Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spider-Man. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spider-Man. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2019

Spiderverse II - Poznajcie Milesa (i spółkę)

fragment grafiki z filmu
Miles Morales jako koncept narodził się w połowie dwa tysiące ósmego roku. Był to rok wyborów w USA i kampanii prezydenckiej Baracka Obamy, zakończonej jego zwycięstwem. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej głową państwa została osoba niebiała. Ówczesnego redaktora naczelnego wydawnictwa Marvel, Axela Alonso, przekonało to, że skoro Ameryka dojrzała do wyboru czarnoskórego prezydenta, nadszedł czas na nieco poważniejsze przedefiniowanie jednej z najbardziej rozpoznawalnych ikon wydawnictwa. Oczywiście zastąpienie oryginalnego Petera Parkera z głównego uniwersum nie wchodziło w grę – próbowano już tego w latach dziewięćdziesiątych i rezultaty były katastrofalne. Dlatego Alonso postanowił przeprowadzić ten eksperyment na tkance uniwersum Ultimate, które w międzyczasie powoli traciło na popularności i desperacko potrzebowało czegoś, co na nowo je rozrusza.

Taką rzeczą miał być event komiksowy Ultimatum spinający wszystkie serie świata Ultimate i radykalnie zmieniający status quo całej linii wydawniczej. Początkowo Miles miał zadebiutować właśnie w tym momencie – komiks zawierał nawet wątek domniemanej śmierci Petera Parkera ze świata Ultimate – ale wydawnictwo uznało, że postać nie jest jeszcze na tyle dopracowana, by wrzucić ją w cały ten bałagan. Bo Ultimatum koniec końców okazało się niestety straszliwym bałaganem, który zamiast odświeżyć całe uniwersum stał się jednym z największych gwoździ do jego trumny. Co prawda linia wydawnicza funkcjonowała jeszcze jakiś czas po zakończeniu eventu, ale ten okres był już jedynie łabędzim śpiewem uniwersum. I właśnie w trakcie tego śpiewu zadebiutował Miles. 

Gdy Brian Michael Bendis, twórca i scenarzysta komiksu Ultimate Spider-Man zdecydował się w końcu przedstawić Milesa publiczności, silnie inspirował się aktorem i piosenkarzem Donaldem Gloverem. Jako punkt przełomowy scenarzysta wskazał pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu Community, w którym Troy (postać grana przez Glovera) pojawia się w piżamie wyglądającej jak kostium klasycznego Spider-Mana. Glover prowadził wówczas internetową kampanię celem zdobycia głównej roli w restarcie kinowej serii The Amazing Spider-Man. I choć jego starania się nie powiodły – nieco później do Internetu wyciekły wewnętrzne wytyczne Sony mówiące, że filmowy Peter Parker musi być biały i heteroseksualny – to Donald Glover pośrednio mocno wpłynął na postać Spider-Mana. Po prostu nie tego, o którym myśli większość osób. Aktor pojawił się zresztą w małej rólce w Spider-Man: Homecoming, kolejnym restarcie kinowego Spider-Mana, a historia zatoczyła koło, gdy gościnnie wcielił się w postać Milesa w kreskówce Ultimate Spider-Man. 

Milesa wiele łączyło z Peterem Parkerem. Obaj wychowali się w środowisku klasy robotniczej, obaj zyskali bardzo podobne nadprzyrodzone moce dzięki ukąszeniu pająka, obaj w bardzo młodym wieku wzięli na siebie olbrzymią odpowiedzialność. Miles nigdy jednak nie był pustą odbitką Petera, ale raczej tematycznym dialogiem z tą postacią. Ich droga do oswojenia się ze swoją nową rolą przebiegała w odwrotnych kierunkach. Peter był zachłyśnięty nowymi możliwościami w takim stopniu, że stał się zbyt pewny siebie i dopiero śmierć jego ukochanego wujka, za którą pośrednio odpowiadał, sprawiła, że bohater spokorniał. Miles natomiast był w tej sytuacji całkowicie przytłoczony i dopiero śmierć jego ukochanego wujka, za którą pośrednio odpowiadał, sprawiła, że chłopak zmuszony był wziąć się w garść, nabrać pewności siebie i chwycić życie za rogi. 

Miles – w przeciwieństwie do Petera – miał też pełną rodzinę, co jednocześnie dawało mu siłę i motywację do działania oraz wprowadzało dodatkowe problemy (jego ojciec był uprzedzony do mutantów i rozciągał to uprzedzenie na wszystkie osoby z mocami), co wrzuciło nowego bohatera w trochę inną sytuację życiową. Milesa dręczył również dylemat odnośnie jego własnej inherentnej natury – jego wujek był bowiem kryminalistą i w ostatnich słowach przed śmiercią powiedział Milesowi, że obaj są tacy sami. O ile postać Bena była dla Petera figurą aspiracyjną, autorytetem i wzorem do naśladowania, Aaron dla Milesa był ostrzeżeniem, mroczną figurą, którą chłopiec może się stać, jeśli nie będzie ostrożny. Ostatnią kluczową różnicą jest oczywiście fakt, że Miles to następca Petera. Peter nie był niczyim następcą – był pierwszym i, przez długi czas, jedynym Spider-Manem, a jakąkolwiek reputację sobie wyrabiał, wyrabiał ją sam i na własny rachunek. Gdy Miles po raz pierwszy wyszedł na ulice miasta w kostiumie Petera, postronni ludzie zaczęli zwracać mu uwagę, w jak złym guście jest coś takiego. Miles zawsze działał w cieniu swojego poprzednika, ze świadomością, że będzie do niego porównywany. 

Pierwsza seria przygód Milesa spotkała się ze stosunkowo ciepłym przyjęciem krytyków, jednak jej sprzedaż nie była zadowalająca. Z pewnością nie pomogły typowe dla Marvela wygłupy związane z numeracją i restarty serii, by złapać możliwie wiele osób na kupienie kolejnej „jedynki” - pierwsze numery komiksowych serii z oczywistych powodów sprzedają się znacząco lepiej niż kolejne. Ostatecznie jednak Miles okazał się jedną z najpopularniejszych postaci uniwersum Ultimate i jedną z bardzo niewielu, która przetrwała zamknięcie tej linii wydawniczej (postać „przerzucono” do głównego uniwersum Marvela) i od tamtej pory cieszy się znaczącą popularnością zarówno w komiksach, jak i adaptacjach. Eksperyment Axela Alonso się powiódł – okazało się, że przedstawienie nowej, młodszej i należącej do grupy mniejszościowej wersji ikonicznej białej postaci ma sens i jest sensownym sposobem na odświeżenie komiksowej formuły. Miles okazał się jaskółką zwiastującą deszcz tego typu bohaterów i bohaterek – Kamala Khan, Robbie Reyes, Riri Williams i wiele innych postaci podążyło przetartym przez Spider-Mana szlakiem. 

Pozostałe inkarnacje Spider-Mana występujące w tym filmie są już nieco mniej znaczące dla komiksowej mitologii, ale też na tyle ciekawe, by warto było o nich wspomnieć. Spider-Gwen i Peni Parker debiutowały w komiksowym evencie Spider-Verse z dwa tysiące piętnastego roku, na którym luźno – bardzo luźno – bazuje ten film. Te pierwsza bohaterka cieszyła się na tyle dużą popularnością, że jej postać wystąpiła w kolejnym evencie komiksowym – Secret Wars – po czym otrzymała własną solową serię komiksów i wszystko wskazuje na to, że Spider-Gwen (czy też Ghost-Spider, jak brzmi jej oficjalny komiksowy pseudonim) zostanie z nami na dłużej. Co do Peni, to komiksowy pierwowzór tej postaci znacząco różnił się od bohaterki, którą mamy okazję oglądać w filmie – w treści i formie bliżej jej było do Neon Genesis Evangelion. 

Ze Spider-Hamem sprawa jest już nieco bardziej interesująca, bo ten bohater powołany został do istnienia w latach osiemdziesiątych i wiąże się z tym pewna anegdota. Zaczęło się – podobno – od niezależnego komiksu fantasy Cerebus the Aardvark, w którym jedna z postaci była otwartą parodią wielu różnych superbohaterów i przez kilka numerów pojawiała się na okładce tego komiksu w stroju Wolverine’a. Marvelowi bardzo się to nie spodobało i doszło do pewnych tarć między wielkim wydawnictwem i twórcą małego komiksu niezależnego. Ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach, ale niedługo później Marvel opublikował komiks ze Spider-Hamem, który wygląda bardzo podobnie do głównego bohatera Cerebus the Aardvark ubranego w kostium Spider-Mana. Dave Sim, autor Cerebusa utrzymuje, że to coś w rodzaju odwetu za całą tę aferę z parodią Wolverine’a i o ile zgranie czasowe tych wydarzeń wydaje się pasować do tej hipotezy, twórca postaci Spider-Hama zaprzecza, by ten bohater miał cokolwiek wspólnego z Cerebusem, bo Peter Porker powstał jako próba stworzenia postaci pod licencje na pluszowe zabawki dla dzieci. Jak to z tym naprawdę było – nie bardzo wiadomo. Dość rzec, że Spider-Ham od swojego debiutu sporadycznie przewijał się przez komiksy Marvela i zawsze cieszył się małą, bo małą, ale jednak popularnością. 

Spider-Man Noir jest z kolei postacią wywodzącą się z linii wydawniczej Marvel Noir z dwa tysiące dziewiątego roku. Było to alternatywne uniwersum, w którym ikoniczne postacie Marvela osadzono w konwencji czarnego kryminału. Lubiłem komiksy z tej linii wydawniczej – nie jestem jakimś ogromnym fanem konwencji noir, ale osadzenie w niej takich postaci jak Wolverine, Spider-Man czy Daredevil okazało się strzałem w dziesiątkę i przyjemnie śledziło się odświeżone w ten sposób archetypy postaci. Komiksowy Spider-Man Noir różni się od tego z filmu – przede wszystkim nie jest czarno-biały, zamiast płaszcza i fedory nosi kostium lotnika z czasów I Wojny Światowej, a moce uzyskał dzięki pajęczemu totemowi, nie wskutek ugryzienia przez napromieniowanego pająka. 

Spider-Man ze sceny po napisach wywodzi się z linii wydawniczej Marvel 2099. Analogicznie do Marvel Noir, w tym przypadku bohaterowie zostali osadzeni w konwencji cyberpunku. Spider-Man 2099 cieszył się na tyle dużą popularnością, że przetrwał zamknięcie tej linii wydawniczej i okazyjnie przewijał się w różnych miniseriach i crossoverach. Towarzyszący mu w ostatniej scenie filmu rysunkowy Spider-Man był głównym bohaterem campowej kreskówki z lat sześćdziesiątych, dziś znanej głównie z internetowych memów, do których zresztą nawiązuje cała scena po napisach.

sobota, 14 grudnia 2019

Spiderverse I - Wstęp

fragment grafiki z filmu

Miles Morales po raz pierwszy pojawił się w moim życiu gdy byłem na studiach. Był to, jak możecie się domyślać, konfundujący, nieoczywisty etap mojego życia, rodzaj ostatniego przystanku przed dorosłością, gdy nie miałem jeszcze pojęcia, jak potoczy się ono dalej. Mój komiksowy gust powoli kończył się wówczas kształtować – stopniowo porzucałem regularne śledzenie komiksów Marvela na rzecz nieco ambitniejszych serii, miniserii i albumów z mniejszych wydawnictw. Męczyły mnie ciągnące się w nieskończoność, wiodące donikąd tasiemce, w których działo się wiele, ale nie zmieniało się prawie nic. Nawet uniwersum Ultimate – stosunkowo niewielka linia wydawnicza prezentująca uwspółcześnione wersje X-Men, Avengers, Fantastycznej Czwórki i Spider-Mana egzystujące wspólnie w nowym świecie przedstawionym – które przez bardzo długi czas trzymało wysoki poziom i unikało największych grzechów głównego uniwersum ostatecznie przeskoczyło rekina i zapadło się w sobie pod ciężarem niepotrzebnego crossovera, który uśmiercił sporą część kluczowych postaci i nieodwracalnie zmienił status quo. 

Wyjątkiem był Ultimate Spider-Man, jeden z ostatnich marvelowych tytułów, który wciąż jeszcze śledziłem. To był świetny komiks – w moim osobistym rankingu nadal pozostaje jedną z najlepszych serii od Marvela. Lubiłem nowego Petera, podobało mi się odświeżenie jego postaci i przystosowanie jej do nowych realiów, mądre wkomponowanie w ten uwspółcześniony świat klasycznych przeciwników oraz soczyste dialogi. Fabuła nie zawsze była satysfakcjonująca, ale generalnie serii udawało się utrzymać zadowalający poziom. Fakt, że komiks bardzo długo powstawał za sprawą jednego zespołu twórczego – pierwsza zmiana rysownika nastąpiła dopiero po stu jedenastu(!) zeszytach regularnego cyklu wydawniczego, scenarzysta od początku do końca pozostał natomiast ten sam – pomógł w zachowaniu artystycznej i koncepcyjnej spójności serii. W chwili, w której piszę te słowa komiks ukazuje się właśnie w naszym kraju za sprawą wydawnictwa Egmont i jeśli ktoś ma ochotę na poznanie komiksowego pierwowzoru tej znanej z kina i telewizji postaci (albo po prostu przeczytać coś fajnego), naprawdę zachęcam do sięgnięcia po Ultimate Spider-Man. 

Gdy Brian Michael Bendis, scenarzysta tego komiksu, ujawnił, że zamierza uśmiercić postać Petera Parkera, uznałem, że na tym koniec – dotrwam do końca tej linii wydawniczej, po czym ostatecznie dam sobie spokój z uniwersum Ultimate, które i tak zaczynało wówczas zmieniać się w parodię samego siebie. Spider-Man zginął w bardzo przewidywalny, ale satysfakcjonujący sposób – o ile może istnieć coś takiego jak satysfakcjonująca śmierć lubianej postaci. Peter dosłownie rzucił się na kulę, która przeznaczona była dla Kapitana Amerykę, ratując mu w ten sposób życie i spełniając swoją największą życiową aspirację – stać się bohaterem godnym członkostwa w Ultimates (lokalny odpowiednik Avengers) i zostać docenionym przez Kapitana. Uderzyła mnie ta śmierć tak, jak uderzyć powinna. Doceniłem gorzkie zamknięcie opowieści i przeczytałem nawet epilog, z łamiącymi serce reakcjami przyjaciół i ukochanych Petera oraz wzruszającą sceną pogrzebu. 

I wtedy właśnie poznałem Milesa Moralesa. 

Nie planowałem sięgać po serię z „tym nowym” Spider-Manem, który miał zastąpić Petera w uniwersum Ultimate. Nie chodziło o kolor skóry Milesa – przynajmniej nie mnie, bo Internet przechodził wówczas małą burzę z tego powodu, jak się okazało, pierwszą z wielu znacznie większych – tylko o sam fakt, że pojawia się jakiś kolejny bohater mający zastąpić Petera. Nowy człowiek w nowym kostiumie robiący mniej więcej to samo. Nie interesowało mnie to, może nawet nieco drażniło. Z tych czy innych powodów sięgnąłem jednak po pierwszy numer serii Miles Morales: Ultimate Spider-Man. Nie byłem zachwycony, ale magia potoczystego bendisowskiego dialogu zadziałała i sięgnąłem po kolejny zeszyt. A potem po kolejny. I jeszcze jeden. I następny. Nie jestem w stanie wskazać jednego momentu, w którym coś kliknęło i zacząłem naprawdę lubić Milesa, ale chyba jestem w stanie podać powód, dlaczego ostatecznie go polubiłem niemal na równi z jego poprzednikiem. 

Miles był zagubiony. 

Bendis wrzucił tego bardzo młodego niebiałego chłopaka ze środowiska klasy robotniczej do elitarnej szkoły i dodatkowo zrzucił na jego barki jeszcze większy ciężar – nadprzyrodzone moce i wiążące się z tym problemy w postaci kłopotliwego, nieco przypadkowego dziedzictwa po Peterze Parkerze. Którego tożsamość – dodajmy – znana była już publicznie, a on sam opłakiwany przez tysiące nowojorczyków, którzy nadal nie byli w stanie pogodzić się z utratą ukochanego przyjaciela z sąsiedztwa. Ta niesamowicie skomplikowana sytuacja życiowa sprawiła, że nie sposób było nie współczuć temu trzynastolatkowi i nie sposób było z nim nie sympatyzować. Szczególnie w sytuacji, gdy samemu było się w podobnie nieoczywistym punkcie własnego życia, gdy oczekiwania otoczenia i własne aspiracje ciążyły na barkach równie mocno. Miles pojawił się w moim życiu dokładnie w tym momencie, w którym go potrzebowałem. 

Nie na tyle, by przeczytać całą jego serię. Po kilkunastu zeszytach z tych czy innych powodów porzuciłem lekturę tego komiksu. Ostatnim komiksem z tym bohaterem w roli głównej z którym miałem styczność była chyba miniseria Spider-Men, w której Miles spotyka Petera Parkera z oryginalnego uniwersum. Zdaję sobie sprawę, że powyższe akapity brzmią trochę tak, jakby Miles był jedną z moich ukochanych postaci, których historię śledzę po dziś dzień – ale tak nie jest. Nowy Spider-Man był dla mnie dość ważny przez moment, ten moment jednak w końcu minął i na długie lata zapomniałem o tej postaci. Aż do czasu, gdy pojawił się pierwszy trailer filmu animowanego Spider-Man: Into the Spider-Verse. Obejrzałem go i opadła mi szczęka – zwiastun obiecywał bowiem niesamowicie wysmakowaną, odważną w formie animację trójwymiarową w oszczędnym, biseksualnym oświetleniu i z fenomenalnymi ujęciami, na czele ikonicznym już „spadaniem w górę” głównego bohatera. Trailer miał jednak coś jeszcze. W ostatniej scenie przed kartą tytułową Spider-Man ściąga maskę, łapie oddech, unosi kącik ust i bardzo cicho śmieje się sam do siebie, z mieszaniną dumy, szoku, zaskoczenia i satysfakcji. Ta króciutka scena idealnie oddała charakter postaci Milesa o sprawiła, że na moment przeniosłem się w przeszłość, do czasów gdy czytałem o tym dzieciaku starającym się udźwignąć gigantyczną odpowiedzialność, którą zrzucił na niego los. 

O tym, że powinienem obejrzeć ten film wiedziałem dzięki wcześniejszym sekwencjom trailera, który zapowiadał animację, jakiej w masowym kinie jeszcze nie było. Odważne decyzje w rodzaju animowania postaci na dwójkach (jeden obraz na dwie klatki filmowe), wystylizowane ujęcia, cięższa atmosfera, komiksowe przebitki i takie drobiazgi jak siateczka rastrów wkomponowana w światłocienie… wszystko to niesamowicie współgrało ze sobą. Gdy na fanpage’u Mistycyzmu Popkulturowego rozpływałem się nad tym zwiastunem opisując poszczególne elementy, jeden z komentatorów napisał coś w rodzaju „To niezwykłe widzieć, że się czymś tak bardzo cieszysz”. Ten trailer naprawdę wlał w moje serce radość i napełnił mnie entuzjazmem. 

O tym, że muszę go obejrzeć wiedziałem dopiero gdy zobaczyłem ten uśmieszek Milesa. 

Czemu dopiero teraz o tym piszę? Cóż, dopiero po całym roku po premierze filmu byłem w stanie pozbierać szczękę z podłogi na tyle, by poświęcić Spider-Man: Into the Spider-Verse serię blognotek. Tak, to będzie bowiem seria, w której zamierzam rozłożyć na części pierwsze zarówno film, jak i wszystkie towarzyszące mu elementy. Od dziś przez cały kolejny tydzień publikował będę jeden tekst dziennie. Najpierw porozmawiamy o samym Milesie Moralesie i pozostałych bohaterach oraz bohaterkach filmu, później procesie powstawania tego filmu, później o oprawie wizualnej, fabule i tak dalej. Zajmie nam to sporo czasu, ale ta animacja naprawdę na to zasługuje. 

Na długo przed pojawieniem się Spider-Man: Into the Spider-Verse w kinach wieszczyłem temu filmowi, że zajmie poczesne w historii animacji i podtrzymuję tę prognozę. To naprawdę jest coś formatu Fantasia, Who Framed Roger Rabbit czy Toy Story – nie tylko kamień milowy w rozwoju całego medium, ale też game-changer, który kompletnie przedefiniował standardy jakościowej wysokobudżetowej animacji 3D. Zapraszam o lektury. 

wtorek, 10 lutego 2015

Przekleństwo mitu

fragment grafiki autorstwa Mentona J. Matthewsa III, całość tutaj.


Kuba z bloga Pulp Warsaw* po raz kolejny nawiązał jednej z naszych forumowych rozmów do mojej notki, w której ośmieliłem się podnieść klawiaturę na Batmana dysponując w najlepszym przypadku szczątkową wiedzą na temat tego bohatera i jego historii. No cóż, takie właśnie było zamierzenie - ale powrót do tej sprawy sprowokował mnie do nieco głębszych przemyśleń odnośnie popkulturowych mitów. Ponownie będzie to notka z cyklu „sam nie wiem, co myślę o danym temacie, więc napiszę o tym blognotkę w nadziei na to, że w trakcie pisania usystematyzuję sobie pewne rzeczy” więc istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że tekst będzie nieskładny.

W większości przypadków postaci popkulturowe mają relatywnie krótki żywot - trzy tomy sagi fantasy, cztery sezony, dwie komiksowe serie, jeden film pełnometrażowy. Przychodzą, robią swoje i znikają na zawsze. Mają pewien ukonstytuowany rys charakterologiczny, który ewoluuje na przestrzeni fabuły. Najczęściej posiadają jednego określonego twórcę, który wie (czasem nie wie, ale na potrzeby wywodu pomińmy te przypadki), co chce zrobić z tą postacią, w którą stronę popchnąć jej ewolucję i gdzie ją zatrzymać, by zamknąć transformację bohatera/bohaterki w mniej lub bardziej eleganckiej konkluzji. Czasem ci bohaterowie giną, ale nawet jeśli nie, to na dłuższą metę nie ma to żadnego znaczenia - ich rola została zakończona.

Czasami jednak dzieje się inaczej. Czasami dana postać odnosi tak niesamowitą popularność, że twórca (albo dystrybutor, albo ktokolwiek mający moc podjąć albo wymusić taką decyzję) nie zatrzymuje się na tym ustalonym planie - wychodzi dalej. Schodzi z wyrysowanej starannie mapy i zaczyna błądzić. Popularność nie spada, wydawca naciska, dystrybutor wymusza kolejny sequel, stacja telewizyjna szuka nowego showrunnera. Pojawiają się kontynuatorzy piszący kolejne przygody bohatera - czasem wbrew woli twórcy - wikłający go w kolejne perypetie, zmuszający do przeżywania kolejnych wzlotów i upadków. Niektórzy robią to lepiej, niektórzy gorzej - a niektórzy po prostu inaczej. Interes się kręci - wychodzi coraz więcej przygód bohatera w coraz to różniejszych formach. Nikt nie jest w stanie tego koordynować, przesączają się pierwsze sprzeczności fabularne i charakterologiczne, sama postać zaczyna się rozmywać. Zaczynają się reinterpretacje, restarty, rebooty, nowe spojrzenia. Postać wciąż ta sama, ale jakby inna w zależności od tego, kto ją pisze, w jakim medium rozgrywają się jej przygody. Nowi scenarzyści nie są w stanie przeczytać wszystkiego, co wyprodukowali ich poprzednicy - albo nie mają czasu, albo nie chcą, albo mają swoje własne, rewolucyjne pomysły. Cała konstrukcja zaczyna się zapadać pod własnym ciężarem i tylko głębokie zawieszenie niewiary odbiorców pozwala przyjąć, że to wciąż ten sam bohater, z którym mieliśmy do czynienia z początku.

Ale to przecież nieprawda - to już nie jest ten bohater. To już nie jest jakikolwiek bohater - to mit. Po tylu latach, tylu twórcach i tylu opowieściach bohater przestaje być określoną fikcyjną indywidualnością, a staje się… mitem. Lekko tylko określoną, plastyczną formą poddającą się modyfikacjom w zależności od potrzeby danego medium, potrzeby danego twórcy, potrzeby danej chwili. Pozostają najbardziej charakterystyczne, ikoniczne cechy kojarzone przez ogół, osmotycznie przesiąknięte do świadomości odbiorców - jeśli one się zgadzają, odbiorcy są skłonni bez większego ryzyka się pogodzić z taką, a nie inną sytuacją.

Takich mitów mamy całe mnóstwo. Sherlock Holmes. Doctor. Spider-Man. Wolverine. James Bond. Batman, oczywiście. Każdego z nich - i wielu, wielu innych - popkultura przepuściła przez wyżymaczkę tyle razy i na tyle sposobów, że niepodobna jest określić ich charakterów w sposób inny, niż bardzo, ale to bardzo przybliżony. Jak już wspominałem, pozostają tylko ikoniczne elementy - dedukcyjny geniusz Sherlocka, ekscentryzm Doctora, wielka moc i wielka odpowiedzialność Spider-Mana czy burkliwość Wolverine’a. Oni i tak mieli sporo szczęścia - spójrzmy choćby na Hanka „Ant Mana” Pyma, który, bardzo niesprawiedliwie dla tej postaci, okrzepł w pamięci twórców i fanów właściwie tylko jako damski bokser znęcający się nad żoną. Nawet w obrębie jednego kontinuum fabularnego co bohaterowie różnią się - niekiedy w bardzo drastyczny sposób - w zależności od tego, kto ich pisze. Pod piórem innego pisarza magicznie tracą albo zyskują nowe cechy charakteru, bezkolizyjnie wychodzą z traum, jakie spowodował poprzedni scenarzysta, głoszą inne poglądy.

Czy to znaczy, że powinniśmy zrezygnować ze śledzenia ich przygód? Nie, chyba nie - po prostu warto pamiętać, że tego typu flanderyzacja jest nieunikniona dla rozbudowanych franczyz. Postać staje się mitem, ewoluuje albo cofa się w rozwoju w zależności od pozafabularnych warunków. Ten proces wydaje się nie do powstrzymania - i właściwie nie ma sensu go powstrzymywać. Kiedy biorę do ręki komiks - na przykład - Jossa Whedona o X-Men, to traktuję jego dzieło jako rzecz odrębną fabularnie, nawet jeśli dzieło nominalnie przynależy do szerszego uniwersum. To nieważne - wiem, że dany autor zapewni mi koherentność w obrębie pisanej przez siebie serii, ale nie może mi zagwarantować, że jego następcy będą stuprocentowo jego wizji. On sam zresztą też nie był zbyt wierny swoim poprzednikom (słynne cojones Cyclopsa wyhodowane właśnie w Astonishing X-Men Whedona).

A zatem - drogi Kubo, uważam, że w tym szczególnym przypadku nie muszę mieć drobiazgowej wiedzy o historii i ewolucji postaci Batmana, bo nie piszę o żadnej konkretnej jego inkarnacji czy interpretacji. Piszę o micie. A mit znam.

_________
*na którego (bloga, nie Kubę) wchodziłbym częściej i komentował go ZNACZNIE częściej, gdyby nie fakt, że znajduje się on na tumblrze i kolejne notki zwykły mi się objawiać gdzieś pomiędzy kolejnym gifsetem z Power Rangers, a nagim torsem Benedicta Cumberbatcha. Nie wiem czemu, ale w jakiś pokrętny sposób psychologicznie zniechęca mnie to do komentowania.

sobota, 6 kwietnia 2013

WKKM #1 - Spider-Man. Coming Home

fragment grafiki autorstwa J. Scotta Campbella, całość tutaj.

Nowy cykl na Mistycyzmie Popkulturowym opowiadał będzie o komiksach wychodzących w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela od Hachette. O samej kolekcji dość szeroko (chyba nawet za szeroko) rozpisałem się w tym miejscu, więc daruję sobie jakieś większe wstępy. Z punktu zaznaczam, że poniższy tekst – ani żaden inny wchodzący w skład cyklu – nie będzie recenzją. To raczej luźny zbiór przemyśleń, ciekawostek i mocno subiektywnych odczuć. Recenzję pierwszego tomu WKKM napisałem na potrzeby magazynu KZet i możecie ją sobie przeczytać tutaj.

J.M. Straczynski nie należy może do ścisłej czołówki moich ulubionych scenarzystów komiksowych, ale po komiksy jego autorstwa zawsze sięgam z przekonaniem, że przeczytam sympatyczną, dobrze skrojoną fabułę, która wleci mi do mózgu jednym okiem, a wyleci drugim – i tak było też w tym przypadku. Coming Home nie jest absolutnie żadnym arcydziełem, nie zawojuje serc czytelniczych, nie zostanie postawiony na piedestale. To po prostu znakomita, sympatyczna przygoda z Człowiekiem-Pająkiem w roli głównej. Co nie oznacza bynajmniej, iż nie da się o niej napisać co najmniej kilku ciekawych rzeczy.

Przede wszystkim – przeformułowanie originu Spider-Mana. Spokojnie, ten klasyczny wciąż pozostaje w mocy. Petera Parkera użarł w rękę napromieniowany pająk, co sprawiło, iż nastolatek obdarzony został całym pakietem nadprzyrodzonych mocy. Fakt, iż jest to masakrycznie głupie do tej pory nikomu nie przeszkadzał. Zabawne, do jak potężnych bzdur fabularnych przyzwyczaja się człowiek, jeśli są mu one wdrukowane dostatecznie wcześnie i dostatecznie głęboko – zaś mit Spider-Mana jest już tak głęboko zakorzeniony w kulturze popularnej, że po prostu wszyscy przyjmują go bez zastrzeżeń. Ot – wybieg fabularny charakterystyczny dla superbohaterskiej konwencji.

Straczynski chciał to zmienić. Jako, iż Coming Home pierwotnie wydawany był w 2001 roku, czyli już w erze uwspółcześniania i odświeżania superbohaterów tak, by pasowali oni do XXI wieku, scenarzysta postanowił uwikłać Petera Parkera w pewną mistyczną rozgrywkę. Postacią-kluczem jest tu Ezekiel – starszy mężczyzna, który niespodziewanie pojawia się w życiu Petera Parkera i przewraca je do góry nogami. Okazuje się, iż moce Petera – jak i samego Ezekiela, który także dysponuje zbliżonymi umiejętnościami – pochodzą od pierwotnych totemicznych sił, które towarzyszyły ludzkości od jej zarania. A zatem – sam fakt napromieniowania był bez znaczenia. Ważny był fakt, iż umierający pająk przekazał Parkerowi pewne mistyczne moce, których był symbolem. To drugie wytłumaczenie jakoś bardziej do mnie przemawia, zapewne dlatego, że o ile nauka rządzi się pewnymi arbitralnymi prawami, o tyle wiara, mistyka, magia i wszelkie inne mambo-dżambo nie podlegają już rozumowym rozstrzygnięciom i, po przyjęciu założenia, że istnieją, spokojnie mieszczą się w konwencji. Szkoda tylko, że podsuniętą przez scenarzystę interpretację originu inni pajęczy scenarzyści olali ciepłym moczem i nawiązywali do niej bardzo rzadko (jeżeli w ogóle).

Na marginesie Ezekiel czyni też pewne bardzo ciekawe spostrzeżenie dotyczące superbohaterów i ich sztandarowych antagonistów. Bohater prawie zawsze stanowi ucieleśnienie pewnej idei, zaś jego antagonista – deformację tej idei lub wręcz jej przeciwieństwo. Tak więc największym wrogiem dobrego patrioty Captaina America jest Red Skull, zły patriota. Największym wrogiem piewców tolerancji dla odmienności X-Men jest fundamentalista i terrorysta Magneto. I tak dalej. Oczywiście tę prostą symetrię już od dłuższego czasu burzą rozmaite dekonstrukcje superbohaterskich mitów, od tego jednak cała ta zabawa się zaczęła – od jednowymiarowo dobrych bohaterów ścierających się z równie jednowymiarowo złymi złoczyńcami.

Kolejnym interesującym wątkiem jest uwikłanie Parkera w karierę nauczycielską. Peter wraca do swojej alma mater, gdy staje się świadkiem strzelaniny na jej korytarzach. Do szkoły przychodzi zamaskowany uczeń i otwiera ogień do swoich kolegów. Spider-Man szybko go pacyfikuje, okazuje się jednak, iż sprawcą całego nieszczęścia nie jest szaleństwo, mistyczne moce, opętanie czy mutacja – tylko zaszczucie, jakie doświadczył ten uczeń. Problem leży zatem u podstaw systemu, nie da się go rozwiązać doraźnym łomotem spuszczonym jakiemuś wrogowi. Potrzebna jest praca u podstaw. Straczynski bardzo często zajmuje się w komiksach komentowaniem rzeczywistości (liczne przykłady chociażby w wydanym w ramach kolekcji komiksie Thor: Reborn) i w tym przypadku odwołuje się do licznych incydentów, w których zapędzeni w kozi róg klasowi outsiderzy pewnego dnia nie wytrzymują i przychodzą do szkoły z odbezpieczonym pistoletem. Peter Parker, kierujący się filozofią życiową tak znaną, że nie muszę jej nawet przytaczać, postanawia wziąć na siebie wielką odpowiedzialność nie tylko w ramach działalności superbohaterskiej, ale też na etat.

Ogółem, jako się rzekło, komiks sympatyczny. Nawet kreska JRJR nie irytuje tak, jak w komiksach, które rysuje obecnie (poważnie, ktoś młodemu Romicie powinien zabrać kredki i ołówki, a przynajmniej pokazać, jak wygląda poprawny anatomicznie człowiek z poprawną anatomiczną twarzą), a scenariusz zwyczajnie cieszy. To tyle.

niedziela, 23 września 2012

Efekt Frugo

















fragment grafiki autorstwa Dustina Nguena, całość tutaj.

Wyobraźcie sobie objazdową budkę z fast foodem, która krąży sobie po całym świecie – od Nowego Jorku po Wiedeń. W każdym miejscu, w którym się zatrzymuje, budzi raczej umiarkowane zainteresowanie – ot, wagonik z hamburgerami, frytkami, tudzież innym, ociekającym tłuszczem, śmieciowym jedzeniem. Czasem ktoś podejdzie, coś kupi, coś zje, zagada do sprzedawcy, który przyzwyczajony jest do takiego, a nie innego zachowania klientów. Normalka. A teraz wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby taka budka teleportowała się do Etiopii, zaparkowała gdzieś nieopodal średniej wielkości wioski, odsłoniła rolety, wywiesiła menu, a po okolicy zaczął roztaczać się zapach smażonego na patelni mięsa. Wyobrażacie sobie te tabuny nie tylko z najbliższej, ale i ze wszystkich okolicznych wiosek szturmujące nieszczęsną budkę i domagającą się wydania jak największej ilości pokarmu. Nieszczęsny sprzedawca z przerażeniem obserwuje szamanów, tam-tamami zawiadamiających kolejne wioski o niepojętym zjawisku, jakie pojawiło się w okolicy. Imaginujecie sobie, jak taki sprzedawca musiałby się czuć? Ja nie, wy pewnie też nie – ale naczelna polskiego oddziału wydawnictwa Hachette ma pewnie całkiem niezłe wyobrażenie.

Wszystko zaczęło się nieco ponad miesiąc temu, gdy na facebookowym profilu komiksowego magazynu internetowego KZ pojawiło się info o tym, że ktoś rzekomo coś gdzieś usłyszał o wydanym w twardej oprawie komiksie ze Spider-Manem w roli głównej, który ot tak, leżał sobie na sklepowej półce, jak gdyby nigdy nic. Komentujący – oczywiście – zaczęli wyrażać swój sceptycyzm, przechodząc przez pełne spektrum od pobłażliwego pukania się w czoło do otwartego roftlowania. No bo jak – Marvel? W Polsce? W kiosku? Komuś coś zdecydowanie musiało się pomerdać. To trochę tak,  jakby przez Marszałkowską pewnego dnia przemaszerował  sobie T-Rex. Tak absurdalne, że aż nie warto o tym dyskutować. Przez ciężką chmurę pesymizmu przebijały się nieśmiałe promienie przekazywanych z drugiej ręki, ale mimo wszystko – konkretów. Ponoć komiks wydaje niezwiązane dotychczas z przemysłem komiksowym wydawnictwo Hachette specjalizujące się w wszelkiej maści produktach kolekcjonerskich. Nie mam tu na myśli dopalaczy, a rozmaite broszurki pokroju „złóż własnoręcznie Messerschmitta w skali 1:1! W pierwszym numerze fragment śmigła i statecznik tylko za 9,99 złotych!”. Analogiczna kolekcja wychodziła też Wielkiej Brytanii i paru innych krajach z tego bardziej cywilizowanego zakątka naszej planety. Gdzieś mignęło zdjęcie tego legendarnego egzemplarza zrobione telefonem komórkowym, ale przekonało doświadczonych komiksiarzy mniej więcej równie skutecznie, co doświadczonego astrologa zrobione komórką zdjęcie latającego spodka albo specjalistę od żyjątek wodnych fotka Nessie.

Znalazła się jednak zaskakująco spora grupka zapaleńców, która następnego dnia rano gromadnie wyległa na ulice i pielgrzymowała w kierunku najbliższych punktów sprzedaży prasy drukowanej z bijącym sercem oraz nadzieją (i obłędem) w oczach molestując kioskarki pytaniem „Czy są komiksy?”. Starsi z pątników przeżyli nielichego nostalgia-trpia, albowiem kilkanaście lat temu, kiedy mieli zdecydowanie mniejsze mięśnie piwne, zdecydowanie więcej włosów i zdecydowanie mniej życiowych problemów na głowie robili dokładnie to samo, wypatrując nowych TM-Semiców przez kioskową szybkę.

Rezultat był ambiwalentny, choć mocno zaskakujący. O ile większość z poszukiwaczy wróciła do domów z pustymi rękami, o tyle niektórzy z nich odnieśli spektakularny sukces – na kioskowych półkach, niczym miniaturowe Arki Przymierza, czekały na nich oprawione w folie, przyczepione do barwnego kartonika tomiszcza z Człowiekiem Pająkiem na okładce. Za piętnaście złotych! Ponoć na ten widok któryś ze starszych delikwentów w województwie lubelskim doznał zawału i trzeba było nieszczęśnika karetką na sygnale odwozić do szpitala. Okazało się, że ów komiks faktycznie, namacalnie istnieje w naszej czasoprzestrzeni.

Kiedy już opadł kurz wzniecony przez stopy fanów obrazkowych opowieści wracających do domów z połowu, w Sieci pojawiły się pierwsze relacje. Komiks jest, ale tylko w niektórych miejscach. Z licznych świadectw wystukiwanych w klawiaturę przez podekscytowanych komiksiarzy wywnioskować było można, że z jakiegoś powodu jedynie ściana wschodnia została pobłogosławiona pierwszym od bodaj dziesięciu lat komiksem made in Marvel szeroko rozpowszechnianym w naszym kraju. Ktoś napisał o tym na forum, ktoś inny na blogu, posypały się komentarze i zrobiło się gigantyczne zamieszanie porównywalne chyba tylko z pożarem w burdelu. W redakcji Hachette zaczęły się urywać telefony. Miła, ale najwyraźniej słabo zorientowana w sytuacji pani udzielała okruchów informacji, które potem zgodnie mielone były we wszystkich dostępnych miejscach przez olbrzymi sztab znawców meandrów polskiego rynku komiksowego. Tak, kolekcja idzie na całą Polskę. Nie, to nie jest żadne testowanie rynku. Tak, szeroko zakrojona kampania reklamowa pojawi się już lata dzień. Tak, strona internetowa dedykowana kolekcji także będzie już za chwileczkę, już za momencik. Znamienne jest, że żadna z tych informacji, podanych przecież z pierwszej ręki, nie była prawdziwa… ale nie uprzedzajmy wypadków.

Siłą mediów społecznościowych informacja wykipiała poza getto komiksowe. Każde forum internetowe, niezależnie od tego, czy dedykowane literaturze, murarce czy szydełkowaniu synchronicznemu miało swój temat o tej kolekcji. Na Facebooku ludzie wymieniali się linkami i informacjami. W wielu szarych zjadaczach chleba, którzy komiksy zarzucili na etapie Kaczora Donalda uśpiony miłośnik kolorowych zeszytów obudził się, ziewnął rozdzierająco, przeciągnął się i bacznie przyjrzał zastanej sytuacji. Środowiska gimbusiarskie brandzlujące się internetowymi memami z „Ewendżersów” i „Spajdermana” masowo lajkowały wstawioną na pewnym popularnym wśród młodzieży gimnazjalnej portalu propagującym sztukę plebejską informację o kolekcji.

Tymczasem w samym komiksowie wrzało. Mimo zapewnień ze strony wydawnictwa, kolekcja wciąż pozostawała dostępna tylko w bodaj dwóch województwach. Snuto rozmaite teorie spiskowe – drukarnie się nie wyrobiły? Ktoś okadził hurtownie kilometrem sześciennym helu, coby pracownicy pogubili się we mgle? A może ciężarówka dowożąca egzemplarze kolekcji z drukarni do magazynów uderzyła w brzozę? A – któż to wie? – może wbrew twierdzeniu miłej pani z Hachette ta kolekcja jest jednak tylko testem rynku? Spekulacjom nie było końca – zarówno na forach internetowych, jak i Alledrogo, gdzie co bardziej przedsiębiorczy fani komiksu wstawiali zakupione w kioskach egzemplarze, oczywiście z kilkukrotnym przebiciem. Obok tego – trzeba oddać sprawiedliwość – kwitła też koleżeńska siatka życzliwych komiksiarzy, którzy w miarę możliwości pomagali tym kolegom z fandomu, którzy, jakkolwiek groteskowo by to nie brzmiało, mieli nieszczęście mieszkać poza obszarem Polski B.

A płonący burdel trwał w najlepsze. Infolinia Hachette co i rusz podawała nowe informacje, bo obiecywanej strony internetowej  jak nie było, tak nie było (i nie ma dalej). Pierwszy numer był promocyjny, dlatego taki tani. Kolejny będzie już nieco droższy, a trzeci kosztować będzie cztery dychy bez jednej złotówki – i na takiej cenie zatrzyma się licznik. Drogo? Żyjemy w kraju, w którym komiksy o analogicznej objętości (trochę ponad 120 stron) i standardzie (twarda oprawa, kredowy papier, dodatki) cenowo sięgają sum trzycyfrowych. Trzydzieści dziewięć złotych za porządnie wydany komiks to, wbrew pozorom, cena iście bajeczna. Dobre samopoczucie psuła jedynie wysoka częstotliwość ukazywania się nowych tomów (co dwa tygodnie) która zdecydowanie nie jest kompatybilna z przepustowością portfela statystycznego Kowalskiego. 

Ludzie zaciskali zęby, wierząc zapewnieniom, że problemy z dostępnością to bolączka tylko pierwszego numeru, że od drugiego kolekcja idzie na cały kraj – a pierwszy numer bezboleśnie będzie można dokupić sobie wysyłkowo, archiwalnie. I wszyscy to łyknęli – mimo potężnej wtopy zaliczonej na starcie cała rzesza ludzi wciąż trzymała kciuki za wydawaną przez Hachette kolekcję. Niektórzy kręcili nosem na fakt, iż przez kolekcję przewija się sporo wydanych już u nas wcześniej komiksów. Spider-Man: Powrót do domu, który otwiera całą kolekcje wyszedł u nas wcześniej już dwa razy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że na grzbietach wydawanych w ramach kolekcji tomów znajdują się fragmenty obrazka, które, złożone do kupy, mają prezentować spektakularną grafikę. No i fajnie, tyle tylko, że esteci, którzy zdecydowani byli kupować jedynie wybrane pozycje (bo resztę albo już posiadają, albo im zwisa) mieli do wyboru czarny flamaster, okleinę albo rezygnację z zakupów. Co dziwne, wielu z nich wybrało bramkę numer trzy. No cóż, nigdy nie byłem estetą, więc nie bardzo rozumiem, ale niech im tam będzie. Poza tym, wielu kolekcjonerów z dłuższym stażem, wiedzionych wieloletnim doświadczeniem, zaczęło obstawiać cyniczne zakłady, ile numerów seria pociągnie, zanim zdechnie, więc kwestia obrazka na grzbietach tak czy inaczej jest dla nich czysto akademicka.

Tymczasem coś się zaczęło psuć. Na forach i profilach Facebookowych gruchnęła wiadomość, że pierwszy numer kolekcji, owszem, będzie można dokupić archiwalnie… ale za cenę czterech dych, nie zaś, jak to było w przypadku dystrybucji kioskowej, niecałych trzech piątaków.  W międzyczasie wyszedł drugi tom kolekcji – i powtórzyła się sytuacja z pierwszego podejścia. W dniu premiery w całym kraju ludzie ruszyli do kiosków i najczęściej wracali do domów z kwitkiem i gorzkim rozczarowaniem, dając upust swej goryczy wewnętrznej na blogach i forach. Okazało się bowiem, że komiks ponownie wylądował tylko we wschodniej Polsce. Jeśli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tej sprawie, szybko musiał się ich wyzbyć. Wielka Kolekcja Marvela od Hachette okazała się być, przynajmniej na razie, testem sensowności takiego przedsięwzięcia na szeroką skalę. Dodajmy, że testem, który powiódł się w stopniu znacznie przekraczającym założenia badaczy. Testem, który, niczym monstrum Frankensteina, ruszył w świat przewracając go do góry nogami, a nad którym testujący, zdaje się, utracili w pewnym momencie kontrolę. Z drugiej strony barykady docierały bowiem echa plotek mówiących o iście dantejskich scenach rozgrywających się w polskiej siedzibie Hachette – o szefowej w trybie natychmiastowym ściągniętej z urlopu, by ogarnąć niespodziewany kryzys, o ekspresie do kawy, którego awaria zaważyła na kluczowych decyzjach w wydawnictwie, o podejmowanych zbyt pochopnie decyzjach, które głęboką czkawką odbijają się fanom komiksów do teraz. Co robić, jak żyć?

W chwili, w której piszę te słowa ukazał się właśnie trzeci numer kolekcji – oczywiście wypuszczony tylko w niektórych miejscach. Wydany ładnie, zawiera w sobie przyzwoitą historię o Iron Manie, ale ma jedną denerwującą wadę – śmierdzi. Hachette brnie w zaparte i upiera się, że „to nie jest żadne badanie rynku”, choć oczywiście nikt już wydawnictwu nie wierzy. W oczach fanów komiksu Hachette nierzetelnością zaczyna wygrywać z legendarnym Manzoku, a to już sztuka, bo Manzoku upada i zmartwychwstaje więcej razy, niż Kenny z South Parku. Na zdrowy rozum wygląda to tak, że pierwsze cztery tomy kolekcji istotnie są testem rynku, a dopiero po ich wydaniu i podliczeniu sobie zysków (lub strat) zapadnie decyzja o ewentualnym „oficjalnym” wpuszczeniu na rynek Wielkiej Kolekcji Marvela, tym razem już na cały kraj, ze stosowną pompą, reklamami w telewizji i tak dalej. Jak to będzie wyglądać dla ludzi, którzy już teraz zamówili sobie prenumeratę – pojęcia nie mam.

Być może zaskoczył was prześmiewczy ton niniejszej notki – jako, że przez większość czasu na Mistycyzmie Popkulturowym jestem rzeczowy i konkretny, niczym właściciel zakładu pogrzebowego w westernie – ale zwyczajnie, pisząc o tej sprawie, nie jestem w stanie zachować powagi, bo każde kolejne info w tej sprawie budzi mój pusty śmiech. Cała afera Hachettegate pokazała jednak kilka bardzo ciekawych rzeczy na rodzimym poletku komiksowym i nawet, jeśli kolekcja zdechnie po tych zapowiedzianych czterech numerach, to i tak jej pojawienie się na naszym rynku dało nam ciekawy obraz wycinka polskiego światka komiksowego.

Po pierwsze – Marvel, a sprawa polska. Przez ostatnie kilkanaście lat wykształciło się u nas silne przeświadczenie, że w Polsce po prostu nie da się sensownie wydawać komiksów superbohaterskich w szerszej dystrybucji. Na przestrzeni ostatniej dekady próbował to robić Egmont, próbowała Mandragora, próbował Dobry Komiks! (eksperyment Axel Springer Polska) i jakoś się to nie powodziło. Egmont leciał z albumami pokroju Daredevil: Diabeł Stróż, Fantastic Four 1234 czy Inhumans. Kołodziejczak stwierdził jednak, że to się nie opłaca i wydawnictwo zaprzestało wydawania amerykańskiego superhero. Jedynym wyjątkiem byli Eternals wydani przed czterema laty, ale to wyjątkowa sytuacja, bo komiks nie został wydany na zasadzie „rzecz od Marvela” tylko „rzecz od Neila Gaimana”.

Ciekawym przypadkiem była z kolei Mandragora. Z perspektywy dzisiejszych czasów ich spuerbohaterskie zeszyty nie miały prawa się sprzedawać – osiem złotych za jeden, dwudziestostronicowy zeszycik, to jest jednak o wiele za dużo. A jednak wydawnictwo przez długi okres czasu (siedem lat) z powodzeniem funkcjonowało na polskim rynku komiksowym, zaopatrując go nie tylko w amerykański mainstream (m.in. długa seria wydawnicza o Punisherze od Gartha Ennisa i liczne miniserie z Wolverinem w roli głównej), ale też mangi oraz komiksy polskich autorów. „Mandra” odpowiedzialna jest za (nieudaną niestety) próbę wskrzeszenia marki Kapitana Żbika czy wydanie bardzo sympatycznego Odmieńca Oleksickiego, który to rysownik od jakiegoś czasu podbija zachodnie rynki. Po drodze coś się jednak zaczęło psuć, kluczowym dla upadku wydawnictwa momentem było dorwanie się do sterów niejakiego Pawła „Nurka” Nurzyńskiego. Osobnik ów okryty jest w polskim komiksowie wieczystą niesławą – najpierw rozpieprzył Mandragorę, potem przeszedł do wydawnictwa Taurus Media, a okres jego pracy w tej oficynie jakoś tak dziwnie zbiegł się z długą przerwą w wydawaniu przez Taurusa komiksów. Potem Nurek zanurkował do polskiego ramienia Mucha Comics, skąd po paru latach został wyrzucony na zbity pysk za doprowadzenie wydawnictwa na skraj bankructwa, czego skutki Mucha odczuwa do dzisiaj. Ale wracając do Mandragory – zdechła nie tylko ze względu na Nurka. Początkowo radziła sobie świetnie, momentami pod względem sprzedawalności wyprzedzając nawet Egmont. Błędem była próba przeszczepienia amerykańskiego modelu wydawniczego na polski rynek. Wyglądało to tak – najpierw wydajemy zeszyty, a potem wydania zbiorcze gromadzące to, co wcześniej puściliśmy w zeszytach. Polak głupi nie jest i pomyśli sobie „Po kiego grzyba mam kupować zeszyty, skoro i tak później będzie trejd?”. Albo odwrotnie – „Skoro mam już zeszyty, po cholerę mi wydanie zbiorcze?”. Siłą rzeczy sprzedawalność padła, do tego nałożyły się pewne wewnętrzne problemy (czyli Nurek) i dyskretna ewakuacja z wydawnictwa osób stanowiących człon redakcji. Na końcu Mandragorę wykupił Demart, czym przypieczętował upadek świetnie prosperującej oficyny.

Dobry Komiks! był natomiast eksperymentem – Axel Springer chciał szturmem wejść na rodzimy rynek komiksowy, ale zrobił to z gracją słonia w składzie porcelany. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku – przyzwoita cena (pięć złotych za czterdzieści osiem stron), niezła jakość wydawnicza, szeroka dystrybucja. Tyle tylko, że Axel, zdaje się, nie bardzo się orientował w prawidłach polskiego rynku komiksowego i popełnił kilka kardynalnych błędów. Przede wszystkim, obok pozycji naprawdę ciekawych – jak Ultimate X-Men, Spectacular Spider-Man czy New X-Men Morrisona – wydawał koszmarki pokroju Silent Hill czy Soul Saga. Z tego wynika drugi kardynalny błąd, czyli zadławienie rynku zbyt wielką ilością napoczętych serii, co przekładało się na ich sprzedawalność. W końcu Axel machnął ręką i dał sobie spokój, bo przedsięwzięcie nie generowało spodziewanych zysków. Do dziś można dostrzec w kioskach komiksy z charakterystycznym logiem DK! podoczepiane do magazynów o grach, bo oficyna nie ma co robić z zalegającymi w magazynach zeszytami.

Nie wspomniałem tu jeszcze o Fun Media, czyli pogrobowcu kultowego TM-Semica, który był odpowiedzialny za wprowadzenie Marvela do naszego kraju, ale tu naprawdę nie ma o czym mówić, bo wydawnictwo szybko upadło, wypuściwszy zaledwie parę numerów Ultimate Spider-Mana. No cóż…

Wróćmy jednak do staus quo mówiącego, że w Marvel i Polska to coś, co się ze sobą gryzie. Dziś komiksy Marvela wydaje tylko Mucha Comics, ale robi to w taki sposób, że tak zwany normalny czytelnik nie da rady ich kupić, bo są po prostu zbyt kosztowne. Mucha wydaje przepięknie – twarda oprawa, duży format, kredowy papier, szyto-klejone strony – ale wydaje też ekstremalnie drogo, bo celuje w stosunkowo wąską grupę kolekcjonerów. Kołodziejczak natomiast od całej dekady niemal tłukł nam do głów, że Marvela w Polsce się nie da, bo się nie da i tyle. Wytworzyła się w ten sposób patologiczna sytuacja, bo Dom Pomysłów przeżywa ostatnio czwartą młodość, tym razem za sprawą ekranizacji swoich komiksowych marek, a żaden z wydawców dotąd nie odważył się choćby spróbować wypuścić do szerszego czytelnika jakiegoś marvelowego zeszytu na przykład przy okazji premiery Avengers, na którą także w naszym kraju waliły tabuny ludzi. Właśnie przez ten mem o niekompatybilności kolorowych zeszytów okołomarvelowych z rodzimym rynkiem komiksowym.

Znane powiedzenie mówi, że jeśli chcemy dokonać czegoś niemożliwego, to skłońmy do próby kogoś, kto nie wie, że to coś jest niemożliwe. Hachette nie wiedziało – nie jest w końcu wydawnictwem komiksowym, tylko kolekcjonerskim. Wykazało się jednak godną pochwały przezornością, wypuszczając na początku wersje testową. Kiedyś podobnie uczyniła z próbą wprowadzenia na rynek kolekcji komiksów z serii Kapitan Kloss, które początkowo wychodziły tylko w okolicach Łodzi, ale nie cieszyły się zbytnią popularnością i, koniec końców, kolekcja się nie ukazała. W przypadku Wielkiej Kolekcji Marvela można było założyć podobną sytuację, ale…

No właśnie, ale. Ale ludziom brakowało taniego Marvela w kioskach. Regularnie dopominający się o tego typu rzeczy byli przez wydawców olewani i traktowani jak hałaśliwa mniejszość, dopiero nieznająca rynkowych uprzedzeń oficyna Hachette zdołała ich potrzeby w jakiejś mierze zaspokoić. Piszę „w jakiejś mierze” bo trudno za tani uznać komiks kosztujący czterdzieści złotych bez ogona, ale w tym przypadku takie postawienie sprawy jest akurat sensowne, wziąwszy pod uwagę średnie ceny komiksów o analogicznej objętości i standardzie wydawniczym publikowanych w naszym kraju. Zbieranie komiksów to drogie hobby, ale Hachette zrobiło jednak niemały krok w dobrą stronę. Czytelnicy natomiast, robiąc szum wokół kolekcji, która nie miała absolutnie żadnej reklamy, dali czytelny sygnał – chcemy tego. Tomek Kołodziejczak zakłamujący rzeczywistość słowami, że pragnienie superbohaterskich zeszytów  to tylko wrzaski kilku internetowych roszczeniowców (z faryzeuszostwem wydający dwa komiksowe magazyny dla fanów Star Wars) ma dziś pewnie o czym myśleć.

Hachette też ma o czym myśleć. Ich test się nie udał. To znaczy – teoretycznie owszem, wynika z niego, że mają w Polsce potężną bazę czytelników spragnionych komiksów od Marvela. Hachette jest doświadczonym wydawnictwem, które niejedną – zdawałoby się nierentowną – kolekcję na polski rynek wprowadziła. W tym jednak przypadku trafiła kosa na kamień, bo, jako się rzekło, polski rynek komiksowy to anomalia na skalę co najmniej galaktyczną. I Hachette nie czuje się w tym przypadku zbyt pewnie, bo co najmniej raz się już przejechało (wyżej wspomniany Kloss). Tymczasem drogą mediów społecznościowych testowa wersja kolekcji „wyciekła” poza obszar jej kontrolowanej detonacji – ludzie jeździli na Lubelszczyznę, prosili mieszkających tam przyjaciół o podkupienie egzemplarza, spekulowali nimi w Internecie… Mała dostępność towaru okazała się działać stymulująco na fanów komiksu. I pokazała, że ludziom zależy. Naprawdę zależy. Przy okazji, ma się rozumieć, rozregulowując hachettowy test.

Cała sprawa pokazała jeszcze jedną ciekawą rzecz, którą dla wygody nazywam „efektem Frugo”. Wyżej napisałem o ludziach, którzy biegali od kiosku do kiosku z pytaniem, czy pierwszy tom komiksu aby przypadkiem nie zahaczył o ten punkt sprzedaży. Ci sami ludzie dwadzieścia lat wcześniej robili dokładnie to samo, wypatrując przez kioskową szybkę komiksów od TM-Semica. Idę o zakład, że fala nostalgii porwała niejednego „uśpionego” fana komiksów. Coś podobnego działo się jakiś czas temu z napojem Frugo, który był promowany właśnie za pomocą nostalgii. O ile koncern stojący za przywróceniem legendarnego napoju zrobił to z rozmysłem, o tyle Hachette wyszło to przypadkiem.

Nie wiem, co się w końcu stanie z Wielką Kolekcją Marvela w naszym kraju. Zapowiedzianych jest sześćdziesiąt tomów, wydawanych w trybie dwutygodniowym. Na moje oko (i kieszeń) to zbyt często, kupować będą jedynie nieliczni kolekcjonerzy których stać i ci, którym naprawdę zależy. Nie wydaje mi się, by ta grupa zdołała uciągnąć sprzedawalność na odpowiednim poziomie. Ale chciałbym się mylić, choćby z tego powodu, żeby nie dawać Kołodziejczakowi kolejnego dowodu na to, że się nie da. Bo ja, mimo wszystko, uważam, że się da. I trzymam kciuki, żeby się dało.

niedziela, 22 lipca 2012

Zabijać, albo i nie

http://desmond.imageshack.us/Himg534/scaled.php?server=534&filename=punishermax12bydevilpig.jpg&res=landing
fragment grafiki autorstwa Davida Johnsona, całość tutaj.

Przez forum Avalonu – polskiego fandomu komiksowych produkcji spod znaku Marvela – przetoczyła się niedawno bardzo interesująca dyskusja dotycząca metodyki działania superbohaterów, a konkretnie ich postępowania względem złoczyńców. Dylemat ten powracał na tym forum od czasu do czasu, za każdym razem wywołując długą, mniej lub bardziej ognistą debatę. Upraszczając nieco, dyskusja spolaryzowała się wokół dwóch, nazwijmy to, filozofii postępowania. Pierwszą z nich jest eliminowanie stwarzających zagrożenie jednostek, drugą natomiast – możliwie bezkrwawe obezwładnianie ich i dostarczanie przed oblicze sprawiedliwości. Oczywiście, mój wrodzony humanizm nakazuje mi zdecydowanie opowiedzieć się za tym drugim modus operandi, ale sprawa wcale nie jest tak prosta i jednoznaczna, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

Koronnym argumentem za opcją numer jeden była cała historia Spider-Mana i Normana Osborna zwanego na przestrzeni komiksowej chronologii Green Goblinem, Goblin Lordem, Overlordem, The Goblinem, Iron Patriotem i Normanem Osbornem, dyrektorem H.A.M.M.E.R. Jak zapewne pamiętamy, Osborn jest odpowiedzialny za śmierć pierwszej prawdziwej miłości Petera Parkera – Gwen Stacey. Po tym wydarzeniu (i wielokrotnie po nim) Spider-Man miał idealną okazję do zabicia Goblina. Powstrzymał się jednak, zostawił go na pastwę policji, która postawiła go przed sądem i wsadziła do więzienia. Z więzienia Osborn stosunkowo szybko uciekł i ponownie ruszył w miasto mordując niewinnych przechodniów. Spider-Man znowu go unieszkodliwił i wysłał za kratki, skąd Norman znów dał dyla… i tak w kółko Macieju, aż do czasów Dark Reign, gdy Norman Osborn, sprytnie manipulując nastrojami opinii publicznej zdobył realną władzę rządową, działając jako usankcjonowany prawnie dyrektor organizacji mającej zastąpić S.H.I.E.L.D. i wywracając do góry nogami cały superbohaterski światek. I tego wszystkiego można byłoby bezproblemowo uniknąć, gdyby Peter Parker miał jaja i zabił Normana Osborna za pierwszym razem – wiele setek niewinnych cywili, przechodniów i policjantów nie postradałoby życia, gdyby nasz przyjaciel z sąsiedztwa Spider-Man skręcił kark Goblinowi gdy tylko zorientował się, jak niebezpiecznym i niereformowalnym jest on osobnikiem. Jest to argument o tyle ciekawy, że w pewnym momencie pada on także w komiksie – konkretniej w New Avengers: Illuminati Special, gdy Maria Hill wytyka Tony’emu Starkowi, że Spider-Man kładzie dłonie na szyi Green Goblina kilka razy w ciągu roku i gdyby w końcu go ukatrupił, wszystkim wokół byłoby lepiej.

Z drugiej strony padały bardzo mocne kontrargumenty – wskazywano na fakt, iż bohaterowie zabijający swoich przeciwników (Punisher, X-Force) mimo to mają pełne ręce roboty. Powoływano się na superbohaterski etos – że superbohater tym się różni od stróża porządku, że kieruje się swoistym kodeksem honorowym (teza, nawiasem pisząc, mocno naciągana) . Przywołano wreszcie argument, że to do wymiaru sprawiedliwości, nie do herosów należy obowiązek rozstrzygania o czyimkolwiek życiu lub śmierci. Decyzję, że po Dark Reign Norman Osborn zamiast na krzesło elektryczne trafił do jakiejś dziury w ziemi podjęły jakieś tam organy rządowe – a zatem odpowiedzialność za to, że Osborn z rzeczonej dziury zwiał i po raz kolejny zaczął mącić spada nie na dzielnych herosów w bieliźnie na odzieży wierzchniej, a na ludzi, którzy mieli władzę wysłać Goblina do Krainy Wiecznych Łowów, lecz z jakichś powodów tego nie zrobili.

Dyskusja na ten temat, jak już wspomniałem, powraca i będzie powracać – a to z tego powodu, że dylemat ten zawsze będzie istniał. Każda z przeciwstawnych opinii ma swoje argumenty za i przeciw, nie wolno jednak zapominać o jednej ważnej rzeczy, mianowicie – świat Marvela rządzi się własnymi prawami, które różnią się znacznie od tego, co znamy z naszego podwórka i nie piszę tu tylko o wymiarze sprawiedliwości, ale i tak zwanych prawach naturalnych. Konkretniej mówiąc – chodzi mi o fakt, iż marvelowe zaświaty wyposażone są w drzwi obrotowe, a zabicie stanowiącego zagrożenie delikwenta nie musi wcale ostatecznie rozwiązywać sprawy, bo wróg może zostać przywołany do świata żywych mocą jakiegoś wskrzeszającego ustrojstwa, klonowania, podróży w czasie, równoległych rzeczywistości, interwencji istot wyższych (takich jak leniwy scenarzysta) czy jeszcze czegoś innego. Kapitan Ameryka i Thor mieli już za sobą permanentny zgon, z którego jakoś się wykaraskali. Sentry w serii Dark Avengers ginął częściej, niż Kenny w późniejszych sezonach South Park – a nawet częściej, niż Rory w szóstym sezonie Doctor Who. Niedawno przywrócono do życia Scotta Langa (oryginalnego Ant-Mana) dosłownie wyciągając go za kołnierz z dziury czasoprzestrzennej. Thing z Fantastycznej Czwórki zginął kiedyś, lecz pozostali przy życiu członkowie drużyny poszli do Boga i poprosili go o wskrzeszenie Bena (poważnie!). Po stronie villianów współczynnik ten jest jeszcze wyższy. W Marvelu praktycznie nie da się umrzeć permanentnie – co oznacza, że kara śmierci jest tam absurdalnie bezskuteczna. Wiem, że to trochę groteskowe, ale głównym argumentem przeciwko karze śmierci w Marvelu jest właśnie fakt, iż zabicie kogokolwiek jest tam praktycznie niemożliwe. Próby izolowania niebezpiecznych jednostek też mogą być zresztą ryzykowne, o czym boleśnie przekonali się wyżej wspomniani Illuminati, którzy wystrzelili Hulka w kosmos, a niecały rok później mieli na głowie regularną inwazję kosmicznych robali-barbarzyńców z wkurzonym zielonym olbrzymem na czele. Wynika z tego, że ciężko jest być obywatelem marvelowego uniwersum…

Trudno w ogóle pisać o prawnych kompetencjach superbohaterów, bo ten temat chyba nigdy nie został dokładnie opisany. Różne źródła podają niekiedy przeczące sobie informacje, w dodatku na przestrzeni lat status prawny superbohaterów zmieniał się – podczas Civil War byli de facto agentami rządowymi. Generalnie kontrkulturowi herosi pokroju Daredevila czy Spider-Mana to właściwie przestępcy, bo to, co wyczyniają na ulicach z całą pewnością wykracza poza definicję obrony koniecznej. Status zrzeszonych w drużynach bohaterów zdaje się być trochę bardziej racjonalny – z tego, co mi wiadomo Avengers są w jakiś sposób powiązani z S.H.I.E.L.D., natomiast Fantastic Four to raczej naukowcy, niż samozwańczy stróże prawa (zresztą, przeważnie walczą z rezultatami własnych pomyłek naukowych – Reed Richards za mocno uderzy hadronem o hadron i już muszą się mierzyć z inwazją istot z innego wymiaru).

Żeby była ścisłość – wszystkie powyższe obiekcje kieruję tylko i wyłącznie pod adresem regularnego uniwersum Marvela (oznaczonego numerem kodowym 616). Świat Ultimate ma to wszystko nieporównywalnie lepiej poukładane – tam zarówno Ultimates (lokalna wersja Avengers) jak i Fantastyczna Czwórka odpowiadają bezpośrednio przed S.H.I.E.L.D. (to znaczy, że gdy Ultimate Reed Richards za mocno uderzy hadronem o hadron, to dzwoni do Samuela L. Fury’ego, który wysyła prawnie usankcjonowanych Ultimates do walki z inwazją istot z innego wymiaru – przynajmniej w teorii). Także masowe rezurekcje bohaterów tam nie występują – kiedy któryż z „ultymatywnych” herosów umiera, to umiera na dobre i nie ma od tego (niemal) żadnych wyjątków. Taki los spotkał tamtejszy odpowiednik Petera Parkera, któremu się umarło – permanentnie. Co gorsza (?) prawie nikt nie odczuwa z tego powodu jakiegoś specjalnego dyskomfortu, bo trykot Spider-Mana przejął inny, równie ciekawy bohater. Z życiem rozstali się także Wolverine, Cyclops, Daredevil, Wasp, Angel i kilkunastu innych dość popularnych bohaterów. I to jest strzał w dziesiątkę, ponieważ śmierć postaci faktycznie jest przejmująca, gdy mamy świadomość, że nie ma ona na nagrobku zegara odliczającego do momentu respawnu.

niedziela, 18 marca 2012

Terror politycznej niepoprawności

fragment grafiki autorstwa Toma Chu, całość tutaj.
„Terror politycznej poprawności!” – grzmią skryci pod płaszczykiem internetowej anonimowości komentatorzy popularnych serwisów zajmujących się popkulturą, gdy tylko gdzieś przewinie się informacja o tym, że w jakimś filmie czy serialu w zwyczajowej ekipie herosów ratujących świat pojawi się osoba o odmiennym kolorze skóry bądź orientacji seksualnej. Zawsze mnie zastanawiało, skąd to się w ludziach bierze? Termin politycznej poprawności niesie ze sobą pewien niejasny zakres semantyczny – do jakiej konkretnie polityki odnosi się owa poprawność? Patrząc po ludziach (nad)używających tego terminu można wysnuć tezę, iż chodzi o złą, lewicową Cywilizację Śmierci©, która narzuca normalnym ludziom obrzydliwe zachodnie standardy… i tak dalej.

Do napisania tej notki natchnęły mnie dziwne głosy krytyki pod adresem nowego Ultimate Spider-Mana (dla niedoinformowanych – Peter Parker w serii Ultimate Spider-Man zginął, zaś scenarzysta serii, Brian Michael Bendis, zaczął opisywać historię innego chłopca, który uzyskał pajęcze moce, niejako przejmując pałeczkę po Parkerze). Miles Morales, tak bowiem zwie się ten młodzian, jest pół-Latynosem, pół-Afroamerykaninem, co z jakichś powodów nie spodobało się części czytelników. Oliwy do ognia dodała (niepotwierdzona) plotka, że Miles może w przyszłości okazać się homoseksualistą. I nagle zagrały trąby jerychońskie, podniosło się larum, że jak tak można, wysuwano jakieś dziwne argumenty… Oczywiście, zarzut politycznej poprawności został odpalony już na samym początku dramy. Ja zaś zacząłem się zastanawiać, o co tym ludziom chodzi.

Kiedy Stan Lee stworzył oryginalnego Spider-Mana, uczynił z niego fajtłapowatego nerda, który przypadkiem uzyskał niesamowite moce. Trzeba wziąć poprawkę na to, że w latach sześćdziesiątych, kiedy narodziła się ta postać, bycie nerdem nie wiązało się z wysokim statusem w rówieśniczej społeczności – wszak mem chuderlawego okularnika majtającego nogami wystającymi z kosza na śmieci, gdzie wepchnęli go członkowie szkolnej drużyny futbolowej jest żywy do dziś, choć szczęśliwie z roku na rok staje się coraz bardziej anachroniczny. Spider-Man dzisiejszych czasów, by oddać ducha pierwowzoru, także powinien być przedstawicielem społeczności o raczej niewielkim prestiżu społecznym – a wychowany na slumsach ciemnoskóry nastolatek z całą pewnością jest kimś takim. Nie widzę tu jakiegoś sztucznego wypychania na piedestał przedstawiciela mniejszości etnicznej, rozumiem, czemu Bendis podjął taką decyzję i bardzo mi się ona podoba. Ja w ogóle nie wierzę w istnienie politycznej poprawności, wierzę za to w ludzi, którzy wierzą w istnienie takowej i – wskutek dobrej bądź złej woli – zwyczajnie szkodzą. Takim przypadkiem było bezsensowne obsadzenie w roli nordyckiego boga Heimdala czarnoskórego aktora w marvelowej adaptacji komiksu „Thor”. To było naprawdę głupie.

Zrozumcie, drodzy sceptycy, ta wasza wyimaginowana „polityczna poprawność” to jedynie rezultat rozwoju kultury popularnej, zwiększania się stopnia świadomości społecznej. Geje i czarnoskórzy pojawiają się w dziełach popkultury, ponieważ – niespodzianka – geje i czarnoskórzy także są jej odbiorcami. Nie mówiąc już o tym, że im bardziej różnorodni (etnicznie, seksualnie, kulturowo) są bohaterowie fabuł, tym ciekawsze interakcje można między nimi wprowadzić, co odbija się pozytywnie na poziomie całości. Nie ma w tym żadnego spisku, żydowskiego synodu czy homoseksualnego lobby, które w jakiś mityczny sposób wywiera naciski na biednych twórcach, uniemożliwiając im wprowadzanie jednolitego etnicznie lub seksualnie składu ekipy. W dodatku, nie rozumiem, co to komu przeszkadza. Nie zawaham się stwierdzić, że ludzie używający tego terminu są najzwyczajniej w świecie głupi i robią to kompletnie bezmyślnie, a na dodatek są w swej głupocie szkodliwi dla ogółu, bo rozpylają złe memy, którymi krztusi się mniej refleksyjna część społeczeństwa.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...