Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul McGann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul McGann. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2013

Mój problem z The Day of the Doctor

fragment grafiki autorstwa Jeremy'ego Treece'a, całość tutaj.

Jeśli kogoś przeraził tytuł, natychmiast uspokajam – w jubileuszowym odcinku stworzonym na pięćdziesięciolecie serialu Doctor Who jestem po prostu zakochany. Doceniam szacunek, z jakim Moffat podszedł do marki, do fanów i do samego Doctora. Uwielbiam przekomarzania się Dziesiątego i Jedenastego i żałuję, że nie było tego więcej. Brylująca na ekranie Billie Piper jeszcze nigdy nie była tak charyzmatyczna. Zaś finał wykopał mnie w nerdosferę, z której wychodziłem przez długie, długie minuty. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po obejrzeniu The Day of the Doctor było obejrzenie tego odcinka po raz drugi. Emocje towarzyszące seansowi były nie od opisania. Nie pamiętam już, kiedy ostatnie odczuwałem coś tak mocnego przed ekranem telewizora – czysty zachwyt przemieszany z ekscytacją. Chyba tylko Forever Red wzbudził we mnie coś porównywalnego. Co nie znaczy, że w TDotD podobało mi się wszystko. Bynajmniej. Oczywiście, moje poniższe narzekania są w dużej mierze czysto subiektywne i wynikają raczej z mojego czepialstwa i chciejstwa, ale jednak podczas seansu dość mocno mnie uwierały i nie byłbym sobą, gdybym nie starał się ich w jakiś sposób wypunktować. Dlatego proszę wszystkich czytających o wyrozumiałość i zawczasu przestrzegam ich przed potężnymi spoilerami. Bez uprzedniego obejrzenia The Day of the Doctor nie ma sensu nawet podchodzić do lektury niniejszej notki. No, ale to chyba oczywiste.

Po pierwsze – John Hurt. Nie rozumiem zachwytu nad wykreowaną przez niego inkarnacją Doctora. Ani przez chwilę nie byłem w stanie w niego uwierzyć. Owszem, technicznie jego gra była poprawna, ale… no właśnie. Widać było, że on gra Doctora, a nie, że jest Doctorem. Przez cały czas biła od niego postawa „Nie mam pojęcia, o co tu chodzi”, jego kreacji brakowało przemyślenia, twórczej interpretacji postaci. Nie był ani specjalnie groźny, ani specjalnie zagubiony, ani specjalnie przyparty do muru. Był strasznie nijaki i ta nijakość aż biła po oczach. Miał świetnie napisaną rolę, z której można było wycisnąć naprawdę dużo i zmarnował tę szansę. Szczególnie, gdy porówna się go z odtwarzającym rolę Kustosza Tomem Bakerem, który kradnie dla siebie finał epizodu, swoją charyzmą przebijając wszystkich pozostałych aktorów razem wziętych. Widać było, że powrót do serialu – choćby chwilowy – i do roli (powiedzmy) Doctora był dla niego czymś bardzo ważnym i czysta radość z szansy, jakiej mu dano po prostu przebijała się przez niego w czasie odcinka. Hurt po prostu w tym odcinku grał, Baker – był Doctorem.

Po drugie – Sam Wojenny Doctor. Nie uważam, by dowalenie kolejnej regeneracji do chronologii Doctora była słuszną decyzją. Raz, że wprowadza zbędny zamęt do i tak już zagmatwanej historii serialu. Dwa, że – to chyba jedyna rzecz, w której zgadzam się tu z hihntem – Wojennego spokojnie mógł zastąpić Ósmy. Paul McGann w miniepizodzie znakomicie pokazał, że potrafi wykreować bohatera bardzo charyzmatycznego, groźnego i zrozpaczonego, którego rozpacz potrafi doprowadzić do niewyobrażalnego okrucieństwa. Może to tylko moja faza na Ósmego spowodowana fascynacją jego słuchowiskowymi przygodami, ale obstaję przy tym, że McGann w roli zaszczutego sytuacją Doctora-Niedoctora byłby znacznie lepszy, niż Hurt. W końcu w sześciominutowym odcinku McGann, nie dość, że zdołał zatrzeć złe wrażenie ze „swojego” filmu, to jeszcze mnie oczarował, tymczasem Hurt miał cały cholernie długi epizod, po którym nie umiałbym wymienić ani jednej cechy indywidualizującej jego inkarnację. Cholera, nawet Capaldi w swoim bombastycznym cameo, po którym eksplodował mi mózg w ciągu tych trzech sekund jego bytności na ekranie i kilku słów, jakie w tym czasie wypowiedział pokazał więcej charakteru i swojej wizji Doctora.

Po trzecie – Zygoni. Widzicie, mamy prawdopodobnie najważniejszy odcinek serialu w całej jego historii i kto jest głównym zagrożeniem? Slitheeni. No, prawie – ale poziom gumowości, campu i tandety jest jak najbardziej zbliżony. Poważnie, w czasie długiej, pięćdziesięcioletniej historii serialu na pewno udałoby się wyciągnąć z lamusa wrogów, którzy wyglądają, no… groźniej. Myślę, że nawet ekipa produkcyjna zdawało sobie sprawę z absurdalności Zygonów, bo oko kamery jak tylko mogło, unikało pokazywania ich w całej okazałości. I nic dziwnego. Czerwone, gumowe maszkary wyglądające jak coś, co zwykło przyklejać się do podeszwy tenisówki nie budzą żadnej grozy. Dalekowie są na swój sposób straszni. Owszem, jest to straszność przykrojona do potrzeb serialu domyślnie familijnego , ale ich jazgotliwy głos, niepowstrzymana potęga i nienawiść potrafią poruszyć. Podobnie Cybermen, którzy swoim odczłowieczeniem i myśleniem oraz działaniem kolektywnym są bardzo ciarkogenni. A Zygoni? Szkoda pisać.

Po czwarte – cały wątek z ratowaniem świata po raz trzy tysiące siedemset sześćdziesiątym czwarty. Nie chodzi mi o to, że on tam jest, tylko o to, jak został potraktowany. A został potraktowany pretekstowo i sztampowo, tylko jako podkładka pod wielkie spotkanie rodzinne trzech Doctorów i ich kooperację. W dodatku cała ta afera z Zygonami pozostała na dobrą sprawę bez rozwiązania. Doctorzy zmusili obie rasy do pertraktacji i… nic. Nie dostajemy żadnego rozwiązania, żadnego zasygnalizowania, jak udało się rozwiązać problem, co postanowili deliberujący ludzie i Zygoni. Nie było ani jednego krótkiego napomknięcia, które domknęłoby ten wątek. Ja się czułem trochę oszukany – i to podwójnie. Po pierwsze, ten cały motyw był bardzo schematyczny w stylu doctorowym i spokojnie mógł zostać osią jakieś „normalnego” odcinka, który byłby w takim wypadku udanym średniakiem, ale wątpię, by czymkolwiek więcej. Po drugie, zabrakło mu wyraźnej puenty.

Po piąte – Osgood. Ta postać była po prostu niepotrzebna. W ogóle, wrzucanie comic reliefa w odcinku, w którym spotyka się trzech Doctorów wydaje się, cóż, dziwne i niepotrzebne. Nie chodzi o to, że Osgood była jakoś specjalnie denerwująca – choć dała kolejny dowód na to, że w UNIT pracują tylko beznadziejni Whovianie pokroju Malcolma czy Osgood właśnie. Irytowało mnie jedynie jej odruchowe modlenie się do Doctora w chwilach zagrożenia, nieśmieszny gag z inhalatorem, łażenie w szaliku Czwartego (ale to było wymuszone) i… wiecie co? Zmieniam zdanie – ona jest jednak denerwująca.  W dodatku za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie tempo odcinka niepotrzebnie zwalnia. Najbardziej bolało mnie to w chwili, w której wszyscy Doctorzy zostali zamknięci w Tower. Zamiast oglądać interakcje pomiędzy całą trójką dostaję cięcie i… Osgood wałęsająca się po korytarzach. Cudnie.

I to by było chyba tyle. Napisałem tę notkę z dwóch powodów. Pierwszym z nich była niechęć do powielania tego, co większość doctorowej blogosfery wypunktuje z największą pieczołowitością. Drugim była zasada ekonomii – gdybym miał wymienić wszystko, co mnie w tym odcinku zachwyciło, notka byłaby nieprzyzwoicie wręcz długa. Bo widzicie, ja jestem tym odcinkiem zachwycony niemal totalnie. W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin widziałem go trzykrotnie. Zaraz po wrzuceniu tej notki na Mistycyzm Popkulturowy odpalę sobie The Day of the Doctor po raz kolejny. Do końca tygodnia obejrzę go pewnie dziesięć razy, bo po prostu tyle rzeczy jest w nim absolutnie mistrzowskich, cudownych i zapadających w pamięć, że trudno zliczyć. Plan wypalił – Moffat stworzył niesamowity rocznicowy odcinek, święto fanek Doctora zyskało znakomite zwieńczenie, tumblr dostał spazmów, a ja… A ja napisałem marudną notkę strasznego skwaszeńca, którym przecież jestem. Ale to nic – zaraz obejrzę sobie ten epizod po raz kolejny. Z niezmiennym zachwytem.

sobota, 23 listopada 2013

Osiem razy pięćdziesiąt

fragment grafiki autorstwa Carolyn Edwards, całość tutaj.

Już za kilka godzin dojdzie do kulminacji wielkiego święta wszystkich fanek (płci obojga) serialu Doctor Who. Celebrowanie pięćdziesięciolecia najstarszego, najdłuższego i prawdopodobnie najlepszego serialu science-fiction w historii telewizji trwało jednak przez wiele tygodni. Fandom uaktywnił się w stopniu ponadprzeciętnym, zasypując Internet filmami, parodiami, komiksami i wszelkiej maści przejawami swojego umiłowania. To jedyny w swoim rodzaju fenomen i – jako zadeklarowana fanka (płci męskiej) serialu – cieszę się, że mogę w tym uczestniczyć, że mogę być częścią tej celebracji. Następna okazja trafi się przecież dopiero za pięćdziesiąt lat.

Ale wiecie co? Nie do końca o tym chciałem pisać. Otóż częścią obchodów pięćdziesięciolecia serialu było stworzenie krótkiego epizodu zatytułowanego The Night of the Doctor. Miniodcinek stanowi prequel do jubileuszowego The Day of the Doctor i pojawia się w nim Ósma inkarnacja Doctora, znana z niesławnego filmu telewizyjnego z lat dziewięćdziesiątych, o którym fanki (płci obojga) pamiętać raczej nie chcą. I choć ja oglądałem tę produkcję dawno, dawno temu, to nawet nie pamiętam, o co w niej właściwie chodziło, ani jak się skończyła, zaś Ósmego po prostu olewałem. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy opadła mi szczęka po tym, jak zobaczyłem go w TNotD. Wszyscy określają War Doctora jako „zapomnianą regenerację” Doctora – dla mnie „zapomnianą regeneracją” jest właśnie Ósmy, będący w moich oczach Doctorem straconej szansy, cenną inkarnacją zmarnowaną na pojedynczy, niespecjalnie udany film. W tym sześciominutowym epizodzie Ósmy skradł mi serce. Sponiewierany przez ciągłą ucieczkę przed Wojną Czasu, zagubiony, niemogący odnaleźć się w rzeczywistości, gdzie jego rasa stała się synonimem odrazy i śmierci w męczarniach postanawia odrzucić swoje dziedzictwo, zakłamać to, kim był przez tak długi czas i przemienić się w kogoś, kto już nie jest Doctorem. I ta ekspresja Paula McGanna w chwili, w której krzyczy „Get out!”. I Cass, która mogłaby być wspaniałą towarzyszką, gdyby nie czas i okoliczności. I Doctor, który tuż przed regeneracją oddaje cześć swoim towarzyszom…

To mnie trochę zdziwiło, bo po raz pierwszy (chyba…) oficjalny telewizyjny epizod odwołuje się do materiałów z Expanded Universe. Skoro więc są już one oficjalnie włączone do oficjalnego kontinuum, uznałem, że powinienem się z nimi zapoznać. Ostatecznie, jako fanka, obowiązki mam jak najbardziej fanowskie. Z istnienia słuchowisk Doctor Who zdawałem sobie sprawę już wcześniej – rekomendował je, między innymi, Ausir, który na Facebooku i blogowych komentarzach wypowiadał się o słuchowiskach z Ósmym bardzo entuzjastycznie. Dotychczas to ignorowałem, ale wielki come back Ósmego w miniepizodzie spowodował, że przełamałem się i sięgnąłem po kilka pierwszych audio-epizodów. Tego typu spin-offy i próby zawojowania mediów innych, niż to, z którego wywodzi się materiał wyjściowy najczęściej kończą się klapą, która ma zgoła niewiele wspólnego z pierwowzorem. Widzieliśmy to już wielokrotnie – komiksy rozszerzające świat filmowych uniwersów, growe adaptacje filmów, książki ciągnące wątki z gier video… to się niemal zawsze okazuje ordynarnym skokiem na kasę. „Fani pójdą”, że tak sparafrazuję Wajdę. Wiedziony niewesołym doświadczeniem, postanowiłem sobie pozostać sceptycznym.

Do czasu. Przesłuchałem kilka odcinków słuchowiska o Ósmym Doctorze i… to jest naprawdę świetna rzecz! Do produkcji słuchowisk zabrano się z pieczołowitością porównywalną do serialowej wersji przygód Doctora, co oznacza, że scenariusze są rozbudowane i pomysłowe, gra aktorska znakomita, a efekty dźwiękowe barwne i wiarygodne. Nieco oldskulowa konwencja audio dramas znakomicie pasuje do klimatu Doctora Who i nadaje mu specyficznego klimatu opowieści niesamowitych rodem z połowy XX wieku. Pokochałem nową towarzyszkę Doctora. Lucie wyraża się tym specyficznym północnym akcentem, w którym niby pojawiają się spółgłoski, jednak trzeba naprawdę sporego refleksu, żeby przyłapać jakąś na gorącym uczynku. Połączywszy to z faktem, że dziewczyna charakterologicznie jest bardzo podobna do Donny – nawet pojawia się na pokładzie TARDIS w bliźniaczych okolicznościach – Lucie momentalnie wskoczyła na pierwsze miejsce mojego prywatnego rankingu ulubionych towarzyszek. Lucie jest grubiańska, prozaiczna, opryskliwa i impulsywna, a przez to bardzo zwyczajna i bardzo prawdziwa. Stawia się Doctorowi* jeszcze bardziej niż Donna, odnosi się do niego w bardzo szorstki sposób i ogólnie na każdym kroku wyraźnie widać (czy też raczej słychać), że to ona nosi spodnie w tym tandemie. Sam Ósmy jest natomiast znacznie bardziej powściągliwą i chyba mniej dobroduszną inkarnacją, niż jego następcy. Dość często stara się być głosem rozsądku, działa w sposób metodyczny, zaś jego żarty i powiedzonka są mniej slapstickowe, a bardziej prześmiewcze. Pozwala sobie na znacznie więcej drobnych złośliwości, niż Dziesiąty czy Jedenasty. Widzę – słyszę – w nim silne echa Dziewiątego, co może wynikać z faktu, że wedle pierwotnych założeń miał być jego bezpośrednim poprzednikiem. Powiem od razu, że bardzo podoba mi się taka inkarnacja Doctora, bo ADHD dwóch ostatnich regeneracji, choć na swój sposób urocze, zaczyna mi odrobinę działać na nerwy. Także scenariusze są bardzo ciekawe – pomysłowe, mające odpowiedni ładunek emocjonalny i mniej lub bardziej niespodziewane zwroty akcji. Co prawda niekiedy zdarza im się popadać w przesadny dramatyzm, ale to też specyfikacja tego medium – ostatecznie aktorzy komunikują się z nami tylko i wyłącznie za pomocą swoich głosów. Z drugiej strony, twórcy doskonale operują słuchowiskowym medium, bardzo subtelnie wplatając w dialogi konteksty i informacje, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że oglądamy odcinek serialu z wyłączonym obrazem, tylko bierzemy udział w przemyślanej inscenizacji.

Tak więc – polecam. Jako, że bycie fanką Doctora Who przez połowę czasu polega na czekaniu, aż kolejny sezon/odcinek łaskawie się pojawi, każdy umilacz tego oczekiwania jest na wagę złota. A od kiedy słuchowiska o Ósmym są oficjalnie w ścisłym kanonie, każda fanka (niezależnie od płci) powinna się z nimi zapoznać. W czym pomaga fakt, że pod żadnym względem nie ustępują one serialowi telewizyjnemu – a niekiedy wręcz go przewyższają. A tymczasem - czekam na jubileuszowy odcinek. Miejmy nadzieję, że to będzie coś wielkiego.

_____________________
*głęboko wzruszył mnie wpis na TARDIS Data Core (fanowska Wiki o Doctor Who) dotyczący jednego ze słuchowisk: The Doctor orders Lucie not to wander off, but she ignores him. The Doctor telling a companion not to wander off and them ignoring it is a running theme throughout the history of Doctor Who.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...