do głowy gdy myślimy o Bugsie, pada pierwsze w historii „Eh, what’s up, Doc?” – i to wypowiedziane głosem niepodrabialnego Mela Blanca (wcześniej pod postać królika głos podkładał Arthur Q. Bryan). Rękawiczki są – białe.

Później królik – w swojej poprzedniej wersji, aczkolwiek w białych rękawiczkach – przewinął się jeszcze w drobnej gościnnej roli w animacji Patient Porky. Kolejna animacja z tą postacią okazała się w 1941 roku. Był to Elmer’s Pet Rabbit i to właśnie w tej produkcji Bugs oficjalnie dostał swoje imię. Pojawiło się ono na planszy tytułowej, wstawionej po tym jak A Wild Hare odniósł naprawdę dużą popularność wśród widzów i jasnym było, że panteon Zwariowanych Melodii zyskał właśnie kolejną gwiazdę. Bugs pojawia się tam w jednej ze swoich inkarnacji przejściowych – mniej rozwiniętej niż ta z A Wild Hare, ale bardziej niż wszystkie poprzednie. I są żółte rękawiczki.

Kto stoi zatem za powstaniem postaci Bugsa? Hardaway i Dalton, którzy stworzyli Happy’ego czy Tex Avery, od którego de facto ściągnęli tę postać po prostu przerabiając kaczkę na królika? A może Chuck Jones, który jako pierwszy sięgnął po Happy’ego, a później – gdy inni ustanowili już ostateczny design i manieryzmy Bugsa – wyposażył go w jego kluczowy komponent, czyli zasadę „Nigdy nie zaczynaj walki, ale zawsze ją kończ”? Ciężko nawet powiedzieć, w której animacji tak naprawdę zadebiutował Bugs. Nie jest to wyjątkowa sytuacja, bo powstawanie większości ikonicznych postaci było procesem, nie momentem – jednakże w przypadku Bugsa mamy do czynienia z naprawdę skomplikowanym i pokręconym procesem, w którym brało udział wiele kreatywnych osób równolegle pracujących nad tym samym pomysłem i niekoniecznie mających spójną wizję. Nic dziwnego, że z tego twórczego chaosu wyłoniła się postać tak unikalna jak Królik Bugs.

Ale miało być o rękawiczkach, prawda? Porozmawiajmy najpierw, skąd właściwie wziął się ten trend zakładania animowanym postaciom na dłonie rękawiczek – nawet w sytuacjach, gdy poza nimi nie noszą absolutnie niczego. Jak chyba każda decyzja artystyczna w animacji, ta również ma swój początek w czystym pragmatyzmie. Dłonie to – obok twarzy – najważniejsze narzędzia w kwestii wizualnej ekspresji postaci. Gestykulacja, interakcja z innymi postaciami i otoczeniem… dłonie są szalenie istotne w animacji. Szczególnie tej klasycznej, z początku XX wieku, która nie wypracowała jeszcze indywidualnej poetyki i siłą rzeczy musiała opierać się na najbliższych jej sztukach pokrewnych. W tym przypadku były to występy komików, którzy od zawsze „sprzedawali” swój humor również dzięki wyrazistej ekspresji i gestykulacji.

Dłonie są zatem ważne – i ważne jest, by były precyzyjnie animowane. Swoją drogą jest to również powodem, dla którego klasyczne animowane postacie mają zwykle cztery palce zamiast pięciu. Jeden palec mniej to jedna piąta mniej zachodu z płynnym animowaniem tak złożonej i posiadającej wiele zgięć, stawów i niuansów konstrukcji jak ludzka dłoń. A przypominam, że zwykle mamy je dwie, co przysparza biednym animatorom mnóstwa pracy, którą muszą wykonać dobrze, w przeciwnym wypadku misternie budowana ekspresja siądzie.

Wróćmy zatem do rękawiczek. Najwcześniejsze animacje Disneya i koncernu Braci Warner animowane były w czerni i bieli oraz wyświetlane na najwcześniejszych projektorach kinowych, które nie zapewniały aż tak znowu dobrej przejrzystości obrazu. Postać najczęściej bywała mniej lub bardziej człekokształtną plamą czerni poruszającą się pośród innych plam czerni na czarno-białym tle. To sprawiało, że często jej dłonie zlewały się z innymi elementami otoczenia albo nawet z jej własnym ciałem. W sytuacji, gdy akcja była szybka i dynamiczna kończyło się to chaosem. Jeśli obejrzycie wczesne kreskówki z Krazy Katem (przykład) czy jakąkolwiek inną animację z tamtego okresu, z pewnością zauważycie problem. Ich twórcy starali się go niwelować dodając biały obrys dłoni w momencie, gdy znajdowała się na czarnym tle, ale znów – projektory nie zawsze były w stanie czytelnie wyświetlić materiał, więc był to zaledwie półśrodek.

Rozwiązaniem okazały się grube, najczęściej śnieżnobiałe rękawiczki z wyrazistym ciemnym obrysem, które wyraźnie odcinać się będą od tła, niezależnie od tego, jakiekolwiek by ono nie było. Z czasem, gdy upowszechniło się kino w kolorze, a jakość wyświetlania poprawiła się, problem malał. Jednak do tego czasu rękawiczki stały się już tak rozpoznawalnym elementem projektu postaci, że zostawiano je – z przyzwyczajenia, szacunku dla tradycji albo po prostu dlatego, bo widzów konfundował ich brak. Nawet postacie wymyślane współcześnie, w erze jakościowej animacji telewizyjnej, które jednak nawiązują do tamtej epoki – jak Animaniacy czy Buster Bunny z Tiny Toon Adventures – posiadają białe rękawiczki.

No dobrze, czemu jednak Bugs przez chwilę miał żółte? To taki dziwny wybór artystyczny, prawda? Nie udało mi się dokopać do żadnych wypowiedzi twórców postaci na ten temat, więc pozostają mi spekulacje. Wydaje mi się, że dobrym tropem jest moment powstania Bugsa – na samym początku przejścia z czarno-białej animacji kinowej na kolorową. Pierwsze prototypy postaci debiutowały w czerni i bieli, ale większość „pełnoprawnych” animacji z Bugsem były jednocześnie jednymi z pierwszych filmów animowanych WB. stworzonych z myślą o kolorze. Twórcy nie do końca byli jeszcze pewni, w jaki sposób czytelna widoczność dłoni postaci działać będzie przy pełnej palecie barw. Wydaje mi się, że dobrą wskazówką jest film animowany z 1946 roku, Rhapsody Rabbit. Na jej początku Bugs nosi białe rękawiczki… ale zmienia je na jasnożółte przed swoim fortepianowym występem. Co ma sens – klawisze fortepianu są białe, a cała animacja opiera się na pokazaniu jak dłonie królika śmigają po klawiaturze, więc ryzyko, że oko widza przestanie nadążać za tym, co się dzieje było spore. Żółte rękawiczki były logicznym rozwiązaniem tej sytuacji.

Nie chciałbym jednak nikogo wprowadzać w błąd – liczbę kreskówek, w których Bugs nosi żółte rękawiczki policzyć można na palcach jednej ręki. Tytuły wszystkich z nich padły już tym tekście i ciężko jest udawać, że był to jakiś znaczący element charakteryzacji Bugsa na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych. To mała, koniec końców nic nieznacząca ciekawostka, która przewinęła się przez kilka początkowych faz projektowania postaci i do której nigdy nie przywiązywano zbyt wielkiej wagi. Najwyraźniej do teraz – wszystko wskazuje na to, że Bugs z najnowszej inkarnacji krótkometrażówek Looney Tunes konsekwentnie nosił będzie żółte rękawiczki. Nie tylko on zresztą – trailer pokazuje, że Porky i Marvin, którzy nigdy nie nosili żółtych rękawiczek, tym razem również będą mieli je żółte.

Czemu? Cóż… nie wiem. Rozczarowująca odpowiedź jak na puentę długiego tekstu kreślącego historię oraz kontekst całego zagadnienia, prawda? Gdybym miał strzelać – a dopóki nie wypłyną konkretne wypowiedzi twórców tych nowych animacji, nie pozostaje mi właściwie nic innego – jest to hołd złożony tym czasom, w których wszystko było jeszcze płynne, elastyczne, nowe i ekscytujące. Gdy formowały się dziś ikoniczne postacie, takie jak Elmer Fudd, Bugs czy Daffy, a projekty zmieniały się z filmu na filmu, niekiedy w bardzo radykalny sposób. Jest w tym pewna twórcza energia i wydaje mi się, że tę właśnie energię próbowali uchwycić twórcy najnowszych Looney Tunes.

I, niech mnie diabli, ale póki co skłonny jestem przyznać, że im się to udało.

piątek, 1 listopada 2019

Niezatytułowana Notka o Gęsi

fragment grafiki, całość tutaj.

Pierwsza połowa XX wieku była okresem, w którym… działo się bardzo wiele bardzo ważnych rzeczy. Nas interesuje jednak relatywnie mało istotny fenomen, jakim była eksplozja popularności krótkich filmów animowanych puszczanych wówczas w kinach na zasadzie przystawki do pełnometrażowych produkcji aktorskich. Najpopularniejszym bohaterem tego  typu produkcji bez wątpienia był Królik Bugs, czołowa postać serii animowanych filmów komediowych Looney Tunes. Żarty tych wczesnych produkcji opierały się w głównej mierze na slapsticku. Bardzo wczesne kreskówki o Bugsie prezentowały bohatera wchodzącego w niekiedy brutalne (choć oczywiście kreskówkowo przesadzone) fizyczne konfrontacje z postronnymi osobami, na ogół z użyciem ciężkich przedmiotów, takich jak na przykład kowadło.

Twórcy tych wczesnych produkcji zauważyli pewien fenomen. Otóż część widzów zamiast śmiać się z fizycznego humoru w ich kreskówkach, czuli emocjonalny dyskomfort i często empatyzowali z ofiarami tych żartów w tak dużym stopniu, że nie byli w tanie docenić humoru sytuacyjnego. Dlatego późniejsze kreskówki z Bugsem w roli głównej – te, które ostatecznie weszły do kanonu kultury popularnej – cały pierwszy akt zwykły poświęcać na ukazanie widzom, że postać, której Bug płata brutalne figle na to zasługuje. Może jest myśliwym, który poluje na leśne zwierzęta dla sportu. Może jest kosmitą, który chce rozwalić naszą planetę, bo zasłania mu ona widok na Wenus. Może jest śpiewakiem operowym, który zamiast poprosić Bugsa o ciszę, bez słowa wyjaśnienia atakuje go jego własnym banjo. Bugs najczęściej próbuje polubownie załatwić sytuację i dopiero gdy to nie odnosi skutku – wchodzi w swój tryb karmicznej siły natury odpłacającej innym pięknym za nadobne. W ten sposób nie postrzegamy go jako niegodziwca powodującego ból i cierpienie istot, które nie wyrządziły mu (ani nikomu innemu) żadnej krzywdy. To zwalnia nas z moralnych wątpliwości i pozwala cieszyć się festiwalem upokorzeń, które powoduje u swojego krzywdziciela Królik Bugs.

Untitled Goose Game jest małą, niezależną grą video z 2019. Wcielamy się w niej w bezimienną gęś, która przechadza się po małej brytyjskiej miejscowości, powodując chaos i zamieszanie wszędzie, gdzie postanie jej płetwa. Robi to na wiele sposobów, głównie manipulując różnymi napotkanymi po drodze obiektami, wykradając drobne przedmioty albo próbując wmanewrować napotkanych ludzi w określone zachowania. Na każdym obszarze gracz dostaje listę zadań, które musi wykonać gęś, by odblokować kolejny poziom. Często wymaga to odrobiny pomyślunku, zręczności, skradania, koordynacji i umiejętności planowania na kilka kroków do przodu – nie tak wiele, by gra stanowiła jakieś poważne wyzwanie, ale na tyle, by przyjemnie stymulowało to zaangażowanie w zabawę.

Gra ma bardzo miłą dla oka, minimalistyczną oprawę wizualną i takąż samą ścieżkę dźwiękową, na którą składają się fortepianowe aranżacje preludiów XIX-wiecznego francuskiego kompozytora Claude’a Debusy’ego. Interesująco wykorzystano sposób, w jaki muzyka sygnalizuje graczowi konkretne działania. Przez większość czasu towarzyszą nam wyłącznie odgłosy otoczenia oraz tupot gęsich płetw. Gdy przekonamy naszą okropną gęś do wykonania czynności przybliżającej nas do wypełnienia określonego celu, zacznie grać muzyka. Jej intensywność wzrastać będzie, im bliżej wykonania celu się znajdujemy. To dźwiękowa zabawa w „ciepło-zimno”, która w intuicyjny sposób komunikuje graczom kolejne posunięcia, jednocześnie nie wykładając niczego w sposób łopatologiczny. Ogółem jest to sympatyczny przerywnik między większymi i bardziej rozbudowanymi tytułami, która daje kilka godzin naprawdę pysznej zabawy. Naprawdę polecam Untitled Goose Game wszystkim osobom szukającym odrobiny niezobowiązującej rozrywki.

Tym, co najbardziej zainteresowało mnie w Untitled Goose Game jest sposób, w jaki jej producenci rozwiązali ten sam dylemat, przed którym postawieni zostali twórcy kreskówek o króliku Bugsie – jak sprawić, by płatane przez gracza figle nie budziły tego uśmiercającego zabawę emocjonalnego dyskomfortu? Gęś dokucza osobom, które nie są złe, a przynajmniej gra nigdy nie dostarcza nam żadnych przesłanek ku takiej interpretacji napotkanych postaci niezależnych. Najgorszą rzeczą, jaką można im zarzucić to bycie straszliwymi nudziarzami pławiącymi się w komforcie szarej codzienności. Obserwowanie jak padają ofiarą aktywności okropnej gęsi powinno budzić współczucie. Samodzielne, bezpośrednie powodowanie tych aktywności – dyskomfort i opór. A jednak tak się nie dzieje. Czemu?

Z kilku powodów. Zacznijmy od fundamentalnego – gęsie psoty nigdy nie powodują żadnych bardzo poważnych albo trwałych szkód. Oczywiście to dość subiektywna ocena, jednak zdecydowana większość rzeczy opiera się na kradzieży przedmiotu o niewielkiej wartości osobie, dla której utrata tego przedmiotu będzie źródłem co najwyżej umiarkowanej irytacji. Najgorszą rzeczą, której w Untitled Goose Game dopuszcza się jej protagonista (protagonistka?) jest zagnanie przestraszonego chłopca do budki telefonicznej i podmiana mu okularów na inne oraz wyciągnięcie starszemu panu stołka spod tyłka, by nieborak upadł na miękką trawę. Reszta rzeczy to powodowanie niewielkich i prostych do naprawy szkód. Gęś bywa niekiedy piekielnym utrapieniem, ale nigdy nie jest krzywdzicielem i prawie nigdy – wandalem.

Po drugie – gęś nie jest antropomorfizowana. W przeciwieństwie do Królika Bugsa czy innych postaci Looney Tunes jest po prostu zwierzęciem. Nie potrafi mówić, nie ma indywidualnego charakteru, mimiki czy ekspresji znamionującej osobowość. Nie potrafi komunikować się z otoczeniem w sposób znamionujący inteligencję wykraczającą poza zwierzęcy instynkt. To po prostu gęś, nad którą gracz przejmuje kontrolę i wszelkie przejawy charakteru są przejawami charakteru gracza nie zaś postaci, w którą gracz się wciela. W ten sposób łatwo można rozwodnić moralność naszych działań – bo nieantropomorfizowane zwierzęta nie mają moralności per se. Gdy człowiek kogoś zabije, to morderstwo. Gdy zwierzę kogoś zabije – to tragedia, ale nikt nie pociąga do odpowiedzialności zwierzęcia, które nie rozumie etycznych konsekwencji swoich poczynań i nie może być z nich rozliczane tak, jak ludzie.

Po trzecie – i to prawdopodobnie będzie najtrudniejszy do właściwego wytłumaczenia element – ludzkie postacie Untitled Goose Game nie wyglądają jak ludzie. Owszem, są humanoidalne, mają odpowiednie proporcje i osadzone są w kontekście małej sielskiej brytyjskiej miejscowości, ale… nie mają twarzy. Poruszają się w przesadzony, karykaturalny sposób. Ich gesty są bardzo wyraziste i uproszczone. Nad ich głowami unoszą się komiksowe dymki myślowe symbolizujące ich zamiary. Nie są naturalistyczne, nie mają wyostrzonych cech człowieczych – w oczywisty sposób mają być kodowane nie jako ludzie, ale jako symbole ludzi. Ten pośredni stosunek do rzeczywistości sprawia, że odrobinę łatwiej jest nam przełknąć różne nieszczęścia, które im przysparzamy przy współudziale okropnej gęsi. Tego typu odczłowieczanie postaci, które spotyka przemoc jest używane w wielu tekstach kultury popularnej, by wytłumić żywioną do nich odruchową empatię. Pomyślcie o tym, jak w Gwiezdnych Wojnach szturmowcy zawsze noszą identyczne zbroje szczelnie zakrywające całe ciało oraz twarz, przez co na poziomie intuicyjnym trudniej myśleć o nich jak o ludziach. Dzięki temu gdy główni bohaterowie prażą do nich z miotaczy albo szatkują na kawałki mieczami świetlnymi nie szokuje nas to jakoś specjalnie. To estetyczna taktyka używana przez twórców gier video, filmów i komiksów… i, niekiedy, przez twórców propagandy dehumanizującej grupy mniejszościowe. Hmm.

W Untitled Goose Game wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Gra mogła być zbyt niedopracowana, a to coś, co notorycznie przydarza się mniejszym tytułom bez budżetu na beta-testy. Mogła być zbyt łatwa i przez to nie przynosić odpowiedniej satysfakcji z rozgrywki. Albo za trudna i zabić w ten sposób zainteresowanie odpowiednio dużej liczby nabywców chcących niezobowiązującej rozrywki, a nie Dark Solus z gęsią w roli głównej. Wydaje mi się jednak, że największym ryzykiem był właśnie ten element fizycznego humoru. Jak sprawić, by wszyscy pokochali postać, której definiującą cechą jest bycie nieznośną? To niesamowicie trudna sprawa – zapytajcie George’a „Jar-Jar-Binks-To-Dobry-Pomysł” Lucasa – i dlatego warto to docenić.

niedziela, 17 lipca 2016

Chłopcy malowani

fragment kreskówki, całość tutaj.

Istnieje pewien niepisany kanon filmów animowanych, który znany jest większości osób nawet niespecjalnie zainteresowanych tematem – kamieni milowych uznawanych za ikoniczne dokonania w tej dziedzinie. Wszyscy kojarzymy Mikiego pogwizdującego za sterami parostatku w Steamboat Willie (1928), Elmera śpiewającego w duecie z Bugsem słodką arię operową w What's Opera, Doc? (1957) albo Daffy'ego wściekającego się na złośliwego animatora w Duck Amuck (1953). Są jednak animacje, o których historia jakby trochę zapomniała, choć ich istnienie jest co najmniej równie znaczące dla rozwoju zachodniego przemysłu filmów animowanych. Jedną z takich produkcji jest stworzona w 1942 animacja nosząca tytuł "The Dover Boys at Pimento University" or "The Rivals of Roquefort Hall" dla uproszczenia zwana The Dover Boys at Pimento University, a dla jeszcze większego uproszczenia – The Dover Boys. Jest to dziewięciominutowy film animowany w reżyserii Chucka Jonesa wyprodukowany w ramach serii Merrie Melodies. 

Cofnijmy się na chwilę do wczesnych lat czterdziestych, gdy rywalizacja pomiędzy Warner Bros. Animation, a Walt Disney Animation Studios trwała w najlepsze... ale tylko pozornie, bo mimo wszelkich starań ze strony ekipy produkcyjnej braci Warner, to Disney narzucał standardy estetyczne i produkcyjne całemu przemysłowi, a większość studiów animacyjnych jedynie kopiowała rozwiązania znane z animacji o Mikim, Donaldzie et consores. Wszyscy, którzy próbowali iść własną drogą i robić coś po swojemu kończyli jak bracia Fleischerowie. Kim są bracia Fleischerowie, zapytacie? No właśnie... Przez bardzo długi czas sentymentalne musicalowe kreskówki ze antropomorfizowanymi zwierzętami dominowały w kwestii animacji – to był mainstream, narzucony przez Walta Disneya porządek, a jeśli ktoś próbował ten stan rzeczy zmienić, lądował poza nawiasem. Ale próbować było przecież trzeba, ponieważ w kwestii słodkich animowanych zwierzątek robiących urocze rzeczy studio Disneya nie miało sobie równych. Jeśli obejrzycie wczesne kreskówki obu tych studiów animacyjnych, z pewnością będzie mieli spore trudności z odróżnieniem, które z nich wyprodukowało daną krótkometrażówkę – estetycznie nie różnią się prawie niczym, sposób produkcji również jest taki sam. No, prawie – Disney miał zauważalnie płynniejszą i bardziej dopracowaną animację. 

Dlatego też Leon Schlesinger, ówczesny szef animacyjnego studia Warner Bros zlecił swoim pracownikom tworzenie czegoś trochę innego – lekką zmianę kursu, dzięki której animacje studia będą zauważalnie inne od tych disnejowskich, a jednocześnie wciąż zachowają wysoką jakość. Jones, który podówczas odpowiadał za reżyserię dużej części produkowanych przez studio kreskówek, wziął sobie to zalecenie głęboko do serca i postanowił wykreować coś naprawdę wyjątkowego. Przede wszystkim wpadł na rewolucyjny w tamtych czasach pomysł – postanowił, że jego nowe dzieło będzie autentycznie zabawne. O ile slapstick i proste słowne gagi były ówcześnie stosunkowo powszechne, o tyle subtelne gry słowne, satyry i parodie to coś, co miało dopiero nadejść – między innymi za sprawą Chucka Jonesa. Za podstawę planowanej animacji wzięto popularną na przełomie XIX i XX wieku serię powieści młodzieżowych The Rover Boys, opowiadającą o trzech dzielnych, przystojnych i odważnych młodzieńcach uczących się w szkole wojskowej. Jones, w typowy dla siebie sposób, sparodiował szablonową fabułę tego typu czytadeł, wyśmiewając motywy idealnych bohaterów, damy w opałach oraz podstępnego złoczyńcy. Gagi były znacznie bardziej złożone i mniej oczywiste, niż w innych kreskówkach z tamtego okresu – większość z nich opiera się na ironii, wizualnym non sequitur oraz łamaniu schematów fabularnych, czyli na czymś, co później stanie się znakiem rozpoznawczym tego reżysera. Warto mieć to na uwadze – Chuck Jones nie od zawsze był odważnym eksperymentatorem o ostrym jak brzytwa poczuciu humoru. Jego pierwsze kreskówki były dość nijakie – to The Dover Boys był punktem zwrotnym w karierze tego reżysera, który w tym właśnie momencie uświadomił sobie, jakiego rodzaju kreskówki chce tworzyć. 

To jednak dopiero początek. Odważnym posunięciem było wykorzystanie w kreskówce jedynie postaci ludzkich - żadnych antropomorfizowanych zwierząt. Ostatnie studio animacyjne, które tego próbowało (Fleischer Studios – twórcy animacji m.in. o Popeye'u i Betty Boop) zakończyło swoją działalność w tym samym roku, w którym ukazał się The Dover Boys. Co więcej, projekty bohaterów radykalnie różniły się od wszystkiego, co można było zobaczyć w ówczesnych produkcjach animowanych – postaci rysowane były znacznie bardziej realistycznie, proporcje ich ciał były mniej zdeformowane. Z drugiej strony, każda postać miała bardzo wyraziste cechy charakterystyczne, czemu służyła nieco uproszczona, silnie stylizowana estetyka całości. Nie mogę również nie wspomnieć o tłach, które są po prostu przepiękne i zaprojektowane z olbrzymią starannością. Ale najważniejsza jest w tym wszystkim animacja. Widzicie – Jones, by zindywidualizować styl kreskówki i uczynić ją unikalną, narzucił sobie oraz  swoim współpracownikom pewne ograniczenia. The Dover Boys to jedna z pierwszych kreskówek w historii operująca tak zwaną limitowaną animacją. Podejrzewam, że na dźwięk tych słów staje wam przed oczami Fred Flinstone, który poza okazjonalnym mrugnięciem powiekami i ruchem ust jest całkowicie nieruchomy... ale w tym przypadku nie do końca o to chodziło. Jones miał na stworzenie The Dover Boys relatywnie duże fundusze i nie musiał kombinować z ograniczeniem i uproszczeniem procesu animacji, by zmieścić się w budżecie. Tym razem chodziło o względy artystyczne – celem było odróżnienie się od Disneya nie tylko za pomocą odmiennej poetyki i estetyki, ale również dzięki zastosowaniu pionierskich metod animacji, dzięki którym animacja naprawdę wyglądała inaczej. 

I tu zaczyna robić się interesująco, ponieważ The Dover Boys jest prawdopodobnie pierwszą w historii kreskówką, w której wykorzystano pewien szczególny typ skrótu animacyjnego znanego jako smear. Już tłumaczę o co chodzi. Żeby w filmie animowanym pokazać ruch, animatorzy muszą pracowicie, klatka po klatce, tworzyć kolejne stadia przejściowe, by wytworzyć u widza złudzenie, że postać lub obiekt porusza się w naturalny, płynny sposób. Powiedzmy, że mamy do czynienia z bohaterką siedzącą na krześle, z którego podnosi się gwałtownie do pozycji stojącej. W czasach przed The Dover Boys animowanie takiej sceny było mrówczą pracą, w której twórcy musieli tworzyć wszystkie stadia przejściowe postaci od stanu A (siedzenie na krześle) do stanu Z (pozycja stojąca). Jeśli klatek pomiędzy oboma punktami jest zbyt mało, oglądający produkt końcowy widz nie ulega złudzeniu płynności ruchów, doświadcza jedynie niezbyt fajnie wyglądającego „pokazu slajdów” – jest to zresztą jeden z grzechów głównych bardzo wielu współczesnych kreskówek. 

Mamy więc dylemat – albo czasochłonna i kosztowna animacja, która wygląda dobrze, albo niestaranna i mniej kosztowna, ale wyglądająca słabo. Chuck Jones ze swoją ekipą animacyjną znaleźli jednak trzecią drogę, czyli wspomniane już wyżej smear animation. Jeśli jesteście w stanie zrobić teraz coś dziwnego i głupiego bez ryzyka, że ktoś Was zobaczy i uzna za wariatów, prosiłbym o wyciągnięcie przed siebie ramienia, zgięcie go w łokciu, rozłożenie dłoni i pomachanie nią sobie przed twarzą. Jeśli zrobicie to dostatecznie szybko, zauważycie, że oko tak naprawdę nie wychwytuje wszystkich etapów ruchu – między początkowym, a końcowym dostrzeżecie jedynie rozmazaną smugę. Jones również to zauważył i uznał, że może pomiędzy A i Z niekoniecznie musi znajdować się cały alfabet i może zamiast animować wszystkie stadia przejściowe zacząć animować jedynie smugę. Na tym właśnie polega smear – na tworzeniu iluzji szybkiego, gwałtownego ruchu dzięki umieszczeniu pomiędzy stanem A i stanem Z kilku zniekształconych, rozmazanych klatek przejściowych. Wytwarza to złudzenie gładkiego przepływu, który – poprawnie wykonany – wygląda naprawdę bardzo ładnie. Jeśli zatrzymacie jakąś kreskówkę w odpowiednim momencie albo oglądacie ją klatka po klatce, możecie wychwycić, że niektóre z nich przedstawiają bohaterów zniekształconych, rozciągniętych jakby byli z gumy – to właśnie rezultat wykorzystania smear animation w praktyce. Najlepszym przykładem użycia tej techniki są łapy biegnącego Strusia Pędziwiatra, które rozmywają się od osiąganych przez niego prędkości i wyglądają jak smużysty, zniekształcony owal. W ogóle kreskówki o Strusiu i Kojocie mistrzowsko korzystały z rozmaitych sztuczek i skrótów animacyjnych umożliwiających zaoszczędzenie pieniędzy – Jones wspomniał kiedyś, że dzięki temu, iż były one tanie w produkcji i popularne wśród publiczności, zaoszczędzony budżet mógł przeznaczyć na wyprodukowanie znacznie bardziej wyrafinowane eksperymenty, takie jak chociażby What's Opera, Doc?

Ale po co to robić w sytuacji, gdy studio stać na staranniejszą animację, która „nie oszukuje” widzów? Choćby po to, by odróżnić się od tego nieszczęsnego Disneya, bo, jak już wcześniej wspominałem, smear wygląda równie dobrze, jak tradycyjna animacja – ale wygląda inaczej. Animacja jest znacznie płynniejsza, oczywiście, jeśli wykona się ją w staranny sposób. The Dover Boys jest świetnym przykładem, jak powinno się używać tej techniki, by uzyskać pożądany efekt. Limitowana animacja niekoniecznie musi oznaczać tandetny paździerz rodem z najgorszych kreskówek Hanna-Barbera. Współczesny twórca filmów animowanych Genndy Tartakovsky korzysta silnie stylizowanej, bardzo oszczędnej animacji, ale dzięki wprawnemu jej używaniu oraz przykładaniu dużej wagi do staranności wykonania jego dzieła wyglądają naprawdę zachwycająco. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób korzysta się z odpowiednich narzędzi. Wracając jednak do Jonesa i The Dover Boys smear stał się popularną metodą animacji, wykorzystywaną między innymi w kreskówkach o Speedym Gonzalesie czy wspomnianym już Strusiu Pędziwiatrze, a z tej techniki korzysta się do dzisiaj, nie tylko w produkcjach Warner Bros. 

Jeszcze słowo o warstwie dźwiękowej. Jako, że kreskówki z tamtego okresu nie uwzględniały w napisach początkowych aktorów dubbingujących postaci, ciężko odnaleźć informacje, kto wcielił się w role poszczególnych bohaterów. Z kradnącym dla siebie całą kreskówkę Danem Backslide sprawa jest prosta – to Mel Blanc w swojej najlepszej formie. Narrator z kolei jest prawdziwą zagadką – z tego, co udało mi się dowiedzieć, głównym podejrzanym jest John McLeish, narrator klasycznych krótkometrażówek o Goofym. Tom Dover przemawia głosem scenarzysty kreskówki, Tedda Pierce, w Dorę natomiast wcieliła się Bea Benaderet. Co do pozostałych bohaterów, najrozsądniejszym założeniem jest przyjęcie, iż wcielili się w nich członkowie ekipy produkcyjnej, co było wówczas stosunkowo powszechną praktyką. Fragmenty wokalne (swoją drogą szkoda, że jest ich tak mało, bo są naprawdę świetne) wykonał zespół muzyczny The Sportsmen Quartet.

Choć The Dover Boys na przynajmniej klika różnych sposobów był kreskówką przełomową, to zamiast sławy i chwały zapewnił Jonesowi... zwolnienie. No, prawie. Leon Schlesinger, delikatnie mówiąc, nie był zachwycony rezultatem – wprawdzie chodziło mu o coś innego, niż dotychczas, ale nigdy nie miał na myśli aż tak gigantycznej rewolucji. Producenci mocno naciskali na usunięcie Chucka z listy płac studia i biedak cudem uniknął wylecenia z pracy. Zatrzymał swoją posadę prawdopodobnie tylko dlatego, że nie udało się znaleźć dla niego dobrego zastępstwa. I choć kolejne jego dokonania były już znacznie mniej rewolucyjne, to wiele elementów, które pojawiły się w The Dover Boys przesiąknęło do innych animacji tworzonych przez Jonesa i mam tu na myśli zarówno treść, jak i formę. To naprawdę była przełomowa kreskówka i trochę szkoda, że pozostaje właściwie nieznana ogółowi – moim skromnym zdaniem zasługuje na to w nie mniejszym stopniu, niż najsłynniejsze dokonania tego twórcy. 

Nawet jeśli przeciętny widz nie ma pojęcia o istnieniu The Dover Boys, to całe pokolenia twórców kreskówek doskonale znają to dzieło. Bracia Dover kilka razy powrócili bowiem w drobnych rolach gościnnych na przestrzeni innych animacji. Szczególnie ekipa produkcyjna Animaniacs (1993-1998) wydawała się żywić duży szacunek do tej krótkometrażówki, bo jej bohaterowie zaliczyli sympatyczne cameo w jednym z odcinków o Slappy Squirrel, powrócili również w pełnometrażówce Animaniacs: Wakko's Wish (1999) zdubbingowani przez samego Jima Cummingsa. Tytułowi bohaterowie pojawili się również w Space Jam (1996) – wprawne oko dostrzeże ich na trybunach w czasie meczu. Jestem również prawie pewien, że dostrzegłem Dana Backslide w jednej ze scen Looney Tunes: Rabbits Run, ale nigdzie w Internecie nie odnalazłem potwierdzenia swoich obserwacji, możliwe więc, że to po prostu jakaś stockowa postać o podobnym wyglądzie. 

Wyżej pisałem o tym, iż The Dover Boys to wyjątkowo mało znana kreskówka i generalnie trudno znaleźć kogoś, kto by o niej słyszał. Wyjątkiem, of all people, okazał się fandom serialu animowanego My Little Pony: Friendship is Magic (2010-), który zaadaptował jedną z kwestii Dana Backslide na użytek inside joke'u, który funkcjonuje w środowisku bronies jako mem. Co więcej, w pierwszej połowie 2016 roku na Tumblrze doszło do niespodziewanej eksplozji popularności The Dover Boys. Nie jestem w stanie wytłumaczyć tego fenomenu – choć oczywiście bardzo się z niego cieszę – ale jednym z powodów może być fakt, iż kreskówka znajduje się w domenie publicznej i każda zainteresowana tematem osoba może ją legalnie i bezproblemowo obejrzeć. Do czego zresztą gorąco zachęcam – nawet po tylu latach ta animacja broni się znakomitym humorem i wykonaniem. 

niedziela, 15 maja 2016

You're desthpicable!

fragment grafiki autorstwa Jeremy'ego Lorangera, całość tutaj.

Daffy jest jedną z moich ulubionych postaci ze stajni Looney Tunes - w zasadzie tylko Wile E. Coyote znajduje się wyżej w moim osobistym rankingu bohaterów rodem z Warner Bros. Animation. Lubię go z kilku względów - przede wszystkim dlatego, że widzę w nim wady, które sam niestety posiadam. Chuck Jones powiedział kiedyś, że Królik Bugs jest tym, kim w skrytości ducha wszyscy chcemy być, a Daffy to postać, którą koniec końców wszyscy jesteśmy. Dużo w tym prawdy, ale… nie zawsze tak było. Jestem przekonany, że większość z nas kojarzy Daffy’ego jako tego egoistycznego, chciwego i małostkowego nikczemnika, który najczęściej próbuje podłożyć jakąś świnię Bugsowi, tylko po to, by ostatecznie samemu paść ofiarą własnych niecnych knowań. Tymczasem Daffy zaczął swoją karierę jako zupełnie inna postać z zupełnie inną osobowością. 

Daffy zadebiutował w kreskówce Porky's Duck Hunt z 1937 roku - była to jedna z tych klasycznych, nieco disneyowskich w duchu kreskówek z ówczesną gwiazdą Looney Tunes w roli głównej. Wśród kaczek, na które polował Porky pojawił się jeden szczególnie walnięty ptak, który leciał sobie z nim w kulki w sposób, jakiego do tej pory w kreskówkach nie widzieliśmy - skacząc i śmiejąc się jak opętany wpuszczał biednego prosiaka w maliny i otwarcie kpił sobie z niego. Daffy nie nie pełnił w tej kreskówce roli głównego antagonisty, ani nawet nie miał w niej zbyt wielkiej roli - dostał jedynie kilka gagów, dwie linijki dialogu oraz krótką scenę w trakcie wyświetlania planszy z napisami końcowymi (animującemu tę kreskówkę Bobowi Clampettowi został jeden niewykorzystany segment animacji z Daffym, więc postanowił dopasować go do loga Looney Tunes). Widzowie natychmiast pokochali postrzelonego kaczora - był on wówczas zupełnie nowym typem postaci, znacznie bardziej aktywnym i konfrontacyjnie nastawionym, o interesującym charakterze i bardzo charyzmatycznej osobowości. Tex Avery, reżyser Porky's Duck Hunt natychmiast zorientował się, jak wielki potencjał tkwi w tej postaci i już rok później stworzył kolejną kreskówkę z Daffym - Daffy Duck & Egghead

Początkowo Daffy był właśnie zwariowanym pranksterem, który nigdy nie przepuścił okazji, by zagrać na nosie polującym na niego bohaterom oraz innym nieszczęśnikom, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w polu rażenia. Avery wespół z Clampettem wykreowali postać przekraczającą wszelkie granice szaleństwa - nie dało się przewidzieć, jak daleko w swym destrukcyjnym amoku posunie się rozszalały kaczor. To zafascynowało widzów przyzwyczajonych do everymanów pokroju Porky’ego, Bosko czy Mikiego. Nagle pojawił się nowy archetyp bohatera kreskówek, który szybko obrodził postaciami silnie wzorowanymi na Daffym, takimi jak Yoyo Dodo (1938), Woody Woodpecker (1940) czy Screwy Squirrel (1944). Daffy błyskawicznie zdetronizował Porky’ego i stał się ikoną Warner Bros. Animation - w latach 1940-1945 kaczor śmiało stawiał czoła Nazistom i Adolfowi Hitlerowi w propagandowych kreskówkach pokroju Daffy - the Commando (1943) i Plane Daffy (1944), a i później - do samego początku lat pięćdziesiątych - regularnie pojawiał się na srebrnym ekranie. Postać cały czas ewoluowała, zarówno pod względem wyglądu (każda kolejna wersja była coraz mocniej antropomorfizowana), jak i charakteru - tutaj warto przywołać osobę Roberta McKimsona, który w swojej kreskówce Daffy Doodles (1946) zaprezentował nieco inną interpretację Daffy’ego. Kaczor zaczął przejawiać znacznie bardziej subtelne poczucie humoru, jego interakcje z innymi postaciami były ciekawsze, a gagi opierały się w takim samym stopniu na slapsticku, jak i na dialogach. Daffy zrobił się wyszczekany i nieco egocentryczny - cechy, które Chuck Jones uwypukli w swojej własnej interpretacji postaci. 

Jones swoją pierwszą kreskówkę z Daffym wyreżyserował stosunkowo wcześnie, bo już w 1939 roku, jednak na dobre zająć się tą postacią dopiero w latach pięćdziesiątych (choć do tego czasu regularnie reżyserował kreskówki z szalonym kaczorem w roli głównej). Pierwszym punktem zwrotnym była kreskówka The Scarlet Pumpernickel (1950). Daffy jest tam w dużej mierze ofiarą własnej brawury, co stanowiło bardzo duże odejście od pierwotnego pomysłu na postać. Sama animacja rozgrywała się również w konwencji opowieści płaszcza i szpady, parodiując wiele motywów charakterystycznych dla tego gatunku. Satyra na różne gatunki filmowe od tego momentu stała się motywem przewodnim kreskówek z Daffym w roli głównej - mieliśmy, między innymi, parodię westernów (Drip-Along Daffy, 1951), fantastyki naukowej (Duck Dodgers in the 24½th Century, 1958), opowieści detektywistycznych (Deduce, you say!, 1956) adaptacji Robin Hooda (Robin Hood Daffy, 1958) oraz paru innych. Na ogół partnerował mu przy tym Porky, którego stoicyzm kontrastował z arogancją Daffy’ego. Wcześniej jednak nastąpiło wydarzenie, które nieodwracalnie zmieniło postać szalonego kaczora, który podbił serca widzów w latach czterdziestych w nadętego nieudacznika, którego znamy i kochamy do dziś. 

W 1951 roku Daffy występuje w duecie z Bugsem w kreskówce zatytułowanej Rabbit Fire - i spotyka go seria wyjątkowo spektakularnych upokorzeń. Jest to pierwsza interakcja obu tych postaci i po raz pierwszy w życiu Daffy trafia na postać, której nie jest w stanie wpuścić w maliny, bo Bugs zawsze jest o krok przed nim. Trafiła kosa na kamień. I się złamała, bo widownia momentalnie pokochała unikalną dynamikę obu tych postaci, w której Daffy desperacko próbuje przechytrzyć Bugsa i za każdym razem ponosi sromotną klęskę. Rabbit Fire to już klasyk - kreskówka cieszyła się tak oszałamiającą popularnością, że Jones stworzył dwa nieformalne sequele rozwijające początkową koncepcję - Rabbit Seasoning (1952) i Duck! Rabbit, Duck! (1953). Inni reżyserzy szybko podchwycili nową interpretację Daffy’ego, który stał się nieudacznikiem notorycznie karanym przez los za swój egoizm, chciwość i małostkowość. Do dzisiaj ta interpretacja wydaje się najbardziej rozpoznawalną i dominującą w świadomości odbiorców. Niestety, przyniosło to ze sobą pewien nieprzyjemny skutek uboczny - Daffy był sukcesywnie ogłupiany, choć nie było to w żadnym razie intencją Jonesa - przynajmniej na początku, bo w swoich późniejszych pracach on sam również uległ temu trendowi. Tymczasem w Rabbit Fire (oraz kolejnych kreskówkach z nieformalnej trylogii o polowaniach) Daffy nie jest idiotą. W istocie jest bardzo inteligentny, prawdopodobnie równie inteligentny i przebiegły jak Bugs. Brakuje mu jedynie cierpliwości, zbyt łatwo daje się ponieść sytuacji i przez to przegrywa. Dlatego ma tak doskonałą dynamikę z Bugsem - bo pokazuje, jak zapalczywość może sprawić, że inteligentne osoby zachowują się głupio i przez to nie odnoszą sukcesów. Ten aspekt postaci był z czasem coraz mocniej spłycany, aż w końcu Daffy stał się kompletnym idiotą. 

W latach sześćdziesiątych Daffy był jedną z nielicznych postaci Looney Tunes, która występowała w nowych kreskówkach. Jak pamiętamy, Warner Bros. zamknęło swoje studio animacyjne i nowe animacje tworzone były przez zewnętrznych podwykonawców. Nie były to zbyt udane produkcje - Daffy na ogół występował w nich jako dość sztampowy antagonista Speedy’ego Gonzalesa i stracił większość swojego uroku. Jego ostatni występ w klasycznej erze Looney Tunes datuje się na 1968 rok w kreskówce See Ya Later Gladiator, często uznawanej jako jedną z najgorszych kreskówek w historii Warner Bros. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte były dla naszego kaczora jeszcze mniej łaskawe - występował bardzo rzadko, jedynie w mało znaczących rolach. Wraz z Porkym i kilkoma innymi bohaterami Looney Tunes (co ciekawe, nie było wśród nich Bugsa) wystąpił w telewizyjnym filmie animowanym Daffy Duck & Porky Pig Meet the Groovie Goolies (1972), potem pojawił się w hybrydowej kreskówce zatytułowanej Bugs and Daffy’s Carnival of Animals (1976) wyreżyserowanej przez Jonesa dla stacji CBS. Dopiero w 1980 roku ponownie pojawił się na wielkim ekranie wracając do swojej ikonicznej roli Ducka Dodgera w animacji będącej sequelem Duck Dodgers in the 24½th Century. Daffy kilka lat później pojawił się na srebrnym ekranie w kolejnej kreskówce The Duxorcist (1987), która odtwarzała koncepcję Daffy’ego występującego w parodiach znanych gatunków filmowych. Zostaje to powtórzone w kolejnej kreskówce The Night of The Living Duck (1988). Obie te animacje - wraz z wieloma innymi klasycznymi szortami z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych - trafiły do kompilacji Daffy Duck's Quackbusters (1988) wyświetlanej w kinach jako pełnometrażowy film. Wbrew obiegowej opinii, to właśnie The Night of The Living Duck, a nie (mający swoją premię kilka miesięcy wcześniej) Who Framed Roger Rabbit? był finałowym występem Mela Blanca w roli Daffy’ego. Od tej pory głównym aktorem głosowym tej postaci zostaje Joe Alaskey wespół z Jeffem Bergmanem. 

Końcówka lat osiemdziesiątych przyniosła nam przełom w postaci sukcesu wspomnianego już filmu Who Framed Roger Rabbit? (1988), w którym Daffy zagrał małą rolę pianisty grającego w duecie z Kaczorem Donaldem. Storyboardy dla tej sceny we współpracy z Richardem Williamsem przygotował nie kto inny, jak sam Chuck Jones, który jednak skrytykował Zameckisa za ograbienie tego segmentu ze wszystkich najlepszych pomysłów obu animatorów. Mimo to, scena pojedynku pianistów jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów filmu - Daffy częściowo wrócił w niej do swojej interpretacji beztroskiego świrusa wydzierającego się na całe gardło, choć wciąż pozostał egoistycznym dupkiem rodem z najlepszych kreskówek Jonesa. To kompromisowe ujęcie obu jego ikonicznych charakterów okazało się nadzwyczaj udane i od tego momentu za każdym razem gdy Daffy pojawiał się na wielkim ekranie - Space Jam (1998), Looney Tunes: Back in Action (2003) - scenarzyści korzystali z tego rozwiązania. 

Tymczasem Daffy zaczął całkiem nieźle radzić sobie na telewizyjnym ekranie. W Tiny Toon Adventures (1990-1992) kaczor pojawiał się regularnie, patronując swojemu młodszemu odpowiednikowi Plucky’emu. Kilka mniejszych występów zaliczał również w Animaniacs (1993-1998) oraz w mało znanym serialu edukacyjnym Histeria! (1998-2000) wyprodukowanym przez twórców Animaniacs. Daffy dostał również własny serial animowany Duck Dodgers (2003-2005), w którym scenarzyści niestety wrócili do brzydkiego nawyku ogłupiania tej postaci. Daffy gościnnie pojawiał się również w innych serialach animowanych z rodziny Looney Tunes, takich jak Taz-Mania (1991-1995) czy Sylvester and Tweety Mysteries (1995-2001). Jako jedna z postaci pierwszoplanowych pojawił się również w skierowanym do najmłodszych widzów serialu Baby Looney Tunes (2002-2005) oraz animowanym sitcomie The Looney Tunes Show (2011-2013), gdzie był w zasadzie głównym bohaterem. 

Ten ostatni serial przedstawił również jeszcze jedną interpretację charakteru postaci - Daffy stał się tam socjopatą niepotrafiącym poradzić sobie z prawidłowym funkcjonowaniem w społeczeństwie. Choć ta zmiana spotkała się z dużą krytyką, ta sama wersja Daffy’ego pojawiła się również w wyprodukowanym specjalnie na rynek DVD filmie Looney Tunes: Rabbits Run (2015). Skoro już o filmach na DVD mowa - Daffy pojawił się w Bah, Humduck! A Looney Tunes Christmas (2006), pełnometrażowym retellingu Opowieści Wigilijnej - była to ostatni występ Joe Alaskeya w roli Daffy’ego. Póki co Daffy nie pojawił się jeszcze w Wabbit (2015-), ale może to i dobrze, zważywszy na naprawdę niską jakość tego serialu. Pojawił się natomiast w kinowej animacji Daffy’s Rhapsody (2012), w której powraca do swojej klasycznej inkarnacji charyzmatycznego trickstera. W animacji wykorzystano piosenkę zaśpiewaną przez Mela Blanca głosem Daffy’ego - w połączeniu ze świetnym pomysłem, zabawnymi gagami i znakomitą reżyserią oraz oprawą wizualną (animacja trójwymiarowa bardzo subtelnie i szczegółowo wystylizowana w sposób, który wiernie oddaje dynamikę klasycznych kreskówek Looney Tunes) powstał znakomity szort, który przywrócił Daffy’emu respekt, na jaki ta postać zasługuje. 

Daffy to praktycznie ikona Looney Tunes, rywalizująca z Bugsem pod względem popularności i rozpoznawalności. Jest to również postać, która w ciągu swojej kariery przeszła najbardziej radykalną metamorfozę charakterologiczną - od bezkompromisowego szaleńca w interpretacji Avery’ego i Clampetta, poprzez chciwego nieudacznika, którego znamy z kreskówek Chucka Jonesa, aż po zupełnego idiotę z Ducka Dodgersa i The Looney Tunes Show. Każde z tych wcieleń ma swoich fanów i przeciwników. Jak już wspomniałem, najbardziej rozpoznawalnym jest to wymyślone przez Jonesa, który wykorzystał tę postać bardzo po swojemu, w iście ezopowy sposób, jako przestrogę przed zbytnią zapalczywością, egoizmem i chciwością, które to cechy niejednokrotnie sprawiają, że nie jesteśmy w stanie osiągnąć zamierzonego celu. Większość z nas ma w sobie trochę Daffy’ego i myślę, że w tym właśnie tkwi popularność tej postaci - gdyby służył jedynie jako tło, na którym błyszczy Bugs, szybko by się zużył i został zapomniany. Ironią losu jest fakt, że tytuł najpopularniejszej postaci Looney Tunes odebrał mu Bugs, który początkowo był bardzo ordynarną zżynką z Daffy’ego… ale o tym opowiem już kiedy indziej.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Eh, what's up, neighbor?

fragment grafiki autorstwa KicsterAsh, całość tutaj.

Historia The Looney Tunes Show sięga dwa tysiące dziewiątego roku, gdy na blogu The Animation Guild Blog pojawiła się informacja o starcie kolejnej produkcji telewizyjnej z bohaterami Looney Tunes. Pierwotnie serial miał nosić tytuł Laff Riot i operować poetyką mocno inspirowaną klasycznymi szortami animowanymi spod znaku Jonesa, Frelenga i Avery’ego - około sześciominutowe szorty wypełnione slapstickiem i kreskówkową przemową zapakowane w półgodzinne odcinki. Pilot serialu nie spodobał się jednak oficjelom z WB, którzy kazali gruntownie przeprojektować założenia kreskówki. W związku z tym wiele osób pracujących przy Laff Riot zostało niespodziewanie zwolnionych - no cóż, zdarza się w tym biznesie. Część z wyprodukowanego na potrzeby Laff Riot materiału trafiła zresztą później do The Looney Tunes Show - wspomniany wyżej pilot został wykorzystany jako siódmy odcinek, a jeden z segmentów o Sylvestrze i Tweetym wkomponowano w finałowy odcinek pierwszego sezonu. 

Nowa ekipa postanowiła uczynić z serialu sitcom - przenieść znanych i lubianych bohaterów Zwariowanych Melodii na przedmieścia Los Angeles, a ich przygody uczynić bliższymi widzianej za oknem rzeczywistości. To pociągnęło za sobą kolejne zmiany koncepcyjne, takie jak większy nacisk na humor słowny i sytuacyjny przy jednoczesnym stonowaniu slapsticku, zmiany charakterów części postaci i silniej wyeksponowana chronologia wydarzeń - choć odcinki są stosunkowo autonomiczne fabularnie, to jednak czasami pojawiają się w nich odwołania do wydarzeń z poprzednich epizodów, a relacje bohaterów z czasem ewoluują. Widziałem w Internecie sporo narzekań na to, że serial odszedł od swoich korzeni… co jest dla mnie niezrozumiałe, bo korzeniami Looney Tunes jest wieczne eksperymentowanie i szukanie nowych sposobów na wykorzystanie postaci i koncepcji. Nawet w epoce Chucka Jonesa, która dla szerszego widza jest chyba najbardziej rozpoznawalnym okresem franszyzy, dostawaliśmy reinterpretacje klasycznych opowieści, satyry polityczne i społeczne, pulpowe sci-fi, historie detektywistyczne, wojenne, parodie horrorów, postmodernistyczne zabawy z narracją… Kolejne lata przynosiły nam coraz to nowsze pomysły - niektóre zrealizowane po mistrzowsku, inne dokumentnie skopane, ale zawsze mogliśmy mieć nadzieję na to, że Warner Bros zrobi z Bugsem, Daffy’m et consortes coś interesującego. Sitcom jako pomysł wyjściowy jest dla mnie strzałem w dziesiątkę - w końcu wyraziste, świetnie pomyślane charaktery postaci od zawsze były esencją Looney Tunes. 

Głównymi bohaterami serialu są Bugs i Daffy - współlokatorzy zamieszkujący sporej wielkości dom na przedmieściu, w sąsiedztwie Wiedźmy Lezah, Yosemite Sama i Babci (właścicielki Tweety’ego i Sylvestra). Na arenie wydarzeń regularnie pojawiają się również Porky, Speedy Gonzales, Lola, oraz kilkoro innych bohaterów. Fabuła obraca się wokół codziennych problemów, które mają zwyczaj absurdalnie eskalować, jeśli tylko zamieszany jest w nie Daffy albo Lola - aczkolwiek i sam Bugs niejednokrotnie potrafi doprowadzić do niemałej katastrofy. Serial na ogół bardzo fajnie rozgrywa zarówno sitcomowe schematy, jak i swoje kreskówkowe dziedzictwo - pojawiają się żarty z faktu, że bohaterowie nie noszą ubrań, Porky jest wstrząśnięty faktem, że uwielbiane przez niego pepperoni produkuje się z wieprzowiny i tak dalej. Oprócz głównego segmentu w większości odcinków pojawiają się również przerywniki muzyczne zatytułowane „Merrie Melodies”, w których bohaterowie serialu śpiewają piosenki - większość z nich jest kompletnie zapominalna, ale trafiają się takie perełki jak choćby Daffy Duck The Wizard, Long-Eared Drifter czy… ehm… Grilled Cheese, o którym można napisać wiele, ale na pewno nie to, że jest zapominalny. 

Oprócz tego w pierwszym sezonie pod koniec każdego odcinka dostawaliśmy krótki segment ze Strusiem Pędziwiatrem i Kojotem Wilusiem, w odróżnieniu od reszty segmentów - animowany w trójwymiarze. I tak… absolutnie nie mam nic przeciwko trójwymiarowej animacji, bo szort Daffy’s Rhapsody z dwa tysiące dwunastego roku udowodnił, że da się zrobić kreskówkę w 3D w taki sposób, by w pełni zachowała ona urok klasycznych animacji Looney Tunes. Problemem jest natomiast monotonność tych segmentów - niemal każdy z nich opiera się na jednym tylko pomyśle, eksplorowanym na kilka różnych sposobów. Poza tym Kojot nie ma już tej cudownej mimiki, która była jednym z głównych źródeł humoru klasycznych kreskówek z serii Road Runner. Generalnie jednak można oglądać te segmenty bez bólu zębów, po prostu nie są tak dobre, jak mogłyby. Odnoszę też wrażenie, że w tej interpretacji Struś jest znacznie bardziej antagonistyczny i o wiele mocniej prowokuje Kojota do kolejnych beznadziejnych prób schwytania. Przejdźmy jednak do postaci, bo to one są najciekawszym elementem serialu. Jak wspominałem wyżej, niektórzy bohaterowie mają osobowości nieco inne, niż te do których przywykliśmy i które pamiętamy z ery Jonesa. Nie przeszkadza mi to osobiście, bo to nie jest pierwszy raz, gdy jakieś postaci nagle dostają zupełnie nowy charakter (już pół wieku temu Daffy z szalonego prankstera stał się kompletnym dupkiem), rzecz w tym, że przynajmniej część z kreacji bohaterów w The Looney Tunes Show jest… problematyczna. 

Zacznijmy od przywołanego już wyżej Daffy’ego, który jest de facto głównym bohaterem serialu. Kłopotliwy współlokator Bugsa jest skrajnie niesympatyczną postacią budzącą osobliwą mieszankę współczucia i niechęci, która nie pozwala widzowi ani się z niego śmiać, ani z nim empatyzować. Daffy jest tu mocno oderwanym od rzeczywistości socjopatą, który zdradza objawy którejś z chorób ze spektrum autyzmu - widzimy, że ma niejakie problemy w odróżnianiu fikcji od rzeczywistości, bardzo duże kłopoty w funkcjonowaniu w społeczeństwie, niski okres skupienia uwagi, nie do końca rozumie uczucia innych osób… co gorsza, w jednym odcinku dowiadujemy się, że w dzieciństwie padał ofiarą przemocy w szkole, a jedna z jego wypowiedzi sugeruje, że wychowywał się w nie do końca szczęśliwej rodzinie (by określić to w możliwie łagodny sposób). Dlatego, gdy Daffy zachowuje się egoistycznie i samolubnie, widz nigdy nie jest pewien czy wynika to z jego skaz na charakterze czy z faktu, że ta postać ma wyraźne problemy psychiczne. W dodatku Daffy zachowuje się wobec swoich przyjaciół w sposób, który sprawia, że ciężko jest mieć dla niego choćby cień sympatii. W jednym odcinku Daffy okłamał Porky’ego, że potrzebuje przeszczepu nerek, w związku z czym wyciągnął od niego wszystkiego jego oszczędności, by kupić sobie za nie łódkę. Porky natomiast stracił wszelkie środki do życia, pogrążył się w nędzy i wyhodował sobie ostrą fobię społeczną. Przez większą część pierwszego sezonu Daffy jest postacią, której nie mamy siły współczuć, ale też nie mamy serca nienawidzić - a przypominam, że to on dostaje najwięcej czasu antenowego. Nie byłoby to może aż tak odczuwalne, gdyby serial nie rozgrywał się w rzeczywistości bardzo przypominającej naszą własną, w której relacje między bohaterami rozgrywane są w stosunkowo realistyczny sposób, co pociąga za sobą szereg niefortunnych implikacji. Szczęściem po pewnym czasie udało się to stonować - Daffy nabrał ogłady, dostał więcej wątków stawiających go w bardziej sympatycznym świetle i zaczął lepiej radzić sobie w stosunkach społecznych. Jasne, nadal był dupkiem, ale udało się to odpowiednio wyważyć i zamiast konfuzji postać zaczęła budzić rozbawienie. 

Kolejną kontrowersyjną postacią jest Lola. Lola w swojej wersji z The Looney Tunes Show mnie konfunduje, bo nie umiem powiedzieć czy mi się podoba czy nie. W końcu ma charakter - to dobrze. Ale ten charakter bardzo mocno bazuje na stereotypie głupiej blondynki - to źle. Ma bardzo zabawne, znakomicie zagrane dialogi - to dobrze. Ale te dialogi znów wciskają ją w stereotyp rozgadanej kobietki - to źle. Jest cudownie ześwirowaną postacią, której odklejone od rzeczywistości zachowania zapewniają humor pierwszej próby - to dobrze. Ale to jej świrowanie skutkuje, między innymi, faktem, że stalkuje Bugsa nie przyjmując do wiadomości, że on (przynajmniej do pewnego momentu) nie jest nią zainteresowany - to źle. To bardzo źle. Stalking nie jest zabawny, o czym zapewni Was każda osoba, która kiedykolwiek doświadczyła tego typu prześladowania. I nie, jeśli kobieta stalkuje mężczyznę to też nie jest śmieszne, ani mniej toksyczne. To podwójny standard, z którym powinniśmy walczyć, a nie inkorporować go do popkultury, szczególnie tej kierowanej do młodszego widza. Generalnie jednak, w dalszej części serialu Lola - tak samo jak Daffy - zostaje delikatnie przeprojektowana charakterologicznie i traci większość wymienionych wyżej negatywnych cech, zarazem zachowując te pozytywne. To jest, koniec końców, bardzo fajna postać i ostatecznie cieszę się, że regularnie pojawia się w serialu. 

Bugs z karmicznego trickstera stał się podmiejskim cynikiem, który z olimpijskim spokojem przygląda się chaosowi, jaki wprowadzają w jego życie współlokator, dziewczyna i sąsiedzi. Ponadto, chyba po raz pierwszy w historii otrzymał jakieś wady - między innymi skłonność do uzależnień, nieumiejętność okłamywania najbliższych (choć oczywiście to bardzo dyskusyjna „wada”, która jednak czasami doprowadza do krępujących sytuacji towarzyskich) czy zdecydowanie zbyt miękkie serce dla Daffy’ego, którego Bugs de facto utrzymuje, dostając w zamian jedynie niekończące się problemy i obelgi. Tym niemniej, Bugowi można pozazdrościć życia - posiada własny dom, stać go na rozmaite luksusy i pokrywanie kosztów szkód wyczynianych przez Daffy’ego i Lolę, mimo faktu, iż formalnie nie ma żadnego zatrudnienia i całymi dniami przesiaduje w domu (kwestia jego bogactwa jest przedmiotem jednego z odcinków). Jest zdecydowanie mniej antagonistyczny, niż do tego przywykliśmy - na ogół odpuszcza irytującym go osobnikom i  łatwo przechodzi do porządku dziennego nad szkodami, jakie są mu wyrządzane przez postronnych. Oczywiście przy paru różnych okazjach budzi się w nim dawny Bugs, ale na okół jego stoicyzm bierze górę nad emocjami. Bugs jest tu na tyle ciekawą postacią, że jest takim trochę surogatem publiczności - jedynym stabilnym psychicznie bohaterem równoważącym ekscentryzm otoczenia. Wciąż jest jednak na tyle charyzmatyczny - sarkastyczna natura zdecydowanie mu w tym pomaga - że wygrywa sympatię widzów. To w końcu Królik Bugs - oczywiście, że jest fajny. 

Porky jest natomiast chyba najbardziej znękaną postacią w całym The Looney Tunes Show. Nie mam najmniejszego pojęcia, czemu zadaje się z Daffy’m, który traktuje go bardziej jak osobistego niewolnika, niż przyjaciela. Ułatwia mu to fakt, że Porky jest asertywny i ma bardzo niskie poczucie własnej wartości, przez co łatwo nim manipulować - a Daffy nie ma wobec niego najmniejszych skrupułów. Poza tym jest niezwykle neurotyczny, ma legendarnego pecha i często pada ofiarą niefortunnych zbiegów okoliczności. Szczęściem scenarzyści obdarzyli go kilkoma własnymi wątkami (jego przygody związane z szukaniem odpowiedniej pracy, związek z Petunią), które pokazały jak sympatyczną, choć niepozbawioną wad może być postacią, jeśli tylko nie jest notorycznie torturowany psychicznie i fizycznie przez Daffy’ego. 

Na koniec zostawiłem sobie moją ulubienicę - Tinę Russo, pochodzącą z New Jersey dziewczynę Daffy’ego. Tina powstała specjalnie na potrzeby The Looney Tunes Show i z miejsca zdobyła sobie moje serce. Twardo stąpająca po ziemi pracownica okolicznej drukarni, która posiada bardzo mało wyrozumiałości dla cudzej głupoty, jest ostoją rozsądku i źródłem celnego, jadowitego sarkazmu… randkuje z Daffy’m. Co bardziej szokujące, w jakiś niepojęty dla nikogo sposób ten związek nie dość że działa, to jeszcze pomiędzy obojgiem tych postaci panuje doskonała chemia. Poza tym, widać że Daffy’emu bardzo na niej zależy i ewolucję jego postaci spokojnie można przypisać chęci stania się lepszym, bardziej wartościowym partnerem dla Tiny. Ta bohaterka jest tak zajebista, że słaba postać dzięki niej zyskuje. Strasznie, ale to strasznie boli mnie fakt, że jest jej tak mało - Tina pojawia się chyba nawet rzadziej niż Yosemite Sam, postać ewidentnie trzecioplanowa. Co gorsza, istnieje uzasadnione ryzyko, że nie będzie pojawiała się w przyszłych projektach spod znaku Looney Tunes, tak jak nie pojawiają się w nich tabuny znakomitych postaci, które debiutowały po Złotej Erze Animacji. To ssie - ja chcę więcej Tiny! Przez serial przewijają się również i inne postaci, także te - zdawałoby się - zapomniane, jak choćby Żółw Cecil, Pete Puma czy dysfunkcyjna rodzina niedźwiedzi. Zdziwiła mnie relatywnie mała rola Elmera, który jest przecież jedną z ikon Looney Tunes, a na ekranie pojawia się raptem trzy, cztery razy i jego rola nigdy nie wychodzi poza symboliczne cameo. Fani klasycznych kreskówek znajdą w tym serialu całą masę smaczków, nawiązań, żartów zrozumiałych tylko dla nich, powracających rekwizytów, odniesień - widać, że twórcy znają historię Looney Tunes od podszewki. 

W drugim sezonie serial przeszedł pewną metamorfozę - zniknęły segmenty ze Strusiem Pędziwiatrem, ograniczono liczbę piosenek, parę postaci dostało innych aktorów głosowych, lekko zmieniły się projekty bohaterów i bohaterek, kolory stały się jaśniejsze, Bugs dostał więcej czasu antenowego, a Daffy i Lola doczekali się lepszej charakteryzacji. W większości były to zmiany na lepsze i można było mieć nadzieję, że uda się dzięki temu doszlifować serial, dając mu tym samym dłuższą żywotność. Niestety, nic z tego nie wyszło - mimo stosunkowo stabilnej widowni po drugim sezonie The Looney Tunes Show zostało anulowane z powodu zbyt wysokich kosztów produkcji. Ratingi były solidne, ale nie aż tak, by usprawiedliwić kontynuację serialu. Wydaje mi się, że główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest trochę chybiona grupa wiekowa, do której kierowano serial. The Looney Tunes Show w dużej mierze opiera się na opowiadaniu o związkach, randkowaniu, szukaniu pracy - tego typu stosunkach społecznych, które dla dzieci są trochę zbyt abstrakcyjne, a przez to niekoniecznie interesujące. W ogóle przez większość czasu odnosiłem wrażenie, że serial docelowo kierowano do osób dorosłych, a przynajmniej do całych rodzin - jak Animaniacs, które łączyło subtelną satyrę i slapstickowe szaleństwo w sposób atrakcyjny dla obu grup wiekowych. Możliwe, że na innym kanale, w innych okolicznościach serial poradziłby sobie znacznie lepiej i wygrał uwagę szerszej publiczności. 

A miał ku temu zadatki. Animacja jest bardzo ładna - projekty postaci odświeżono, co było zresztą źródłem kontrowersji, chociaż na mój gust nie było powodu do bicia piany, bo bohaterowie wyglądali bardzo estetycznie nawet przed ich przeprojektowaniem w drugim sezonie. Jasne, nie jest to poziom Tiny Toon Adventures (o klasycznych szortach ze Złotej Ery nie wspominając), ale biorąc poprawkę na dzisiejsze standardy jest co najmniej spoko. Dubbing natomiast to co pierwsza liga - wszystkie głosy dobrano wprost idealnie, z małymi przebłyskami geniuszu, jak choćby akcent Tiny. Głosy Bugsa, Daffy’ego, Sylvestra, Tweety’ego i Leghorna podłożył Jeff Bergman i, powiadam Wam, ten człowiek może się szczycić mianem godnego następcy Mela Blanca, bowiem nie dość, że znakomicie go imituje w każdym przypadku (z małym wyjątkiem Daffy’ego - w interpretacji Blanca ma on słyszalnie wyższy głos, ale to naprawdę drobiazg), to jeszcze znakomicie operuje grą aktorską. Nie ma się zresztą czemu dziwić, Jeff już od trzydziestu lat zajmuje się podkładaniem głosów pod postaci Looney Tunes i przez ten czas zdołał wypracować sobie status małej legendy. Pozostali aktorzy głosowi również spisują się bez zarzutu - doskonała jest Kristen Wiig w roli Loli. Dla samego jej performance’u warto przynajmniej rzucić okiem (i uchem) na ten serial. W roli Babci powróciła również stuletnia niemal June Foray i mimo imponującego wieku spisuje się doskonale. 

Jak na serial, z którym tyle rzeczy jest nie tak The Looney Tunes Show obejrzałem z prawdziwą przyjemnością, od czasu do czasu parskając nawet śmiechem. Dialogi są świetnie napisane, humor stoi na wysokim poziomie, fabularne konstrukcje niektórych epizodów to prawdziwe perełki… jasne, daleko tej kreskówce do ideału, ale mimo to naprawdę warto dać jej szansę. Przybijam The Looney Tunes Show swoją osobistą pieczątkę jakości i rekomenduję ten serial do obejrzenia fanom dobrej komedii, Looney Tunes i animowanych sitcomów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...