sobota, 12 czerwca 2021

F.O.M.O. Avengers



Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


FOMO to skrótowiec wyrażenia Fear Of Missing Out w luźnym tłumaczeniu na język polski oznaczającego „lęk przed przegapieniem”. Jest to specyficzna odmiana fobii społecznej po raz pierwszy opisana w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku przez specjalistę od marketingu, doktora Dana Hermana w jego artykule Introducing Short-term Brands: A New Branding Tool for a New Consumer Reality.

Herman – mówiąc w największym skrócie – zauważył, że na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych konsumenci zaczęli porzucać wierność stabilnym markom z długimi tradycjami i ustaloną renomą na rzecz eksperymentowania z nowościami. Dlatego te stabilne marki powinny przybrać nową taktykę i przystosować się do tych nawyków konsumenckich. Herman zaproponował cykliczne wprowadzanie na rynek nowych wersji swoich produktów, by w ten sposób wzbudzić zainteresowanie nabywców i zarobić na tej krótkotrwałej fali zainteresowania, po czym powtarzać ten proces co jakiś czas. Wypuszczenie limitowanej edycji napoju albo chipsów o jakimś dziwnym, nietypowym smaku może być dobrym przykładem takiej taktyki marketingowej. Ludzie z ciekawości kupią, by przekonać się jak to smakuje, a gdy ten efekt świeżości zacznie opadać, firma odczeka jakiś czas i wypuści na rynek kolejną nowość.

Artykuł zauważył przy tym, iż konsumenci odczuwać będą dzięki temu presję, by być na bieżąco z tym, co się dzieje – kupić nowy produkt i zapoznać się z nim, dopóki jeszcze wszyscy o nim rozmawiają, by wiedzieć, o czym jest mowa i wyrobić sobie własną opinię. To naturalna ludzka potrzeba – uczestniczenie w tym, co dzieje się w otaczającej nas społeczności. Jeśli na HBO pojawi się nowy, niesamowicie popularny serial, o którym twoi koledzy z pracy rozmawiają w trakcie przerwy, chcesz wiedzieć o czym jest mowa, żeby nie zostać wykluczonym z tej rozmowy. Bo to wyjątkowo przykre uczucie, więc jeśli dojdzie do takiej sytuacji, po powrocie do domu wykupisz dostęp do HBO GO i obejrzysz ten serial, by w przyszłości się to nie powtórzyło.

Od momentu publikacji tego artykułu minęło ćwierć wieku i dziś możemy już spokojnie stwierdzić, że tezy Hermana, okazały się wyjątkowo trafne, a zaproponowane przez niego taktyki wyjątkowo korzystne. Przynajmniej z punktu widzenia kapitalizmu. Z punktu widzenia konsumentów natomiast… Cóż, porozmawiamy o tym. A pomoże nam w tym komiks Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill opublikowany przez wydawnictwo Marvel Comics pierwotnie w odcinkach między lutym i czerwcem dwa tysiące szesnastego roku, a w naszym kraju przez wydawnictwo Egmont w dwa tysiące dziewiętnastym roku w zbiorczym tomie. Komiks jest tak zwanym crossoverem – sytuacją, gdy dwie (albo więcej niż dwie) serie komiksowe na jakiś czas zbiegają się ze sobą, by wspólnie opowiedzieć jedną historię, w której główni bohaterowie albo walczą między sobą albo łączą siły przeciwko wspólnemu zagrożeniu – najczęściej jedno i drugie.

W przypadku Ataku na Pleasant Hill akcja rozpoczyna się w jednonumerowym komiksie zatytułowanym Avengers Standoff: Welcome to Pleasant Hill #1, który służy jako prolog całej opowieści. Kolejny jej rozdział rozgrywa się w następnym jednonumerowym komiksie Avengers Standoff: Assault on Pleasant Hill Alpha #1. Następnie akcja zostaje rozbita na kilka równolegle wydawanych komiksowych serii – Agents of S.H.I.E.L.D. (zeszyty trzeci i czwarty), Uncanny Avengers Vol. 3 (numery siódmy i ósmy) All-New, All-Different Avengers (zeszyty siódmy i ósmy – nie mylić z Uncanny Avengers Vol. 3), New Avengers Vol. 4 (zeszyty ósmy, dziewiąty i dziesiąty – nie mylić z Uncanny Avengers Vol. 3 ani z All-New, All-Different Avengers), Howling Commandos of S.H.I.E.L.D. (numer szósty – nie mylić z Agents of S.H.I.E.L.D.), Captain America: Sam Wilson (numery siódmy i ósmy) oraz Illuminati (numer szósty). Cała linia fabularna znajduje swój finał i konkluzję w trzecim jednonumerowym komiksie zatytułowanym Avengers Standoff: Assault on Pleasant Hill Omega #1.

Wydarzenia z różnych serii częściowo się pokrywają, częściowo rozgrywają się równolegle albo w bardzo krótkim przedziale czasowym, co sprawia, że czytelnik zmuszony jest to żonglowania zeszytami kilku serii równocześnie. Między ósmym i dziewiątym numerem New Avengers Vol. 4 dbający o ciągłość narracji czytelnik musi przeczytać siódmy numer Uncanny Avengers Vol. 3, siódmy numer All-New, All-Different Avengers, szósty numer Howling Commandos of S.H.I.E.L.D., siódmy numer Captain America: Sam Wilson oraz ósmy numer Uncanny Avengers Vol. 3 dokładnie w tej kolejności.

Warto również zaznaczyć, że każdy z tych komiksów stara się być nie tylko integralną częścią wydarzenia, ale również kontynuować własne, indywidualne fabuły. Każda z tych serii ma w końcu swoją historię, która na czas crossovera musi zostać zepchnięta na dalszy plan albo otwarcia zastopowana. To sprawia, że każdy zeszyt zawiera w sobie przynajmniej jakiś element niemający znaczenia dla Avengers Standoff, ale zrozumiały dla osób, które śledziły wcześniejsze numery konkretnej serii. Żeby zrozumieć wszystko, trzeba czytać wszystko.

Osoby, które nie siedzą w temacie mogą być zdziwione tym, jak bardzo wydawnictwo utrudniło swoim fanom cieszenie się tym komiksem, jednak taka strategia jest powszechnie wykorzystywanym w komiksowym mainstreamie sposobem na wyciągnięcie możliwie najwięcej pieniędzy od swoich czytelników i czytelniczek. Jeśli ktoś jest fanem wyłącznie jednej z wyżej wymienionych serii i nie interesują go pozostałe, zostaje postawiony przed dylematem. Dwa albo trzy zeszyty ze środka jego ulubionej serii nagle stają się przynajmniej częściowo niezrozumiałe.

Oczywiście można zrezygnować z ich kupna i wznowić śledzenie serii w momencie, gdy crossover się skończy, ale ryzykuje wtedy, że kolejne numery będą się odwoływały do tamtych wydarzeń albo że wprowadzą one istotne zmiany w status quo komiksu. Jeśli zdecyduje się na kupno tylko części komiksów wchodzących w zakres crossoverów, musi liczyć się z tym, że nie zrozumie kontekstu większości wydarzeń, część będzie wydawała się naciągana albo nieusprawiedliwiona narracyjnie. Dopiero zakup wszystkich szesnastu komiksów (które u nas zbiorczo opublikował Egmont) i przeczytanie ich w odpowiedniej kolejności daje stosunkowo precyzyjny obraz całej historii.

Jeśli ktoś w tym miejscu myśli sobie „No dobrze, ale Egmont wydał to u nas w zbiorczym tomie, wszystko jest poukładane w prawidłowej kolejności, więc kupno komiksu w takiej postaci ma sens, prawda?” No cóż… nie, nie do końca. Tak jak już mówiłem wcześniej każdy numer wchodzący do tego crossovera stara się równolegle dbać o ciągłość narracyjną własnej serii, przez co jakąś część stron poświęca na rozwijanie relacji między postaciami albo intryg, które nie są zrozumiałe dla osób czytających wyłącznie „crossoverowe” numery. Inna sprawa, że Egmont nie wydaje wszystkich serii wchodzących w skład tego crossovera, więc jeśli komuś naprawdę zależy na przeczytaniu wszystkiego, musi korzystać z oryginalnych wydań. Kupując ten tom i tylko ten tom dostajesz monstrum Frankensteina, z którego nie zrozumiesz części zawartości, jeśli nie odrobisz wcześniej pracy domowej. Co będzie bardzo kosztowne i czasochłonne. Pojawia się więc pytanie – czy w ogóle warto?

Odpowiedź brzmi… nie, nie bardzo. Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill jest, w najlepszym razie, przeciętnym komiksem. Punkt wyjścia jego fabuły jest potencjalnie całkiem ciekawy. Agencja S.H.I.E.L.D. stworzyła więzienie dla superzłoczyńców, gdzie osadzeni poddawani są praniu mózgu. Wmawia się im w ten sposób, że są przykładnymi obywatelami sielskiego miasteczka. Część z nich przełamuje to uwarunkowanie i organizuje bunt. W sprawę miesza się kilka grup superbohaterów oraz osób powiązanych z Avengers i S.H.I.E.L.D., które starają się powstrzymać ten kryzys. W całą tę awanturę zamieszana jest również Kobik, dziewczynka dysponująca niemal boskimi mocami przekształcania rzeczywistości, którą S.H.I.E.L.D. wykorzystało do stworzenia tytułowego Pleasant Hill.

W innych okolicznościach to mogłaby być naprawdę fajna historia o naturze kary i resocjalizacji – jak daleko można posunąć się, by zmienić ludzi, ile władzy powinien mieć nad nami system więziennictwa, w jaki sposób rozwiązywać problemy z przestępczością, jak tego nie robić i jaki jest moralny koszt zapewnienia społeczeństwu bezpieczeństwa i czy aby na pewno cena nie jest za wysoka. Oczywiście, nie wymagam od komiksów o superbohaterach, by były moralitetami czy rozprawkami filozoficznymi. Nie po to je czytam. Dlatego byłbym całkowicie usatysfakcjonowany gdyby Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill był po prostu fajną, dynamiczną bijatyką z ikonicznymi bohaterami. Problemem jest fakt, że próbuje być jednocześnie jednym i drugim i, niestety, zupełnie mu to nie wychodzi.

Ale i to samo w sobie nie byłoby takie złe, gdyby nie fakt, że komiks jest niemal niezrozumiały dla osób, które nie siedzą w tym naprawdę głęboko. Ja siedzę, a i tak po pewnym czasie zacząłem się gubić w całym tym galimatiasie. Scenarzyści i redaktorzy próbują ułatwić czytelnikom zrozumienie sytuacji wrzucając do komiksu długie sceny dialogów, w których bohaterowie tłumaczą, co się dzieje. Przez to jednak olbrzymia część Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill poświęcona jest nie fabule crossovera tylko opowiadaniu o rzeczach, które działy się przed nim.

W pewnym momencie ktoś może zdecydować, że machnie ręką na cały ten crossover i po prostu wznowi lekturę po tym, jak się skończy i sytuacja się uspokoi. Problem polega jednak na tym, że sytuacja nigdy się nie uspokaja na dłużej niż kilka miesięcy. Avengers: Impas sam w sobie stanowi bowiem narracyjną podbudowę do kolejnego dużego wydarzenia w świecie komiksowym, czyli Civil War II (który równocześnie stanowi coś w rodzaju sequela Civil War), które z kolei prowadzi do niesławnego Secret Empire, w którym Kapitan Ameryka wskutek przepisania rzeczywistości przez Kobik (dziewczynkę z Avengers: Impas) staje się zakonspirowanym agentem Hydry. Na tym oczywiście nie koniec, ponieważ Secret Empire jest ogniwem, w którym zakotwiczono antologię komiksów Pokolenia stanowiącą z kolei pomost do… widzicie już, o co chodzi. To się nie kończy. Nigdy.

Próba olania absolutnie wszystkiego i ograniczenia się tylko do jednej serii jest z góry skazana na niepowodzenie. Jeśli czytacie komiksową serię Agents of S.H.I.E.L.D. (bo jesteście jedną z tych osób, które naprawdę lubią ten serial), już w trzecim i czwartym zeszycie akcja przerwana jest przez crossover Avengers: Impas. Zeszyty siódmy, ósmy, dziewiąty i dziesiąty poświęcone są wydarzeniom z Civil War II. Później seria się kończy, prawdopodobnie z uwagi na niezadowalające wyniki sprzedaży. Oznacza to, że przez połowę czasu jej trwania scenarzysta musiał skupiać się nie na tworzeniu złożonej, interesującej fabuły, ale dopasowaniu swoich pomysłów do tego, co tworzyli w międzyczasie inni.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze (o ile ma się wisielcze poczucie humoru)? To, że w porównaniu z wieloma innymi eventami czy crossoverami ze świata Marvela Avengers: Impas wcale nie jest aż tak skomplikowany. Rzut oka na listę komiksów wchodzących w zakres Secret Wars – największego komiksowego wydarzenia ostatnich kilku lat, a niewykluczone, że i w historii tego medium w ogóle – sprawia, że Atak na Pleasant Hill wydaje się niemal trywialny.

Komiksy głównego nurtu – mówiąc „głównego nurtu” mam tu na myśli wydawnictwa Marvel oraz DC Comics, dwóch największych wydawnictw komiksowych w USA – są od początku do końca zaprojektowane w taki sposób, by w możliwie największym stopniu eksploatować swoich nabywców, wywierając na nich presję zakupu jak największej liczby komiksowych serii, zeszytów, jednozeszytówek, miniserii i wydań zbiorczych. Dzieje się tak z prostego powodu. Po wielkim kryzysie na amerykańskim rynku komiksowym w latach dziewięćdziesiątych – co samo w sobie jest fascynującą historią, ale zostawmy to dzisiaj – komiksy stały się bardzo niszowym hobby. Nie zrozumcie mnie źle – postacie i historie z komiksów oczywiście nadal są szalenie popularne dzięki gadżetom, kreskówkom i kinowym adaptacjom. Ale same komiksy? Baza regularnych czytelników kurczy się od lat, co wymusza na wielkich wydawcach chwytania się każdej brzytwy, która uchroni ich przed utonięciem.

Jedną z najpowszechniejszych taktyk jest właśnie wywieranie presji na swojej najwierniejszej grupie odbiorców, by zawsze czuli, że coś im ucieka. Bardzo rzadkie są sytuacje, gdy Marvel albo DC Comics wydają serię, którą można po prostu przeczytać od początku do końca, niespecjalnie przejmując się czymkolwiek poza nią. To zawsze musi być element jakiejś większej całości i zawsze do pełnego zrozumienia fabuły wymagana jest znajomość czegoś innego – innego komiksu, innej miniserii, innego crossovera. Często te powiązania nie są oczywiste, szczególnie dla świeżych odbiorców, co zmusza do nieustannego poszukiwania i wywiera presję, by być na bieżąco ze wszystkim – szukania list komiksów potrzebnych do zrozumienia kontekstu, czytania fanowskich Wikipedii, prowadzenia tabelek i zasięgania opinii osób, które w tym siedzą. Dla kilku znanych mi fanów komiksów dużą część ich hobby pochłania de facto praca domowa, którą muszą najpierw odrobić, by w pełni cieszyć się tym jednym komiksem, który chcą przeczytać.

Jestem tak stary, że byłem fanem komiksów zanim miał premierę Iron Man, który zapoczątkował Kinowe Uniwersum Marvela. Już w tamtych czasach ludzie – którzy wiedzieli, że orientuję się w tym temacie – pytali mnie, od czego zacząć czytanie komiksów Marvela. Moja odpowiedź brzmiała wówczas „wcale”, właśnie z powodu tego galimatiasu. W dzisiejszych czasach brzmi ona „wcale” ale jeszcze bardziej, bo problem nawarstwiał się przez te wszystkie lata. Nie znaczy to, że Marvel nie wydaje wartych uwagi komiksów, tylko że aby dobrać się do nich najczęściej trzeba włożyć w to naprawdę wiele pracy.

Czy w crossoverach jest coś złego z zasady? Nie. Sam bardzo je lubię. Dobrze zrobione crossovery dostarczają poczucia, że historia dzieje się w dużym, złożonym świecie, w którym równolegle rozgrywają się inne opowieści o innych postaciach, potrafią w sensowny sposób rozbudować sylwetki charakterologiczne bohaterów biorących udział w tych historiach, skonfrontować je z innymi, równie rozbudowanymi postaciami i zaobserwować, jak wyglądał będzie rezultat. Problem pojawia się w momencie, w którym crossovery robi się nie dlatego, że mają sens, ale dlatego – wyłącznie dlatego – że się sprzedadzą. Po pewnym czasie zabawa związana z czytaniem komiksów zmienia się w nużącą pracę, bo aby cieszyć się jedną serią trzeba przynajmniej mieć świadomość, co dzieje się co czterech innych. To jak piramida finansowa, z tą różnicą, że oprócz pieniędzy wkłada się w nią czas, uwagę i zaangażowanie. I, jak w przypadku piramid finansowych, zwykle kończy się to olbrzymim rozczarowaniem.

No dobrze, ale komiksy to niszowe hobby – czemu zawracam nim głowę normalnym ludziom? Cóż, po pierwsze, to mój kanał na YouTube więc mogę mówić sobie na nim o czym tylko mam ochotę, po drugie… ta taktyka wylewa się na inne media. Dość powszechną krytyką nowszych filmów i seriali Marvela jest to, że więcej czasu poświęcają one na zaczynanie wątków, które będą kontynuowane w następnych filmach i seriali niż na opowiadanie własnych historii. Seriale superbohaterskie produkowane przez stację CW już od dawna korzystają z podobnej taktyki.

To tylko jeden z licznych przykładów tego, jak współczesna kultura popularna wykorzystuje FOMO w celu utrzymania przy sobie konsumenta. Dan Olson z anglojęzycznego kanału Folding Ideas stworzył jakiś czas temu wideoesej, w którym opowiadał, w jaki sposób twórcy gry komputerowej Fortnite żonglują płatną zawartością w wewnętrznym sklepie tej produkcji, by gracz nigdy do końca nie wiedział, jak długo taka albo inna rzecz będzie dostępna do zakupu – i tym samym wywierając presję, by kupił jak najwięcej i jak najszybciej, ponieważ wycofany produkt już nigdy nie wróci na wirtualną półkę.

W połowie XX wieku Theodor Adorno i Max Horkheimer - przedstawiciele nurtu filozoficznego znanego jako Szkoła Frankfurcka – opublikowali książkę pod tytułem Dialektyka Oświecenia, w której, między innymi, przedstawili ideę przemysłu kulturalnego. Opiera się ona na założeniu, że traktowanie kultury w sposób przemysłowy, jak produkt projektowany przez rzemieślników dokładnie na potrzeby rynkowe, jest niespecjalnie dobre. Takie podejście skutkuje bowiem rozwodnieniem kultury, stłumieniem odważnych, indywidualnych głosów artystycznych na rzecz bezpiecznych, powtarzalnych produktów, które nie mówią niczego interesującego o świecie, nie kwestionują opinii odbiorców, nie zadają trudnych pytań i nie proponują kontrowersyjnych odpowiedzi – bo to niedochodowe.

Warto w tym miejscu podkreślić, że Adorno i Horkheimer mówiąc o przemyśle kulturalnym nie mówili o mediach masowych jako takich. Wręcz przeciwnie. To, że dostęp do kultury jest szeroki i swobodny dla wszystkich jest czymś dobrym. Problem jest założenie, że kulturę produkuje się w cyniczny sposób całkowicie podporządkowany wymaganiom rynku. Że tworzy się rzeczy nie dlatego, że ktoś chciał je stworzyć albo że ktoś chciał, by zostały stworzone, ale dlatego, że przyniosą dochód. Jak ten nieszczęsny Avengers: Impas – Atak na Pleasant Hill. Nikt nie chciał tego komiksu. Jako historia nie wyróżnia się niczym z setek innych crossoverów, jako komiks narobił jedynie wiele niepotrzebnego zamieszania, które nie doprowadziło do niczego konstruktywnego. Ale to komiks o Avengers, więc czytelnicy komiksów o Avengers będą czuli się zobligowani, by go kupić, by przypadkiem nie przegapić czegoś, bez czego nie będą w stanie cieszyć się kolejnymi komiksami.

I tak zupełnie na marginesie dodam jeszcze, że – wbrew temu, co czasami można o nich usłyszeć i przeczytać w Internecie – Adorno i Horkheimer nie próbowali zniszczyć cywilizacji zachodu. Oczywiście ich tezy dotyczyły sytuacji w powojennej Europie i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, nie zmienia to jednak faktu, że te diagnozy przynajmniej do pewnego stopnia można przełożyć również na nasze czasy. Osobiście kłóciłbym się, że współcześnie te diagnozy są jeszcze bardziej trafne niż były siedemdziesiąt lat temu.

Książka Dialektyka Oświecenia została u nas wydana kilka razy, więc nie ma większych problemów z jej dostępnością. Za jej najświeższe wydanie odpowiada Krytyka Polityczna, więc pozycja jest dość łatwo dostępna również poza kręgami akademickimi. To bardzo istotna książka dla osób interesujących się teorią kultury, więc jak najbardziej zachęcam. Ach, i Adorno w jednym momencie narzeka w niej na muzykę jazzową, ponieważ oczywiście, że tak.

Jeśli z jakiegoś powodu zamiast grubej, nudnej książki o filozofii napisanej przez dwóch starych dziadów siedemdziesiąt lat temu wolicie przeczytać jakiś komiks superbohaterski – nie wiem, może ktoś ma takie dziwne preferencje – to szczerze polecam Invincible autorstwa Roberta Kirkmana. Jest u nas wydawany przez Egmont i, w przeciwieństwie do komiksów Marvela, jest to zamknięta seria bez żadnych znaczących rozgałęzień. Sięgacie po pierwszy tom, potem po drugi i tak aż do końca, nie przejmując się niczym poza tym. Jest absolutnie fantastyczny. Niedawno ukazał się pierwszy sezon jego animowanej adaptacji, która dość wiernie trzyma się swojego komiksowego pierwowzoru, więc polecam również i ją.

Jeśli koniecznie chcecie przeczytać coś z wydawnictwa Marvel, zachęcam do odczekania jeszcze kilku miesięcy do czasu, aż Egmont wyda w naszym kraju pierwszy tom cyklu Nieśmiertelny Hulk. Czytałem ten komiks w oryginale i jest to jeden z tych rzadkich momentów, gdy nowy komiks o ikonicznej postaci Marvela naprawdę robi z nią coś mądrego, unikalnego i fascynującego. W dodatku jest fantastycznie napisany i narysowany. Nadal cierpi na kilka grzechów głównych komiksów głównego nurtu, ale tym razem warto przejść nad nimi do porządku dziennego, ponieważ historia oraz to, w jaki sposób została opowiedziana, w pełni nam to wynagradza.

Bibliografia:

Introducing Short-term Brands: A New Branding Tool for a New Consumer Reality

Dialektyka oświecenia.

piątek, 28 maja 2021

Praca bez sensu. David Graeber

 


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.

Popuśćmy wodze fantazji. Wyobraźmy sobie, że istnieje świat, w którym nic nie trzeba robić, by mieć zapewnione bezpieczne, dostanie życie. Niech to będzie świat, w którym jedzenie rośnie na drzewach i tych drzew jest tyle, że wystarczy dla wszystkich i jeszcze trochę zostanie. Że rośliny, wyrastając z ziemi, magicznie przybierają postać przestronnych wygodnych, gotowych do zamieszkania domów. Że woda płynąca w strumieniach jest jednocześnie lekarstwem na wszystkie możliwe choroby i jest tej wody więcej niż ktokolwiek będzie w stanie wypić.

Czy w takim czysto teoretycznym świecie, w którym ludzka praca jest niepotrzebna do przeżycia, nadal powinniśmy wymagać od ludzi, by za pomocą pracy zasłużyli sobie na przetrwanie? Czy powinien istnieć jakiś komitet albo organizacja, której zadaniem jest gromadzenie tych wszystkich dóbr i wydzielanie ich wyłącznie osobom, które zasługują sobie na nie swoją ciężką pracą? Jeśli tak, to… dlaczego? Na czym powinna polegać ta praca i czemu właściwie służyć? Czy to będzie coś na zasadzie kopania wielkiego dołka, który nie jest nikomu do niczego potrzebny, a przy okazji dewastuje okolicę i sprawia, że ludzie wpadają do niego po ciemku? Czy wartość ludzkiego życia powinna być w takiej sytuacji przywiązywana do tego, ile i jak ciężko pracuje dany człowiek? Czy w ogóle powinna być do tego przywiązywana? I czy jest tu i teraz?

Okej, zostawmy to. Porozmawiajmy o serialu Doctor Who.

W siódmym odcinku jedenastego sezonu brytyjskiego serialu fantastycznonaukowego Doctor Who główna bohaterka wraz ze swoimi towarzyszami przybywa na księżyc planety Kandoka, gdzie mieści się siedziba międzygalaktycznej korporacji Kerblam. Korporacja ta, ewidentnie wzorowana na Amazonie, zajmuje się produkcją i dystrybucją wszelkiego rodzaju produktów w całym wszechświecie. Z czasem jej działalność zaczęła w coraz większym stopniu opierać się na automatyzacji produkcji. Sprawiło to, że planety, na których działa Kerblam dotknął specyficzny kryzys ekonomiczny – ich mieszkańcy nie są w stanie znaleźć sobie żadnej pracy, ponieważ Kerblam produkuje i rozprowadza na nich absolutnie wszystko… i robi to już niemal wyłącznie za pomocą androidów oraz innych maszyn, które sprawiają, że ludzka praca jest tam zwyczajnie niepotrzebna.

Rząd jednej z planet, na których działa Kerblam wyprosił od korporacji parytet, dzięki któremu część pracowników musi być ludźmi. I to właściwie jedyny powód, dla którego pracują tam żywe, ludzkie istoty. Bez nich proces byłby całkowicie zautomatyzowany i praca wykonana byłaby szybciej. Ale wtedy ludzie na planecie nie mieliby absolutnie żadnej możliwości zarobienia na chleb dla siebie i swoich dzieci, bo Kerblam obsługuje absolutnie wszystko, a nikt nie jest w stanie z nim konkurować.

Fabuła odcinka – i tu zaczynają się spoilery, więc jeśli komuś zależy na poznaniu całej intrygi samodzielnie, oto ostatnie ostrzeżenie – obraca się wokół jednego z nielicznych ludzkich pracowników, których zatrudnia Kerblam. Próbuje on dokonać zamachu terrorystycznego, by skompromitować korporację i doprowadzić do jej upadku, bo wierzy, że dzięki temu problem z gigantycznym bezrobociem i nędzą na jego ojczystej planecie zostanie rozwiązany. Doktor powstrzymuje go, kierownictwo korporacji obiecuje, że wprowadzi racjonalne parytety na miejscach pracy dla ludzkich pracowników, by zapobiec problemowi.

Nie jest to mój ulubiony odcinek tego serialu – którego, notabene, jestem wielkim fanem i polecam go osobom lubiącym lekkie, przygodowe science-fiction – ale mimo wszystko porusza temat, o którym chcę dzisiaj opowiedzieć i robi to w sposób, który jest dla nas użyteczny. Mowa tu o zjawisku ekonomiczno-społecznym znanym jako technologiczne bezrobocie.

Technologiczne bezrobocie to fenomen, który następuje w sytuacji gdy szybki i gwałtowny rozwój technologiczny powoduje, że część dotychczasowej pracy wykonywanej przez ludzi nie jest już potrzebna albo jest potrzebna w znacznie mniejszym stopniu. Doprowadza to do sytuacji, w której jakaś grupa społeczna pozostaje bez pracy, ponieważ zajęcie, którym do tej pory zarabiała na życie wykonują teraz maszyny.

Z historii wiemy, że takie zjawiska w istocie zachodzą i mają co najmniej krótkoterminowy wpływ na ludzkie życie. W czasach Rewolucji Przemysłowej, gdy wynaleziono i rozpowszechniono zautomatyzowane krosna tkackie, osoby zajmujące się krawiectwem i tkaniem ręcznym musiały znaleźć sobie inne zajęcie, ponieważ nie były w stanie konkurować z manufakturami krawieckimi produkującymi ubrania szybciej i taniej. W dzisiejszych czasach upowszechnianie się kas samoobsługowych w supermarketach zaczyna sprawiać, że zawód kasjera powoli robi się bezużyteczny.

Rozwój technologiczny i idąca za nim automatyzacja postępuje bez przerwy. I dotyczy to nie tylko prostych, manualnych prac, ale to one automatyzowane są w pierwszej kolejności. Jeśli właściciel sieci supermarketów ma do wyboru albo zatrudnienie tysiąca kasjerów, którym będzie musiał płacić pensje, opłacać ubezpieczenia, dawać płatne urlopy albo zakup tysiąca elektronicznych kas, które nie wymagają takich kosztów i wystarczy kilka osób do ich konserwacji oraz ewentualnych napraw… wybierze te drugie. I jego konkurent również. I wszyscy pozostali także. I zanim się obejrzymy nastąpi wielka apokalipsa niewydawania grosza reszty w Biedronce. A tysiące kasjerów straci pracę i będzie musiało szukać sobie nowej. Która też pewnie szybko zostanie zautomatyzowana.

Automatyzacje to problem nie tylko klasy robotniczej oraz zawodów skupionych na wykonywaniu prostych, manualnych czynności. Klasę średnią również to czeka. Algorytmy automatyzujące biurokrację powstają cały czas. I jasne, zawsze będzie potrzebna ludzka kontrola, bo żaden algorytm nie jest i nigdy nie będzie uniwersalny, ale to oznacza trwałe wyeliminowanie wielu stanowisk pracy. Na wielu frontach.

W dwa tysiące dwudziestym roku na stronie internetowej brytyjskiego Guardiana opublikowany został artykuł w całości stworzony przez Sztuczną Inteligencję. To bardzo spójny i dobrze napisany tekst, który – jeśli wierzyć redakcji Guadriana – wymagał tylko kosmetycznych poprawek, a jego redagowanie nie różniło się niczym od redagowania materiałów nadesłanych przez żywych autorów.

Z ciekawości postanowiłem przeprowadzić eksperyment, by przekonać się, na ile sztuczna inteligencja będzie w stanie napisać tekst literacki. W tym celu wykorzystałem AI Dungeon – tekstową grę przygodową, która operuje zaawansowaną sztuczną inteligencją w celu dynamicznego generowania treści dla graczy. Po wpisaniu dowolnej komendy, sztuczna inteligencja tworzy dalszy ciąg przygód dla gracza kierując się nie wcześniej przygotowanym tekstem, ale budując nowe narracje za pomocą wskazówek od osoby grającej. AI Dungeon wykorzystuje tę samą technologię, którą posłużono się, by stworzyć artykuł dla Guardiana.

Moje zabawy z płatną, zaawansowaną wersją programu wywarły na mnie dość duże wrażenie. Sztuczna Inteligencja jest w stanie wygenerować całe akapity dostatecznie dobrze napisanej, sensownej prozy, która po redakcji spokojnie uszłaby jako znośny tekst literacki. Miałem okazję kilka razy w życiu uczestniczyć w procesie selekcji tekstów nadsyłanych do polskich wydawnictw przez aspirujących pisarzy. Możecie mi wierzyć, że proza wygenerowana przez AI Dungeon jest lepiej napisana, bardziej zrozumiała i zachowująca więcej logiki niż spora część tego, co aspirujący pisarze nadsyłają do wydawnictw literackich.

Jestem przekonany, że spokojnie byłbym w stanie zautomatyzować mój własny proces twórczy za pomocą tego algorytmu. Gdyby, powiedzmy, Disney albo BBC albo Blizzard zlecił mi napisanie powieści na licencji którejś z ich popularnych marek, bez problemu byłbym w stanie wygenerować w ten sposób pełnowymiarową i przygotowaną do redakcji powieść w jakieś dwa tygodnie. Jasne, to nie byłaby wybitna powieść, ale wątpię, by odstawała jakoś specjalnie jakością od tego, co zwykle drukuje się na licencji StarCrafta, Doctora Who czy Gwiezdnych Wojen.

Zmierzam do tego, że powinniśmy zautomatyzować polskich pisarzy fantastyki. Przynajmniej niektórych. W sumie to można by zautomatyzować cały polski fandom fantastyki. Ale tak już poważnie – jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której za dziesięć, piętnaście lat właściciel wydawnictwa filtruje najnowsze trendy w popkulturze na Twitterze, używa ich jako wytycznych dla sztucznej inteligencji, wybiera określone parametry i po godzinie otrzymuje dziewięćset stron wygenerowanego tekstu, który potem jest redagowany, przycinany i przepisywany przez redaktora, po czym ląduje na półkach sklepowych i staje się bestsellerem.

Trochę zboczyłem z tematu. Chodzi mi o to, że każda gałąź przemysłu w jakimś stopniu podlega procesowi automatyzacji – nawet te, wydawałoby się, najbardziej unikalne czynności, jak sztuka i literatura, w których ludzki czynnik intuicyjnie wydaje się kluczowy i niezastąpiony. W oczywisty sposób problem ten dotyka najmocniej osoby z klasy robotniczej, które najczęściej nie mają zbyt wielu alternatyw w kwestii zatrudnienia. A ludzka praca z roku na rok staje się coraz mniej warta, bo coraz więcej rzeczy mamy zautomatyzowanych.

To z kolei sprawia, że coraz mniej ludzi musi pracować. Z czym wiąże się pewien problem, ponieważ potrzebujmy pracy, by zarabiać na życie. Co się stanie, gdy automatyzacja pójdzie tak daleko, że do zaspokojenia wszystkich naszych potrzeb wymagana będzie praca tylko niewielkiej liczby ludzi? Co, jeśli większość ludzi nie będzie mogła znaleźć sobie żadnej pracy, nie dlatego, że jest zła, głupia, leniwa i roszczeniowa, ale dlatego, że nie będzie już do wykonania żadnej pracy, której maszyny nie będą w stanie wykonać szybciej, lepiej i dokładniej?

Większość ekonomistów zgadza się, że skutki technologicznego bezrobocia zawsze są krótkotrwałe, ponieważ zautomatyzowane zawody zawsze są zastępowane przez nowe – rzeczywistość stawia przed nami nowe wyzwania, a co za tym idzie, pojawiają się nowe prace, które zastępują wymarłe zawody. I nie wątpię, że tak jest, sam jednak mam trzy główne wątpliwości, na które nie odnalazłem do tej pory zadowalającej odpowiedzi.

Po pierwsze – te nowe zawody też zostaną zautomatyzowane. A cały czas robimy się coraz lepsi w automatyzacji, więc będzie to postępowało bardzo szybko. Jestem pewien, że będzie pojawiało się zapotrzebowanie na nowe, nieznane wcześniej usługi oraz prace, ale na tym etapie będzie to po prostu kwestią zmodyfikowania istniejącego już algorytmu albo zaprojektowania samodzielnych narzędzi, a nie otwierania nowego rynku pracy na szeroką skalę.

Po drugie – nawet jeśli to prawda, nawet jeśli będą pojawiały się nowe zajęcia, to prędzej czy później na pewnym etapie kwestie czysto egzystencjalne (czyli produkcja i dystrybucja towarów pierwszej potrzeby, takich jak jedzenie, ubrania czy lekarstwa) będziemy mieli maksymalnie zautomatyzowane. Już teraz produkujemy globalnie znacznie więcej jedzenia niż potrzebujemy – jesteśmy w stanie wykarmić dziesięć miliardów ludzi. Na Ziemi żyje obecnie siedem i pół miliarda. W wielu miejscach na świecie liczba osób bezdomnych jest niższa niż liczba nadających się do zamieszkania pustostanów. Wielkie koncerny odzieżowe znane są z niszczenia niesprzedanych markowych ubrań, by zachować ich ekskluzywną wartość rynkową. Nawet jeśli dziś nie jesteśmy jeszcze w stanie zakończyć biedy – a są przesłanki, że do pewnego stopnia owszem, jesteśmy – w pewnym momencie dojdziemy do tego punktu. I problemem nie będą wtedy kwestie ekonomiczne i logistyczne, ale wyłącznie brak dobrej woli.

Po trzecie – jaką konkretnie mamy pewność, że nowe prace, które pojawią się w zastępstwo starych, w ogóle będą miały jakiś sens? Istnieje nieskończona liczba rzeczy, które mogą robić ludzie, ale podejrzewam, że liczba sensownych, potrzebnych rzeczy jest raczej ograniczona. Tę kwestię zostawiłem sobie na sam koniec, ponieważ David Graeber, autor opublikowanej w dwa tysiące osiemnastym roku książki Praca bez sensu ma całkiem interesującą odpowiedź na to pytanie.

Według Graebera, w ciągu kilku ostatnich dekad wykształcił się specyficzny typ pracy zarobkowej zwany przez niego bullshit jobs, bzdurne prace. Są to wszystkie prace zarobkowe, które nie przynoszą żadnych korzyści ani społeczeństwu, ani osobom zlecającym tę pracę, ani osobom ją wykonującym. Gdyby pewnego dnia wszyscy ludzie wykonujący bzdurną pracę zniknęli i nikt ich nie zastąpił, świat nie zrobiłby się od tego ani odrobinę gorszy. A niewykluczone, że w przypadkach stałby się trochę lepszy.

Pomyślcie o telemarketerach zatrudnionych w celu telefonicznego naciągania przypadkowych ludzi na różne podejrzane oferty. Albo menadżerach średniego szczebla, którzy często jedynie spowalniają pracę zbędnymi uwagami. Albo pracownikach biurowych w dużych korporacjach, którzy w praktyce pracują przez dwie, trzy godziny dziennie, a resztę czasu poświęcają udawaniu produktywności, by nikt się ich nie czepiał. Albo grafika komputerowego tworzącego banery reklamowe na strony internetowe, które użytkownicy Internetu i tak będą potem ukrywać za pomocą AdBlocka.

Takich bzdurnych prac istnieje zaskakująco wiele i jestem pewien, że samodzielnie potraficie wymienić dziesiątki przykładów. Możliwe, że sami i same wykonywaliście albo wykonujecie taką pracę. Wiem, że ja wykonywałem takie prace wielokrotnie w moim życiu. I zarabiałem wtedy znacznie więcej niż pielęgniarki, śmieciarze, pracownicy piekarni i inni ludzie, który w odróżnieniu ode mnie wykonują naprawdę użyteczne oraz potrzebne prace.

W trakcie pandemii w mediach popularne stało się sformułowanie essential workers, pracownicy kluczowi. Określa ono te osoby, których praca jest niezbędna do funkcjonowania społeczeństwa – lekarzy, pielęgniarki, kasjerów, osoby zaangażowane w transport i produkcję żywności oraz przedstawicieli i przedstawicielek wielu innych zawodów. Te zawody z reguły łączy jedna rzecz – są bardzo nisko płatne. Oznacza to, że skonstruowaliśmy społeczeństwo, w którym ludzie, od których zależy funkcjonowanie tego społeczeństwa zyskują z niego najmniej.

To kolejna kwestia – bzdurne prace często są lekkie w tym sensie, że nie wymagają dużego zaangażowania, energii ani doświadczenia i jednocześnie na ogół bywają co najmniej nieźle płatne. Wydawać by się więc mogło, że to raj na ziemi, prawda? Otóż nie. Jak wynika z wywiadów przeprowadzonych przez Graebera na potrzeby jego książki… oraz z moich własnych doświadczeń i doświadczeń wielu osób, z którymi rozmawiałem… bzdurne prace często są okropnym, wyniszczającym doświadczeniem. Dzieje się tak, ponieważ ludzie lubią być użyteczni. Świadomość, że robi się coś całkowicie bezużytecznego albo wręcz szkodliwego dla społeczeństwa, jest dla wielu ludzi absolutnie druzgocząca albo wpędzająca w marazm lub depresję.

Wyobraźcie sobie, że jesteście szeregowym pracownikiem biurowym, który przygotowuje raporty ze świadomością, że nikt nigdy ich nie przeczyta. Albo wypełnia bazy danych informacjami, które są całkowicie bezużyteczne. Albo tworzy duże bloki tekstu na branżowe strony internetowe nie po to, by ktokolwiek je czytał, ale po to, by algorytmy wyłapywały umieszczone tam słowa kluczowe, dzięki którym Google będzie pozycjonowało linki do tej strony wyżej na liście wyszukiwania. I nawet nie chodzi o to, że taka praca jest żmudna lub monotonna albo że zajmuje dużo czasu. Problemem jest świadomość bezsensu takiej pracy.

A takiej pracy jest bardzo dużo. I z upływem lat będzie jej coraz więcej. Chyba, że wpadniemy na jakiś inny sposób organizacji życia społecznego. Ale to wymagać będzie olbrzymiej kulturowej zmiany w kwestii tego, jak postrzegamy ludzką pracę oraz jej wartość. I prędzej czy później będziemy musieli to zrobić, w przeciwnym wypadku wylądujemy na księżycu planety Kandoka.

Istnieje dość powszechne przekonanie, że ludzie z zasady nienawidzą pracować i jeśli nie zmusi się ich do tego groźbą śmierci głodowej, będą leżeli do góry brzuchem albo pasożytowali na pracy innych ludzi. Kapitalizm jest systemem ekonomiczno-społecznym, który utrzymuje się na tym założeniu – musimy mieć nad głowami realną groźbę biedy, bezdomności i śmierci, w przeciwnym wypadku ludzie nie będą się bali dostatecznie mocno, by chodzić do pracy.

Kilka miesięcy temu Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził sondę, w której zapytał Polaków, czy nadal chodziliby do pracy, gdyby otrzymywali od państwa środki do życia potrzebne do przetrwania. Siedemdziesiąt trzy procent ankietowanych odpowiedziało, że tak, jak najbardziej. W tym samym badaniu jedynie dwadzieścia dwa procent uznało, że gdyby inni ludzie dostali takie samo świadczenie, to oni też postąpiliby podobnie. Oznacza to, że Polacy generalnie mają bardzo wysokie mniemanie o sobie samych i bardzo niskie o innych Polakach. Czyli zero zaskoczenia. Uwierzcie mi, ciężko się robi lewicową politykę w takich warunkach.

Badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego dotyczyło bezwarunkowego dochodu podstawowego znanego też jako bezwarunkowy dochód gwarantowany. Niewykluczone, że słyszałyście już o tej idei. W największym skrócie chodzi w niej o to, że każdy obywatel kraju otrzymuje środki potrzebne do przeżycia i… i tyle. Nie ma żadnego „ale”. Otrzymujesz od państwa środki wystarczające do przeżycia, niezależnie od tego czy ich potrzebujesz czy nie. Jeśli ktoś chce zarobić więcej, bo na przykład zamarzy mu się wycieczka dookoła świata, weźmie dodatkową pracę. A jeśli ktoś wykonywał bzdurną albo nawet szkodliwą pracę, po prostu z niej odejdzie i zajmie się czymś pożytecznym dla siebie albo dla innych. W dość naturalny sposób okaże się wtedy, które prace są konieczne, które potrzebne, a bez których spokojnie się obejdziemy.

Graeber w swojej książce przywołuje wiele historii osób, które wykorzystywały bzdurność swojej pracy, by w miarę bezpiecznie się od niej migać i zamiast tego zajmować się czymś pożytecznym – na przykład uczeniem się języków obcych, aktywnością wolontaryjną albo tworzeniem sztuki. Tego typu alternatywny sposób spędzania czasu w pracy bez sensu często zakłócany jest koniecznością udawania, że jest się zajętym, pozorowania ciężkiej pracy przed innymi.

Jestem prawie pewien, że w tym momencie czyta mnie jakaś osoba wykonująca pracę bez sensu, jednocześnie udając że jest bardzo zajęta. Nie przejmuj się, osobo, ja cię nie wydam. Rób swoje.

Osobiście nie jestem entuzjastą bezwarunkowego dochodu gwarantowanego. Widziałem wiele bardzo sensownej krytyki tego konkretnego rozwiązania, również z lewej strony politycznego spektrum. Wiele obaw sprowadza się do przewidywań, że po wprowadzeniu takiego dochodu kapitaliści po prostu podniosą ceny wszystkiego i w praktyce nic się nie zmieni, a jeśli już – to na gorsze. Pytanie, na ile jest to problem bezwarunkowego dochodu gwarantowanego, a na ile tej wersji kapitalizmu, którą mamy obecnie. Prawdopodobnie możecie domyśleć się, jaką ja mam na to odpowiedź.

Tym niemniej, cały czas przeprowadzane są eksperymenty społeczne na małą skalę, które testują sensowność takiego rozwiązania. Bo jakiegoś rozwiązania będziemy potrzebowali. Pod koniec odcinka Kerblam!, po wyeliminowaniu zagrożenia, Doctor wymogła na włodarzach fabryki, by zrezygnowali z automatyzacji i powrócili do ludzkich pracowników… co serial najwyraźniej uznaje za pozytywną zmianę, bo tak właśnie została przedstawiona. Jeśli mam być szczery, to strasznie dołujące, bo pokazuje, że łatwiej wyobrazić sobie kosmitę podróżującego po czasie i przestrzeni za pomocą wehikułu, który jest większy w środku, niż koniec kapitalizmu. Nawet w sytuacji, gdy koniec kapitalizmu będzie najlepszym rozwiązaniem.

Jestem pewien, że mnóstwo osób nadal ma olbrzymie wątpliwości co do całej idei bzdurnych prac i idących za tym wniosków. Doskonale to rozumiem i dlatego mocno polecam lekturę książki Graebera. Została ona opublikowana w naszym kraju przez wydawnictwo Krytyki Politycznej i jest dość powszechnie dostępna w księgarniach oraz sklepach wysyłkowych. Książka została napisana na postawie wcześniejszego felietonu autora, który został u nas przetłumaczony i przedrukowany na łamach Nowego Obywatela i na stronie internetowej czasopisma można legalnie oraz za darmo przeczytać ten tekst po polsku. I naprawdę warto to zrobić, ja jednak polecał będę całą książkę, która zagłębia się w temat znacznie mocniej, porusza więcej zagadnień związanych z fenomenem bzdurnych prac i, przede wszystkim, jest fantastycznie napisana. Ze wszystkich książek, które do tej pory polecałem na moim kanale ta najbardziej nadaje się dla normalnych ludzi. Graeber często odwołuje się do działających na wyobraźnię przykładów z życia oraz do kultury popularnej, co sprawia, że jego argumenty są bardzo czytelne i zrozumiałe mimo tego, że często są dość złożone. Bardzo mocno polecam.

 

Bibliografia:

https://www.huffpost.com/entry/post_733_b_692546

https://www.theguardian.com/society/2014/feb/23/europe-11m-empty-properties-enough-house-homeless-continent-twice

https://medium.com/@jeremyerdman/we-produce-enough-food-to-feed-10-billion-people-so-why-does-hunger-still-exist-8086d2657539#:~:text=However%2C%20global%20food%20production%20is,this%20excess%2C%20hunger%20still%20exists.

https://www.strike.coop/bullshit-jobs

https://pie.net.pl/dochod-podstawowy-nowy-pomysl-na-panstwo-opiekuncze/

https://nowyobywatel.pl/2013/09/23/fenomen-gowno-wartych-prac/

 

piątek, 14 maja 2021

Filozofia porażki. Struś Pędziwiatr

 

Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.



Historia serii kreskówek o Kojocie Wilusiu i Strusiu Pędziwietrze sama w sobie jest bardzo ciekawa. Żeby jednak zrozumieć jej znaczenie, musimy najpierw porozmawiać o samych początkach komercyjnej animacji w USA. W pierwszej połowie dwudziestego wieku funkcjonowało kilka różnych amerykańskich studiów animacyjnych. Część z nich padła, część przetrwała, część egzystowała na granicy rentowności, jednak z czasem wyłoniło się z tego porządku dwóch głównych graczy – animacyjne studio Warner Bros. oraz oczywiście Disney. To pierwsze bardzo długo nie było w stanie wypracować własnej artystycznej tożsamości, dzięki której jego animacje różniłyby się od tych disnejowskich. Jeśli obejrzycie losową animację studia animacyjnego Warner Bros. z lat dwudziestych i losową animację Disneja z tego samego okresu, prawdopodobnie nie będziecie w stanie wskazać tego, które studio wyprodukowało którą. W obu pojawią się bowiem urocze zwierzątka robiące urocze rzeczy w rytm utworów muzycznych z dźwiękowej biblioteki tego albo drugiego studia.

Z czasem zaczęło się to oczywiście zmieniać. Jednym z punktów zwrotnych okazał się rok 1942. Wtedy bowiem odbyła się premiera krótkiego filmu animowanego The Dover Boys at Pimento University or The Rivals of Roquefort Hall, w skrócie The Dover Boys at Pimento University, a w jeszcze większym skrócie – Dover Boys. Była to dziewięciominutowa produkcja Warner Bros. w reżyserii Chucka Jonesa. Jones postanowił bardzo radykalnie odejść od dotychczasowej formuły kreskówek swojego studia. Bohaterami Dover Boys byli ludzie, co wówczas było rzadkością, zaś sama animacja była otwartą parodią serii książek młodzieżowych The Rover Boys. Co jednak najważniejsze, Jones dokonał w tej produkcji wielu bardzo ryzykowanych decyzji artystycznych. Jedną z nich było umyślne ograniczenie liczby indywidualnych klatek, przez co animacja była… nawet nie mniej płynna, ale po prostu wyglądała inaczej. Kolejnym wybiegiem był tak zwany smear, czyli technika, w której nie animuje się ruchów postaci klatka po klatce, ale zamiast tego tworzy się sekwencję klatek ze smugami obrazującymi stany przejściowe między kolejnymi pozami postaci.

Co ważne, choć te techniki były mniej kosztowne od tradycyjnych, Jones nie zrobił tego dla oszczędności. Zrobił to, ponieważ studio poprosiło go o coś, co odróżni kreskówkę od tych disnejowskich. I wygląda na to, że mocno przesadził, bo przed premierą szefowie studia Warner Bros. chcieli go zwolnić – uznali, że Dover Boys wyglądają tanio i tandetnie, szczególnie w porównaniu z płynnymi, przesyconymi detalami animacjami Disneja. Na szczęście dla Jonesa z powodu II Wojny Światowej bardzo trudno było znaleźć dla niego zastępstwo i ostatecznie pozwolono mu kontynuować pracę. I bardzo dobrze, że to zrobiono, bo z czasem Chuck Jones stał się wiodącym głosem w przemyśle animacji, odpowiedzialnym za reżyserię wielu kultowych kreskówek.

Pod bardzo wieloma względami Dover Boys stali się punktem odniesienia dla dalszej twórczości Jonesa. Jego późniejsze kreskówki na ogół nie były już aż tak mocno wystylizowane, ale nadal bardzo chętnie brały się za parodiowanie popularnych ówcześnie rzeczy, takich jak filmy awanturnicze, westerny czy pulpowe science-fiction oraz często opierały się na absurdalnym humorze.

I tu dochodzimy do Kojota Wilusia i Strusia Pędziwiatra. Zanim zacznę, prawdopodobnie powinienem zasygnalizować, że tytułowy struś w oryginale nie jest strusiem – to wymysł polskiego tłumacza. W oryginalnej wersji pędziwiatr przynależy do gatunku kukawki kalifornijskiej, małego ptaka zamieszkującego południowozachodnie rejony USA oraz Meksyk. Ja, dla uproszczenia nadal mam zamiar nazywać go Strusiem, o tym wszystkim wspominam tylko po to, by osoby, które chcą napisać komentarz informujący mnie o tej ciekawostce nie musiały marnować swojego cennego czasu. Kojot szczęśliwie jest kojotem w obu wersjach.

Pierwsza animacja z serii kreskówek o Kojocie i Struiu, Fast And Furry-ous również była parodią. I to na dwóch poziomach. Na pierwszym z nich parodiowała filmy dokumentalne obrazujące życie dzikich zwierząt. Na drugim, nieco głębszym, była to parodia kreskówek typu „kot ściga mysz”, w których mamy do czynienia z drapieżnikiem polującym na mniejsze zwierzę, w których ten pierwszy jest antagonistą i postacią negatywną, a to drugie postacią pozytywną której widz odruchowo kibicuje i sympatyzuje z nią. Jones pomyślał, że interesująco byłoby odwrócić ten schemat i to drapieżnika uczynić postacią, której widz współczuje. Okazało się, że pomysł bardzo spodobał się widzom i Kojot szybko zdobył olbrzymią popularność, która przysporzyła mu kolejnych animacji z nim i Strusiem Pędziwiatrem w roli głównej. I cierpień. Wielu, wielu cierpień.

To w ogóle jest jeden ze znaków rozpoznawczych tego reżysera. Jones lubił brać istniejące już postacie i przepisywać ich charakter w taki sposób, by ponosiły one spektakularne porażki. Prosiak Porky na przykład bardzo długo był warnerowskim odpowiednikiem Myszki Mikiego, pozbawionym charakteru i osobowości everymanem. Jones zrobił z niego coś w rodzaju ostatecznego popychadła, wiecznie pokrzywdzonego przez los i wszystkie inne postacie, którym wszedł w drogę. Podobnie sprawa miała się z Kaczorem Daffym. Wczesny Daffy był… eee… szajbusem wprowadzającym chaos i zniszczenie wszędzie, gdzie tylko się pojawił. W kreskówkach Chucka Jonesa Daffy został chciwym egoistą, który wiecznie pakował się w kłopoty przez swoje wady. W jednej z moich ulubionych kreskówek, Duck Amuck, Daffy jest dosłownie torturowany i upokarzany przez samo medium animacji, w którym istnieje. Jones, w większym albo mniejszym stopniu, zrobił to wszystkim bohaterom kreskówek, które tworzył – może z wyjątkiem Królika Bugsa, choć i jemu nie zawsze się upiekło – ale to Kojot jest tu ucieleśnieniem tej osobliwej filozofii cierpienia.

Kojot jest bohaterem tragicznym. Wiemy, że nigdy nie złapie i nie zje Strusia – w sumie nigdy byśmy tego nie chcieli, bo wtedy kreskówka by się skończyła – i że jego starania są z góry skazane na porażkę. Kojot jednak tego nie wie. Albo wie i nie dopuszcza do świadomości. Rezultatem jest nieprzerwany ciąg bolesnych i upokarzających porażek. Co jednak najciekawsze, te porażki rzadko kiedy wynikają z winy głównego bohatera. Po prostu cały świat wokół Kojota funkcjonuje w taki sposób, by uniemożliwić mu schwytanie Strusia. Reguły grawitacji zmieniają się bez żadnego ostrzeżenia, namalowane na skale dziury automatycznie stają się rzeczywiste albo nierzeczywiste – w zależności od tego, jak bardzo będzie to działało na niekorzyść głównego bohatera.

Tragedią Kojota jest to, że on sam nigdy nie uświadomi sobie, że najlepszą rzeczą, jaką może zrobić jest zrezygnowanie z pościgu za Strusiem i zajęcie się czymś innym. Wiemy, że Kojot jest bardzo pomysłowy, zaradny i zdeterminowany, a to są pozytywne cechy charakteru, które pozwalają na poradzenie sobie w większości sytuacji życiowych. Gdyby zrezygnował z tego skazanego na porażkę pościgu, byłoby mu lepiej w życiu. Na tym polega tragizm tej postaci. Desperacko stara się osiągnąć swój cel w świecie, który zbudowany w taki sposób, by uniemożliwić mu osiągnięcie tego celu.

Co ciekawe, jednym z powodów tak dużej liczby kreskówek z Kojotem i Strusiem jest fakt, iż były one stosunkowo proste w produkcji. Wszystko opierało się bowiem tylko na dwóch bohaterach w jednej scenerii, bez dialogów i z możliwością częstego i łatwego wykorzystywania tych samych teł oraz całych fragmentów animacji. W dodatku Jones często stosował różne sztuki w celu uniknięcia animowania niektórych segmentów, na przykład prezentując upadek Kojota z dużej wysokości, w taki sposób, by wystarczyło namalować małą, ruchomą kropkę bez wielu szczegółów. Albo zamiast sceny poturbowania Kojota widzieliśmy tylko statyczny krajobraz i słyszeliśmy dźwięki, po czym na plan wchodził już upokorzony i przeorany główny bohater.

Pamiętacie smear? Ten sposób animowania ruchu nie klatka po klatce, ale za pomocą rozmazanych segmentów przejściowych? Łapy Strusia, które rozmywają się od prędkości i zlewają w jedną wstęgę są chyba najsłynniejszym przykładem wykorzystania tej techniki oszczędnej animacji.

Dzięki temu wszystkiemu Jonesowi udawało się zaoszczędzać budżet i w międzyczasie produkować od czasu do czasu znacznie bardziej ambitne i kompleksowe projekty. Jednym z nich był na przykład krótki film animowany What’s Opera, Doc?, powszechnie uznawany za jedną z najważniejszych – jeśli nie najważniejszą – kreskówkę w historii zachodniej animacji. Na pewno ją kojarzycie.

Kreskówki ze Strusiem Pędziwiatrem i Kojotem Wilusiem mają w sobie pewną uniwersalną ponadczasowość. W cierpieniu Kojota, który nie jest w stanie zrealizować zamierzonego celu, bo dosłownie cały świat sprzysiągł się przeciwko niemu, jest coś, co mocno przemawia do wielu widzów. Kreskówki Jonesa bardzo często mają w sobie zaskakujące mądre i dojrzałe morały. Jeśli seria o Strusiu Pędziwietrze czegoś nas uczy, to z pewnością tego, że czasami zasady gry uniemożliwiają nam odniesienie sukcesu. I wtedy pozostaje nam już wyłącznie śmiech.

Porażka

Porażka to stan, w którym znajdujemy się, gdy nie udało nam się zrealizować wyznaczonego albo zamierzonego celu. Najczęściej łączy się to z niewypełnieniem kryteriów wymaganych do odniesienia sukcesu albo złamanie ustalonych zasad w trakcie ich wypełniania. Te kryteria i zasady nie muszą być wyraźnie i precyzyjnie określone, choć bardzo często są. Porażkę ponosimy wtedy, gdy nie uda nam się zaliczyć jakiegoś etapu w grze video i nasza postać zginie. Albo wtedy, gdy spieprzymy sobie relację z drugą osobą. Albo gdy staramy się o pracę i jej nie dostaniemy. Albo gdy przypalimy mleko. Jeśli jesteście… eee… ludzkimi istotami, które funkcjonują w rzeczywistości, na pewno macie na swoim koncie całe mnóstwo porażek różnego kalibru. Nie da się przejść przez życie bez doświadczenia porażki.

Samo ponoszenie porażki ma wpływ na nastrój człowieka. Nawet jeśli ta porażka nie ma żadnych realnych konsekwencji. Jeśli spotkam się ze znajomymi pograć w planszówki i spektakularnie przegram kilka razy z rzędu – prawdopodobnie przez chwilę będę w trochę kwaśnym nastroju, nawet jeśli celem gry jest spędzenie czasu ze znajomymi, a nie odniesienie zwycięstwa i nie ponoszę żadnych rzeczywistych konsekwencji moich porażek. Bo porażki w bardzo dużej mierze dzieją się w naszych głowach i zawsze wiąże się z nimi jakiś emocjonalny koszt. Nie zawsze wielki, ale zawsze jakiś.

Jaki konkretnie – to już oczywiście zależy od wielu rzeczy. Od tego, jak bardzo zależało komuś na zwycięstwie. Od tego, jaka była nagroda za odniesienie sukcesu. Od tego, jakie są konsekwencje porażki. Od tego, jak blisko było się osiągnięcia sukcesu. Oraz od wielu innych kwestii, w zależności od sytuacji oraz od osoby, która poniosła porażkę. Istotne jest, by pamiętać o tym, że porażki i zwycięstwa bardzo często są subiektywne, zależne od kontekstu i oczekiwań danej osoby. Jeśli początkujący sportowiec, który nigdy wcześniej nie znalazł się na podium, zajmie drugie miejsce – uzna to za sukces. Jeśli dotychczasowy czempion, który nigdy wcześniej nie dał się nikomu pokonać, zajmie drugie miejsce – uzna to za porażkę.

W moim wideoeseju o depresji, wspominałem o tym, że według filozofa i teoretyka kultury, Marka Fishera – tak, znowu wracamy do Fishera, przyzwyczajcie się – współczesna rzeczywistość ekonomiczno-społeczna jest tak silnie nastawiona na konkurencję i rywalizację, że doświadczenia porażki są właściwie nieustanne. A to przekłada się na epidemię zaburzeń depresyjnych u ludzi zmuszonych żyć w takim świecie. O ile Fisher – według mnie – trafnie zdiagnozował problem w swojej książce Realizm Kapitalistyczny (jak zwykle polecam), o tyle jego diagnoza pozostawia nas w jeszcze większym poczuciu porażki niż wcześniej.

Na szczęście – i wbrew temu, co może się czasami wydawać – Mark Fisher nie jest jedynym teoretykiem, którego czytałem w moim życiu. Pozwólcie, że przedstawię wam Jacka Halberstama, amerykańskiego kulturoznawcę i profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Halberstam od wielu lat zajmuje się analizą subkultur, mediów wizualnych oraz teorią płci. Wydaje mi się, że w tym momencie powinienem wspomnieć o tym, iż Halberstam jest osobą niebinarną, posługującą się dowolnymi zaimkami, jednak z tego co zauważyłem w trakcie pracy nad tym wideoesejem, zdecydowanie faworyzującą męskie formy gramatyczne. Dlatego mam zamiar określać go właśnie za ich pomocą.

Porażka i jej doświadczanie często pełnią pozytywną funkcję społeczną. Nikt nie lubi przegrywać, więc doświadczenie porażki wysyła naszemu ego istotną, jednoznaczną informację – staraj się bardziej. W idealnych okolicznościach porażka jest po prostu kolejnym krokiem w rozwoju. Jak w szczególnie trudnych grach video pokroju Dark Souls albo The Binding of Isaac, gdzie ponoszenie porażek motywuje gracza do nieustannego rozwijania swoich umiejętności. Najlepiej to ujął mistrz Yoda w najbardziej kontrowersyjnym gwiezdnowojennym filmie:

„Najlepszą nauczycielką, porażka jest”.

Co jednak, jeśli okoliczności nie są idealne? Co, jeśli reguły gry, w której musimy uczestniczyć uzależniają zwycięstwo nie od naszych starań, a od innych rzeczy, na które nie mamy wpływu i nie mamy nad nimi kontroli? Co, jeśli raz za razem będziemy robić wszystko dokładnie tak jak trzeba, jeśli raz za razem będziemy dawać z siebie sto procent, a mimo to raz za razem będziemy przegrywać? Według Fishera skutkiem jest jedynie marazm, depresja i nieuniknione poczucie beznadziei. Halberstam jednak… Halberstam ma trochę inną odpowiedź.

Queerowa czasowość

Porozmawiajmy o pewnej intrygującej i stosunkowo świeżej idei zwanej queerową czasowością. Jest to obserwacja faktu, że osoby nieheteronormatywne często doświadczają upływu czasu w nieco inny sposób niż reszta. Oczywiście, dla każdego i każdej z nas sekunda trwa dokładnie tyle samo – ale nie oznacza to, że odczuwalny upływ czasu zawsze dla wszystkich jest identyczny. Godzina spędzona w kolejce do lekarza obiektywnie trwa dokładnie tyle samo, co godzina spędzona na udanej randce albo w trakcie zajmującej rozgrywki w World of Warcraft. Ale gdybym zapytał Was, przy której z tych czynności czas mija Wam szybciej, prawdopodobnie byłbym w stanie zgadnąć Waszą odpowiedź. Okoliczności i konteksty tego, co się wokół nas dzieje – co dzieje się nam – mają olbrzymi wpływ na to, w jaki sposób doświadczamy upływu czasu.

Rozumiecie już o co mi chodzi, prawda? Otóż ta zasada działa nie tylko w skali mikro. Życie posiada pewien ustalony przez otaczającą nas kulturę rytm. Od większości osób oczekujemy, że w pewnym momencie swojego życia zaczną realizować utrwalony scenariusz – w okresie nastoletnim zaczną umawiać się na randki, pójdą na studia albo od razu podejmą pracę, wyprowadzą się z domu, założą rodzinę, spłodzą drzewo, posadzą dom i wybudują dzieci… znacie tę śpiewkę. Ten wzorzec podtrzymywany jest przez całą naszą kulturę, od filmów i seriali po ulotki reklamowe. Plan na życie z jasno wytyczonym kierunkiem i kolejnymi punktami do odhaczenia.

Dla większości osób queerowych – gejów, lesbijek, osób biseksualnych, aseksualnych, osób trans albo w jakikolwiek inny sposób niewpisujących się w heteronormatywność – jest to scenariusz niemożliwy do realizacji. Jako homoseksualny nastolatek nie będziesz się próbował umawiać się na randki, jeśli każda próba takiego umówienia się może skończyć się dla ciebie pobiciem albo co najmniej olbrzymią stygmą społeczną ze strony otoczenia. To sprawia, że swoje pierwsze związki przeżywasz dopiero później, na ogół na studiach, gdy przeprowadzasz się do innego miejsca, obracasz się w nowym towarzystwie i masz większą szansę poznać kogoś kompatybilnego. A po poznaniu – podtrzymać ten związek. Problem polega jednak na tym, że i tak nie będziesz w stanie go sformalizować, co też może mieć wpływ na to, jak wygląda dynamika takiego związku.

Dla osób queerowych ten plan, o którym mówiłem wcześniej zwyczajnie nie działa. Pod pewnymi względami musimy dorastać szybciej niż pozostałe osoby w porównywalnym wieku, pod innymi względami wolniej, a pod jeszcze innymi zwyczajnie nie pozwala się nam dorastać w normalny sposób. To z kolei sprawia, że nasze doświadczanie czasu, w perspektywie życiowej, jest trochę inne. Te wszystkie symboliczne momenty wchodzenia w dorosłość i zaliczania kolejnych etapów życia – pierwszy pocałunek, pierwsza randka, pierwszy raz, małżeństwo, wspólne mieszkanie, wychowywanie dziecka – albo odbywają się nie w takim czasie, w jakim zwykło się tego po nas spodziewać, albo nie w takich okolicznościach, w jakich powinny albo nie odbywają się w ogóle, bo społeczeństwo zwyczajnie na to nie pozwala.

A za tym często idzie również poczucie porażki. Porażki, na którą na ogół jesteśmy skazani. Nie dlatego że jest z nami coś nie tak, ale dlatego, że z regułami jest coś nie tak. Można sobie z tym radzić na różne sposoby. Próbować wypierać swoją queerowość i realizować heteronormatywny scenariusz, ale to zwykle kończy się bardzo nieszczęśliwym życiem. Można chodzić na jakieś kompromisy z rzeczywistością… albo zacząć się organizować i spróbować zmienić zasady gry na uczciwsze.

Wydaje mi się, że podobne doświadczenia z osobliwym przeżywaniem czasu często mają również inni ludzie niewpisujący się w ogólnie rozumianą normatywność – osoby z trwałymi niepełnosprawnościami, osoby na spektrum autyzmu, osoby z doświadczeniami przemocy albo jakimikolwiek cechami, które utrudniają im funkcjonowanie w społeczeństwie. Znam osoby z niepełnosprawnościami ruchowymi, które są sfrustrowane tym, że traktuje się je jak dzieci, mimo tego, że są dorosłe, sprawne intelektualnie, a często realizują się na gruncie akademickim. To, że czasami wymagają asysty przy niektórych czynnościach, nie usprawiedliwia traktowania ich z góry. Osoby głuche często traktowane są protekcjonalnie, tylko z powodu trudności w komunikacji z innymi.

Swoją drogą, kilka lat temu z pewnym zaskoczeniem dowiedziałem się, że ludzie głusi preferują określenie „osoba głucha” bardziej niż „osoba niesłysząca”. Do tamtej pory wydawało mi się, że jest na odwrót, że ten drugi termin jest delikatniejszy. Tymczasem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Głusi ludzie nie chcą być definiowani przez to, czego im brakuje, tylko przez to, jacy są. Podobną kwestią jest używanie sformułowania „osoby z niepełnosprawnościami” zamiast „osoby niepełnosprawne”. Niepełnosprawność nie powinna być cechą definiującą człowieka – bo takie osoby są córkami, mężami, artystami, intelektualistkami, działaczami społecznymi, fankami gier planszowych i całym mnóstwem innych rzeczy. Niepełnosprawność to coś, co mają – a nie coś, czym są.

Domyślam się, że dla wielu ludzi takie rozróżnienia mogą wydawać się bezsensownym czepialstwem i pedantyzmem. Jednak dla osób należących do nieuprzywilejowanych grup mniejszościowych bardzo ważne jest to, jak są postrzegane przez otoczenie – jak się o nich mówi i jak się o nich myśli. Ta pierwsza rzecz ma olbrzymi wpływ na tę drugą, dlatego promowanie pozytywnego języka jest tak bardzo istotne. Język jest bowiem narzędziem, które kształtuje świat w naszych głowach. Za pomocą języka informujemy innych ludzi, w jaki sposób ich postrzegamy i w jaki sposób chcemy być postrzegani. To są właśnie te reguły gry – niektóre z tych reguł – o których mówiłem wcześniej.

To jest zresztą powód, dla którego umyślnie używam na moim kanale takich sformułowań jak „osoby o konserwatywnej wrażliwości społecznej” albo „osoby o wolnorynkowej wrażliwości gospodarczej” na określenie konserwatystów i prawicowców. Bo wiem, że tacy ludzie od czasu do czasu oglądają moje materiały i uznałem, że warto jest zaznaczać, że – nawet jeśli radykalnie nie zgadzam się z nimi w wielu kwestiach i prawdopodobnie nigdy nie będziemy w stanie być przyjaciółmi – to nadal uważam ich za ludzi z indywidualną wrażliwością. I chcę, żeby o tym wiedzieli. Najlepsza YouTuberka w historii ludzkości, Natalie Wynn, powiedziała kiedyś, że prawdziwa empatia zaczyna się od prawdziwego zrozumienia. Zgadzam się w stu procentach, przy czym uważam, że odwrotność również jest prawdą – prawdziwe zrozumienie nie jest możliwe bez empatii.



Camp

Camp to porażka zmieniona w estetykę. To Adam West w stroju Batmana wykonujący słynny taniec batusi na tle kartonowych dekoracji. To suwak na gumowym kostiumie potwora, z którym walczą Power Rangers. Albo rewia mody prezentująca całkowicie niepraktyczne i zabawne w swojej przesadzonej ekstrawagancji ubrania. Albo każda sekunda, którą Wiliam Shatner spędził na planie serialu Star Trek. Albo pan Kleks w kosmosie. Camp w stanie czystym jest nieuświadomioną porażką. W swoim słynnym eseju z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego roku Susan Sontag pisała:

Czyste przykłady kampu są nieumyślne; są śmiertelnie poważne. Secesyjny rzemieślnik, który robi lampę z owiniętym wokół niej wężem, nie kpi ani nie próbuje być czarującym. Powiada z całą powagą „Volia, to orientalne!”

Estetyka campu to przesada i teatralna niegustowność – ale przesada i teatralna niegustowność, która mimo to (albo – właśnie przez to) wywołuje jakieś pozytywne emocje. To porażka w osiągnięciu celu, ale jednocześnie przypadkowe osiągnięcie trochę innego celu. Jak wspomniany już Batman z lat sześćdziesiątych. Oczywiście, nikt nie uznaje Adama Westa w przyciasnym kostiumie za poważnego superbohatera, ale przez sam absurdalny urok całej tej estetyki ogląda się go przyjemnie.

Camp tradycyjnie kojarzony jest z kulturą queer. I nie ma w tym niczego dziwnego. Jak już mówiłem, jeśli jesteś osobą nieheteronormatywną, doświadczenie porażki jest czymś, z czym musisz się mierzyć często. To coś, co po pewnym czasie trzeba zacząć oswajać i zaakceptować jako nieodłączną część życia. A skoro tak, to równie dobrze można zrobić z tym coś ciekawego. Przestać patrzeć na to jak na ciężar, a zacząć jak na inspirację. I jasne, wyglądasz wtedy jak pajac, ale… ludzie lubią patrzeć na pajaców, więc w jakimś sensie i tak jesteś do przodu. Camp jest o tyle wyzwalający, że pozwala na przekraczanie granic – w tym wypadku granic konwencjonalnej estetyki.

To powoli zbliża nas do sedna całej sprawy. Czasami porażka sama w sobie może być zwycięstwem trochę innego rodzaju. Może obnażyć absurd zasad, które uznajemy za naturalne i oczywiste, bo na horyzoncie nigdy nie pojawiło się nic, co zakwestionowałoby te zasady. Może się okazać, że niektóre z tych granic istnieją tylko z przyzwyczajenia i ich przekroczenie może przynieść nam coś pozytywnego. Albo że niektóre z tych granic służą utrzymywaniu nieuzasadnionej władzy przez osoby, które tę nieuzasadnioną władzę posiadają i za wszelką cenę usiłują ją zachować.



Millenialsi

„Millenialsi” potoczne określenie pokolenia osób urodzonych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Określanie precyzyjnych ram czasowych w przypadku pokoleń jest trochę bezsensowne, bo sednem jest tu nie data na akcie urodzenia, a coś, co nazywamy formatywnymi wydarzeniami. Formatywnymi wydarzeniami nazywamy rzeczy, które wydarzyły się w trakcie naszego życia i miały dominujący wpływ na to, jak to życie wygląda i jak się ono toczy. Dla Millenialsów jednym z takich formatywnych wydarzeń był kryzys ekonomiczny z dwa tysiące siódmego roku, który sprawił, że to pokolenie wchodziło w dorosłość pod wieloma względami w znacznie trudniejszych warunkach niż wcześniejsze. W naszym kraju skutki tego kryzysu nie od razu były odczuwalne, ale w żadnym wypadku nie oznacza to, że ominął on Polskę..

Nie będę rozwodził się nad detalami, bo nie o tym jest ten wideoesej. Zainteresowane osoby odeślę jednak do wideoeseju Michaliny Kobly, która fantastycznie rozebrała ten temat na części pierwsze. Zamieszczę link w opisie i generalnie polecam cały jej kanał. Zyskanie stabilnej pracy pozwalającej na godne przetrwanie stało się bardzo trudne, bo rynek stawał się coraz mniej sprzyjający pracownikom, a coraz bardziej pracodawcom. Zakup nawet bardzo skromnego mieszkania stał się finansowym zobowiązaniem na całe życie, na co wiele osób nie mogło i nadal nie może sobie pozwolić

Wszystko to dzieje się w klimacie polityki neoliberalizmu, która – tak jak pisał Mark Fisher, oraz dziesięć tysięcy publicystów i teoretyków przed nim i po nim – bardzo silny nacisk kładzie na indywidualną odpowiedzialność za własny stan. Jeśli jesteś inteligentny, zaradny, przedsiębiorczy i pracowity, zostaniesz człowiekiem sukcesu. Jeśli jesteś leniwy, głupi, zły i roszczeniowy – zostaniesz człowiekiem porażki. Każdy jest kowalem swojego losu. Problem polega na tym, że trudno jest być kowalem swojego losu, jeśli nie stać nas nawet na młotek i kowadło. I to prawda, że indywidualny wysiłek oraz pracowitość liczą się w dużym stopniu – ale indywidualny wysiłek, pracowitość i determinacja nie zdadzą się na wiele, jeśli zasady gry są nieuczciwe.

Wszystko to sprawiło, że Millenialsi zaczęli przeżywać coś w rodzaju queerowej czasowości rozciągniętej na całe pokolenie. Brak stabilnej pracy najczęściej oznacza brak możliwości zakupu mieszkania. Brak mieszkania oznacza dużą część dorosłego życia spędzoną w rodzinnym domu albo w mieszkaniach wynajmowanych wspólnie ze współlokatorami, po studencku. Istnieją badania wykazujące, że Millenialsi uprawiają znacząco mniej seksu niż poprzednie pokolenia – widziałem wiele artykułów pochylających się nad tym problemem i szukających odpowiedzi na to, czemu tak się dzieje. Odpowiedź jest natomiast bardzo prosta – nie mają gdzie. Brak własnego kąta, gdzie można zachowywać się swobodnie, bez świadomości, że za ścianą rodzice oglądają Mazurską Noc Kabaretową albo współlokator w pokoju obok streamuje rozgrywkę w Leauge of Legends przekłada się na rzadsze okazje do cimcirimci.

Wypowiedziałem to słowo tylko dlatego, bo jeśli zbyt często będę wypowiadał słowo „seks” algorytmy YouTube’a pomyślą, że ten materiał jest o czymś, o czym nie jest i zablokują mi możliwość publikacji. Obiecuję, że już nigdy więcej nie wypowiem tego słowa na głos. Prawdopodobnie w całym moim życiu.

Oczywiście niestabilność zatrudnienia, wyższy koszt życia i znacznie trudniejszy dostęp do własnego mieszkania powoduje więcej problemów. W okolicach dwa tysiące szesnastego roku portale informacyjne i publicystyczne zaczęły publikować artykuły zastanawiające się, czemu Millenialsi „zabijają” kolejne segmenty rynku – „zabijanie” oznacza w tym kontekście niekupowanie tych albo innych produktów przez co ich producenci mają niższe zyski. Ta zagadka też ma dość oczywiste rozwiązanie. Jeśli ma się bardzo niewiele pieniędzy nawet na podstawowe życiowe potrzeby, nie wydaje się ich na dobra luksusowe.

Mimo to Millenialsi często posądzani są o rozrzutność. W dwa tysiące siedemnastym roku australijski deweloper i milioner Tim Gurner poradził Millenialsom, by – jeśli chcą zaoszczędzić na własne mieszkanie – przestali jeść tosty z awokado. W odpowiedzi portal CafeBabel dokonał obliczeń wykazujących, że oszczędzanie w ten sposób nie jest specjalnie racjonalną taktyką. Aby zaoszczędzić w ten sposób sumę, która umożliwi zakup mieszkania w Warszawie, trzeba byłoby rezygnować z tostów z awokado przez pięćdziesiąt cztery lata. W Paryżu – sto czterdzieści trzy lata. W Londynie? Czterysta siedemdziesiąt trzy lata. Nie jestem pewien, czy przeżyłbym czterysta siedemdziesiąt trzy lata bez tostów z awokado. Jestem prawie pewien, że nie przeżyłbym czterystu siedemdziesięciu trzech lat nawet z nimi. Problemem nie jest tu rozrzutność. Przynajmniej nie w skali pokoleniowej.

A zatem mamy dwie możliwe odpowiedzi na zagadkę, czemu Millenialsi są w gorszym stanie ekonomicznym, społecznym i psychicznym niż poprzednie pokolenia. Z jednej strony możemy wziąć słowa neoliberałów za dobrą monetę i uznać, że Millenialsi to po prostu rozpieszczona, leniwa i roszczeniowa banda nieudaczników, która chce mieć wszystko podane na złotej tacy, w przeciwnym wypadku będzie potykała się o własne nogi. Z drugiej strony możemy zastanowić się, na ile cała ta sytuacja jest wynikiem indywidualnych błędów i porażek poszczególnych Millenialsów, a na ile trudnej sytuacji ekonomicznej i społecznej, w jakiej przyszło im wchodzić na rynek pracy. No cóż, ja jako Millenials prawdopodobnie nie jestem specjalnie obiektywny, ale skłaniałbym się raczej ku bramce numer dwa.

Wcześniej porównałem sytuację Millenialsów do sytuacji osób queerowych. Tak samo jak osoby nieheteronormatywne porównują się do swoich heteronormatywnych rówieśników i rówieśniczek, Millenalsi porównują się do swoich rodziców, a nawet do nieco starszego rodzeństwa, które załapało się jeszcze na lepszą sytuację ekonomiczną. A przykładając do siebie tę samą miarkę, nie wypadają na tle tych grup korzystnie. Nie z własnej winy, ale dlatego, bo każe się im grać według tych samych zasad, nawet jeśli w tej sytuacji te zasady nie dają realnej szansy na odniesienie sukcesu. I mówiąc „sukces” nawet nie mam na myśli bycia milionerem, ale… stosunkowo komfortowe warunki życia i finansową stabilność, która powinna być w naszym społeczeństwie standardem, a dla ogromnej części moich rówieśników – i bardzo wielu osób starszych oraz młodszych – nie jest. I, jeśli reguły gry nie ulegną znaczącej zmianie, prawdopodobnie już nigdy nie będzie.

Zmierzam do tego, że prawdopodobnie będziemy potrzebowali nowego pomysłu na organizację otaczającego nas świata. Bo stary nie będzie już działał w takiej sytuacji. Niektóre osoby mogą stwierdzić, że właśnie teraz obserwujemy, jak powoli przestaje działać i jesteśmy zmuszani do gry w nową grę według dawnych zasad. Nic dziwnego, że tak wiele osób tak często przegrywa. A gdy porażka staje się codziennością, coś musi się zmienić.


Podsumowanie

Mark Fisher miał bardzo pesymistyczną wizję całej tej sytuacji – realizm kapitalistyczny był dla niego pułapką bez wyjścia, głęboką studnią, w której wszyscy utknęliśmy i nie jesteśmy w stanie się z niej wydostać. Jack Halberstam patrzy na tę sytuację z nieco innej perspektywy. Dla niego doświadczanie porażki może – i powinno – być punktem wyjścia dla kwestionowania reguł i granic, w ramach których definiuje się takie rzeczy jak zwycięstwo czy porażka oraz aktywne negowanie tych granic. Właśnie w celu obnażania tego, jak często są one oderwane od rzeczywistości i nieuczciwe.


Pracując przy tym wideoeseju w dużej mierze opierałem się na książce Przedziwna sztuka porażki Jacka Halberstama. Tu ciekawostka – kiedy kilka lat temu wydała ją w naszym kraju Krytyka Polityczna, poproszono mnie o napisanie krótkiego tekstu na tył okładki. Później okazało się jednak, że źle zrozumiałem prośbę. Myślałem, że chodzi o jakiś bardzo krótki, hasłowy tekst, tymczasem pozostałe osoby poproszone o podobną rekomendację rozpisały się na wiele akapitów. To sprawia, że na tylnej części okładki znajduje się naprawdę fantastyczny, błyskotliwy i elokwentnie napisany tekst autorki bloga Chujowa Pani Domu, która strzeliła rekomendację na cztery akapity… a zaraz pod spodem dosłownie osiem słów ode mnie. Daje to niezamierzony efekt komiczny. Cóż, można powiedzieć, że poniosłem ciekawą porażkę.



Sama książka jest naprawdę bardzo dobra. Choć muszę ostrzec, że Halberstam ma dość specyficzny styl pisania w dużym stopniu oparty na dygresjach. Czasami zdarza mu się też zabrnąć w techniczny, akademicki żargon i to może odstraszyć część osób, które sięgną po Przedziwną sztukę porażki. A byłaby to wielka szkoda, bo książka wypełniona jest interesującymi obserwacjami oraz analizami zarówno kultury, jak i społeczeństwa. Niektóre z nich wydają mi się odrobinę naciągane – Halberstam uważa na przykład, że filmy animowane Pixara są przełomowe w kwestii kulturowego oswajania porażki. To właśnie z tego powodu przywołałem w tym wideoeseju kreskówki z serii Zwariowane Melodie i Strusia Pędziwiatra, chciałem trochę wejść w polemikę z tą tezą i pokazać, że pixarowa rewolucja, o której pisze autor, niekoniecznie jest aż tak rewolucyjna. Nie zmienia to jednak faktu, że jako całość Przedziwna sztuka porażki jest znakomitą rzeczą i naprawdę bardzo ją polecam.



Bibliografia:

Przedziwna sztuka porażki, Jack Halberstam:

Krótka definicja porażki w Słowniku języka polskiego PWN:

Dłuższa definicja w słowniku Merriam-Webster:

Queerowa czasowość:

Susan Sontag „Notatki o campie” (wersja angielska):

Millenialsi i ich mniejsza skłonność do łóżkowych uniesień:

Co „zabili” Millenialsi:

Cafe Babel: Pozwólmy millenialsom jeść tosty z awokado:

We produce enough food to feed 10 billion people. So why does hunger still exist?

Michalina Kobla, KLASIZM, INBIZM, LAPTOPIZM W POLSCE A.D. 2021

piątek, 30 kwietnia 2021

Przemoc. Max Weber


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


Nikt nie jest przeciwko przemocy.

Wiem, jak to brzmi. I zdaję sobie sprawę, że aby to, co przed chwilą powiedziałem miało sens, potrzebna jest cała masa dodatkowego kontekstu. Właśnie dlatego nie piszę twitta czy komentarza na Facebooku, ale nagrywam piętnastominutowy wideoesej na YouTube. I mam nadzieję, że znajdziecie w sobie dostatecznie wiele dobrej woli, by wysłuchać go do końca, zanim napiszecie komentarz. Z góry dziękuję.

Nikt nie jest przeciwko przemocy. Jestem pewien, że wiele osób w pierwszym odruchu się ze mną nie zgodzi. Lubimy myśleć o sobie jako o osobach moralnych, sprzeciwiających się i potępiających każdy akt przemocy. Jestem pewien, że gdybym zapytał dziesięć losowych osób, czy są przeciwko każdej przemocy, wszystkie odpowiedziałyby bez wahania, że tak, zdecydowanie. Problem polega jednak na tym, że w ten sposób każda z tych osób by skłamała. Okej, kłamstwo jest tu może zbyt dużym słowem, bo zakłada umyślne wprowadzanie w błąd. Tymczasem skłonny jestem przyjąć, że każda osoba, która twierdzi, że jest przeciwko przemocy, mówi to szczerze. Problemem jest jednak fakt, że istnieją rodzaje przemocy, o których zwykle nie myślimy w takich kategoriach. A według mnie, powinniśmy.

Zanim jednak przejdziemy dalej, zdefiniujmy słowo „przemoc”. Według Słownika Języka Polskiego PWN przemoc to „przewaga wykorzystana w celu narzucenia komuś swojej woli, wymuszenia czegoś na kimś.” To bardzo zwięzła i precyzyjna definicja. Nieco dłuższą definicję proponuje Światowa Organizacja Zdrowia, według której przemoc to:

Celowe użycie siły fizycznej lub władzy, sformułowane jako groźba lub rzeczywiście użyte, skierowane przeciwko samemu sobie, innej osobie, grupie lub społeczności, które prowadzi do wysokiego prawdopodobieństwa spowodowania obrażeń cielesnych, śmierci, szkód psychologicznych, wad rozwoju lub braku elementów niezbędnych do normalnego życia i zdrowia.

Obie te definicje są właściwie i to nimi będę się posługiwał, mówiąc o przemocy. Warto w tym miejscu wprowadzić pewne rozróżnienie między przemocą i agresją. Agresję odróżnia od przemocy brak celowości i przemyślanego działania – dzikie zwierzę albo człowiek który nie panuje nad sobą, który atakuje nas z jakiegoś powodu nie robi tego z rozmysłem. Nawet jeśli używa przemocy, by osiągnąć jakiś cel, na przykład przepędzić nas z jakiegoś miejsca, nie mamy gwarancji, że po osiągnięciu tego celu przestanie być agresywny i zostawi nas w spokoju. Ujmując to inaczej – przemoc, to agresja, którą od początku do końca trzymamy na smyczy.

Dla uczciwości muszę też podkreślić, że bardzo często przemoc ma dość nieostre granice. Szczególnie w przypadku takich form przemocy jak przemoc psychologiczna albo emocjonalna. Jeśli wywieram na kimś psychiczną presję, to jak daleko mogę posunąć się w tym wywieraniu, by nie zmieniło się ono w przemoc? Wszystko oczywiście zależy od wielu różnych czynników i każda sytuacja jest inna, warto jednak o tym pamiętać. Jest to coś, o czym ja sam często myślę w moich interakcjach z innymi ludźmi i do czego zachęcam również wszystkich innych.

No dobrze, ale o co właściwie chodzi? Jak przemoc może być dobra? No cóż, jeśli podbiegnę do starszej pani, która właśnie odchodzi od bankomatu, uderzę ją w twarz i wyrwę jej torebkę, będzie to akt przemocy w celu zaboru mienia, zgadza się? Zgadza się. Ale jeśli na ten widok ktoś inny podbiegnie do mnie, uderzy mnie w twarz i wyrwie mi torebkę, by odebrać to mienie i zwrócić je jej pierwotnej właścicielce, to również będzie akt przemocy. Wyjęte z kontekstu oba te akty przemocy wyglądają tak samo – w obu doszło do uderzenia drugiej osoby i odebrania jej przedmiotu, którego nie chciała oddać. Oba są aktami przemocy. Kontekst sprawia jednak, że jeden z tych czynów ocenimy negatywnie, a drugi pozytywnie.

Ktoś może intuicyjnie powiedzieć, że ten drugi akt – uderzenie kogoś i wyrwanie mu torebki, by odzyskać skradzioną własność i oddać ją osobie, która została z niej okradziona – nie jest przemocą. Problem polega na tym, że… owszem, jest. Nie myślimy o nim jak o przemocy, ponieważ jest to coś, z czym (mam nadzieję) wszyscy się zgadzamy, że było to słuszne postępowanie, a wszyscy mamy głęboko wdrukowane, że przemoc jest zła, więc pojawia się dysonans. Nie zmienia to jednak faktu, że takie działanie dokładnie wpisuje się w obie te definicje przemocy, które przetoczyłem chwilę temu. Jest to przewaga wykorzystana w celu narzucenia komuś swojej woli, konkretnie – wymuszenia na kimś oddania skradzionej rzeczy. Jest to celowe użycie siły fizycznej na innej osobie, które prowadzi do spowodowania obrażeń cielesnych.

Jeśli w tym momencie myślicie, że w takim wypadku potrzebujemy lepszej definicji przemocy, to – po pierwsze, zgadzam się w stu procentach, ale obawiam się, że sprawa nie jest taka prosta. W przywołanym przeze mnie przykładzie pojawiły się dwa akty przemocy. I oba wyglądają identycznie. W obu zachodzi do tych samych czynów (uderzenie kogoś i zabranie mu torebki), oba mają takie same cele (odebranie torebki) i takie same rezultaty (ktoś jest uderzony i odebrano mu rzecz, którą wcześniej posiadał). Tym, co sprawia, że jeden z nich jest odbierany pozytywnie, a drugi negatywnie nie jest sam czyn. Jest nim kontekst, w jakim się odbywa – kto jest ofiarą przemocy i w jakim celu ten konkretny akt przemocy jest wykonywany.

Konteksty są jednak śliską i skomplikowaną sprawą. Osobiście nie wydaje mi się, by mądrym było założenie, że każdy akt przemocy odbywający się ze szlachetnych pobudek i w szlachetnym celu automatycznie przestaje być przemocą. Wiem, że bardzo wielu ludzi odruchowo tak właśnie uważa. Sam przez bardzo długi czas współdzieliłem to intuicyjne rozróżnienie. Dzisiaj jednak zdecydowanie bardziej przemawia do mnie założenie, że przemoc jest czymś, co powinniśmy traktować z podejrzliwością i bardzo ostrożnie. Nawet jeśli zgadzamy się, że jakaś konkretna forma przemocy jest złem koniecznym.

W trakcie researchu do tego materiału natrafiłem na jeszcze jedną, interesującą definicję przemocy pochodzącą do sprawy z ciekawej strony. Została przedstawiona przez autora kanału PBS w dwa tysiące szesnastym roku i brzmi ona „Przemoc to odebranie komuś wyboru”. Podoba mi się w tej definicji fakt, że – w przeciwieństwie do poprzednich wymienionych przeze mnie definicji – skupia się nie na osobie, która dopuszcza się aktu przemocy, ale na osobie albo osobach, które przemocy doświadczają i to przez ich pryzmat interpretuje cały proces. Warto pamiętać o tym, że aby doszło do aktu przemocy, muszą w nim uczestniczyć co najmniej dwie osoby – sprawca i ofiara. Jeśli ktoś z własnej woli krzywdzi samego siebie, z zasady nie jest to przemoc, tylko agresja. Autoagresja.

Oczywiście muszę zaznaczyć, że każda definicja, którą tu przytoczyłem jest niedoskonała. Nasze rozumienie przemocy jest bowiem konstruktem społecznym – czymś co istnieje, ale czego znaczenie w dużej mierze podlega interpretacji i te interpretacje mogą się różnić w zależności od tego, z której strony spojrzymy na tę sprawę. To sprawia, że nasze rozumienie przemocy jest nieesencjonalne – nie da się stworzyć idealnej, uniwersalnej definicji przemocy, która wyznaczy precyzyjną granicę co jest przemocą, a co nią nie jest. Najlepsze, co możemy zrobić w tej sytuacji, to spojrzeć na sprawę z możliwie wielu perspektyw, by mieć jak najlepsze jej zrozumienie i starać się funkcjonować na podstawie tego zrozumienia.

No dobrze, skoro w ogólnych zarysach, ustaliliśmy już, o czym dziś mówimy, przejdźmy w końcu do rzeczy. Przemoc jest niesamowicie szerokim i skomplikowanym zagadnieniem. Tym razem zajmiemy się jednak jego bardzo drobnym wycinkiem.

Maximilian Karl Emil Weber, filozof, socjolog i historyk żyjący na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, wskazał i opisał bardzo interesującą obserwację dotyczącą przemocy. W swojej książce wydanej w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku, Polityka jako zawód i powołanie Weber zwrócił uwagę na fakt, iż przemoc – a konkretnie, monopol na systemowe używanie przemocy – jest podstawą każdego nowoczesnego państwa.

Co jest prawdą. Niektórzy ludzie mogą twierdzić, że żyjemy w społeczeństwie potępiającym wszelkie formy przemocy, ale prawda jest znacznie bardziej skomplikowana. Takie organizacje jako policja czy wojsko używają przemocy, by – w teorii – pilnować porządku wewnątrz państwa oraz dbać o jego interesy poza jego granicami. Straż graniczna przemocą powstrzymuje ludzi przed nieuprawnionym wkroczeniem do kraju. Straż więzienna przemocą trzyma w zakładach karnych ludzi, co do których sąd uznał, że powinni tam przebywać.

Nie zawsze tak było. W czasach feudalnych prawo to było rozproszone między wasali, którzy służyli królowi, ale poza tym mieli wolną rękę w kwestii tego, wobec kogo używają przemocy i w jakim stopniu to robią – nawet jeśli robili to między sobą, wobec innych wasali tego samego króla. Poza tym istniała również instytucja kościoła, która też dzierżyła prawo do używania przemocy, na przykład wobec heretyków lub innowierców. Dopiero z czasem, gdy krystalizowały się idee nowoczesnej państwowości, przemoc w coraz większym stopniu znajdowała się w rękach scentralizowanej władzy. I to ta władza miała – i nadal ma – monopol na przemoc.

Istnieje wiele teorii na temat tego, czym właściwie jest państwo. Według Webera, kluczowym czynnikiem definiującym państwo jest właśnie rządowy monopol na używanie przemocy. Monopol oznacza w tym kontekście wyłączne prawo do decydowania, kto może używać przemocy, w jakim stopniu i w jakim celu.

Wspomniałem już o takich organizacjach jak policja, wojsko czy straż graniczna. Przedstawiciele tych zawodów w ramach swoich obowiązków służbowych mają prawo do używania przemocy wobec innych ludzi. W idealnej sytuacji dzieje się to wyłącznie wtedy, gdy ta przemoc służy zapobiegnięciu innej, większej przemocy. Czy tak się dzieje w praktyce, to… już zupełnie inne pytanie. Pytanie, na które zdecydowanie nie powinniście odpowiadać w sekcji komentarzy.

Warto o tym pamiętać, szczególnie w świetle tego, o czym mówiłem wcześniej – większość z nas odruchowo nie myśli o działaniach organizacji państwowych w kategoriach przemocy. A to może prowadzić do bardzo dziwnych konstrukcji myślowych. Jeśli osoba cywilna kogoś zamorduje, nazywamy ją mordercą. Jeśli policjant, w mundurze, w czasie wykonywania obowiązków służbowych, kogoś zamorduje… część osób, duża część osób, zacznie desperacko szukać usprawiedliwienia tego morderstwa. Na przykład demonizując zamordowaną przez policjanta osobę, przywołując argumenty równi pochyłej i generalnie robiąc wszystko, by uznać to zdarzenie za właściwe. Nawet jeśli w ewidentny sposób takim nie jest.

I, na poziomie emocjonalnym, to ma sens. Lubimy myśleć, że żyjemy w sprawiedliwym świecie i jeśli będziemy przestrzegać prawa, nic nam nie grozi. Dlatego gdy stróże tego porządku rzeczy zrobią coś ewidentnie niewłaściwego, wielu i wiele z nas woli nie nazywać tego przemocą ani nie traktować tego jako przemoc i interpretować tę sytuację na korzyść sprawcy, nawet jeśli taka interpretacja nie ma żadnego sensu.

To jest właśnie niebezpieczeństwo wiążące się z niewłaściwym rozumieniem przemocy. Tak, policja, wojsko i służby uprawnione przez państwo do korzystania ze środków przymusu bezpośredniego używają przemocy. I powinniśmy nazywać to po imieniu oraz myśleć o tym jak o przemocy, w przeciwnym wypadku trudniej nam będzie kwestionować sytuacje, w których ta przemoc przestaje być uzasadniona.

Sednem naszych dzisiejszych rozważań jest odczarowanie przemocy. Nam, lewicowcom często zarzuca się naiwny i oderwany od rzeczywistości idealizm, więc proszę bardzo, macie tu dawkę ciężkiego lewicowego cynizmu. Nie da się mieć świata bez przemocy, dopóki wszyscy na świecie nie będziemy dosłownymi świętymi. A na to się nie zanosi. Dlatego najlepsze, co możemy robić w tej sytuacji, to zdawać sobie sprawę z tego, że przemoc jest nieodłączną częścią naszego życia i robić wszystko, by minimalizować jej wpływ oraz pociągać do odpowiedzialności osoby i instytucje, które jej nadużywają.

Osobiście uważam, że przemoc jest środkiem, po który powinniśmy sięgać dopiero na samym końcu, gdy wszystkie nieprzemocowe sposoby rozwiązania sytuacji zawiodą i jasnym będzie, że będą zawodziły dalej. I ani chwili wcześniej. Nie jest to oczywiście twarda zasada – jeśli ktoś jest bity na ulicy, prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem byłoby jak najszybsze użycie przemocy, by to bicie przerwać – ale raczej ogólne założenie.


Bibliografia:

Definicja przemocy PWN:

Definicja przemocy WHO:

Max Weber, Polityka jako zawód i powołanie:



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...