Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lutego 2019

Pieskie życie

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Dziwne ścieżki potrafią doprowadzić człowieka do wartościowych popkulturowych odkryć. W tym konkretnym przypadku wszystko zaczęło się od Shane’a Ackera, reżysera i animatora odpowiedzialnego za krótkometrażową animację 9 oraz jej pełnometrażową wersję kinową z 2009 roku. Film był dość odważnym eksperymentem – w czasach, gdy wysokobudżetowe animacje skierowane raczej do starszego odbiorcy były rzadkością (nie, żeby teraz było z tym jakoś znacząco lepiej), 9 intrygował wyrazistym stylem i artystyczną odwagą. Jak większość tego typu filmów okazał się niestety finansową porażką i dziś pamięta już o nim może garstka zapaleńców. Niedawno postanowiłem sprawdzić, co obecnie porabia Acker, w nadziei, że być może pracuje nad jakimś niszowym, autorskim projektem, który umknął mi z radaru. Niestety moje śledztwo nie przyniosło zadowalających rezultatów – po klapie swojego pełnometrażowego debiutu najwyraźniej porzucił reżyserski fach i zajął się technicznymi aspektami pracy przy animacji. Tym niemniej, na jego stronie na Wikipedii wciąż widnieje kilka zapowiedzianych na nieokreśloną przyszłość projektów. 

Jednym z nich jest Beasts of Burden, filmowa adaptacja komiksu, o którym do tej pory słyszałem niewiele. Z ciekawości zapoznałem się z kilkoma opublikowanymi w Internecie miniaturkami, od których zaczęła się ta opowieść. Jeszcze tego samego wieczoru nabyłem pierwszą serię. Około czwartej rano zapoznałem się już z całością. Nie „całością pierwszej serii”, tylko „wszystkim, co wyszło spod tego szyldu”. Tak – to jest właśnie tego typu komiks, który chwyta od samego początku i nie pozwala się odeń oderwać aż do ostatniej strony. Czujcie się ostrzeżeni i ostrzeżone. Spieszę jednak zapewnić, że na szczęście nie ma tego aż tak wiele. Wikipedia w bardzo zgrabny sposób opisuje liczbę wydanych w ramach tej serii komiksów oraz kolejność ich czytania. Póki co mamy do czynienia z dziewięcioma pojedynczymi opowieściami do dwudziestu stron każda (przeważnie sporo mniej) oraz dwie czterozeszytowe miniserie składające się na nieco dłuższe fabuły. Komiks ma zaskakująco zwięzłą chronologię zdarzeń, z odwołaniami do wcześniejszych rozdziałów i powracającymi postaciami drugoplanowymi, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Beasts of Burden zaczynał jako kilka luźno powiązanych ze sobą miniaturek pisanych z myślą o tematycznych antologiach.

Ale, ale – o czym właściwie opowiada ten komiks? Beasts of Burden to historia grupki zaprzyjaźnionych ze sobą psów domowych (oraz jednego bezpańskiego kota), które mają w zwyczaju pakować się w różne kłopoty, najczęściej o nadprzyrodzonej naturze. Jakkolwiek wyjściowy koncept może wydawać się dziwaczny, wykonanie w pełni wykorzystuje jego potencjał. Historie w konwencji urban fantasy opowiadające o bohaterach walczących z różnymi magicznymi i mistycznymi problemami zwykły skupiać się na bohaterach ludzkich albo choć człekokształtnych. W Beasts of Burden mamy natomiast do czynienia z psami – nie z ludźmi zaklętymi w psy, nie z ludźmi w kształcie psów, ale z psami właśnie, dysponującymi co prawda równą ludzkiej inteligencją i samoświadomością, ale mimo wszystko obserwującymi rzeczywistość z perspektywy czterech łap. Zwierzaki są oczywiście lekko antropomorfizowane, ale tylko na tyle, by czytelnikom było łatwo z nimi sympatyzować i się z nimi utożsamiać – to nie Garfield ani nic z tych rzeczy. 

Co oczywiście otwiera przestrzeń do opowiadania nowych, unikalnych historii – albo opowiadania starych historii w nowy, nieoczywisty sposób. Psia perspektywa, priorytety, sposób pojmowania rzeczywistości i możliwości działania różnią się od ludzkich, a zatem historie, w jakie wikłani są czworonożni bohaterowie komiksu mają przebieg zupełnie inny niż gdyby na ich miejscu znajdował się Hellboy, Harry Dresden albo którykolwiek z innych wariacji na temat detektywa do spraw nadprzyrodzonych. W pierwszej nowelce mamy do czynienia z wypędzaniem ducha z nawiedzonej budy. W drugiej psia zgraja mierzy się z chowańcem czarownicy, w trzeciej – ze sforą psów zombie, w czwartej pojawia się wilkołak… to zaskakujące, że, o ile mi wiadomo, nikt nie wpadł na ten idealny w swej prostocie pomysł. Psy wydają się przecież znakomitymi kandydatami do walki z nadprzyrodzonym złem – są tradycyjnie postrzegane jako lojalne, szlachetne zwierzęta, egzystują blisko ludzi, wywodzą się od (często mitologicznie kojarzonych z magią) wilków, znane są z zagrzebywania i odgrzebywania z ziemi kości, czułego węchu, sprawdzają się w warunkach bojowych… autor scenariusza Beasts of Burden, Evan Dorkin, bardzo umiejętnie wykorzystuje ograne schematy powiązane z urban fantasy i horrorem, przekształcając je w taki sposób, by pasowały do przyjętego założenia. I wypada do świetnie, ponieważ pogłębia i komplikuje te schematy, popychając je w zupełnie nieoczekiwanych kierunkach. 

Świat przedstawiony rozrasta się wraz z rozwojem fabuły. Pierwsze komiksy ewidentnie były pisane bez odgórnie przyjętych założeń – krótkie fabułki stworzone w taki sposób, by dało się je czytać bez znajomości jakiejś szerszej mitologii czy detali świata przedstawionego. Z czasem wszystko zaczęło się oczywiście łączyć i komplikować – poznajemy historię Stowarzyszenia Mądrych Psów, starożytnej organizacji czworonogów walczących z nadprzyrodzonym złem zagrażającym psom, innym zwierzętom oraz ludziom. Niepowiązane incydenty okazują się rezultatem działań złej siły, która zdaje się manipulować wydarzeniami i zsyłać różne magiczne plagi na Burden Hill (miasteczko, na terenie którego rozgrywa się akcja) w jakimś konkretnym, choć póki co nieokreślonym celu. Pojawiają się nowe postaci, a stare wracają w nowych rolach. 

Rozwijają się również główni bohaterowie, którzy na początku są właściwie bohaterem zbiorowym – każdy psiak dostaje garść indywidualizujących go cech, dzięki czemu interakcje między nimi wypadają ciekawie, a gromadki nie da się nie polubić. Prawdopodobnie powinienem w tym miejscu zaznaczyć, że Beasts of Burden NIE jest komiksem przeznaczonym dla młodszego odbiorcy – o ile postacie i fabuły są raczej nieskomplikowane, o tyle poziom brutalności wielu scen i wątków momentami bywa szokujący. Sam po lekturze drugiego zeszytu pierwszej miniserii – historii psiej mamy, której szczenięta zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach – musiałem na chwilę zrobić sobie przerwę, bo jego konkluzja… no cóż, powiedzmy tylko tyle, że komiks naprawdę zasługuje na miano rasowego (nomen omen) horroru. Nie znaczy to oczywiście, że całe Beasts of Burden jest mrocznym, dołującym komiksem grozy. Wręcz przeciwnie – tym, co przykuło mnie do lektury była właśnie pocieszność głównych bohaterów, którzy potrafią być tak uroczo rozbrajający jak prawdziwe psiaki. To kolejna w wielkich zalet tej serii – bohaterowie są, po psiemu, nieskomplikowani, pozytywnie nastawieni do życie, lubią sobie dogryzać (nomen omen), ale jednocześnie dbają o siebie nawzajem i troszczą się o dobro innych. 

Jill Thompson, autorka ilustracji w Beasts of Burden jest artystką bardzo rozchwytywaną, co sprawia, że ma bardzo ograniczoną ilość czasu, jaką może poświęcić tej serii. W jednym z wywiadów, które miałem okazję przeczytać, Evan Dorkin wspomniał, że chciałby tworzyć z tego komiksu comiesięczną serię regularną, jednak rzadka dyspozycyjność Thompson mu to uniemożliwia. Ma to jednak swoje dobre strony – scenarzysta, mając świadomość, że nie może się zbytnio rozwodzić, tworzy bardzo zdyscyplinowane treściowo, ciasno upakowane fabularnie komiksy. Najnowsza miniseria, zakończone w grudniu ubiegłego roku Beasts of Burden: Wise Dogs and Eldritch Men, która wyjątkowo została zilustrowana przez innego artystę, Benjamina Deweya, jest póki co najbardziej rozwleczoną i niekoniecznie aż tak dobrą fabułą z serii (na co nakłada się również fakt, że nie pojawiają się w niej bohaterowie pierwszoplanowi, a jedynie postaci poboczne). Nie zrozumcie mnie źle, komiks wciąż pozostaje znakomitą lekturą, po prostu niekoniecznie dorównuje poziom wcześniejszym częściom. Jill powróci jednak w zaplanowanym na ten rok dyptyku Beasts of Burden: The Presence of Others i jest to doskonała wiadomość, ponieważ jej styl – akwarele, wyraziste postaci pierwszoplanowe, stonowany drugi plan, bardzo malarskie podejście do ilustracji – w olbrzymiej mierze odpowiada za unikalny ton i klimat całości. 

Koniecznie sprawdźcie Beasts of Burden – wyżej podlinkowałem stronę wydawnictwa Dark Horse Comics, na której można przeczytać trzy pierwsze nowelki i na ich podstawie wyrobić sobie opinię. Ja gorąco polecam ten komiks, to jedna z tych rzeczy, które wzięły mnie absolutnie z zaskoczenia i natychmiast w sobie rozkochały. Osoby lubiące interesujące opowieści z pogranicza horroru i urban fantasy poczują się tu jak w domu. Miłośnicy psów (do których zalicza się niżej podpisany) zakochają się w tym komiksie. Cała reszta – jeśli tylko lubi dobrze zrealizowane unikalne koncepcje i umiejętne granie schematami – prawdopodobnie również będzie bawić się przy nim bardzo dobrze.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Nekrosatysfakcje

fragment grafiki autorstwa Serkana Ozaya, całość tutaj.

Stało się niemożliwe. Przez moje blogerskie krzesło przetoczyła się potężna siła, która zrzuciła mnie na moją blogerską podłogę, zaś moja blogerska klawiatura ze wzruszenia na moment odmówiła posłuszeństwa. Oto bowiem dokonała się rzecz, co do której miałem silne, graniczące z pewnością przekonanie, iż nigdy nie nastąpi. Tak, dobrze się domyślacie – przeczytałem polską książkę fantasy, która nie jest kompletnie do dupy. Książkę, której lektura nie jest stratą czasu, ani bolesnym doświadczeniem, po którym byłbym zmuszony długo odchorowywać traumę. Książkę, o której z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż spełniła moje (nie oszukujmy się – niewygórowane) oczekiwania i po ukończeni lektury pozostawiła po sobie dobre wrażenie. Co oczywiście nie oznacza, że jest jakimś ósmym cudem świata. Mowa o Nekrofikcjach autorstwa Pawła Ciećwierza, o których z przyjemnością się niżej rozpiszę.

Głównym bohaterem Nekrofikcji jest Paul Brighella, znajdujący się już po jej gorszej stronie trzydziestki mężczyzna z nizin społecznych, parający się najbrudniejszymi interesami, byleby tylko utrzymać się jakoś na mętnej powierzchni życia. A że przyszło mu egzystować w Mgławie – metropolii położonej w niesprecyzowanym państwie gdzieś w Europie Środkowej, w którym panuje ustrój będący mieszanką teokracji i krwiożerczego kapitalizmu – to i musi się zajmować naprawdę paskudnymi rzeczami. Nekromancją na przykład. Brighella jest bowiem obdarzony pewnymi umiejętnościami magicznymi, z których zdarza mu się korzystać, by osiągnąć zamierzone cele – takie, jak chociażby ucieczka przed pachołkami mafii, którym był winien niemałą sumę pieniędzy. Książka składa się z kilku opowiadań połączonych osobą głównego bohatera i – na ogół – miejscem akcji, którym jest wspomniana wyżej Mgława.

Co mi się tak w Nekrofikcjach spodobało? Na przykład główny bohater. Który jest bucem, ale to akurat jest standardem w polskiej literaturze fantasy. O ile jednak bucowatość protagonistów z innych polskich powieści fantastycznych jest często przez ich autorów relatywizowana czy wręcz uznawana za zalety (wciąż mam odruchy wymiotne na myśl o apologii niewolnictwa wygłoszonej przez Vukko Drakkainena w Panie Lodowego Ogrodu), o tyle Brighella zdaje się nie mieć złudzeń co do swojej natury. Brighella doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest mętem, który zrobił w życiu wiele paskudnych rzeczy i jeszcze niejedną zrobi w przyszłości. Fakt, że czasami zdarza mu się postąpić szlachetnie, ale na ogół jest pozbawionym skrupułów draniem, którego los innych ludzi niezbyt obchodzi. To bardzo cyniczna i trudna do polubienia postać – ale jest w jej kreacji pewna uczciwość i trzeźwe spojrzenie, którego brakuje tym wszystkim inkwizytorom, tudzież innym kalekim kalkom Geralta z Rivii gęsto zaludniającym polską fantasy. Wyzłośliwiam się, wiem – ale skoro już czytam o bohaterze, który jest antypatycznym indywiduum, z którym w realnym świecie nie chciałbym mieć nic wspólnego, to niech przynajmniej autor na siłę mi nie wmawia, że to, co owa postać robi, jak się zachowuje i jak patrzy na świat jest fajne. Ciećwierz stawia sprawę w taki sposób, że jestem w stanie zaakceptować Brighellę i za to mu się należą gratulację.

Pozostali bohaterowie książki są tyleż wyraziści, co topornie zarysowani. Mamy najemnika – przyjaciela Brighelli, który na wskutek traum stał się impregnowany na strach, mamy anarchistkę, którą główny bohater chroni z powodu obietnicy złożonej jej matce, mamy demonicznego kościelnego urzędnika, z którym Brighella okazyjnie to się ściera, to wchodzi w niestałe sojusze… Pozytywnie zaskoczył mnie sposób, w jaki autor traktuje postacie kobiece, których jest relatywnie sporo – i są one naprawdę dobrze skonstruowane w tym sensie, że posiadają jakąś osobowość poza byciem generic female character, mają własne plany i zamierzenia, które realizują oraz są aktywnymi uczestniczkami intryg. Testu Bechdel może i Nekrofikcje nie zdają (zresztą, test Bechdel nie jest do zdawania, on jest pewnym wytrychem myślowym służącym do uświadomienia sobie niedostatecznej reprezentacji kobiet w kulturze popularnej), ale i tak jest o Niebo lepiej, niż w większości książek rodzimych autorów, z którymi ostatnio miałem do czynienia. Jak już wspomniałem, bohaterowie mają dość przerysowane charaktery, ale – to powieść popularna, mająca czytelnikowi sprawić zwykłą, prostą przyjemność i taki zabieg się sprawdza. Szczególnie, że – mimo tego, iż bohaterowie Nekrofikcji prezentują zaledwie kilka typów mało złożonych osobowości – to ich kreacja przychodzi Ciećwierzowi z taką łatwością, że się je „kupuje” właściwie od razu.

Fabularnie jest… znów zaskakująco nieźle. To znaczy – opowiadania dzielą się na krótkie, które fabuły nie mają wcale i wyglądają raczej jak podkolorowane szkice mające być punktem wyjścia do czegoś większego i na dłuższe, które na ogół mają stosunkowo złożoną historię ze zwrotami akcji i więcej, niż jednym wątkiem. Ciećwierz potrafi kreować teksty, które zawierają wysoki współczynnik tego, co ja na nazywam estetyką fabularną – czyli, że mają intrygę, w której wszystko mniej-więcej do siebie pasuje i każdy wątek ma swoje uzasadnienie w ramach opowieści. Tych krótkich i sprawiających wrażenie niedopracowanych tekstów jest w zbiorku zaledwie kilka i nie psują one generalnie dobrego wrażenia, jakie miałem po zakończeniu lektury. Znalazło się miejsce i dla reprodukcji ikonicznych motywów współczesnego horroru (inwazja zombie w skali mikro, zakazane praktyki czarnomagiczne, powroty z Zaświatów, upiory), i dla gangsterskich porachunków – a wszystko wymieszane niekiedy w zaskakujących proporcjach. Raz czy dwa autorowi udało się wykorzystać jakiś ograny chwyt w tak nietypowy i oryginalny sposób, że autentycznie byłem zachwycony. Rany – byłem zachwycony czymś w polskiej fantastyce. Wyobrażacie to sobie?

Autor potrafi operować językiem w taki sposób, by wykreować określony klimat dusznego megapolis zarządzanego przez kler i magnatów handlowych, w którym ludzie się męczą, a nadziei jest jak na lekarstwo. Co ciekawe, kilka opowiadań rozgrywa się w znacznie bardziej egzotycznych lokacjach – Brighella w Nekrofikcjach odwiedza zarówno Afrykę, jak i Indie. Znając specyficzną "wrażliwość" polskich pisarzy (nie tylko fantastycznych) na odmienne kultury, trochę się bałem, jak w ich opisywaniu odnajdzie się Ciećwierz. Okazało się, że odnalazł się całkiem nieźle – w pierwszoosobowej narracji daleki jest do postkolonialnego patrzenia z góry na rdzennych mieszkańców Ciepłych Krajów, a Brighella znajduje też niemało cierpkich słów dla europejskich działań i ich wpływu na kraje egzotyczne. Zgrzytało mi jedynie nagminne nazywanie Hindusów „beżakami”, ale można to zrzucić na karb kreacji głównego bohatera, który daleki jest od posługiwania się politycznie poprawnymi wyrażeniami.

Czy Nekrofikcje mają jakieś wady? Jasne – największą jest, według mnie, jest zbyt literacki język, jakim główny bohater posługuje się w dialogach. Brighella buduje okrągłe, wielokrotnie złożone zdania i posługuje się wyrafinowanymi metaforami, co brzmi nienaturalnie  w ustach narkomana i życiowego wykolejeńca, który odebrał tylko uliczne wykształcenie. W ogóle dialogi nie są najmocniejszą stroną autora – często zwyczajnie nie pasują do osób, które je wypowiadają. widać, że Ciećwierz miał sporo do włożenia w usta swoich postaciom – i na ogół są to rzeczy całkiem ciekawe i istotne z punktu widzenia fabuły – nie zawsze udało mu się jednak dostosować sposobu ekspresji do danego bohatera, co budzi dysonans czytelniczy. Nie jest to jednak wada, która jakoś mocno odbierałaby przyjemność z lektury – po jakimś czasie po prostu się przywyka i tylko w niektórych miejscach sztuczne dialogi rażą tak, że zwraca się na to uwagę. Poza tym jedynym poważniejszym zarzutem jaki mam wobec Nekrofikcji jest jeden fragment, w którym autor wyraźnie nie miał pomysłu, w jaki sposób rozwiązać fabułę opowiadania, więc zakończył je w zawieszeniu, a w następnym tekście przedstawił nowe status quo, które nastąpiło wskutek… nie bardzo wiadomo czego, ponieważ Ciećwierz nigdy tego nie precyzuje, tylko zostawia jakieś mętne wzmianki. Ten niewytłumaczony przeskok strasznie mnie poirytował, bo odebrałem go jako wyraz nieporadności pisarskiej autora, który nie umiał sobie poradzić z własnym tekstem. No dobra – jakbym miał się jeszcze czegoś czepiać, to wielokrotnie nihilistyczne monologi wewnętrzne Brighelli są strasznie pretensjonalne, ale, o dziwo, niespecjalnie mi to w toku lektury przeszkadzało.

Tym niemniej – polecam. Nekrofikcje to rzecz dość ponura i depresyjna, ale przynosi sporo zabawy (jeśli tak to można nazwać) czytelnikowi, który lubi tego rodzaju opowieści. Historia wielkomiejskiego nekromanty stanowiła fabularny punkt wyjścia dla wielu potencjalnie bardzo interesujących opowieści i autorowi udało się ten potencjał w znacznej mierze wykorzystać. W połączeniu z niezłymi fabułami, niezłym językiem i niezłymi bohaterami cały zbiór jest… no cóż, niezły. Z przebłyskami oraz zniżkami formy, ale generalnie utrzymujący satysfakcjonujący poziom. Ja się cieszę, że tę książkę przeczytałem – nie dlatego, że będę ją mógł zmasakrować w notce na blogasku (a to jest chyba mój główny imperatyw, jeśli chodzi o czytanie polskiej fantastyki), ale dlatego, że naprawdę umiliła mi czas. Zachęcam każdego i każdą, by dał i dała Nekrofikcjom szansę, bo to najzwyczajniej w świecie dobra pozycja jest. Jeśli ktoś potrzebuje zabić czas, to zbiór opowiadań Ciećwierza stanowi całkiem przyzwoite narzędzie zbrodni.

niedziela, 19 maja 2013

Warehouse 13. 2x02 - Mild Mannered

fragment grafiki autorstwa Jacka Kirby'ego, całość tutaj.

Dziś w menu – poznajemy drugie imię Myki (które jest po prostu świetne i nie ma się czego wstydzić, gdybym był dziewczyną, sam chciałbym nosić takie imię), dowiadujemy się, że Pete jest komiksowym geekiem zorientowanym na Silver Age, Artiego dręczą duchy nieodległej przeszłości, zaś Claudia ma pretensje do Leeny o kradzież tożsamości, który przysporzył zarówno jej, jak i pozostałej części ekipy Magazynu wielu problemów.

Zacznijmy może właśnie od tego wątku – to bezsprzecznie najgorszy motyw całego odcinka. Scenarzyści, poważnie? Leena była wtedy zdalnie sterowana przez MacPhersona, z czego Claudia doskonale zdaje sobie sprawę, w dodatku z ich dwojga to właśnie Leena została bardziej skrzywdzona, bo to z niej MacPherson zrobił kreta, pozbawił wolnej woli i zwyczajnej ludzkiej godności. Owszem, fakt, że Leena wrobiła w to wszystko Claudię i wynikające z tego podejrzenia mogły zachwiać jej (Claudii) ledwo co ugruntowanym poczuciem przynależności do „rodziny” Magazynu, ale… Taki głupi fundament konfliktu Leeny i Claudii stawia tę drugą w pozycji osoby egoistycznej i zupełnie pozbawionej empatii. A przecież doskonale wiemy, że tak nie jest. Drugim motywem rozgrywającym się poza głównym wątkiem odcinka jest widmo MacPhersona nawiedzające Artiego. Rozwiązanie tego wątku okazało się zaskakująco ciekawe – dowiadujemy się, że Artie naprawdę cierpi z powodu utraty przyjaciela, mimo wszystkich niesnasek, jakie wydarzyły się po drodze. Niestety – poza pogłębiającą sylwetkę charakterologiczną Artiego konkluzją ten wątek nie ma niczego ciekawego do zaoferowania i ogranicza się do scen nawiedzania Artiego i jego prób odkrycia genezy tych zjawisk.

Tak na marginesie obu tych wątków – podobały mi się małe prezenty dla fanów, smaczki łagodzące ewidentny fakt, iż odcinek stanowi w gruncie rzeczy zapychacz fabularny. Te smaczki to, na przykład, Myka, której w końcu przysłano rzeczy osobiste do jej nowego miejsca zamieszkania i jej reakcja na odzyskanie ważnych dla niej drobiazgów. Tańcząca, tuląca do siebie misia Myka – na początku konfuzja, ale przecież ta bohaterka to nie żadna Królowa Śniegu, a jej pragmatyzm i precyzja myślowa wcale nie muszą oznaczać chłodu emocjonalnego. Kolejną sympatyczną sceną jest kazanie, jakie Artie wygłasza pod adresem Claudii, który tłumaczy krnąbrnej dziewczynie, czemu agenci Magazynu korzystają z broni obezwładniającej. Taka batmanowo-doctorowa etyka, bardzo pasująca do konwencji serialu i bardzo dobrze, że to zostało powiedziane głośno i dobitnie. A propo Doctora – Claudia cytuje Dziesiątego. Jej, super – mam na twarzy szeroki uśmiech za każdym razem, gdy widzę tę scenę. Twórcy nie ukrywają inspiracji serialem Doctor Who i bardzo dobrze, bo jeśli się inspirować, to najlepszymi (abstrahując od tego, że uczeń wyprzedził mistrza i Warehouse 13 ostatnio przebija Doctora pod prawie każdym względem. Przynajmniej moim zdaniem). Poza tym – wyobrażacie sobie Claudię jako towarzyszkę Doctora? Na pokładzie TARDIS? Łał. Jestem gorąco za.
                                                                         
No dobrze – przejdźmy do meritum, którym jest prowadzona przez agentów sprawa artefaktu dającego super-moce. Cały odcinek jest mocno przerysowaną satyrą na komiksy superbohaterskie. Z ust Pete’a, Myki i Claudii (która w pewnym momencie dołącza do agentów terenowych) właściwie co chwila padają jakieś kwestie powiązane z komiksami. Niestety, jako zabawa konwencją odcinek sprawdza się naprawdę tak sobie. Cała ta superbohaterska estetyka sprowadza się do mało wyrafinowanych i podanych w łopatologiczny sposób smaczków i właściwie od razu schodzi na dalszy plan, ustępując tradycyjnej aż do bólu formule procedurala. A szkoda, bo przecież wyjściowa idea dawała naprawdę spore pole do popisu i przy odrobinie wysiłku mógł to być znakomity odcinek. A tak, mamy sztampowy zapychacz. Ale i tak niektóre momenty – Myka w kostiumie superbohaterskim strzelająca promieniami z rękawic, ostateczna konfrontacja polegająca na ściągnięciu gaci głównemu przeciwnikowi  – były naprawdę udane. Szczególnie kiczowata i przerysowana, nawet jak na standardy Warehouse 13, finałowa walka.

Jeszcze tak odnośnie artefact of the week – w tym odcinku były nim slipy Angela Siciliano. To nazwisko zapewne nikomu niczego nie mówi, może poza największymi komiksowymi geekami. Już tłumaczę – otóż był w historii amerykańskich komiksów superbohaterskich czas, gdy anonsowano na ich łamach specjalne kursy ćwiczeń, po których – wedle zapewnień reklamujących ich komiksowych postaci – czytelnik sam może nabrać iście superbohaterskiej masy i postawy. Twarzą – choć może niekoniecznie o tę część ciała w tym wypadku chodzi – wielu takich reklam był właśnie Angelo, znany bardziej pod pseudonimem Charles Atlas.

Tak więc tak – odcinek trochę rozczarowuje. Sztampowa fabuła, kilka ciekawych pomysłów, parę smaczków… Z jednej strony średniak, z drugiej – znam seriale, w których odcinki tego poziomu są jednymi z lepszych. Kwestia skali. A, i byłbym zapomniał – w epizodycznej roli pojawia się Jewel Staite, ale jej rola zupełnie nie zapada w pamięć. I to chyba tyle.

sobota, 11 maja 2013

Warehouse 13. 1x12 - MacPherson

fragment grafiki autorstwa Friedricha Johanna Justina Bertucha, całość tutaj.

Finał pierwszego sezonu. W końcu. Nie to, żeby ten sezon był jakiś bardzo słaby (w Warehouse 13 coś takiego praktycznie się nie zdarza), po prostu dalej jest lepiej, ciekawiej. I jest H.G. Wells. I Jinksy. Ale do rzeczy, to znaczy – do odcinka. A dzieje się sporo. Leena ceruje skarpetki, Myka zakłada okulary tego pana, który wymyślił LSD, Pani Frederic robi się zła, bohaterowie nabijają się z wieku Artiego, MacPherson zaś mąci i pociąga za misternie plecione sznurki, wyjaśniając w końcu, po co scenarzystom była potrzebna Leena.

Zacznijmy od tego, że fabuła odcinka to małe dzieło sztuki – niespodziewane zwroty akcji naprawdę są niespodziewane, odpowiedni dynamizm jest utrzymany od pierwszej do ostatniej minuty i… jest po prostu fajnie. Jakkolwiek bizantyjska intryga, jaką uknuł MacPherson wydaje się mocno przekombinowana – i w każdym innym wypadku taka właśnie by była – to dzięki mocno umownej, przegiętej konwencji Warehouse 13 ten element nie wypada sztucznie i można oglądać bez większych zgrzytów.

Prym w tym odcinku wiedzie jego tytułowa postać. Poprzednio pisałem, że James MacPherson to postać-widmo, trochę zbyt tajemnicza i niedookreślona, by można było się nią przejmować na poważnie. Tym odcinkiem nadrobiono to niedociągnięcie. Wcielający się w MacPhersona Roger Rees wykreował postać subtelnego szaleńca, snującego misterną pajęczynę intryg i powiązań, dokładnie planującego kilka kroków do przodu. Nie ma tu psychopatycznego szaleństwa Mastera (Doctor Who) czy intelektualnego bestialstwa Moriarty’ego (Sherlock) – MacPherson oscyluje gdzieś pomiędzy fanatycznym przekonaniem co do własnych racji (czyli, że z artefaktów powinno się czynnie korzystać, nie chować je przed światem), a dystyngowanym, krwiożerczym ekscentryzmem. Jednak zarówno ten fanatyzm, jak i ten ekscentryzm są „schowane” w tej postaci, czasami tylko wypływając na wierzch. Na pierwszym planie stoi zawsze cynizm i zimne wyrachowanie. Bardzo udanym zabiegiem było też dopisanie MacPhersonowie pewnego szacunku do przeciwników (szczególnie Pani Frederic). Wszystko to sprawia, że James MacPherson to bardzo ciekawa, świetnie zagrana postać.

Właściwie trudno mi napisać jest o tym odcinku coś więcej, bo – w odróżnieniu od większości – jest on mocno konwencjonalny, bez jakichś elementów indywidualizujących opowieść (coś w stylu, że Implosion jest o zaufaniu, Regrets o godzeniu się z własną przeszłością, a Nevermore o stosunkach rodzicielskich). Nie ma tu takiego wybijającego się na pierwszy plan motywu, któremu podporządkowałaby się cała fabuła. W pewnej chwili wydawało się, że poruszony zostanie dylemat o sensowności ukrywania artefaktów, ale poza krótkim kuszeniem Pete’a przez MacPhersona nic z tego nie wyszło. Poza tym, jak zauważył Pete, wiarygodność Jamesa mocno nadwyręża fakt, iż jego „uwalnianie” artefaktów skutkuje tylko eskalacją przemocy. Nie pomógł też oczywiście fakt, że podczas tej rozmowy MacPherson łamie Regułę 34, zwija ją w spiralkę i wsadza sobie w różne intymne miejsca. Poważnie, ta scena, w której James prowadzi Artiego na łańcuchu z bombą-jajkiem w ustach była tak obscenicznie absurdalna, że gdy pierwszy raz ją zobaczyłem, dostałem histerycznej śmiechawki.

Podobał mi się sposób, w jaki Pete i Myka zaczęli przesłuchiwać Artiego i jego pełna niezadowolenia reakcja na to, że został na moment zepchnięty z roli czynnej (koordynator operacji agentów Magazynu), do biernej (świadek, źródło informacji o MacPhersonie). Taka niespodziewana (dla Artiego) i instynktowna (dla Pete’a i Myki) zamiana ról wyszła bardzo fajnie i bardzo naturalnie. Bardzo interesującym motywem było także rozkręcenie przez MacPhersona czarnego rynku artefaktów, sprzedawanych terrorystom, mafijnym bossom i innym zakapiorom. Jak się później okazało, była to tylko zmyłka, mająca na celu zwrócić uwagę agentów na jego poczynania, więc sam wątek wywędrował donikąd. A szkoda, bo to potencjalnie bardzo rozwojowy pomysł.

Podobnie ciekawym pomysłem jest Brązowy Sektor – miejsce w Magazynie, w którym przetrzymywane są osoby potencjalnie tak niebezpieczne, że należało je odseparować od świata i poddać procesowi zabrązowienia (czyli, prościej pisząc, wprowadzić w stan zawieszonej animacji). Taki los miał właśnie spotkać (i, na krótko, spotkał) MacPhersona. To bardzo w stylu Regentów – taki faryzeuszowski humanitaryzm. Nie zabijamy, ale w praktyce wychodzi na to samo, bo zabrązowiony delikwent jest właściwie wyłączony z egzystencji. O brązowieniu zresztą będzie jeszcze nieraz, bo co odcinek, to jakieś continuity errors związane z tym procesem.

Podsumowując – makiaweliczna, piętrowa intryga MacPhersona (wkręcenie Claudii w Magazyn, by padły na nią podejrzenia sabotażu, przy jednoczesnym manipulowaniu Leeną) doprowadziła do wielu dramatycznych wydarzeń (uwolnienie tajemniczej persony z Brązowego Sektoru, eksplozja z Artiem w epicentrum, zagrożenie życia Pani Frederic) i otworzyła całe mnóstwo fabularnych furtek. Ale o tym opowiemy sobie w kolejnych notkach. A, zapewniam, będzie o czym opowiadać.

czwartek, 9 maja 2013

Warehouse 13. 1x11 - Nevermore

fragment grafiki autorstwa Edwina H. Manchestera, całość tutaj.

W opisywanym dziś odcinku Myka spieszy na ratunek swojemu ojcu, który zachorował na artefakt, zaś emo-nastolatek odnajduje pióro Edgara Allana Poego. I ściana pożera jednego ze świadków. Ale nic nie szkodzi, bo Pete rozwala tę ścianę praktycznie gołymi rękami, cegła po cegle, co było trochę za bardzo przegięte nawet jak na ten serial. A, i Pani Frederic, mimo zapewnień Artiego, wątpi w wysoki kaliber Pete’a, jakkolwiek dwuznacznie by to nie brzmiało.

W końcu rusza się coś w kwestii MacPhersona – od czasów Implosion główny zły całego sezonu nie pojawił się ani razu, przez co jego fama wydaje się oddziaływać wyłącznie na zasadzie fabularnego straszaka, bo właściwie nie mamy żadnego potwierdzenia tego, że MacPherson jest śmiertelnie niebezpiecznym renegatem – poza deklaracją Artiego i podkuleniem ogona przez Regentów. Wszystko to sprawia, ze główny mąciciel pierwszego sezonu Warehouse 13 jest strasznie, hmm, apokryficzną postacią, serfującą bardziej na złowieszczej renomie, niż faktycznych dokonaniach, co mnie osobiście odrobinę przeszkadzało. Skoro już ten MacPherson jest taki zły, to ja chcę mieć jakieś namacalne, empiryczne dowody jego niegodziwości, a nie mętne napomknięcia i strachy na lachy. Ale da się zdzierżyć.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w tym odcinku – jest strasznie „brytyjski” (w końcu osoba Poego zobowiązuje). Większość odcinka rozgrywa się w elitarnym liceum umiejscowionym w jakimś przypominającym zamek budynku, po którym snują się uczniowie w mundurkach. Wszystko to wygląda bardzo fajnie, bardzo „hogwartowo”, z tymi porośniętymi roślinnością zmurszałymi murami szkoły i starodawną architekturą. W ogóle pod względem estetycznym to naprawdę udany odcinek, bo drugi wątek rozgrywa się w księgarni należącej do ojca Myki, która też przypomina jakąś tajemną bibliotekę, a kiedy Myka układa wokół swojego ojca Stonehenge z książek to już w ogóle robi się bardzo chieromantycznie i grymuarowo. Pływające po skórze ojca Myki napisy wyszły naprawdę bardzo fajnie, klimatycznie i gotycko, niczym jakaś złowieszcza klątwa. Pod tym względem odcinek jest na medal.

Trochę gorzej jest w kwestii fabuły. Przede wszystkim ojciec Myki jest o wiele mniej odstręczający, niż to sobie wyobrażałem oglądając poprzednie odcinki. Nie wiem, może to wynikające z przyzwyczajeń do popkulturowych uproszczeń wyobrażenie, ale spodziewałem się raczej kogoś na kształt nieco bardziej okrzesanego ojczyma Olivii Dunham z Fringe, niż zwykłego zrzędę – pryncypialnego wprawdzie, ale nie w jakimś hardkorowym stopniu. Żadna patologia, co najwyżej chłód emocjonalny, a i to nie za bardzo, bo widzimy, że podczas rozmowy z Myką, nawet gdy, kolokwialnie pisząc, czepia się jej, to ta jego czepliwość wynika z troski, nie chęci dominacji rodzicielskiej. Z tego też powodu – jak i nieco bzdurnego rozwiązania wątku za pomocą power of love z obowiązkowym happy endem – dość istotny fabularnie motyw został trochę rozwodniony. Szkoda, bo przecież mykowe daddy issues były i dalej są istotną częścią serialu.

Tymczasem drugi wątek realizuje tendencję do konwencjonalnych nawiązań do innych gatunków filmowych i telewizyjnych. Podobnie jak w Regrets mieliśmy do czynienia z zabawą motywami rodem z dramatów więziennych, tak w tym przypadku dostajemy teen drama z nieszczęśliwie zakochanym nerdem, jego obowiązkowym konfliktem z osiłkiem-członkiem szkolnej drużyny piłkarskiej, dobrodusznym nauczycielem i całym tym dobrodziejstwem inwentarza. Wyszło bardzo fajnie, ale znów – kilka zabiegów fabularnych nie zostało do końca przemyślanych, przez co odcinek sporo traci. Najlepszym przykładem byłoby chyba rozwikłanie intrygi, czy też raczej fakt, że intryga rozwiązuje się sama, bo prowadzonego przez bohaterów śledztwa równie dobrze mogłoby nie być – konfrontacja następuje z inicjatywy opętanego piórem Poego nastolatka, a nie dzięki dochodzeniu Pete’a i Claudii. A właśnie – jako, że Myka zmuszona jest zostać z ojcem, zagadkę pióra (pośrednio powiązanego z chorobą ojca Myki) rozwiązuje Pete i Claudia. Taka odmiana mogłaby podziałać odświeżająco, gdyby nie fakt, iż Claudia zachowuje się w tym odcinku bardzo mykowato. Odnoszę wrażenie, że ma wczesnym etapie pisania scenariusza to właśnie Myka miała prowadzić to śledztwo, ale dołączono wątek jej ojca i trzeba było podmienić ją na Claudię. Wyszło niespecjalnie. Z wad wymieniłbym jeszcze zbyt małe zaangażowanie Artiego i nieco wymuszone zakończenie, będące w istocie bezpośrednim prologiem finału.

Podsumowując – odcinek jest w porządku. Jak już wspomniałem, wizualnie bardzo, bardzo udany, fabularnie nie obyło się bez kilku irytujących wpadek (ten nieszczęsny Pete rozwalający ścianę) i uproszczeń, ale, jak zwykle, oglądało się w sumie przyjemnie.

poniedziałek, 6 maja 2013

Warehouse 13. 1x10 - Breakdown

fragment grafiki autorstwa Astrid Castle, całość tutaj.

W dziesiątym odcinku pierwszego sezonu Warehouse 13 Claudia ponownie niemal doprowadza do zniszczenia Magazynu, Pete i Myka przybywają jej z odsieczą (i pączkiem), natomiast Artie zostaje wezwany na dywanik szefa, a właściwie – szefów, którym nieformalnie przewodzi jeden z towarzyszy Doctora, Canton Delaware III. A, i Claudia zakłada gogle, co jeszcze bardziej podbija cool-factor odcinka. I dowiadujemy się, jak ma na imię Pani Frederic. I, że technologicznie zaawansowane elektroniczne zamki strzegące Mrocznej Krypty można rozwalić celnym deus ex kopniakiem. Właściwie jest to jeden z moich ulubionych odcinków całego serialu, a już na pewno – ulubiony w pierwszym sezonie. A zatem, do dzieła.

Najciekawszym motywem odcinka jest niewątpliwie przedstawienie grupy trzymającej władzę – opiekujący się Magazynem Regenci są po prostu strzałem w fabularną dziesiątkę. Zacznijmy od tego, że niesamowicie podoba mi się koncepcja zwykłych ludzi wykonujących proste zawody – kelnerki, urzędnika, nauczycielki – i funkcjonujących na pozycjach społecznych o niekoniecznie wysokim statusie – emeryci, ludzie przynależący do różnych subkultur – którzy zajmują się tak potężnymi obiektami jak artefakty. Ukryci na widoku ludzie, za którymi nikt nie obejrzałby się na ulicy poruszają tajemnymi mechanizmami świata, o jakich nie śniło się tym wielkim i potężnym. Jak to stwierdził Benedict Valda – Jezus był cieślą, Sokrates nauczycielem, Abraham Lincoln małomiasteczkowym prawnikiem. Utożsamianie wykonywanego zawodu z mądrością jest nieco obraźliwe. Valda (czyli Canton Delaware III, bo w W13 on się trochę inaczej nazywa, ale przecież wszyscy wiemy, o kogo chodzi, prawda?) pyta także Artiego, kto inny miałby rządzić Magazynem. Papież? Prezydent? Politycy? Generałowie? Można to trochę odczytywać jako afirmację społeczeństwa obywatelskiego, choć z drugiej strony Regenci przedstawieni są jako organizacja mocno skostniała i niemrawa, co zresztą butnie punktuje Artie, wezwany przed oblicze Regentów, by wytłumaczyć się ze swoich wpadek. Okazuje się, że ci potężni i tajemniczy Regenci, ci małomiasteczkowi Iluminaci przed którymi nawet Pani Frederic czuje respekt obawiają się zagrożenia, jakie może stanowić dla nich MacPherson – jeden zbuntowany agent Magazynu. Oczywiście miał być to zabieg pokazujący nam, jak bardzo MacPherson jest niebezpieczny i złowieszczy, ale wyszło moim zdaniem sztucznie. Trudno sobie wyobrazić, by Regenci nie zetknęli się z podobnym problemem już w przeszłości (a, jak wiemy z kolejnych sezonów – zetknęli się) i nie zdołali wypracować odpowiednich środków zaradczych. Choć, jak wspomniałem, sam motyw tajemniczej organizacji ludzi z working & lower middle class kręci mnie niesamowicie i niesie ze sobą olbrzymi potencjał, wykorzystany zresztą w kolejnych sezonach.

Tymczasem wątek agentów Magazynu tym razem wyjątkowo nie obraca się wokół sprawy natury kryminalnej, a wokół próby wyciągnięcia Claudii z kłopotów, w jakie wpakowała się w czasie sprzątania Magazynu. Biorąc pod uwagę wydarzenia z Duped i Regrets można dojść do wniosku, że roztropność i profesjonalizm agentów Magazynu niekiedy sięga wręcz poziomu Torchwood. Wątek bardzo fajny, bo pogłębia relacje Claudii z Petem i Myką. Oboje ostatecznie deklarują słowem i czynem, że uznają dziewczynę jako pełnoprawnego członka ich rodziny, traktując niczym młodszą siostrę. Bardzo fajnie to wygląda po rozłożeniu na czynniki pierwsze – Pete nawiązuje z nią relacje oparte na „chłopackości” (żarty, przekomarzania), zaś Myka relacje bardziej emocjonalne, oparte na zaufaniu, szacunku, jakim Claudia darzy Mykę i jej (Claudii) pragnieniu akceptacji. Generalnie wątek ten został pociągnięty bardzo dobrze – był na tyle przejrzysty, że właściwie „wtopił się” w strukturę fabularną odcinka i dopiero pod koniec jest podsumowany jedną niewielką sceną rozmowy obu bohaterek.

Jeszcze na chwilę wracając do wątku Claudii, Pete’a i Myki – całym szczęściem to ich łażenie po Magazynie uniknęło grzechu wynudzenia widza bezsensownością toczących się na ekranie wydarzeń (bo przecież wiadomo, że bohaterowie uratują Magazyn, więc po co w ogóle?). Wszystko za sprawą aktorów, którzy wyraźnie znakomicie bawili się podczas nagrywania tego odcinka i do swoich ról podeszli z luzem i pewnym przymrużeniem oka, ale też kilku sympatycznych motywów fabularnych (zamknięty w Magazynie pensjonat Leeny, piłki do gry w zbijaka) na czele z wizytą w Mrocznej Krypcie i Petem w emo-mode pod wpływem maszyny do pisania Sylvii Plath.

Podsumowując – zagrany ze swadą Benedict Valda, przyjemny wątek Claudii, Myki i Pete’a oraz znakomity pomysł na grupę trzymającą władzę i nie mniej znakomite wystąpienie niepokornego Artiego, który nie da sobie w kaszę dmuchać nawet tak potężnym i wpływowym ludziom, jak Regenci. Zaś pod koniec odcinka zapowiedź nadchodzących wydarzeń i otwarte wypowiedzenie wojny MacPhersonowi. Czegóż chcieć więcej?

niedziela, 5 maja 2013

Warehouse 13. 1x09 - Regrets

fragment grafiki autorstwa Giuseppe Bertiniego, całość tutaj.

Dziś klimaty więzienne – żadna tam Zielona mila ani Skazani na Shawshank, ale i tak odpowiedni sznyt został zachowany. Poza tym, Claudia o mało co nie niszczy Magazynu, Myka wyrywa Pete’owi włosy z uszu, zaś nasi agenci terenowi zupełnie niespodziewanie muszą zmierzyć się z własną przeszłością. I dowiadujemy się, że energia elektryczna potęguje działania artefaktów, co jest motywem interesującym, ale trochę kłócącym się z continuity (odcinek z kręgosłupem) i zdrowym rozsądkiem (standardowe wyposażenie agentów Magazynu to strzelająca promieniami elektrycznymi tesla, więc to trochę tak, jakby strażakom wlewać do sikawek benzynę). No, ale Warehouse 13 nie ogląda się przecież dla zdrowego rozsądku. No to jedziemy.

Przede wszystkim – brawa za pomysł, by fabułę głównej części odcinka osadzić w więzieniu o zaostrzonym rygorze, ze wszystkimi popkulturowymi motywami tradycyjnie kojarzonymi z tym środowiskiem (solidarność więzienna, agresja, rozliczanie się z własną przeszłością, bunt osadzonych, przytłaczająca atmosfera, fanatyczny przywódca duchowy). W dodatku klimat odcinka skutecznie podbija szalejąca za zakratowanymi oknami burza. Takie popkulturowe wyciągi z pewnych określonych konwencji zamknięte w pigułce jednego odcinka przewijają się przez Warehouse 13 dość często i bardzo często są jednymi z najciekawszych epizodów serialu. Tu ten zabieg wyszedł całkiem sympatycznie – został na tyle wyraźnie zarysowany, że przyjemnie odświeża konwencję serialu, ale na tyle subtelnie, by nie zdominować ją całkowicie.

Silnym punktem programu są też bohaterowie epizodyczni. Choćby naczelniczka więzienia, która jedną miną potrafi zgasić szowinistyczne docinki Pete’a czy wyżej wspomniany samozwańczy przywódca religijny, cieszący się w więziennej społeczności wyjątkowo wielkim prestiżem i który na przestrzeni fabuły epizodu spełnia zaskakującą jak na tego typu postać rolę. W dodatku obie te postaci są bardzo fajnie zagrane, ale to już w tym serialu standard (nie licząc kilku przykrych wpadek).

Jeśli zaś chodzi o rozliczenia z przeszłością… odnoszę wrażenie, że jest trochę nazbyt pobieżnie i skrótowo. Jako, iż artefact of the week stymuluje ludzkie poczucie winy i przekształca je w nader realistyczne wizje, zarówno Pete, jak i Myka stają – dosłownie – twarzą w twarz ze swoimi największymi traumami z przeszłości. U Pete’a jest to oczywiście śmierć ojca, u Myki – utrata partnera i kochanka w jednej osobie podczas kontrowersyjnej operacji w Denver. I super, mamy przewijające się w tle duchy przeszłości dręczące bohaterów i kulminację pod koniec – ale widać było, iż twórcom zabrakło czasu antenowego na odpowiednie rozwinięcie tych wątków i zostały ona zamknięte nazbyt pospiesznie, bez należytego rozwinięcia. Z jednej strony szkoda, z drugiej – będą jeszcze odcinki, w których powrócimy do tych kwestii, więc nie bardzo jest za czym płakać.  W sumie niby niczego nowego się o bohaterach nie dowiadujemy, ale zyskujemy potwierdzenie, że dręczące ich zaszłości w niemałym stopniu wpływają na ich obecne charaktery. Dobre i to.

Drugi wątek odcinka skupia się na relacjach Claudii i Artiego. Claudia najwidoczniej niczego nie wyniosła z lekcji, jaką nasi bohaterowie dostali w poprzednim odcinku – z artefaktami się nie igra, bo się można sparzyć. Poprzez zabawy z magnetycznym laboratoryjnym fartuchem Alessandra Volty dziewczyna zostaje na dobre przytwierdzona do wspornika podtrzymującego elementy konstrukcyjne Magazynu i radośnie promieniuje polem magnetycznym, destabilizując strukturę budynku. Sceny z Claudią są zazwyczaj zabawne, świetnie zagrane i miłe dla oka – i tak jest także w tym przypadku. Allison Scagliotti wykreowała postać po prostu sympatyczną i ta sympatyczność częstokroć ratuje sceny, które w innym wypadku byłyby nie do zniesienia. Wątek odczepienia Claudii od sklepienia Magazynu nie należy może do szczytowych osiągnięć myśli scenopisarskiej, ale właśnie dzięki duetowi Scaglitori-Rubinek i dynamizmowi, jaki nadają relacjom pomiędzy swoimi postaciami ogląda się go bardzo dobrze i z uśmiechem na ustach. Zaś kara, jaką Artie wyznacza dziewczynie za niefrasobliwe zachowanie też miło puentuje cały ten wątek.

Summa summarum – kolejny niezły odcinek. Serial generalnie rzadko kiedy schodzi z wysokiego poziomu i ten właśnie poziom został tu potwierdzony. Może nie dzieje się w nim zbyt wiele istotnych rzeczy, ale taki już urok Warehouse 13. Nawet zapychacze są tu całkiem smakowitymi epizodami. 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x08 - Duped

fragment grafiki autorstwa Lewisa Carrolla, całość tutaj.


Może mi ktoś wyjaśnić, o co chodzi z tym umrocznianiem Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla?  Przecież to wyjściowo jest bardzo wesoła, kolorowa książka, może miejscami makabryczna, ale przecież nie wybijająca się pod tym względem na tle innych tego typu utworów z epoki. Tymczasem prawie każdy znany mi popkulturowy remiks Alicji w jakimś stopniu zapuszcza się w rejony psychodelicznego horroru i makabry. Czy to film Burtona, czy to gra McGee’a, czy to opowiadanie Sapkowskiego, czy to fantasy Piekary. Czy to w tym odcinku Warehouse 13.

Cała ta afera, którą spowodowało niefrasobliwe zachowanie Pete’a (znowu grał w ping-ponga ze swoim odbiciem w lustrze Carrolla) i w wyniku której ciało Myki opętała demoniczna Alicja służy za całkiem przyzwoicie pomyślaną podkładkę pod proces odnawiania relacji na linii Myka-Artie. Jak pamiętamy, w poprzednim odcinku zaufanie agentów do Artiego zostało poważnie nadszarpnięte. Zdaje się, że Pete nie ma z tym większego problemu, ale w tym wypadku nie ma się czemu dziwić – on stracił rodziciela we wczesnym dzieciństwie, więc jego wyobrażenie ojca wciąż pozostaje wyidealizowane i nierealistyczne. Dla Pete’a ojciec to ktoś, kogo kocha się bezwarunkowo. Z Myką jest inaczej – jej daddy issues (które zauważa i punktuje w tym odcinku Pete) polegają na niedostatku miłości i zaufania ze strony biologicznego rodziciela i dlatego projektuje te oczekiwania na Artiego. Gdy Artie zawodzi ją w tym względzie, Myka odbiera to bardzo personalnie i długo nie jest w stanie się z tym pogodzić.

W tym odcinku Myka uwięziona jest w lustrze, zaś Artie uznaje to za podstęp Alicji, pobudzonej dyskotekową kulą ze Studio 54. Starania Claudii i Leeny doprowadzają do porozumienia się z Myką, ale nawet wtedy Artie nie daje się przekonać. Dopiero emocjonalna wypowiedź Myki o wzajemnym zaufaniu uświadamia Artiemu, jak bardzo zawiódł. Nie bez znaczenia jest fakt, iż Artie dostrzega nieświadome nawyki agentki, dzięki którym zyskał pewność, że odbicie w lustrze nie jest próbą manipulacji ze strony Alicji tylko Myką. Warto też zauważyć emocjonalne zaangażowanie w tę sprawę Claudii, która już wcześniej pokazała, na ile potrafi się zdobyć, by wyciągnąć bliską osobę z nadnaturalnego więzienia. W tym akurat momencie widać naturalną ewolucję tej bohaterki w kierunku pełnoprawnego członka rodziny i drużyny.

Tymczasem wątek prowadzonego przez Pete’a i Mykę/Alicję śledztwa wiedzie naszych bohaterów do Las Vegas. Sama intryga nie jest może zbyt porywająca – bo większość odcinka zjada wątek Alicji – ale w ramach śledztwa udało się scenarzystom kategorycznie podkreślić rzecz, którą sugerowali już od pierwszych odcinków – nie mają zamiar wikłać pary głównych bohaterów w żaden romantyczny związek, bo to po prostu nie jest ten typ relacji. Pete dość szybko nabiera podejrzeń, że z Myką jest coś nie tak, ale pewność uzyskuje dopiero po pocałunku – ponieważ doskonale wie, że Myka nigdy by go nie pocałowała. To dobrze, że tak wyraźnie zasygnalizowano to już na początku serialu (i później wielokrotnie powtarzano). Warehouse 13 to serial o rodzeństwie – niekiedy mocno dysfunkcyjnym, ale mimo wszystko – a nie o kochankach i to jedna z tych rzeczy, które wyróżniają go z oceanu podobnych produkcji.

Całość kończy się niestety w nieco naciągany sposób, ale Warehouse 13 to się wybacza ze względu na konwencję. I na to, że w scenie ostatecznej konfrontacji wykorzystano doskonale tam pasujący utwór White Rabbit z repertuaru Jefferson Airplane (ostatnimi czasy znany między innymi z remiksu umieszczonego na ścieżce muzycznej Sucker Punch). W ogóle pod względem muzycznym to chyba jeden z najbardziej udanych odcinków serialu – oprócz White Rabbit możemy w nim usłyszeć jeszcze I Will Survive Glorii Gaynor, który to utwór emituje dyskotekowa kula ze Studio 54. Między innymi właśnie za takie smaczki uwielbiam ten serial.

Ogółem, odcinek bardzo sympatyczny, chyba jeden z moich ulubionych w pierwszym sezonie serialu. Dynamizm opowieści zostaje utrzymany do samego końca, ładunek emocjonalny jest na tyle duży, by nie pozostawić widza obojętnym, zaś sam klimat też jest bez zarzutu. A, i byłbym zapomniał – dowiadujemy się o istnieniu Mrocznej Krypty (Dark Vault), gdzie po złapaniu i skatalogowaniu trafiają wyjątkowo niegrzeczne artefakty. 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x07 - Implosion

fragment grafiki autorstwa Felice Beato, całość tutaj.

Otwieramy szampana – w połowie sezonu w końcu pojawia się jego wątek przewodni! No dobrze, może nieco przesadzam, ale jedną z nielicznych wad pierwszego sezonu Warehouse 13 jest trochę zbyt długie rozstawianie pionków na fabularnej planszy i dość niemrawe rozwijanie się głównego wątku. Nie, żeby było to specjalnie uciążliwe, bo W13 nawet zapychacze ma w sumie sympatyczne i jakoś wplątane w podstawową opowieść, ale jednak trochę razi. Poza tym – powraca Dickinson, poprzedni szef Pete’a i Myki, Leena jakby mniej irytuje i, niestety, nie ma Claudii. Ale za to jest katana-niewidka. No to lecimy.

Zaczyna się tradycyjną już chyba sceną wygłupów Pete’a wymachującego podróbką artefaktowej katany, która jest obecnie głównym obiektem zainteresowania naszych bohaterów. W gruncie rzeczy prosta misja polegająca na podmianie artefaktu na imitację zostaje zakłócona przez tajemniczą implozję, która pozbawia przytomności wszystkich przebywających w japońskiej ambasadzie (gdzie agenci Magazynu planowali podmianę), zaś sama katana najwyraźniej została skradziona. Modus operandi budzi podejrzenia Artiego co do sprawcy całego zamieszania. Koniec końców jego przypuszczenia się potwierdzają i tajemniczym przestępcą okazuje się być James MacPherson, były agent Magazynu. Dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy o wewnętrznych mechanizmach działania uniwersum – otóż okazuje się, że artefakty można tworzyć (implozyjne granaty Erika Klugera), nie są zatem jakimś kosmicznym kaprysem natury. Ciekawy wątek, choć niestety nierozwinięty w dalszych odcinkach.

Lejtmotywem odcinka jest zaufanie, a raczej – jego brak. Pete i Myka rozdarci są pomiędzy lojalnością wobec byłego szefa i zobowiązaniem do zachowania tajemnicy śledztwa, pani Frederic nie ufa Artiemu w kwestii odpowiedzialności MacPhersona za kradzież katany, nieufność Myki w stosunku do Artiego, który zataja przed nią i Pete’em istotne szczegóły sprawy (w tym przypadku działanie katany), aż w końcu dochodzi do perełki odcinka. Oto MacPherson wywleka brudną przeszłość Artiego na światło dzienne. Okazuje się, że nasz sympatyczny, choć nieco zrzędliwy kustosz osobliwości był w przeszłości zamieszany w przekazywanie Sowietom państwowych tajemnic, do których – jako szyfrant NSA – miał dostęp. Ujawnienie tych rewelacji zmusza agentów Magazynu do przewartościowania swojego stosunku wobec Artiego. Muszą zdecydować, czy być lojalni wobec Artiego mimo jego co najmniej dwuznacznej moralnie przeszłości. Szczególnie Myka ma z tym problem, bo – jak widzieliśmy na przykład w Caludii – zaangażowała się w bardzo głębokie relacje ze swoim przełożonym. O ile Pete nauczony jest kochać ojca bezwarunkowo i teraz przenosi tę bezwarunkową miłość na Artiego, o tyle dla Myki sprawa jest bardziej skomplikowana. Jej relacje z ojcem zawsze układały się źle, a teraz po raz pierwszy w życiu ma kogoś na kogo może projektować swoje uczucia (z tego, co widzieliśmy do tej pory możemy wywnioskować, że z Dickinsonem wiązały ją relacje czysto zawodowe). Jak każde „dziecko", Myka idealizuje „ojca” – Artiego, dlatego tak wielkim wstrząsem jest dla niej wieść o jego przeszłości.

Słówko (akapit raczej) o MacPhersonie. Łotrem jest ciekawym, choć mocno generycznym. Ot, Jedi, który przeszedł na Ciemną Stronę Mocy, wąż i zdrajca wbijający nóż w plecy niegdysiejszym sojusznikom i przyjaciołom. Nie, żeby w odtwarzaniu utartych schematów było coś złego (cały Warehouse 13 jest na tyle elastyczny konceptualnie i postmodernistyczny, że bez trudu uchodzi mu to na sucho), ale nie obraziłbym się na trochę więcej kreatywności. Tym niemniej, trudno mi uznać Jamesa za villiana źle pomyślanego. Przeciwnie. Podobało mi się, że w tym odcinku niemal zupełnie nie widzimy jego twarzy. Początkowo to reżyser pracą kamery ukrywa jego fizjonomię, później, gdy MacPherson zdobywa katanę, czyni to jej działanie. Szczęściem pod koniec epizodu możemy się dokładnie przyjrzeć MacPhersonowi i usłyszeć jego konwersację z Artiem. Odtwarzający tę postać Roger Rees podołał swojemu zadaniu i wykreował postać interesującą i niejednoznaczną, nieco teatralną może, ale ani na moment nieprzekraczającą granicy śmieszności. W późniejszych odcinkach dowiadujemy się więcej o motywach postępowania MacPhersona i jego przeszłości, jednak już po lekturze tego odcinka można stwierdzić, że sprawi on agentom Magazynu wiele problemów.

Chociaż odcinek kończy się w sumie szczęśliwie, to jednak zaufanie w grupie zostało mocno nadwyrężone. MacPherson wyrządził wiele szkód w szeregach drużyny, zaś jego pojawienie się na arenie wydarzeń wzbudziło duży popłoch na najwyższych szczeblach Magazynowej władzy. O szczeblach tych dowiemy się więcej w jednym z kolejnych odcinków. 

piątek, 19 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x06 - Burnout

fragment grafiki nieznanego autorstwa, całość tutaj.


Niniejszy odcinek jest jednym z najtrudniejszych do opisania w tym sezonie. Nie dlatego, że jest jakiś rażąco zły – bo nie jest. Nie jest też dobry. Nie jest nudny, nie jest ciekawy, nie niesie żadnych istotnych informacji, nie rozwija jakichś istotniejszych elementów wewnętrznej mitologii serialu, nie błyszczy poszczególnymi scenami, nie rozwija relacji pomiędzy bohaterami… Słowem – mógłbym bardzo długo pisać, czym ten odcinek nie jest i czego nie robi, jednak trudno jest mi skonkretyzować, co w nim jest ciekawego. Owszem, broni się kilkoma scenami, ogólna koncepcja też jest co najmniej poprawna, ale kompletnie nie zapada w pamięć. Przed napisaniem tej notki musiałem go obejrzeć dwa razy, żeby cokolwiek okrzepło mi w głowie po lekturze.

To boli, szczególnie, że odcinek zaczyna się intrygująco. Pete i Myka przybywają na miejsce potencjalnej detonacji artefaktu i odnajdują w pobliżu przykutego do ściany wiekowego trupa, który po bliższych oględzinach okazuje się być… agentem Magazynu. Dzięki Claudii i jej zamiłowaniu do majstrowania przy artefaktach udaje się ustalić tożsamość zmarłego. Tymczasem po okolicy zaczyna krążyć samozwańczy stróż prawa, który spopiela członków jednego z rywalizujących na ulicach gangów. Koniec końców za całym tym zamieszaniem okazuje się stać artefakt zwany Kręgosłupem Saracenów, który przyczepia się ludziom do pleców i daje umiejętność strzelania błyskawicami z palców (welcome to the world of W13), w zamian za to jednak napędza ich adrenaliną i wymusza walkę z tym, czego nosiciel najbardziej nienawidzi. Po „wyczerpaniu” jednego nosiciela Kręgosłup uśmierca go i szuka sobie następnego, co sprawia, że przez moment mamy scenę rodem z Obcego, kiedy facehugger szuka sobie ofiary do zainfekowania. Z początku bałem się, że ucierpi na tym konstrukcja odcinka, bo zamiast intrygi z człowiekiem kontrolującym artefakt mamy po prostu serię kolejnych nosicieli działających bez bardziej złożonego planu, ale scenarzyści w pewnym stopniu uratowali sytuację dwoma motywami – wątkiem tajemniczego agenta Magazynu i przyspawaniem się Kręgosłupa do Pete’a.

Zacznijmy od tego pierwszego. Po ustaleniu tożsamości zmarłego agenta Artie przeszukuje jego rzeczy osobiste. To jeden z ciekawszych momentów odcinka – okazuje się, że po śmierci agenta zwyczajową praktyką jest przeniesienie wszystkich jego rzeczy osobistych do specjalnego pomieszczenia w Magazynie, gdzie w najdrobniejszych szczegółach odtwarza się mieszkanie zmarłego. To nieco makabryczne rozwiązanie, które w pierwszej chwili skojarzyło mi się z grzebaniem możnowładców wraz z całym ich dobytkiem. I w tym przypadku całe „życie” agenta zostaje w Magazynie na zawsze – na wszelki wypadek. Dzięki przebadaniu rzeczy osobistych Jacka Secorda – tak bowiem nazywał się zmarły – bohaterowie dowiadują się o kobiecie, Rebecce St. Clair, z którą łączyło go coś więcej. Podczas pierwszego spotkania Pete’a i Myki z Rebeccą dochodzi do kolejnej fajnej sytuacji. Otóż bohaterowie nie wiedzą, że Rebecca była swego czasu agentką Magazynu (partnerką Jacka), ona zaś nie wie (a przynajmniej nie jest pewna), że Pete i Myka są kimś więcej, niż agentami Secret Service. Koniec końców oczywiście kwestia who is who zostaje wyjaśniona i Rebecca pomaga bohaterom w uporaniu się ze złowrogim artefaktem, kończąc sprawę, jaką przed laty rozpoczęła wraz z Jackiem, ale gra pozorów podczas pierwszego spotkania i tak robi wrażenie.

I teraz sprawa druga – Kręgosłup opętujący Pete’a. Dramaturgia tego wydarzenia oddziałuje przez jakieś pół sekundy, kiedy uświadamiamy sobie, że wedle wiedzy bohaterów zespolenie jest permanentne, ale nie dociera do nas jeszcze myśl, że to przecież Warehouse 13, poza tym na zabijanie bohaterów pierwszoplanowych jest jeszcze przynajmniej o dwa sezony za wcześnie. Pete oczywiście przeżywa, ale przynajmniej mamy okazję popatrzeć sobie, jak Myka reaguje na wysokie ryzyko utraty partnera. Oczywiście dwa odcinki temu mieliśmy mniej więcej to samo, ale tam sytuacja była jednak nieco inna. Myka początkowo popada niemal w histerię, szybko jednak bierze się w garść – głównie dzięki, dość nieoczekiwanemu, oparciu, jakie odnajduje w Rebecce. Można wysnuć wniosek, że w sytuacji, gdy zagrożone jest życie bliskiej osoby Myka wariuje i jej legendarny profesjonalizm schodzi na dalszy plan, zaś do głosu dochodzi strach przez powtórką z Denver. Wtedy potrzebne jest jej oparcie. W Claudii tym oparciem jest Pete, w Burnout Rebecca. Z Rebeccą łączy Mykę fakt, iż obie straciły partnera i ukochanego w jednej osobie. Rebecca, pomagając Myce, symbolicznie rehabilituje się w związku z tym, że nie mogła zrobić tego dla Jacka. Dla Myki fakt ratunku Pete’a też jest próbą rehabilitacji – za Sama Martino.

Zgodnie z zasadami działania Kręgosłupa Pete atakuje to, czego najbardziej nienawidzi. Problem polega na tym, że tym czymś jest… Kręgosłup właśnie. Pete jest gotów popełnić samobójstwo, jeśli tylko pociągnie za sobą Kręgosłup. Oczywiście nie myśli racjonalnie, tak po prostu działa samobójcza logika wymuszana przez artefakt. Jedynym, bardzo ryzykownym, sposobem na odspawanie Kręgosłupa od nosiciela jest podłączenie go do prądu o wysokim napięciu, co dla nosiciela może być śmiertelne. Pete chce podjąć ryzyko, ale – jako opętany przez artefakt – nie jest w stanie podjąć racjonalnej decyzji. Ten obowiązek spada na Mykę i Rebeccę. Myka nie potrafi podjąć tej decyzji – jest zbyt rozdarta pomiędzy poczuciem obowiązku, a chęcią ocalenia Pete’a. Dlatego decyzję podejmuje Rebecca – nad chęcią rehabilitacji za śmierć Jacka góruje u niej pragnienie definitywnego zakończenia sprawy. Szczęściem Pete’a udaje się odratować, artefakt zneutralizować i doprowadzić sprawę do bezkrwawego końca. Jak to w Warehouse 13.

Tymczasem w Magazynie dzieją się rzeczy… dziwne. Dziwi przede wszystkim wydumany konflikt „pokoleniowy” pomiędzy Artiem i Claudią. Artie narzeka na elektronikę, bo preferuje klasyczne podejście… Przepraszam, co? To się kompletnie kłóci z tym, co widzieliśmy do tej pory na ekranie. Artie nie dość, że na komputerach się zna, to jest jego umiejętności są na tyle pokaźne, że przez pewien czas był w stanie odpierać hackerskie ataki Claudii. A teraz zachowuje się jak emeryt, któremu automat z napojami zjadł resztę i bez przerwy marudzi, że po staremu było lepiej. Ja rozumiem, że trzeba było na czymś oprzeć kontrast pomiędzy Claudią, a Artiem, ale przecież można było to zrobić na wiele, znacznie lepszych sposobów. W ogóle, drugi wątek w tym odcinku był mocno niedorobiony. Przynajmniej Leena nie snuła się po Magazynie i nie irytowała widzów swoją obecnością (jak ja tej postaci nie lubię, to nawet sobie nie wyobrażacie).

Odcinek zamyka wizyta Rebecci w Magazynie i odwiedzenie przez nią pokoju Jacka. Sentymentalny nastrój w przepiękny sposób niszczy końcówka odcinka, gdy Rebecca zostaje sam na sam z Myką i poważnym tonem radzi jej uciekać z Magazynu, który zresztą przyrównuje do Kręgosłupa. Świetna scena, która w dużej mierze ratuje nijaki w gruncie rzeczy odcinek. Rebecca dostrzega podobieństwa pomiędzy sobą, a Myką i dlatego udziela jej tak brutalnie szczerej porady – by młoda agentka nie skończyła tak, jak ona sama – samotna kobieta, przez wiele lat karmiąca się złudną nadzieją na powrót ukochanego.

Coś jeszcze? Bardzo podobała mi się epizodyczna postać kapitana Powella, sarkastycznego gliniarza, któremu agenci Magazynu wchodzą w kompetencje, co komentuje w dość złośliwy sposób. Naprawdę szkoda, że to tylko jednostrzałowa postać, która nie pojawi się w serialu już nigdy więcej, bo jej potencjał jest spory i w dużej mierze niewykorzystany. A, i Pete wchodzi w tryb Ciasteczkowego Potwora. Ogółem odcinek niezapadający w pamięć, ale z kilku względów ciekawy.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x05 - Elements

fragment grafiki autorstwa Benjamina Westa, całość tutaj.

Dziś w menu Myka, która czuje krówkę, Pete, który stara się wysępić od Artiego bilety na broadway’owski musical (akcja odcinka rozgrywa się w Nowym Jorku), Leena się mądrzy, zaś pułkownik John Sheppard okazuje się być koneserem sztuki, Claudia ze wszystkimi się kłóci, a Artie zdaje się cierpieć na schizofrenię, co wnioskuję po tym, że gra w szachy sam ze sobą i doprowadza do pata. 

Główna część odcinka – poszukiwanie tajemniczego złodzieja dzieł sztuki dysponującego artefaktem umożliwiającym przechodzenie przez ściany – nie jest zbytnio porywająca. Mamy tu do czynienia z mieszanką kryminalnego dochodzenia i przygodą rodem z filmów Kina Nowej Przygody, gdzie Bohaterowie Muszą Zebrać Trzy Części Misternej Układanki Umożliwiającej Odnalezienie Bardzo Prastarego I Bardzo Potężnego Artefaktu, Nim Zrobi To Niecny Złoczyńca (w „skrócie” BMZTCMUMOBPIBPANZTNZ). Warehouse 13 od czasu do czasu odlatuje w takie indianajonesowate klimaty (najbardziej chyba w finale drugiego sezonu), co jest miłe, bo formuła procedurala w końcu się wyczerpuje i podobne wyskoki w stronę innych gatunków pozwalają na chwilę oddechu. Co do tego segmentu epizodu – jest zrealizowany poprawnie. Czepiłbym się jednak Niecnego Złoczyńcy, który jest kompletnie przegięty – tak zły, że aż operetkowy w tej swojej niegodziwości. Jego motywacje sprowadzają się do totalnie ogranej żądzy władzy nad światem. Ja wiem, że W13 to serial umyślnie w wielu miejscach przesadzony i zarysowany grubszymi kreskami, ale w tym wypadku to jednak trochę za wiele.

Jeszcze odnośnie sprawy artefact of the week. Podobała mi się scena, w której Pete komplementuje Mykę, mówiąc, że ma ładny uśmiech. Nie znając kontekstu tej sytuacji można by pomyśleć, że jest to już jakiś zaczątek przyszłego romansu pomiędzy bohaterami. Sytuacja jest jednak nieco bardziej złożona – Myka wyraża zainteresowanie jednym z podejrzanych w sprawie kradzieży dzieł sztuki, Jeffem Weaverem – młodym spadkobiercą rodzinnej fortuny, który działalnością dobroczynną stara się zmazać złą sławę, jaką zrobił jego nazwisku chciwy ojciec. Jeff byłby i może ciekawą postacią, gdyby nie grał go Joe Flanigan, który niezależnie od tego, czy wciela się w pułkownika Johna Shepparda, czy kosmicznego awanturnika Hondo, gra dokładnie tak samo – kompletnie nijak, sztywno i bez swady. Ale mniejsza o to. Pete dostrzega to zainteresowanie i najpierw odruchowo z niego żartuje, później jednak stara się „zeswatać” Mykę z Jeffem. Początkowo odwołuje się do profesjonalizmu Myki (utrzymuje, że randka będzie doskonałym pretekstem do wybadania podejrzanego), później natomiast komplementuje ją, niczym starszy brat, który chce w ten sposób dodać pewności siebie zahukanej siostrze. Kolejna cegiełka w budowaniu unikalnej relacji pomiędzy bohaterami.

Znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się za to w samym Magazynie. Przede wszystkim, scenarzyści przypomnieli sobie o Leenie i w końcu dali jej do odegrania trochę większą rolę, niż zwyczajowe stanie obok Artiego i zadawanie mu głupkowatych pytań tak, by pod pretekstem tłumaczeń mogły paść istotne dla widza informacje. To po rozmowie z Leeną Claudia uświadamia sobie, że po uwolnieniu Joshuy z innego wymiaru zniknął napędzający ją imperatyw. Dziewczyna znajduje się w ciekawej sytuacji, bo praca, jakiej poświęciła większość swojego życia dobiegła końca. Teraz Claudia musi określić się na nowo, podobnie jak jej brat, pójść dalej i zrobić coś ze swoim życiem. Pod koniec odcinka Joshua pojechał do Szwajcarii zderzać hadrony, co jest dziwne, bo po trzynastu latach rozłąki z siostrą powinien chyba spędzić z nią nieco więcej czasu. Sama Claudia natomiast postanawia zostać w Magazynie (z małym urlopem w Vegas), dołączając do naszej zwariowanej rodzinki.

Odcinek jak odcinek – nie nazwałbym go moim ulubionym. Z jednej strony cieszy, że scenarzyści próbują choćby udawać, że rozbudowują postać Leeny, z drugiej jednak sposób, w jaki to robią jest mocno irytujący. W ogóle nie kupuję tej tajemniczo-seksowno-eterycznej pozy gospodyni zajazdu Leena’s Bed & Brekfast. Poza tym jednak odcinek dość istotny, jako iż na dobre instaluje Claudię w Magazynie. co jest świetne, bo to postać-wytrych – i comic relief, i geek-girl, i do tego całkiem nieźle skomponowana osobowość i postać  która w przyszłości odegra potencjalnie bardzo istotną rolę w historii Magazynu. Ale o tym porozmawiamy w swoim czasie.

środa, 17 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x04 - Claudia

Fragment grafiki autorstwa Benjamina Wilsona, całość tutaj.


Dzisiejszy odcinek sponsoruje zwariowana nastolatka, która porywa Artiego, uczeń Kopernika, nieudana teleportacja, pani Frederic i spektrometr czasowy. Dowiadujemy się też, że Myka zna łacinę, a Pete ma głuchoniemą siostrę. Aha, i wraz ze zjawieniem się Claudii Donovan pojawiają się też żarty z wieku Artiego. I pani Frederic powraca, co jest miłe, bo to jedna z ciekawszych postaci Warehouse 13. I nie ma Leeny. To znaczy – nie ma jej jeszcze bardziej, niż zwykle.

Na początek muszę powiedzieć, że ten odcinek już na starcie ma ode mnie duży plus za złamanie schematu klasycznego procedurala. Nie mamy tu bowiem do czynienia ze standardową sprawą kryminalną, tylko ratowaniem Artiego z rąk Claudii – hackerki, która przez ostatnie dwa odcinki infiltrowała Magazyn. W końcu dowiadujemy się, o co ten cały hałas – otóż Artie, w czasach, gdy był jeszcze wykładowcą akademickim, zetknął się z Joshuą, starszym bratem Claudii, któremu zamarzyło się odtworzyć eksperyment Retyka, przez co nieborak – jak wszyscy dotąd myśleli – zmarł tragicznie. Znaczy, brat Claudii, nie Retyk. Koniec końców okazuje się, że ambitny młodzian utknął między wymiarami.

Podobało mi się w tym odcinku zachowanie Myki i Pete’a gdy dowiedzieli się o porwaniu Artiego. Na pierwszy rzut oka wszystko postawiono na głowie – Pete zachowuje się logicznie i konsekwentnie, natomiast Myka reaguje impulsywnie i emocjonalnie. Widać to szczególnie w scenie rozmowy z panią Frederic, gdy opiekunka Magazynu nakazuje agentom poszperać w rzeczach Retyka, nim radośnie ruszą Artiemu na odsiecz. Myka krzyczy, awanturuje się i domaga zdecydowanych działań. Tymczasem Pete ją stopuje i podporządkowuje się. To bardzo fajnie pogłębia portrety charakterologiczne postaci, bo widzimy, jak bohaterowie reagują na sprawy, kiedy są zaangażowani emocjonalnie.

Pisałem już, że Warehouse 13 to dla mnie serial o stosunkach rodzinnych. Myka i Pete to wiecznie skłócone, ale kochające się rodzeństwo, natomiast Artie przyjmuje tu figurę ojca. Zauważmy, że zarówno Pete, jak i Myka są w jakiś sposób pozbawieni uczuć swoich biologicznych ojców. Myka, zyskując uznanie i szacunek Artiego (czego nigdy nie miała u swojego prawdziwego ojca) boi się utraty bliskiej osoby, co powoduje, że jej wystudiowany, analityczny tok myślenia wali się w gruzy. Myka w ten właśnie sposób reaguje na możliwość utraty bliskich, z czym miała już przecież doświadczenia (Denver).

Z kolei Pete pokazuje tu jedną z cech swojego charakteru, za którą lubię go chyba najbardziej – umiejętność uczenia się na własnych błędach. Niepijący alkoholik, który stara się naprawić relacje z byłą żoną (to jeszcze przed nami) i pokłada bezgraniczne zaufanie w swoją intuicję, ponieważ, kiedy raz ją zignorował, stracił przez to ojca. Tu mamy to samo – Pete (który, podobnie jak Myka, traktuje Artiego jak substytut ojca) wie, że potrzebne jest skupienie i przemyślane działanie, wzięcie pod uwagę wszystkich zmiennych przed przystąpieniem do akcji. Wie o tym – bo raz już to zlekceważył, przez co jego ojciec umarł. Rozciągając dalej tę analogię, możemy powiedzieć, że pani Frederic jest tu figurą matki, zaś wychowany przez samotną matkę Pete nauczony jest podporządkowania się poleceniom rodzicielki. Nie wspominając już o tym, że mama Pete’a i pani Frederic okazują się mieć ze sobą bardzo dużo wspólnego. Ale to też jeszcze przed nami. Aż strach pomyśleć, co się stanie z tą „familiarną” analogią, kiedy do naszej wesołej rodzinki dołączy H.G. Wells…

Tymczasem Artie zmaga się z poczuciem odpowiedzialności za obecny stan Claudii i jej brata. W toku odcinka wychodzi na jaw, że Artie niby to starał się odwieść Joshuę od z góry skazanego na niepowodzenie doświadczenia, w konsekwencji jednak całkiem świadomie go do tego popychając. Przez to zaniechał ucieczki i zaczął pomagać Claudii w próbach przywrócenia światu jej brata. W połowie odcinka dochodzi do zaskakującej zmiany perspektywy – Joshua (który okresowo manifestuje swoją obecność w „naszej” płaszczyźnie wymiarowej) wyjawia Artiemu, że każde jego pojawienie się kosztuje Claudię utratę energii życiowej. Nakazuje mu zniszczenie eksperymentu i, w konsekwencji, zabicie go, byle tylko Claudia przeżyła. Artie jest rozdarty pomiędzy chęcią ocalenia Claudii, a Joshuy. Szczęśliwie Pete i Myka wkraczają do akcji w słynnym Ostatnim momencie, mając na podorędziu rozwiązanie tej sytuacji umożliwiające przeżycie obojga Donovanów.

Sama Claudia natomiast – to już jest temat na oddzielny akapit. Nie będzie żadnym wielkim spoilerem ujawnienie faktu, że po tym odcinku Claudia dołącza do stałej obsady serialu, więc ten odcinek de facto jest przedstawieniem jej postaci. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Claudia z tego odcinka, a Claudia z dalszych epizodów to trochę inne bajki. Tutaj mamy do czynienia z zaszczutą, przypartą do muru nastolatką, która ma za sobą epizod w ośrodku psychiatrycznym i jest napędzana straszliwą determinacją w celu uratowania brata za wszelką cenę. Później jej charakter dość radykalnie łagodnieje do nieco zahukanego techno-geeka z ujmującym młodzieńczym zapałem, co poczytuję za lekką niekonsekwencję scenarzystów… Ale, dla komfortu psychicznego, widz może przyjąć, że w tym odcinku Claudia znajdowała się pod wpływem artefaktu, zaś po „zdjęciu klątwy” jej psychika wraca do normy. Szczególnie, że "nowa" Claudia to jedna z najfajniejszych postaci w serialu (gdzie pod tym względem poprzeczka zawieszona jest naprawdę wysoko).

Ogółem – odcinek bardzo udany. A, i byłbym zapomniał – duży plus za uwikłanie w fabułę Retyka, który jest ciekawą, a mało znaną postacią historyczną. I piorunochron Benjamina Franklina – też fajny smaczek. I… i już kończę, bo zawsze tak jest z tym serialem – co odcinek, to cała moc smaczków i ciekawostek.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x03 - Magnetism

fragment grafiki autorstwa Jeana-Baptiste Andre Gautier-Dagoty, całość tutaj.


Dzisiejszy odcinek sponsoruje latająca zakonnica, dzieciak rozwalający skrzypce o ścianę i staruszka wypisująca obelżywe słowa sprejem na ścianach budynków. Dodatkowo Artie biega po Magazynie i wymienia bezpieczniki, zaś tajemniczy hacker nie odpuszcza i sieje spustoszenie.

Odcinek zaczyna się sceną, w której Pete i Myka kradną z paryskiego Luwru ostrze gilotyny, którym zdekapitowano Marię Antoninę. Z jakiegoś powodu Pete stara się je odkręcić, zwisając głową w dół z sufitu, co niemal kończy się dla niego utratą ręki. Po tej ledwie co udanej akcji, już w Magazynie, pomiędzy agentami dochodzi do ostrej dyskusji na temat łańcucha dowodzenia. Dyskusja przeradza się w gorącą kłótnię, która powoduje uaktywnienie się kilku leżących w pobliżu artefaktów, na co Artie reaguje, oblewając Pete’a i Mykę breją neutralizującą artefaktowe moce, co z kolei łagodzi skołatane nerwy Pete'a i Myki.

Konflikt pomiędzy agentami terenowymi Artie rozwiązuje następująco – Pete’owi mówi, że mianuje go na dowódcę terenowego, jednak ze względów na uczucia Myki prosi go, by traktował ją tak, jakby ona rządziła, Myce wciska zaś dokładnie to samo – potwierdza, że to ona wydaje rozkazy w terenie, ale z uwagi na wrażliwość Pete’a prosi, by pozwoliła mu myśleć, że jest inaczej. Takie rozprawienie się ze sprawą pod koniec odcinka okrutnie mści się na Artiem, ale trzeba przyznać, że sam pomysł niezły, bo dzięki niemu możemy obserwować, jak bohaterowie starają się ustępować sobie nawzajem i łagodzić konflikty.

Właściwa część odcinka zaczyna się, gdy Artie, guglając potencjalne manifestacje artefaktów natrafia na kilka zagadkowych przypadków w miasteczku Unionville. Katolicka zakonnica usiłuje popełnić samobójstwo, rzucając się z kościelnej dzwonnicy, nastoletni skrzypek rozbija swój instrument o ścianę, natomiast nobliwa starsza pani dewastuje okolicę. Sprawcą całego zamieszania okazuje się być artefakt uaktywniający podświadome pragnienia ludzi, którzy weszli z nim w kontakt. Fabuła, jak to w proceduralach – eskalacja przypadku, kilka zwrotów akcji, parę fałszywych tropów i w końcu szczęśliwe rozwiązanie. Punktem kulminacyjnym był tutaj opętany artefaktem szeryf, który przywiązał do siebie bombę… z zapalnikiem czasowym. Słyszeliście kiedyś o terroryście-samobójcy, który instaluje sobie zegar z odliczaniem na ładunku wybuchowym? Ale mniejsza z tym, bo nie jest to jedyna głupota w tym odcinku. Wspomniana już fruwająca zakonnica spada z dzwonnicy dwukrotnie – i oba razy ląduje w zaspie z powierzchownymi tylko obrażeniami. Wprawdzie Artie dowcipnie komentuje to słowami „Trzeba zamknąć tę zaspę w Magazynie”, ale sztuczność takiego rozwiązania mimo wszystko razi i rzuca się w oczy od razu. Nic by się nie stało, gdyby ta nieszczęsna siostrzyczka za drugim razem naprawdę postradała życie, bo jej udział w fabule ogranicza się tylko do dwukrotnego łomotnięcia w zaspę.

Tymczasem, jako się rzekło, w Magazynie przepalają się bezpieczniki, co nie jest bez związku z atakiem hackera, z którym Artie bezskutecznie zmaga się już od zeszłego odcinka. Ten akurat wątek jest zupełnie zbędny, bo ogranicza się tylko do pokazania nam mechanicznych czynności związanych z wymianą bezpieczników i rozeźlonego mamrotania pod nosem Artiego. Cały ten segment odcinka ratuje niezłe aktorstwo Saula Rubinka, który wydaje się wręcz stworzony do grania starych, skwaszonych zgredów. Choć uczciwie przyznać trzeba, że scena z końcówki („KNOCK KNOCK”) w jakiejś mierze wynagradza widzowi obecność motywu z bezpiecznikami. Z obowiązku dodam jeszcze tylko, iż Leena pojawia się w tym odcinku jedynie po to, by Artie nie gadał sam do siebie podczas wykręcania przepalonych żarówek.

Z innych ciekawych rzeczy – bardzo podobał mi się motyw Myki, która także naraziła się na działanie artefaktu. Okazało się, iż jej podświadome pragnienia sprowadzają się do dania wycisku mężczyznom, których podświadomie oskarża o zatruwanie jej życia. To Pete’owi obrywa się najmocniej (trzy razy Myka rozkwasiła mu nos), ale generalnie chodzi o stare, dobre daddy issues (wcześniej Myka w rozmowie z Leeną wspomina, że Pete irytuje ją między innymi z tego powodu, że przypomina jej ojca, można zatem założyć, że agentka Bering projektuje swój gniew na ojca na swojego partnera). Warto też zwrócić uwagę na zachowanie Myki po tym, jak uświadamia sobie, że została zainfekowana – nakazuje Pete’owi odseparowanie jej, ze względu na potencjalne niebezpieczeństwo, jakie dla niego stanowi. Pete równie kategorycznie odmawia („Kto wtedy będzie mi szefował?”), odwołując się do tego samego poczucia obowiązku, które każe Myce się wycofać. W konsekwencji decyzja okazuje się być słuszna – kto wie, jak potoczyłaby się sytuacja, gdyby Pete musiał uporać się ze sprawą na własną rękę. A, i Pete znowu żartuje z Myki – i znowu jego żarty nie deprecjonują jej, ani nie uprzedmiotawiają. Kiedy agentka Berring oznajmia, że ma zamiar przesłuchać przystojnego sanitariusza, Pete komentuje to słowami „Pamiętaj, żeby założyć prezerwatywę”, więc znów traktuje ją jak kumpla/rodzeństwo. Dobrze, że scenarzyści są w tym konsekwentni.

Podsumowując – kolejny udany, choć bynajmniej nie doskonały odcinek serialu.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x02 - Resonance

fragment grafiki autorstwa Markusa Mayera, całość tutaj.


Czyli odcinek o muzyce i paru innych sprawach. Pete okazuje się być seksistwoską świnią (nic zaskakującego), Myka zmaga się z daddy issues, zaś Artie pojedynkuje się w tajemniczym, póki co, hackerem, który infiltruje bazy danych Magazynu.

Ale po kolei. Jedna z pierwszych scen odcinka idealnie pokazuje, czym jest Warehouse 13 – oto Pete gra w ping-ponga… ze swoim odbiciem w lustrze Charlesa Lutwidge’a Dogstona (alias Lewisa Carrolla). Scena krótka, ale po prostu świetna, bo dowcipna, nieźle pomyślana i znakomicie podsumowuje klimat całego serialu.

Przez cały odcinek scenarzyści jasno sygnalizują nam jedną ważną z punktu widzenia całego serialu rzecz – nie mają zamiaru wikłać obojga głównych bohaterów w romans. Relacje Pete’a i Myki są kompletnie aseksualne, bohaterowie zachowują się raczej jak rodzeństwo, niż potencjalni kochankowie. I całe szczęście, bo formułę „ona, on, nadprzyrodzone zagadki, wielki romans współpracowników” w tego pokroju serialach widzieliśmy już zdecydowanie zbyt wiele razy. W ogóle, jeśli chodzi o relacje pomiędzy bohaterami to w Warehouse 13 skupiają się właśnie na takich siostrzańsko-braterskich relacjach (w dalszych sezonach mamy to samo w przypadku Claudii i Jinxy’ego), co jest akurat odświeżającym powiewem świeżości po tych wszystkich skomplikowanych związkach z innych paranormalnych procedurali. Zresztą, wszystkie fanki serialu zgodzą się ze mną, że jeśli chodzi o Mykę, jedyną osobą, z jaką mogłaby się związać jest tylko i wyłącznie H.G. Wells i żadna inna opcja nawet nie wchodzi w grę. Ale nie uprzedzajmy wypadków…

Wspomniałem o seksizmie Pete’a i w tym odcinku widać go wyraźnie, szczególnie w interakcjach z Bonnie Belski – atrakcyjną agentką FBI, której śledztwo wplątuje się w poszukiwania artefaktu przez agentów Magazynu. Scenarzyści w osobie agenta Lattimera wykreowali postać emocjonalnie niedojrzałą, owładniętą kompleksem Piotrusia Pana, przez co jego „końskie zaloty” są dość usprawiedliwione charakterologicznie. Nie powiem, by była to najbardziej lubiane przeze mnie oblicze tej w sumie bardzo sympatycznej postaci, szczęśliwie nie pojawia się ono jakoś specjalnie często. Rzecz ciekawa – choć na przestrzeni odcinka Pete wyraża zainteresowanie kilkoma przedstawicielkami płci pięknej (oprócz agentki Belski jest też sekretarka z firmy fonograficznej) to nigdy nie pozwala sobie na dwuznaczne uwagi pod adresem swojej partnerki. Z jednym wyjątkiem – gdy Myce nie udaje się zatrzymać jednej z podejrzanych. Agentka Magazynu identyfikuje jej płeć podczas walki w zwarciu, co nie umyka uwadze Pete’a, który całą sytuację komentuje pytaniem „Zmacałaś balony?”. O coś takiego można by zapytać brata albo kumpla. Albo, w żartach, siostrę. Pete nie traktuje w tym przypadku Myki jako stronę bierną zajścia (a jego seksistowskie uwagi zazwyczaj, jak to w przypadku tego typu komentarzy, uprzedmiotawiają kobietę), tylko czynną (co stawia ją potencjalnie na równi z nim). Niby nic, ale jednak wiele mówi o wzajemnych stosunkach pomiędzy tymi bohaterami.

W międzyczasie Artie namierza infiltrującego Magazyn hackera. Wszystkie tropy prowadzą do Waszyngtonu, zaś głównym podejrzanym staje się Daniel Dickinson, były przełożony Pete’a i Myki. Artie bierze więc pod pachę swoją torbę Mary Poppins i rusza do D.C.. Na miejscu okazuje się oczywiście, że tajemniczy hacker znowu go wykiwał, jednak pomiędzy Artiem i Dickinsonem dochodzi do niestałego rozejmu. Leena natomiast, jak to Leena – snuje się bez większego sensu po Magazynie, robi sarnie oczy i zatroskaną minkę. Aż dziwne, że wśród plejady tak barwnych i charakterystycznych postaci trafiła się taka charakterologiczna wydmuszka. W dodatku scenarzyści kompletnie zaniechali jakichś prób pogłębienia postaci, czy to przez dodanie backgroundu fabularnego, czy choćby uwikłanie w jakieś wątki poboczne. Akurat postać Leeny to jeden z nielicznych ewidentnych minusów tego serialu.

Sama sprawa, jaką zajmują się bohaterowie pokazuje kilka ciekawych rzeczy. Dowiadujemy się, że artefakty nie muszą być powiązane z jakimiś ikonicznymi postaciami historycznymi (tutaj „twórcą” artefaktu jest fikcyjny muzyk Eric Marsden), nie muszą być nawet namacalnymi przedmiotami – w tym przypadku artefaktem jest nagranie muzyczne. Fabuła cierpi na kilka wad konstrukcyjnych. Najbardziej razi sposób, w jaki bohaterowie identyfikują kompozytora problematycznego utworu, mianowicie – Pete zauważa, że podobnej muzyki słuchał jego tata. Ewidentna deus ex machina, w dodatku użyta kompletnie bezsensownie, bo nieumotywowana zupełnie niczym, zaś sam proces identyfikacji można było przeprowadzić sensowniej – choćby Artiem, który wykorzysta jakiś Superwydajny Program Do Rozpoznawania Ścieżek Muzycznych (do czego już się zresztą przymierzał, nim nie ubiegł go deus ex Pete). Sama historia opowiada o złamanym przez życie kompozytorze, któremu odebrano cały dorobek. Jak to w Warehouse 13, jest sentymentalnie, ale nie kiczowato. Intryga rozwiązuje się zaskakująco spokojnie, punkt kulminacyjny gdzieś umyka na rzecz statycznego epilogu, w którym bohaterowie stają przed pewnym dylematem – czy cel, do jakiego dążą napadający na banki przestępcy usprawiedliwia ich działania? Bohaterowie ostatecznie zostawiają ich samym sobie de facto odmawiając odpowiedzi na to pytanie, a szkoda, bo pociągnięcie tego dylematu fajnie pogłębiłoby fabułę odcinka. Ale i tak nie jest źle. A rzekłbym, że wręcz przeciwnie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...