czwartek, 10 października 2019

Anime. Esencjalizm

fragment grafiki, całość tutaj.

Jak zdefiniować anime? Jeśli macie doświadczenia z właściwie jakimkolwiek fandomem popkulturowym, prędzej czy później ta kwestia pojawi się w którymś z podwątków facebookowej dyskusji albo – jeśli jesteście dostatecznie oldskulowi – w którymś temacie na forum. Dyskusji na ten temat była cała masa i, wedle mojej wiedzy, nie został wypracowany w tej materii żaden twardy konsensus. Ja też nie mam zamiaru żadnego proponować, po prostu sam dyskurs na ten temat dość dobrze obrazuje koncepcję, o której chciałbym opowiedzieć w tej notce. To taki przypadek, gdy pytanie nie dostarcza odpowiedzi… ale samo w sobie może dostarczyć odpowiedzi na zupełnie inne pytanie.

Spróbujmy zatem zbudować jakąś definicję. Zacznijmy od najprostszej – anime to animacja z Japonii. Tu od razu pojawia się szereg problemów, ponieważ istnieje sporo animowanych produkcji stworzonych w Japonii (dla jasności – przez japońskich twórców, z inicjatywy japońskich twórców, w japońskich studiach produkcyjnych, nie w ramach outsourcingu), które nie są uznawane za anime. Kreskówka Panty & Stocking with Garterbelt nie jest uznawana za anime, ponieważ zarówno w treści, jak i w formie ta bardzo silnie wzorowana jest na produkcjach Cartoon Network z początków XXI wieku. Okej, czemu Panty & Stocking with Garterbelt nie jest uznawane za anime? Ponieważ nie jest stworzone „w stylu” anime. Anime to bowiem określona estetyka, ze specyficznie rysowanymi postaciami, określonym sposobem animacji i tak dalej. Problem polega na tym, że ta estetyka wykorzystywana jest również przez twórców z innych krajów – i ich dzieł nie nazywamy „anime”. Przykładem może być choćby Boondocks, stworzone głównie przez amerykańskich animatorów w USA. Albo Avatar: The Last Airbender. Albo Castlevania od Netflixa. Dla laika te kreskówki są nieodróżnialne od anime, ale nazwanie którejś z nich tym terminem jest bardzo prostym sposobem na poirytowanie twojego kumpla pasjonującego się japońską animacją.

No dobrze – w takim razie anime to kreskówka w określonym stylu, która została stworzona wyłącznie przez Japończyków? Cóż… też jakby nie? Cannon Busters, nowa animowana produkcja Netflixa, została wyprodukowana w Japonii, przez rdzennie japońskie studio Satelight… której twórcą jest rdzennie amerykański (konkretnie – nowojorski, do tego czarnoskóry) twórca LaSean Thomas, a samo anime jest adaptacją jego autorskiego komiksu – nie mangi – za scenariusz odpowiedzialny jest natomiast sam Thomas oraz Joseph Torres, Kanadyjczyk (żeby było śmieszniej, pochodzący z Filipin). A jednak Cannon Busters jest, z tego co mi wiadomo, uznawane i raczej bezdyskusyjnie powszechnie za anime – ma swój profil na MyAnimeList.net, piszą o nim portale specjalizujące się w anime…

Mógłbym tak jeszcze długo, ale myślę, że rozumiecie już, co chcę przekazać – niezależnie od tego, jaką definicję anime zbudujemy, gwarantuję, że zawsze znajdziemy jakieś przykłady dzieł, które uznawane są za anime, ale do tej definicji w jakimś stopniu nie pasują oraz dzieł, których nie nazywamy anime, choć w teorii wyczerpują wszelkie znamiona definicji. Niezależnie od tego, w jaki sposób rozłożymy parasol, nigdy nie będzie on na tyle szeroki, by pokryć wszystkie dzieła anime i zawsze będzie przykrywał jakieś dzieła, które anime nie są. Byłem świadkiem bardzo wielu dysput na ten temat, które najczęściej kończyły się albo wielką kłótnią albo wyczerpaniem dyskutantów – nigdy wyczerpaniem dyskusji czy odnalezieniem Złotego Graala ultymatywnej definicji anime.

Esencjalizm jest wywodzącym się z filozofii starożytnej poglądem, że wszystko ma swoją esencję – pewną określoną właściwość, za pomocą której odróżnia się daną rzecz od innych. Jeśli coś ma esencję, powiedzmy, jabłka, jest jabłkiem. Jeśli nie ma esencji jabłka, jest czymś innym, możliwe że gruszką ale niewykluczone, że śledziem, stołem albo kulturowym zawłaszczeniem. Każda esencja (albo, jakby to powiedział Arystoteles, substancja) jest unikalna dla rzeczy, którą określa – gdyby gruszka i jabłko miały taką samą esencję, byłyby tą samą rzeczą. Esencjalizm to jeden z najstarszych i najbardziej podstawowych poglądów filozoficznych w naszym kręgu cywilizacyjnym. Nauki ścisłe bardzo, bardzo długo na nim – bez esencjalizmu kategoryzowanie, na przykład gatunków i podgatunków zwierząt w biologii, byłoby niemożliwe. Generalnie zatem esencjalizm działał sobie całkiem nieźle. Potem jednak przyszedł Charles Darwin i wszystko poszło w diabły.

Darwin, czego oczywiście nie muszę pisać, ale dla precyzji wywodu jednak to zrobię, napisał książkę O powstawaniu gatunków, w którym wyłożył swoją rewolucyjną teorię ewolucji mówiącą, najprościej rzecz ujmując, że jedne zwierzęta mogą stawać się innymi zwierzętami, jeśli Natura będzie robić im straszne rzeczy en masse i przez bardzo długi okres. A to w oczywisty sposób rozwala fundament esencjalizmu – jeśli ryba może się (poprzez niezliczone lata doboru naturalnego) stać jaszczurką, to znaczy, że esencja ryby i esencja jaszczurki są… takie same? A zatem oba te zwierzęta są tak naprawdę jednym zwierzęciem i tak powinniśmy je traktować? Generalnie wprowadziło to mnóstwo zamieszania, nie tylko w świecie nauk ścisłych, ale też religijnych i filozoficznych. Odkrycie Darwina było zresztą istotną inspiracją filozofii postmodernizmu – dawało bowiem bardzo solidną podstawę do kwestionowania faktu, iż istnieje jakaś inherentna, niezmienna natura rzeczy.

Antyesencjonaliści – osoby podrzucające przekonanie, że każda rzecz posiada właściwą sobie esencję odróżniającą ją od innych rzeczy – najczęściej utożsamiani się z antyfundacjonistami, czyli osobami odrzucającymi ideę, że istnieje jakiś fundamentalny punkt wyjścia dla całej wiedzy, że istnieje jakiś niekwestionowany, niezaprzeczalny osąd, na którym opiera się cała reszta osądów. Tak jak Kartezjusz, który wypowiedział słynne słowa „myślę, więc jestem”, po tym jak odrzucił wszystko, w co tylko mógł wątpić i doszedł do wniosku, że tym, co pozostało, podstawą wszelkiej wiedzy, owym niezaprzeczalnym fundamentem jest jego istnienie jako myśląca jednostka. Potem przyszedł Hegel i zwrócił mu uwagę, że jego myślenie, tak samo jak wszystko, co odrzucił po drodze, wcale nie jest takie niekwestionowalne. Gdyby nie wpływy z zewnątrz, takie jak edukacja, wychowanie w określonych warunkach, uczestnictwo w życiu społecznym, przyswojenie języka i umiejętności rozumowania, nie byłby w stanie dojść do konkluzji „myślę, więc jestem”. Antyfundacjonalistami byli, jak nietrudno się domyśleć, moi ukochani postmodernistyczni dziadkowie, z Jacquesem Derridą i Michelem Foucaultem na czele.

Esencjalizm jest bardzo poręczną ideą – dostarcza nam bowiem bardzo prostych, jednoznacznych rozróżnień rzeczy, procesów, przedmiotów i idei. Większość nauk ścisłych prawdopodobnie nie byłaby w stanie rozwinąć się gdyby nie esencjalistyczne podeście do świata. O ile jednak esencjalizm był i nadal pozostaje pożytecznym narzędziem jeśli chcemy przeprowadzić jakieś obliczenia matematyczne albo sporządzić atlas zwierząt, o tyle pojawiają się problemy, gdy dwóch otaku zaczyna kłócić się o to, czy Neo Yokio jest anime czy zachodnią kreskówką. Albo gdy – na moment odwołując się do innego fandomu – czy Rok 1984 George’a Orwella jest science-fiction czy nie. Esencjonalizm nie jest nam w stanie pomóc, ponieważ nie istnieje żadna funkcjonalna esencja takich pojęć jak anime czy fantastyka naukowa. Istnieje pewna pula dość luźno powiązanych ze sobą cech i właściwości przez którą nawigujemy, w znacznej mierze intuicyjnie, opierając się na konsensusach. Oczywiście, tworzy to problemy nie tylko dla piwniczaków przekrzykujących się wzajemnie w mediach społecznościowych. Koncepcja esencjalizmu płciowego – założenia, że kobiecość i męskość posiadają odmienne esencje – jest dość powszechnie wykorzystywana do wykluczania osób nienormatywnych płciowo z różnych przestrzeni życia społecznego. Esencjalizm jest fajny i pożyteczny, dopóki sytuacja nie robi się trochę bardziej skomplikowana, jak przy pojęciach pokroju „rasa”, „inteligencja” czy nawet „człowiek”.

Ważna jest jeszcze jedna rzecz i chciałbym przyłożyć do niej dużą wagę, bo wiem, że tego typu nieporozumienia są w tym temacie na porządku dziennym. Antyesencjalizm nie oznacza relatywizmu. To, że rzeczy nie mają indywidualnych esencji, nie oznacza, że wszystko może być wszystkim innym i nic tak naprawdę nie ma sensu. Generalnie najłatwiej jest myśleć o tym jak o spektrum. Wyobraźcie sobie prostokątny pasek papieru, który na jednym końcu jest biały, na drugim czarny, a przestrzeń pomiędzy wypełnia cała skala szarości. Na białym końcu umieśćmy coś, co na pewno, niezaprzeczalnie jest anime – powiedzmy, Dragon Ball Z. Na czarnym końcu umieśćmy coś, co anime nie jest z całą pewnością – dajmy na to What’s Opera, Doc?, słynną kreskówkę z królikiem Bugsem i Elmerem Fuddem z 1957 roku. Przestrzeń pomiędzy zajmować będą rzeczy, takie jak wspomniane wyżej Neo Yokio, Castlevania, Boondocks albo Samurai Jack (prawdopodobnie bliżej czarnego końca). Różnice oczywiście istnieją, ale są znacznie bardziej złożone niż zerojedynkowa kategoryzacja.

Osobiście staram się stosować regułę funkcjonalności – jeśli w danej sytuacji używanie terminu „anime” ma sens w kontekście prowadzonej dyskusji, ułatwia komunikację i wzajemne zrozumienie, dopóty będę je stosował. Jeśli nie – to nie. Jeśli ktoś na przykład mówi o stanie japońskiego przemysłu animacji w kwestiach logistycznych, finansowych i tak dalej i za przykład przywoła Avatara – będę się czepiał. Jeśli inna osoba, w innej dyskusji przywoła tę samą kreskówkę w kontekście estetyki anime – nie będę miał z tym problemu. Wydaje mi się, że to najlepsze podejście do tego typu spraw. Nie tylko gdy rozmawiamy o kreskówkach.

czwartek, 3 października 2019

RECENZJA: Skrzydła

fragment okładki, całość tutaj.

Tworzenie unikalnych światów przedstawionych w fantastyce – takich, które nie opierają się głównie na bezpośrednich odwołaniach do rozpoznawalnych, ikonicznych elementów kojarzonych z fantasy (elfy, krasnoludy i tak dalej) czy do realnego świata – nie jest rzeczą prostą. Media wizualne mają tu trochę łatwiejsze zadanie, bo łatwiej jest w nich pokazać pewne rzeczy w szybki, czytelny i zrozumiały sposób. Proza musi się natomiast opierać na ekspozycji – przez dialog albo narrację. Jeśli tej ekspozycji będzie zbyt wiele, czytelnik uśnie z nudów. Jeśli będzie jej zbyt mało – nie będzie w stanie zrozumieć, co się dzieje, bo nie wszystkie rzeczy da się wywieść z samego kontekstu.

Skrzydła wpadają w tę drugą pułapkę. Powieść tonie w zalewie niewyjaśnionych (albo bardzo słabo wyjaśnionych) neologizmów, idei, do których bohaterowie i bohaterki przykładają w dialogach wielką wagę, ale nigdy nie eksplorują ich na tyle, by i czytelnicy byli w stanie tę wagę pojąć. Jeśli pojawia się jakaś ekspozycja, bardzo często dotyczy rzeczy zależnych od informacji, których narracja nam nie dała, co dodatkowo wzmacnia konfuzję. Przyznam, że właściwie przez całą lekturę miałem olbrzymie problemy z nadążeniem za opowieścią. Po lekturze trzydziestu albo czterdziestu pierwszych stron uświadomiłem sobie, że zupełnie nie mam pojęcia, co się dzieje, kim jest główna bohaterka, jakie są jej motywacje i kontekst działań – i musiałem zacząć czytać jeszcze raz od początku. Z niewiele lepszym zresztą rezultatem.  

Skrzydła wymagają szalenie uważnej lektury i nieustannego skupienia, co samo w sobie nie jest niczym złym – problemem jest to, że nigdy nie dostarczają żadnego stymulanta, który uczyniłby ten wysiłek znośnym, albo chociaż sensownym. Stymulantem w formach literackich może być cokolwiek – na przykład dynamiczne, soczyste, inteligentne dialogi. Albo specyficzny, intrygujący styl, jakim posługuje się autor. Albo fabuła zaplanowana w taki sposób, by cały czas utrzymywała w napięciu. Albo fascynująco opisywana i eksplorowana idea. Albo ciekawa forma. Cokolwiek, co pozwoli utrzymać mózg czytelnika w skupieniu i da mu motywację do przerzucenia kolejnej strony lub odświeżenia kolejnego ekranu na czytniku książek elektronicznych. Skrzydła polegają jednak na wszystkich tych polach.

Dialogi są bardzo złe. Wszyscy bohaterowie mówią w dokładnie taki sam sposób, z tą samą dynamiką, zasobem słownictwa, identycznie konstruując wypowiedzi – z wyjątkiem jednej bohaterki, która jako jedyna przeklina i to jest jej wyłączna właściwość. Gdyby pozamieniać zaimki i imiona, w dziewięciu przypadkach na dziesięć nie zorientowałbym się pewnie, że coś jest nie tak. Wypowiedzi są na ogół pustymi nośnikami informacji, bez indywidualizujących perspektyw, spostrzeżeń postaci, które by nam coś o wypowiadających je bohaterach niebezpośrednio mówiły, napomknięć sugerujących jakieś głębsze emocje albo przemyślenia. Nieporadnie skonstruowane, nienaturalnie brzmiące wypowiedzi typu: „Wybacz, ale wyczerpałam już mój limit pochopnego zgadzania się na umowy” zgrzytają właściwie co chwila.

Narracja jest stuprocentowo funkcjonalna, ale równie stuprocentowo wyprana z estetycznego indywidualizmu. Nie licząc kilku bardzo prostych metafor tu i tam oraz tvtropesowych kalek, całość przypomina suchy opis sytuacji, zachowań postaci i otoczenia – niemal wszystko w dokładnie takim samym tempie, z dokładnie taką samą rytmiką, niezależnie od tego, czy sytuacja jest dynamiczna, czy statyczna. Po kilku akapitach utrzymanie skupienia i uwagi staje się prawie niemożliwe. Dopiero po jakichś trzystu stronach dotarło do mnie, że główna bohaterka jest niewidoma, choć jestem prawie pewien, że ta informacja przewijała się co najmniej kilka razy wcześniej – była jednak tak irrelewantna dla opowieści i tak znikoma na sposób postrzegania rzeczywistości przez protagonistkę, że mój mózg po prostu ją ignorował.

To nie jest koszmarnie zła powieść – niezupełnie. Fabuła, gdy już poskłada się do kupy wszystkie informacje jest całkowicie przyzwoita. Historia dziewczyny znikąd, która niespodziewanie dla samej siebie okazuje się predestynowana do czegoś wielkiego jest… nie ukrywajmy, niespecjalnie odkrywcza, ale też nadaje się na fundament dla czegoś bardziej interesującego nie gorzej, niż jakikolwiek inny narracyjny punkt wyjścia. Dialogi budzą znużenie, ale nie ciarki wstydu. Narracja jest klinicznie nijaka, ale nigdy nie wpada w niezamierzony komizm. Postacie są tekturowe, ale nie irytują głupimi zachowaniami czy niespójnie prezentowanym charakterem. Częściowo na tym właśnie polega problem. Elementy konstrukcyjne powieści nie są obraźliwie złe – w żadnym razie. Po prostu niespecjalnie dobre komponenty, z których zbudowany jest tekst nawarstwiają się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu Skrzydła stają się po prostu nieznośne.

Co jest tym bardziej frustrujące, że wszystkie kropki są na swoim miejscu – problem tylko, że nic ich nie łączy. Skrzydła mają wyrazisty ptasi motyw, ale wyróżniający się skupieniem nie na eterycznej wolności, lataniu i swobodzie kojarzonej zwykle z uskrzydlonymi istotami, tylko na ich fizyczności, gniazdowaniu, agresji i terytorializmie. To tematyczny drogowskaz, który w teorii powinien być mocnym fundamentem dla zajmującej opowieści… ale nim nie jest. Nigdy tak naprawdę nie udało mi się przejąć czymkolwiek, co przewinęło się przez pięćset stron książki. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że autorka wymyśliła cały ten misternie zaprojektowany świat przedstawiony z jego obyczajami, historią, religią, obyczajowością i polityką wewnętrzną oraz zewnętrzną i gdy przystąpiła do pisania, zapomniała, że w przeciwieństwie do niej czytelnicy nie mają w głowach tej skonceptualizowanej, precyzyjnej, dopracowanej w najdrobniejszych detalach wizji uniwersum, którą mogliby traktować jako intuicyjny punkt odniesienia dla kontekstu kolejnych wydarzeń.

Skrzydła są opowieścią o współzależności i kontroli, o próbie pozyskania i oswojenia indywidualności oraz prawa do samostanowienia w opresyjnej sytuacji. Tym bardziej w kontraście do treści szokuje to, jak zimną i wyobcowaną jest forma opowieści – precyzyjny, wystudiowany język narracji, hipergramatyczne, a przez to niewiarygodnie brzmiące dialogi, suche opisy. Nawet – zwłaszcza – gdy dochodzi do jakiegoś teoretycznie bardziej dramatycznego momentu, kontrast między językiem i opisywanymi przeżyciami bohaterów jest zbyt wielki, by zaszła u czytelnika jakaś emocjonalna reakcja. Narrator opisuje uczucia, których bohaterowie nie przeżywają w naturalny sposób, bohaterowie toczą rozmowy o rzeczach, których nie rozumiem na poziomie intuicyjnym, pojawiają się opisy kompleksowych uczuć, które nijak nie objawiają się organicznie, w wypowiedziach i zachowaniach bohaterów nieopatrzonych narratorskim komentarzem. Show, don’t tell jako złota porada dla pisarzy jest już tak wytarta, że stała się właściwie memem, Fedyk ma jednak inny, trochę bardziej złożony problem – mówi nam o rzeczach, które powinno się pokazywać i pokazuje rzeczy, które powinno się nam mówić. W rezultacie narracyjny klej trzymający w całości wszystkie komponenty powieści jest zbyt słaby i Skrzydła rozsypują się pod czytelniczym okiem.

Karolina Fedyk jest powieściową debiutantką, ale zanim napisała i opublikowała Skrzydła zdążyła zgromadzić całkiem sympatyczny dorobek pisarski w postaci publikowanych tu i ówdzie opowiadań oraz wierszy, w sporej części – po angielsku. W trakcie lektury Skrzydeł dopatrzyłem się kilku charakterystycznych dla angielszczyzny sformułowań, które po polsku brzmią niezgrabnie i wyglądają jak niewprawne tłumaczenie. Może to na tym polega problem – Fedyk po prostu nie jest oswojona z żywą, literacką polszczyzną? Wątpię, by było to całe wytłumaczenie literackiej słabości Skrzydeł. W przeszłości czytałem jedno albo dwa opowiadania autorki. Pamiętam, że oceniałem je jako rzeczy mające duży potencjał i gdyby Fedyk na poważnie skupiła się na eksploracji idei i motywów, które wykorzystuje, byłyby naprawdę interesujące. Do tej pory tłumaczyłem sobie, że to forma opowiadań zmuszała autorkę do kompresji swojego talentu. Głównie dlatego sięgnąłem po tę powieść. Chciałem przekonać się, czy dłuższa forma pozwoli autorce na odpowiednie rozwinięcie,nomen omen skrzydeł. Rozczarowałem się w bardzo przykry sposób. Powieściowy debiut dziedziczy bowiem wszystkie wady poprzedzających go opowiadań i nie oferują zbyt wiele w ramach rekompensaty.

Skrzydła nie są dobrą powieścią. To kilka intrygujących, rozpaczliwie wołających o głębszą eksplorację idei zgrzebnie spiętych w fabułę, która nie jest w stanie poruszyć na żadnym poziomie. Bohaterowie płyną przez historię jak aktorzy recytujący wyuczone kwestie. Opisy otoczenia są suche, szczątkowe, a ich znaczenie dla zachowań postaci i akcji tak znikome, że świat przedstawiony przypomina raczej makietę. Konflikty napędzające fabułę są zbyt abstrakcyjne, a relacje między postaciami – zbyt banalne, by się nimi przejąć. Kilkanaście ostatnich stron powieści wypada na tym tle odrobinę lepiej – autorka w toku pisania czuła się coraz bardziej komfortowo z własną kreacją, co jest dość naturalnym procesem dla większości powieściowych debiutantów. Skrzydeł to niestety nie ratuje w żaden znaczący sposób, ale daje nadzieje na to, że kolejne książki Fedyk będą lepsze. A naprawdę nie trzeba aż tak wiele, by były dobre.


Tekst powstał w ramach współpracy z portalem Legimi oraz producentem czytników książek elektronicznych PocketBook

piątek, 27 września 2019

Animorphs. 34 – The Prophecy

fragment okładki, całość tutaj.

The Prophecy to trzydziesty czwarty tom serii i zarazem dziesiąty, którego narratorką jest Cassie. Jest to również ósmy tom, którego autorem jest nie Katherine A. Applegate (oraz jej mąż), tylko wynajęty przez wydawnictwo Scholastic autor widmo. Tym razem powraca Melinda Metz, znana głównie z autorskiej serii książek młodzieżowych Roswell High opowiadających o kosmitach chodzących do liceum i zakochujących się w sobie nawzajem (i w ziemskich nastolatkach), tyle przynajmniej zapamiętałem z lektury tych kilku tomów, które ukazały się w naszym kraju. Jest tam, co prawda, jakiś spójny wątek sci-fi, ale raczej niespecjalnie interesujący. Cykl doczekał się serialowej adaptacji, która z kolei niedawno otrzymała reboot – nie wiem na ile wierny literackiemu pierwowzorowi, bo go jeszcze nie widziałem. Metz ma już na koncie jedno „widmowanie” w Animorphs, które całkiem mi się podobało, więc mam nadzieję, że tak będzie i tym razem. Cassie potrzebne są dobre książki, bo nadal jest to najmniej interesująca i budząca najmniej sympatii bohaterka pierwszoplanowa cyklu.

Po obligatoryjnym wstępie (bardzo krótkim i podanym w skondensowanej formie) dostajemy infiltracyjną akcję w wykonaniu Cassie i Rachel, które w morphach szczura i kota włamują się do domu swojej nauczycielki. Czemu? Czyżby była Kontrolerką? Działającą w ukryciu agentką rządową, którą będzie można zwerbować? Posiadała jakiś andalicki artefakt? Nie, nie i nie. Okazało się, że Cassie omyłkowo wsadziła do pracy domowej swoje bazgroły, w których wyznaje Jake’owi miłość i ze strachu przed nieręczną sytuacją towarzyską wykorzystała potężne moce dane jej przez umierającego kosmicznego paladyna do walki z przerażającym najeźdźcą, by... eee… wykraść lekko zawstydzający ją kawałek papieru z mieszkania niewinnej osoby. Panie, Panowie, Osoby Niebinarne – oto nasza obrończyni. Tak, wyzłośliwiam się tu trochę bezsensownie i nieuczciwie, bo dzieciaki regularnie używają swoich mocy w nieodpowiedzialny, niefrasobliwy sposób i Cassie nie jest tu jedyną (ani nawet największą) winowajczynią.

W trakcie powrotu do domu (na sowim morphie) Cassie rozważa swój związek z Jake’em. Jest pewna zarówno swoich uczuć, jak i jego – przeszkadza jej jednak, że całują się ze sobą jedynie po akcjach, w których grozi im największe niebezpieczeństwo, a ich zbliżenia służą raczej odreagowaniu stresu i napięcia, nie zaś zacieśnianiu emocjonalnej więzi. Albo Jake ma jakiś specyficzny fetysz, ale to zbyt grząski grunt, bym czuł się na nim bezpiecznie, więc dajmy temu spokój. Rozważania natury romantycznej przerwane zostają przez nagłe wtargnięcie Hork-Bajira na tyły stodoły rodziców Cassie. Dziewczyna jest oczywiście przerażona, że Yeerkowie odkryli w końcu jej tożsamość i jej rodzinę czeka asymilacja, a ją samą śmierć. Cassie atakuje kosmitę. Po chwili orientuje się jednak, że popełniła błąd, bo Hork-Bajir, który postanowił ją odwiedzić nie był nosicielem, tylko jednym z wyzwolonych przez Tobiasa i resztę Animorphów (wydarzenia z tomu The Change). Kosmita domaga się pomocy – ktoś bowiem odkrył ich osadę. I nie byli to Yeerkowie, tylko Arn – przedstawiciel rasy, która stworzyła Hork-Bajirów.

Tu drobna uwaga. Spora część mitologii świata przedstawionego zaprezentowana w tym tomie została wcześniej opisana w spin-ofiie serii, którego jeszcze tu nie omówiłem… bo go nie przeczytałem. Postaram się opisać całość w możliwie zrozumiały sposób, ale jeśli coś przekręcę to właśnie dlatego, iż nie miałem do tej pory okazji zgłębić pobocznych materiałów związanych z Animorphs. Początkowo planowałem rozprawić się z nimi dopiero gdy przeczytam już całą główną serię, ale teraz widzę, że konteksty zawarte w spin-offach są dość kluczowe, więc… zobaczymy jak to z tym będzie. Póki co opieram się na streszczeniach i fanowskich encyklopediach internetowych, które na szczęście są bardzo użyteczne. Nie zazdroszczę jednak dzieciakom w latach pierwszej dekady XXI wieku czytającym książki na bieżąco, które z takich luksusów korzystać nie mogły.

Arnowie stworzyli Hork-Bajirów za pomocą inżynierii genetycznej. Powodem była katastrofa naturalna na ojczystym świecie obu tych ras, która zostawiła planetę w rozpaczliwej potrzebie wyhodowania olbrzymich i rozległych lasów, zdolnych podtrzymać atmosferę na zdatnym do egzystencji poziomie. Wyhodowaniem tych lasów mieli się zająć właśnie Hork-Bajirowie, wyhodowani w tym właśnie celu. Później przylecieli Yeerkowie, uświadomili sobie, że gigantyczny, naszpikowany ostrzami i kolcami biologiczny kombajn, jakim jest każdy Hork-Bajir można z powodzeniem wykorzystać w warunkach bojowych i… reszta jest już historią, bardzo dla Hork-Bajirów smutną.

Dzieciaki lecą do osady, by sprawdzić, czegóż to przedstawiciel rasy Arn może chcieć od grupki uchodźców ukrywających się na naszej planecie. Na powitanie wychodzi im Toby, pierwsza od wielu lat przedstawicielka Hork-Bajirów urodzona na wolności. Dziewczynka tłumaczy im sytuację i prosi o pomoc w rozmówieniu się z przybyszem. Gdy Animorphy zwracają uwagę na fakt, że to raczej wewnętrzna politycznie sprawa między Hork-Bajirami i ich twórcami, Toby stwierdza, że plany tego konkretnego Arna mogą mieć znacznie większe znaczenie. Arn okazuje się, no cóż, dupkiem, co w żadnym razie nie jest jakimś wyjątkiem wśród kosmitów z uniwersum Animorphs, ale i tak nadal potrafi być męczące. Przedstawia się jako Quafijinivon i informuje zgromadzonych, że jest ostatnim przedstawicielem własnego gatunku.

A i on sam niedługo rozstanie się z życiem. Quan… Qui… Qual… będę po prostu pisał „Arn”, dobrze? No więc Arn chce przed śmiercią dać Hork-Bajirom szansę na powtórne narodziny i zemstę na Yeerkach. Animorphy, znający dość dobrze historię obu tych ras, są – delikatnie rzecz ujmując – sceptyczni. Ax posuwa się nawet do groźby ukrócenia cielesnych mąk przybysza, obywa się jednak bez rękoczynów. Arn planuje pobrać DNA wolnych Hork-Bajirów i wyhodować nową kolonię tych istot na ich ojczystej planecie, tym razem przystosowanych do zabijania Yeerków – i w ten sposób przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść ruchu oporu. Poza tym potrzebuje jednak dostępu do arsenału, który przed śmiercią zgromadziła Aldrea-Iskillion-Falan, andalicka wojowniczka zakleszczona w ciele Hork-Bajira i prowadząca w przeszłości wojnę podjazdową z Yeerkami – o tym wszystkim mogliśmy poczytać w spin-offie, o którym wspomniałem wyżej. Arn posiada coś w rodzaju starwarsowego holokronu, w którym przetrzymuje fale mózgowe Aldrei, ale by go odtworzyć, musi nałożyć te fale mózgowe na jakąś podobną Aldrei istotę, najlepiej kobietę, najlepiej wojowniczkę.

Naturalnym wyborem wydaje się oczywiście Rachel. By odrobinę skomplikować sytuację, Ax zwraca uwagę na fakt, że jeśli Aldrea nie będzie chciała opuścić zwojów mózgowych osoby, która jej tych zwojów użycza, nie będzie istniał żaden sposób, by ją do tego zmusić. Toby zarzuca Axowi uprzedzenia rasowe – Aldrea dobrowolnie wybrała żywot Hork-Bajira, więc, w przekonaniu Axa musi być z nią coś nie tak. Dodajmy do tego fakt, że Andalici w przeszłości stworzyli wirus uśmiercający Hork-Bajirów, by pozbawić Yeerków dostępu do użytecznych nosicieli i dostajemy jedną z tych ważkich sytuacji moralnych, za które tak mocno kocham Animorphs. Rachel (i Toby, która również zaoferowała swój umysł do tego eksperymentu) mimo wszystko godzi się na te warunki. Ostatecznie jednak to nie ona – ani nie Toby – zostaje wybrana na nosicielkę myśli Aldrei… tylko Cassie.

Dziewczyna jest w nietęgim szoku. Przez pewien czas usiłuje poukładać się z nową świadomością zainstalowaną w jej umyśle – nie, żeby było to dla niej nowe doświadczenie, ostatecznie Cassie miała już epizod z Yeerkiem w głowie – i w końcu zaczyna nawiązywać rozmowę z Aldreą. Aldrea zaczyna przypominać sobie wszystko i w końcu uświadamia sobie, że jest martwa – że tak naprawdę jest jedynie czymś w rodzaju psychicznego odcisku palca. W tym momencie narracja przeskakuje na jej perspektywę i od tego momentu przeskakiwać będzie od czasu do czasu aż do końca książki – ten tom, podobnie jak kilka innych wcześniej, ma więcej, niż jedną narratorkę.

Aldrea jest dość wkurzona gdy dowiaduje się, że fale mózgowe jej ukochanego nie przetrwały, a ich syn zmarł jako niewolnik Yeerków. Co gorsza, jej fale mózgowe pochodzą z okresu zanim jeszcze zgromadziła gigantyczne zasoby na użytek ruchu oporu, więc nie ma pojęcia, gdzie ukryte są te pokłady uzbrojenia. Przyznaje jednak, że prawdopodobnie potrafiłaby je odnaleźć – ostatecznie zna samą siebie na tyle dobrze, by wywnioskować, gdzie mogłaby je schować. Aldrea nie wierzy jednak w czyste intencje Arna i nie ma zamiaru przyłożyć ręki do wyhodowania nowego pokolenia Hork-Bajirów wyłącznie w celu zabicia poprzedniego pokolenia Hork-Bajirów, które zostało zdominowane przez Yeerków. Ostatecznie daje się jednak przekonać – nie bez kilku złośliwości pod adresem Arna… i Axa, bo na Andalitów też wciąż jest wkurzona za całą tę próbę eksterminacji Hork-Bajirów. Aldrea uznaje się bowiem za Hork-Bajira, nie Andalitę i… generalnie nie widzę powodów, by odmawiać jej tej identyfikacji. W przeciwieństwie do Axa. Inna sprawa, że Aldrea zapytana o to, czy opuści ciało Cassie po wykonaniu zadania, unika jednoznacznej odpowiedzi.

Animorphy instruują Aldreę co do możliwości bojowych morphów Cassie. W trakcie tego treningu Rachel nie jest w stanie ukryć rozczarowania, że to nie ją wybrała na swoją nosicielkę słynna rebeliantka. Aldrea wyznaje, że nie dokonała tego wyboru świadomie. Aldrea na próbę przybiera postać wilka i zabiera Cassie na przejażdżkę. W międzyczasie Cassie orientuje się, że Aldrea posiada umiejętność przejęcia pełnej kontroli nad ciałem dziewczyny i zablokowania jej odzyskania tej kontroli. Zaczyna podejrzewać, że Aldrea wybrała Cassie nie dlatego, że ich temperamenty były najbardziej kompatybilne, ale dlatego, że jest – znacznie bardziej niż Rachel – łatwa do zdominowania.

Cały kolejny rozdział poświęcony jest rozmowie z Erekiem który zorganizuje dla naszych bohaterów zastępstwo na czas ich kosmicznej eskapady. Gdyby zniknęli na kilka dni (albo nawet dłużej), wzbudziłoby to podejrzenia. Ludzie zadawaliby pytania. Niewykluczone, że Yeerkowie dodaliby w końcu dwa do dwóch. Na szczęście grupka androidów zdolnych przybrać ich postacie i żyć ich życiami przez jakiś czas rozwiązała ten problem. Erek wypytuje wszystkich po kolei odnośnie wskazówek potrzebnych duplikatom do naturalnego udawania podstawionym dzieciakom. Na co uważać, czego pilnować… w trakcie tej rozmowy bohaterowie odsłaniają trochę swoje priorytety albo to, w jaki sposób postrzegają samych siebie. Marco śmieszkuje, próbując namówić Ereka, by jego duplikat zaprosił na randkę dziewczynę, która mu się podoba, a do której Marco nie ma odwagi podbić. Rachel zaznacza, by jej duplikat pamiętał, by być opryskliwym dla jej młodszych sióstr. Cassie boi się o swoich rodziców. Jake nie boi się o nic, a przynajmniej z niczym się nie zdradza. A Aldrea przysłuchuje się temu wszystkiemu z pryncypialną irytacją.

W trakcie podróży (statkiem, który Arn wykradł wcześniej Yeerkom) Ax wypomina Aldrei, że to jej ojciec odpowiedzialny był za użyczenie Yeerkom technologii, dzięki której byli w stanie stać się potężną kosmiczną siłą. Aldrea przypomina mu, że jego brat zrobił mniej więcej to samo, dając ludzkim dzieciakom technologię morphowania. Ax wkurza się, że Aldrea porównuje swojego ojca do jego brata. Rachel wkurza się, że Aldrea porównuje ludzi do Yeerków. Tobias chce przyłączyć się do sprzeczki, ale Jake przypomina sobie, że jest szefem (i badassem) i przywraca wszystkich do pionu. Nieco później Aldrea ma zły sen, współdzielony przez Cassie. Podróż mija w dość nerwowej, ale stosunkowo spokojnej atmosferze.

A potem wpadają na kosmiczną potyczkę między andalickim statkiem i fregatą Yeerków. Andalici otwierają do nich ogień, podejrzewając, że Animorphy są wsparciem wroga. Jake rozkazuje Aldrei przejść stery. Dzięki jej umiejętnościom bojowym, ekspertyzie Axa i przytomności Jake’a, udaje się opanować sytuację. Bohaterowie schodzą na powierzchnię. Aldrea zaszokowana jest stanem, w jakim Yeerkowie pozostawili świat, który uznała za swoją prawdziwą ojczyznę. Cassie orientuje się, że Aldrea nie ma zielonego pojęcia, gdzie szukać kryjówki z bronią – i Aldrea przejmuje kontrolę nad jej ciałem, by powstrzymać swoją nosicielkę przed zdradzeniem tego faktu. Cassie mimo wszystko go ujawnia, bo Aldrea, trochę przerażona tym, do czego się posunęła, niemal natychmiast zwróciła jej kontrolę. Jake jest dość mocno wkurzony na Aldreę, jednak obywa się bez dramatycznych posunięć czy decyzji. Animorphy zmieniają się w Hork-Bajirów, by lepiej wtopić się w otoczenie.

Aldrea proponuje Cassie, by to ona przejęła kontrolę nad jej ciałem, jako że jej doświadczenie w posługiwaniu się ciałem Hork-Bajira jest daleko większe. Podsumujmy zatem, bo to coś naprawdę imponującego. Aldrea urodziła się jako Andalitka, ale z czasem uznała, że identyfikuje się jako Hork-Bajir. W tym celu dobrowolnie zakleszczyła się w formie Hork-Bajira, w której przeżyła resztę swojego życia i w której zmarła. Wcześniej jednak jej fale mózgowe zostały zgrane i wiele lat później naniesione na umysł ludzkiej nastolatki. Teraz ta nastolatka przybrała formę (innego) Hork-Bajira i Aldrea ma kontrolę nad jej ciałem. Myślę, że nawet Jean Baudrillard powiedziałby, że to trochę za wiele. Cassie zaczyna zastanawiać się, czy nie pozwolić Aldrei na permanentne zamieszkiwanie jej ciała. Bardzo podoba mi się fakt, że choć analogie z Aldreą i Yeerkami są oczywiste i narzucają się same, autorka nigdy ich nie werbalizuje, ufając w inteligencję czytelnika. Aldrea tłumaczy, że broń ukryta jest najpewniej w wydrążonym pniu drzewa, które niegdyś służyło jej za bazę ruchu oporu. Haczyk? Wejście znajduje się pod powierzchnią wody… w basenie Yeerków.

Plan, jaki wysmażyli nasi bohaterowie jest… powalający. Otóż wszyscy z wyjątkiem Cassie, zmienią się w pchły, Cassie zamknie je w swoich ustach, zmieni się w rybołowa, podleci w pobliże basenu, przemieni się w wieloryba – cały czas z Animorphami w ustach – przepłynie przez basen aż do wejścia do kryjówki i wpuści do niej swoich „pasażerów” otwierając w odpowiednim momencie pysk. Nie jest to najbardziej zwariowany plan w historii Animorphs, ale spokojnie łapie się do pierwszej dziesiątki. Aldrea, której od początku nie podobał się ten plan, w kluczowym momencie próbowała zdominować Cassie, ale dziewczynie udało się zachować wolną wolę. Swoją drogą to chyba pierwszy przypadek, gdy któremuś z Animorphów – czy w ogóle istot zdolnych do morphowania – udało się przedzierzgnąć z jednej formy w drugą bez powrotu do swojej podstawowej postaci. No dobrze, wcześniej był przypadek z Rachel, która miała alergię na formę krokodyla, ale wtedy było to wynikiem stanu zapalnego czy czegoś w tym rodzaju i dziewczyna zdecydowanie nie kontrolowała całego procesu. Tymczasem Cassie udało się coś, czego nie dokonał jeszcze nikt – i to jednocześnie tocząc mentalną walkę z próbującą ją zdominować obcą świadomością. Nie mam najmniejszego zamiaru brnąć tu w dyskusje o tym, czy Cassie jest Mary Sue, ale… tego typu akcje sprawiają, że rozumiem osoby tak twierdzące. Owszem, jej wybitny talent do morphowania był sygnalizowany wiele razy, i to od samego początku serii, ale podkreślane było również, że nie jest on niczym unikalnym i wielu Andalitów dysponuje podobnym. Pakowanie w Cassie tylu unikalnych umiejętności przy jednoczesnym braku równoważenia ich jakimiś istotnymi skazami charakteru spłaszcza tę postać i jest to coś, czego nie mogę zrzucić na Melindę Metz, bo Applegate zawsze faworyzowała Cassie.

Wróćmy jednak do meritum. Aldrea trochę nie może wyjść z szoku, że jakiś ziemski dzieciak metaforycznie złoił jej skórę, w dodatku chwilę później prosi o pomoc w przeszukiwaniu dna basenu tak, jakby nigdy nic. Eskapada powodzi się – z obligatoryjną walką z siłami Yeerków stacjonującymi w pobliżu – broń zostaje odzyskana i dostarczona Arnowi. Aldrea i Ax zawiązują coś na kształt nici porozumienia. Aldrea dowiaduje się, że Toby planuje zostać na planecie, by poprowadzić przyszły ruch oporu. Przy pomocy Cassie i Axa powstrzymuje swoją krewniaczkę przed tą decyzją za pomocą dość perfidnego szantażu. Przyznam, że pozostawiło to we mnie niesmak – Toby zdołała już udowodnić, że jest zdolna do samodzielnych, racjonalnych decyzji i jeśli uznała, że tak właśnie chce postąpić – Aldrea powinna to uszanować. Zdecydowanie powinni uszanować to Cassie i Ax, bo oni nie mają wymówki w postaci więzów pokrewieństwa wpływających na osąd sytuacji. W każdym razie po tym Aldrea raz na zawsze opuszcza ciało Cassie i powieść się kończy.

Powiem tak – był to nierówny, ale ostatecznie całkiem dobry tom. Pierwsza połowa wypadła znakomicie, bo dostałem w niej wszystko to, co w serii najbardziej lubię, czyli soczyste, organiczne relacje między postaciami, interesujące i nieoczywiste dylematy, niezłe dialogi oraz przyzwoicie prowadzoną narrację. Paradoksalnie to ta druga połowa – sceny rozgrywające się w kosmosie – sprawiła, że klimat trochę siadł, choć przecież działy się tam ciekawe rzeczy. Animorphy po raz pierwszy odwiedziły ojczystą planetę Hork-Bajirów, wątek tej rasy – jeden z ważniejszych wątków pobocznych całej serii – został znacząco rozwinięty, poza tym zawsze lubię, gdy akcja przenosi się gdzieś poza niesprecyzowaną amerykańską metropolię, w której mieszkają nasi bohaterowie (albo jej peryferia). Z drugiej strony wiele wątków – jak choćby relacja Axa z Aldreą – sprawia wrażenie zbyt pospiesznie domkniętych. Jest jeszcze przepakowana Cassie, czyli coś, z czym problem mam od bardzo dawna. Przynajmniej Metz pisze tę bohaterkę w co najmniej znośny sposób. Ogółem, sympatyczna opowieść i nawet niespecjalnie przeszkadzała mi nieznajomość spin-offa, na którym bazowała, a którego w swoim czasie postaram się nadrobić.

piątek, 20 września 2019

RECENZJA: Transmetropolitan – tom 5

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

W połowie mijającej już dekady w zachodnim Internecie nastąpił niepokojący proces konserwatywnej radykalizacji użytkowników mediów społecznościowych – głównie młodych mężczyzn szczególnie na tę radykalizację narażonych. Przyczyn było wiele i jeszcze długo będą one przedmiotem fascynujących dyskusji socjologów, politologów i zblazowanych blogerów, tym razem chciałbym się jednak skupić na pewnym konkretnym wycinku tego ruchu społecznego – YouTube. Otwarta dla wszystkich platforma służąca do dzielenia się materiałami video dostarczyła wielu osobom potężnego narzędzia do komunikowania się z publicznością. Wszystko to bez reporterskiej cenzury, fack-checkingu czy obligatoryjnego procesu redakcyjnego. 

Nie jest to w żadnym razie rzeczą inherentnie złą – jednak pierwszymi osobami, które w pełni zaczęły wykorzystywać propagandowy potencjał YouTube’a byli peryferyjni konserwatyści. Niektórych z nich do działania zainspirował ruch GamerGate, inni wypłynęli później… od kompilacji klipów z najzabawniej denerwującymi się feministkami poprzez chałupniczo nagrywane wykłady o katastrofalnych skutkach tej albo innej polityki imigracyjnej, wytworzył się z tego panteon internetowych celebrytów otoczony gęstym wianuszkiem naśladowców i jeszcze gęstszym wianuszkiem fanów. Algorytmy wiążące ze sobą te filmy i wyświetlające je w kategorii polecanych tylko przyspieszyły i zintensyfikowały cały proces. Wpływ tej oddolnej (choć z czasem przynajmniej częściowo przejętej i finansowanej przez różne organizacje polityczne) medialnej machiny na świadomość społeczną i decyzje polityczne obywateli tych albo innych – głównie anglojęzycznych – państw jest oczywiście niemierzalny, ciężko jednak kłócić się z tym, że musiał jakiś być. Nawet jeśli nie miał znaczącego przełożenia na głosy wyborców, z całą pewnością wywarł dość znaczący na atmosferę panującą w wielu masowych mediach społecznościowych.

Czemu piszę o tym wszystkim w recenzji piątego, finałowego tomu komiksu Transmeropolitan? Ponieważ patrząc z perspektywy powyższego zjawiska społecznego (i całej masy innych) dostrzec można jak niemal utopijną jest prezentowana w tym komiksie wizja samotnego rewolwerowca dziennikarstwa, który z pomocą kilkorga przyjaciół i współpracownic obala gigantyczną machinę propagandową i zgrabnie owija sobie wokół palca opinię publiczną doprowadzając do strącenia z tronu monstrualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nie jest to krytyka per se – bo jak Transmeropolitan uwielbiałem, tak nadal uwielbiam ten komiks – ale by ukazać, że to nie jest literatura (komiksowa) specjalnie mocno zakotwiczona w rzeczywistości społecznej. To satyryczne dziennikarskie science-fiction, w którym szalenie złożona rzeczywistość społeczna została skompresowana i przycięta celem opowiedzenia określonej historii. I bardzo dobrze, bo jako takie sprawdza się po prostu wyśmienicie.

Ostatni akt serii zaczął ukazywać się już po wydarzeniach jedenastego września dwa tysiące pierwszego roku – symboliczny koniec pewnej epoki dla USA i dla całego świata. Poza jednym czy dwoma dość miękkimi gagami o Osamie bin Ladenie komiks trzyma się od tych tematów z daleka. Następuje jednak nieco inna delikatna zmiana optyki – Ellis znacznie częściej ukazywać tę lepszą stronę natury głównego bohatera. Pająk to nadal chodzący, przeklinający i strzelający z ostrej amunicji żywioł, ale w wielu scenach widzimy, że zależy mu nie tylko na Prawdzie (przez Wielkie P) samej w sobie, ale również na ludziach, którym ta prawda ma pomóc, zapewnić bezpieczeństwo albo poczucie oczyszczenia. Na samym początku tomu obserwujemy na przykład wątek poszukiwań pracownicy seksualnej, z którą prezydent wielokrotnie współżył. Pająk zachowuje się tak, jak zwykle… aż do momentu, gdy zostaje z nią sam na sam, kładzie ręce na jej dłoniach, patrzy jej w oczy i mówi „Chcę ci pomóc”. Cały wątek był bardzo intensywny i bogaty w wydarzenia oraz zwroty akcji – ale temu intymnemu humanizującemu Pająka momentowi twórcy komiksu poświęcili całą stronę, wyraźnie przykładając doń ogromną wagę.

Akcja komiksu gna na złamanie karku od samego początku do samego końca. Napięcie odczuwalne jest tym mocniej, że głównemu bohaterowi cały czas wisi nad głową widmo utraty zmysłów od toksyn, których nawdychał się w jednym z poprzednich tomów. Niemal wszystkie wątki zostają domknięte – w mniej lub bardziej elegancki sposób, ale zawsze satysfakcjonująco. Ostateczna konfrontacja Uśmiechniętego z Pająkiem to jednak najsłabszy moment komiksu i Ellisowi z Robertsonem nie udało się dostarczyć prawdziwie epickiego finału. Głównie dlatego, że podobne starcia słowno-fizyczne Pająk miewał już z prezydentem (tym oraz poprzednim) kilka razy, a to nie wyróżnia się niczym szczególnym. Poza tym, że jest ostatnim, oczywiście.

Czy to oznacza, że finał komiksu rozczarowuje? Bynajmniej. Transmetropolitan nie kończy się w sposób spektakularny, ale wciąż dostarcza bardzo dobrego, absorbującego uwagę i emocje rozwiązania wszystkich konfliktów, z jakimi zmagali się główni bohaterowie. Podsumowując nie tylko ten tom, ale i całą serię – nadal, po tylu latach Transmetropolitan pozostaje jednym z najciekawszych, najbardziej błyskotliwych i przemyślanych komiksów, jakie miałem przyjemność czytać. Przez dwie dekady, które minęły od jego powstania zmieniło się na naszym świecie bardzo wiele. Rzeczywistość za oknem nie wygląda dokładnie tak, jak ta z kart komiksu – choć z każdym dniem pod wieloma względami zaczyna coraz bardziej ją przypominać. Ellis nie pozostawia nas jednak w poczuciu całkowitej beznadziei. Jeśli można z Transmetropolitan wyciągnąć jakąś pożyteczną naukę, to prawdopodobnie taką, że nawet w cynicznych, brudnych, pozbawionych perspektyw czasach można zmienić coś choć trochę na lepsze. Pająk Jeruzalem nas nie uratuje – ale może będziemy w stanie uratować się sami.

I wiecie co? To już się dzieje. W reakcji na konstelację skrajnie prawicowych YouTuberów, o których pisałem na początku powstała alternatywna grupa wideoeseistów, performerów, krytyków i internetowych komediantów luźno powiązanych ze sobą. Nazwano ich LeftTuberami albo – od tytułu książki filozofa Piotra Kropotkina Zdobycie Chleba – BreadTuberami. Charakteryzowało ich prześmiewcze podejście do rzeczywistości, skłonności do odważnego humoru i aspiracje edukacyjne – wszystko to jednak zbudowane na fundamencie empatii i szczerej chęci zrozumienia innych. Pod tym względem przypominają nieco Pająka. Krok po kroku udawało im się odzyskiwać Internetowe przestrzenie zajęte do tej pory przez radykalistów alt-prawicy, de-radykalizować Sieć i walczyć o prawdę, gdzie do tej pory szerzyła się ignorancja. Ellis z Robertsonem przestrzelili w wielu sprawach, ale w jednej – najważniejszej – mają stuprocentową rację. Zwycięstwo jest możliwe, a prawda to potężne narzędzie, jeśli tylko znajdzie się ktoś, kto będzie miał odwagę użyć go w odpowiedni sposób.

Egzemplarz recenzyjny dostarczyło wydawnictwo Egmont

poniedziałek, 16 września 2019

Dekonstrukcja spadającej gwiazdy

fragment grafiki autorstwa Dave'a McKeana, całość tutaj.

Termin „dekonstrukcja” z entuzjazmem używany jest przez każdego domorosłego krytyka i komentatora kultury popularnej, który chce brzmieć mądrze – i, częściej niż nie, używany jest bez głębszego zrozumienia, co się za nim kryje i co on właściwie oznacza. Nie, nie piszę tu o żadnej konkretnej osobie czy sytuacji, nie próbujcie zgadywać „Ciekawe, na kogo Misty się dzisiaj wkurzył i z jakiego powodu?” bo to obserwacja ogólnej natury. Jeśli mam być szczery, sam, we wcale niedalekiej przeszłości, szafowałem tym terminem dość bezrozumnie, bo brzmi poważnie i intelektualistycznie i nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, co się za nim kryje, ale nikt się nie przyzna i wszyscy mają jakiś luźny, nieskonkretyzowany zbiór skojarzeń, który sobie pod niego podczepiają. Kilka dni temu zapytałem na fanpage’u Mistycyzmu Popkulturowego, w jaki sposób ludzie rozumieją ten termin. Lektura odpowiedzi skłoniła mnie do napisania tej blognotki. 

Termin „dekonstrukcja” stworzył i spopularyzował francuski filozof Jacques Derrida i to pierwszy problem, który stoi na naszej drodze. Osobiście uważam, że (przynajmniej na samym początku) Derridę najlepiej poznawać pośrednio, przez wykłady, opracowania, dzieła zależne i krytykę, niż bezpośrednio, czytając to, co autor stworzył samodzielnie – z tego samego powodu, dla którego pomidorówkę najlepiej jeść łyżką, z miski, z serwetką pod brodą, cały czas dmuchając, zamiast wsadzić głowę do gara pełnego wrzącej zupy. Wydaje mi się, że to głównie za sprawą tego intelektualisty panuje dość powszechne przekonanie, że filozofia jest niemożliwym do spenetrowania bełkotem zmanierowanych, oderwanych od rzeczywistości starców o dziwnych nazwiskach. Jako kluczowa postać postmodernizmu – myśli filozoficznej, która cała opiera się na bardzo zniuansowanych, często niemożliwych do prostego opisu ideach – Derrida startował z niekorzystnej dla siebie pozycji. Nie pomógł sobie również specyficznym stylem pisania, opartym na tworzeniu gier słownych i neologizmów opisujących nowe intelektualne perspektywy poruszanych przez siebie zagadnień. W mojej blognotce o hauntologii wspomniałem o tym, że termin ten – również wymyślony przez Derridę – jest zmyślną grą słów, dzięki której w języku francuskim słowo „hauntologia” brzmi dokładnie tak samo jak „ontologia”, a przedrostek „h” jest niemy i da się go dostrzec jedynie na piśmie. W ten sposób sama forma słowa demonstruje treść idei, jaka się za nim kryje. 

Żeby zrozumieć dekonstrukcję, musimy najpierw zrozumieć poststrukturalizm. Żeby zrozumieć poststrukturalizm – musimy najpierw zrozumieć strukturalizm. Ten ostatni jest bardzo istotnym dla rozwoju XX-wiecznej filozofii europejskiej terminem, który ma swój początek w badaniach lingwistycznych. Ferdinand de Saussure, twórca podwalin strukturalizmu, zauważył, że charakter języka jest czysto arbitralny. Różne obiekty, zjawiska i procesy mają swoje językowe oznaczenia (nazwy) nie z jakiegoś logicznego, konkretnego powodu – i nie ma żadnego powodu, dla którego nie mogłyby nazywać się inaczej. „Czy róża pachniała by tak samo wspaniale, gdyby się nazywała ostem lub kapustą?”, zastanawia się główna bohaterka powieści Ania z Zielonego Wzgórza. Odpowiedź brzmi „tak”, ponieważ nazwa róży nie ma żadnego związku z tym, jak ta roślina funkcjonuje w przyrodzie i jaką woń wydziela. Róża ma zresztą wiele nazw, w wielu językach – i w każdym pachnie tak samo. To z kolei oznacza, iż różne rzeczy otrzymują swoje nazwy w opozycji do innych słów – i w ten sposób tworzą się struktury językowe. 

Postaram się to wytłumaczyć trochę lepiej. Wyobraźcie sobie, że znaleźliście się na obcej planecie i jej tubylec próbuje nauczyć Was lokalnego narzecza. Nie znacie żadnego podobnego języka, nie macie żadnych kulturowych punktów wspólnych, na których moglibyście wybudować porozumienia. Tubylec unosi w górę palec wskazujący i mówi „Uuna”. Co oznacza „uuna”? Niebo? Chmurę? Konkretny rodzaj chmury? A może jego własny palec? Lub jeszcze coś innego? Nie macie żadnego pojęcia, dopóki kosmita nie skieruje palca w dół i nie powie „kuuna”, budując opozycję między tymi dwoma słowami. Rozumiecie już, że chodzi mu o kierunki góra-dół, albo jakieś zbliżone rozróżnienie pokroju „niebo-ziemia”. Kolejne słowa – i kolejne różnice między nimi, a uuna i kuuna oraz między nimi nawzajem – uczą Was struktury tego języka. I w ten sposób, nie mając żadnego początkowego punktu odniesienia na poziomie leksykalnym, całkowicie od zera, krok po kroku poznajecie nowy język – nową strukturę lingwistyczną. 

To stosunkowo prosta, ale szalenie wpływowa idea – w pierwszej połowie XX wieku miała olbrzymi wpływ nie tylko na rozwój lingwistyki, ale też psychologii, nauk społecznych, filozofii i teorii literatury. W tej ostatniej – bo ta nas w tym momencie najbardziej interesuje – strukturalizm zmutował w semiotyczną krytykę literacką, w której literaturę analizowano w ściśle formalny sposób, jako złożony system wątków i motywów. Coś podobnego – trochę – robi strona internetowa TvTropes, która określa i porządkuje popkulturowe toposy w taki sposób, że za pomocą linków do określonych haseł można bez większego problemu opisać fabułę właściwie dowolnego tekstu kultury. Strukturalizm był popularny dość długo między innymi dlatego, że metodologicznie zbliżał humanistykę do „poważnych” nauk ścisłych, proponował precyzyjne rozwiązania złożonych problemów i nadzieję na odnalezienie twardego, niepodważalnego sensu w zwichrowanym świecie literatury. Krytykom literackim ta perspektywa otworzyła możliwość pisania o „obiektywnie” dobrej i „obiektywnie” złej literaturze. Jeśli dane dzieło mieści się w ramach ustalonych konwencji gatunkowych, ustalonej formie tekstu – jest „obiektywnie” dobre. Im lepiej wpasowuje się w te ramy, tym jest lepsze, im słabiej – gorsze. 

Poststrukturalizm był odpowiedzią na ten sposób rozumienia literatury. Co ważne, nie należy rozumieć go jako zaprzeczenie strukturalizmu – antystrukturalizm – tylko raczej wskazanie limitów, jakie niesie ze sobą takie podejście do analizy i próby ich przekroczenia. Postrukturaliści zwrócili uwagę na fakt, że każdy system jest zarazem częścią innego, większego systemu, ten z kolei jest częścią kolejnego sytemu i tak dalej – a wszystko miesza się ze wszystkim w sposób, który w praktyce uniemożliwia skonstruowanie idealnego porządku, bo każdy będzie wykluczał jakieś konteksty i prezentował niepełny obraz sytuacji. Poststrukturalizm był dość istotnym elementem rozwoju postmodernizmu, choć – technicznie rzecz biorąc – te terminy nie są tożsame, bo ten pierwszy stosowany jest głównie w kontekście teorii kultury, a ten drugi jest znacznie szerszym i bardziej pojemnym pojęciem. Nie wszyscy postmoderniści są poststrukturalistami i na odwrót – nie wszyscy poststrukturaliści uznawani są za postmodernistów. 

Strukturaliści, jak już napisałem kilka akapitów wyżej, uznali opozycje jako Świętego Graala swojego sposobu myślenia – obiektywny punkt wyjścia, na którym można zbudować twardą, logiczną strukturę. Dekonstrukcja w ujęciu Derridy jest procesem, który pokazuje, że ten fundament wcale nie jest tak solidny, jak wydaje się strukturalistom – że opozycje i binarności same w sobie są równie arbitralne jak wszystko inne, a traktowanie ich jako niepodważalnego dogmatu redukuje nasze zrozumienie. Opozycja chodzenie-bieganie jest na przykład arbitralna, bo nie istnieje wyraźna granica między truchtem i bardzo szybkim marszem. Słowo „binarność” może narzucać również skojarzenia z binarnością płciową: mężczyzna-kobieta. Jak wiemy, istnieją osoby niebinarne (pozdrawiam, bo wiem, że takie osoby czytają mojego bloga), istnieją osoby, które urodziły się z męskimi oraz żeńskimi narządami płciowymi. Istnieją osoby przy urodzeniu przypisane do swojej płci biologicznej, które z czasem okazały się przedstawicielami i przedstawicielkami innej płci. Albo żadnej. Albo obu. Jeśli mam dwoje biologicznych rodziców, jedno z nich jest mężczyzną, a drugie kobietą, to dziedzicząc geny po obojgu… w jakimś specyficznym, genetycznym sensie jestem w połowie kobietą? To ostatnie zdanie jest oczywiście (umyślnym) sprowadzeniem tego dylematu do absurdu, ale też dość dobrze obrazuje proces dekonstrukcji w rozumieniu Derridy – jako rozmontowanie opozycji poprzez wskazanie, ile wariacji i niuansów mieści się w każdej binarności. Filozof zwrócił również uwagę na to, że binarności mają tendencję do układania się w hierarchie – nie oceniamy ich jako symetrycznych, przeciwstawnych sobie opozycji, ale nakładamy na nie wartościujące osądy, uuna jest lepsze albo bardziej pożądane, niż kuuna. 

Długo szukałem dobrego przykładu tekstu literackiego dokonującego procesu dekonstrukcji. W końcu podszedłem do półki i na chybił-trafił wciągnąłem z niej pierwszą pozycję, jaka wpadła mi w ręce. Okazało się, że nie mogłem trafić lepiej, bo tą pozycją był komiks Sandman: Pora Mgieł autorstwa Neila Gaimana. Gaiman powszechnie uznawany jest za twórcę postmodernistycznego, choć sam w przeszłości odżegnywał się od takiej kategoryzacji. Nie ma w tym niczego dziwnego, wielu postmodernistów ucieka przed tą szufladką (między innymi dlatego, że postmodernizm z definicji polega na rozkręcaniu szufladek, nie tworzeniu nowych). Fabuła komiksu opowiada o wyprawie głównego bohatera, Morfeusza, do judeochrześcijańskiego Piekła i konfrontacji z Lucyferem. Ku zaskoczeniu protagonisty, Diabeł nie jest zainteresowany konfliktem (przedmiotem którego miała być śmiertelna ukochana Morfeusza, którą ów skazał na pośmiertne męki za odrzucenie go), zamiast tego abdykuje ze swojej roli – oczyszcza Piekło ze wszystkich jego mieszkańców, zamyka za sobą drzwi, a klucz wręcza Morfeuszowi. Niedługo później do królestwa Sandmana zwalają się tabuny przedstawicieli różnych panteonów, pożądając klucza do Piekła. Ostatecznie Morfeusz zwraca klucz dwóch aniołom, Dumie i Remielowi, którzy zastępują emerytowanego Lucyfera w roli nadzorców Piekła. 

Pora Mgieł jest dekonstrukcyjna w tym sensie, że obnaża złudną opozycję Nieba i Piekła. Na samym początku dowiadujemy się, że Lucyfer – choć w żadnym razie nie jest postacią pozytywną – nie ma żadnego interesu w wodzeniu na grzeszników pokuszenie. Oni sami trafiają do Piekła w przekonaniu, że na to właśnie zasługują. Sam Lucyfer jest bierną, nie aktywną częścią procesu. Do wyrwania się z tego zaklętego kręgu przekonało go właśnie powtórne przybycie Morfeusza. O klucz do Piekła ścigali się przedstawiciele innych panteonów, pokazując, że judeochrześcijańska struktura istnieje – jak wskazywali poststrukturaliści – w większej strukturze wszystkich mitologii religijnych. Sama struktura mitologii religijnych też istnieje w jeszcze większej strukturze antropomorficznych personifikacji, takich jak sam główny bohater komiksu, jego rodzeństwo czy takie uosobione koncepty, takie jak Prządek i Chaos, które również zgłosiły się po klucz do Piekła. Wszystko to wpływa na siebie nawzajem i wchodzi ze sobą w interakcje w sposób, który czyni opozycję Nieba i Piekła coraz bardziej abstrakcyjnymi. Ostatecznie obie strony binarności zostały zdestabilizowane. Piekło znalazło się pod bezpośrednią kontrolą sił niebiskich, Lucyfer trafił na Ziemię, gdzie rozpoczął inny rodzaj egzystencji, z dala od binarności, która do tej pory go określała. Przynajmniej do czasu, gdy dostał własną (całkiem dobrą) solową serię komiksów, gdzie ta binarność została przekonstruowana i powtórnie ustanowiona – ale to już inna opowieść, snuta przez innego twórcę. 

Dekonstrukcja w krytyce literackiej polega na – w ekstremalnym uproszczeniu – wskazaniu w tekście elementów, które są ze sobą niepowiązane albo wręcz przeczą sobie wzajemnie, a przez to uniemożliwiają stworzenie spójnej i niepodważalnej „kanonicznej”, „najlepszej” interpretacji. Derrida nazywał takie elementy „aporiami”. Z moich doświadczeń wynika, że w krytyce tekstów kultury „dekonstrukcja” rozumiana jest jako „rozbieranie tekstu na części pierwsze”, co… nie wydaje mi się szczególnie pożyteczną definicją, zważywszy na fakt, że każda metoda analizy i interpretacji tekstu kultury wymaga metaforycznego „rozebrania go na części pierwsze”. Z pewnością nie oznacza również „niszczenia” tekstu w takim sensie, w jakim na przykład Ben Shapiro NISZCZY argumenty przeciwnika za pomocą FAKTÓW i LOGIKI czy kanał CinemaSins wymieniający „grzechy” omawianych filmów. J. Hillis Miller, jeden z ważniejszych krytyków literackich czerpiących inspiracje z Derridy, określił dekonstrukcję w następujący sposób: „Dekonstrukcja nie jest demontażem struktury tekstu, ale udowodnieniem, że już od samego początku była zdemontowana. Jego pozornie solidny fundament nie jest twardą skałą, lecz rzadkim powietrzem”. 

piątek, 13 września 2019

RECENZJA: Epoka Antychrysta

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.


Epoka Antychrysta – satyra społeczna przebrana za fantastykę naukową autorstwa dziennikarza, tłumacza, eseisty, byłego redaktora naczelnego gazety Rzeczpospolita oraz obecnego redaktora naczelnego pisma Do Rzeczy Pawła Lisickiego ukazała się w dwa tysiące osiemnastym roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Fabuła przenosi nas do XXIII wieku i obraca się wokół pontyfikatu nowego papieża wprowadzającego do instytucji Kościoła Rzymskokatolickiego szereg radykalnych reform. W toku fabuły poznajemy życie papieża, który ostatecznie zdecydował się przyjąć imię Judasz, jego pochodzenie, środowisko, w którym się wychował, drogę do kapłaństwa oraz brzemienny w wydarzenia pontyfikat.

Publikacja odbiła się głośnym, choć krótkim echem w mediach zarówno głównego nurtu, jak i  niszy polskiej fantastyki. Witold Mrozek z Gazety Wyborczej napisał: „Epokę Antychrysta Pawła Lisickiego czyta się jak odjechane komentarze prawicowego trolla o upadku Kościoła i treningu seksualnym dzieci”. Portal, który prawdopodobnie już zawsze znany będzie głównie z reklamowania parówek, opublikował recenzję autorstwa Bartosza Świderskiego, który książkę podsumował w taki sposób: „Oczywiście twórczość artystyczna nigdy nie powinna mieć ograniczeń. Najwięksi artyści często sięgali po obrazoburstwo., ale tego typu narzędzi trzeba używać umiejętnie. Pawłowi Lisickiemu się to nie udało, gdyż wzbudza głównie zażenowanie czytelnika swoim stylem.” Oko.press opublikowało swoją recenzję – „Lisicki nie rozumie ani lewicy, ani idei równości, boi się ich, a swoje fobie – podszyte fascynacją – wylał na trzysta stron powieści.” Monika Białkowska z Przewodnika Katolickiego stwierdziła natomiast, że „Lisicki przestał być publicystą, z którym się można zgadzać lub nie. W Epoce Antychrysta pokazał przerażającą twarz: wulgarną, wyuzdaną, pełną nienawiści – i myśl daleką od katolickiej. Nic, co napisał wcześniej i co napisze kiedyś, nie może być już być czytane w oderwaniu od tego kontekstu”. Na tę ostatnią recenzję odpowiedział redaktor Do Rzeczy, Tomasz Kolanek w ten sposób „Epoka Antychrysta to przede wszystkim przestroga dla nas, co będzie, jeśli nie zatrzymamy tego szaleństwa i nie wrócimy do tego, co przez prawie 2000 lat budowało fundament Kościoła Katolickiego.”

Epoka Antychrysta to jednak nie tylko satyra polityczna – to również, przynajmniej nominalnie, fantastyka naukowa. Polski fandom fantastyki, co przyjmuję z zerowym zaskoczeniem, podszedł do powieści Lisickiego w znacznie mniej krytyczny sposób. Kinga Tator ze strony Konwenty Południowe napisała o książce tak: „Poleciłabym ją (…) wszystkim tym, którzy nie boją się tematów tabu. Osobom, które szukają czegoś całkowicie nowego i świeżego oraz komuś, kto uwielbia klimat dystopii i nie boi się zobaczyć całkiem odmiennego świata, w którym wszystkie prawa przestały obowiązywać. Serdecznie polecam ją także tym, którzy po obejrzeniu filmu Kler czują zawód i chcieliby większej ilości wrażeń”. Adrianna Dworzyńska z Bestiariusza miała nieco bardziej wyważoną opinię: „Jest to książka trudna i niepozbawiona wad. Niektórzy znajdą w niej potwierdzenie swoich obaw, inni zaś zirytują się, obserwując groteskową hiperbolizację obecnie panujących tendencji na świecie, które, z głoszenia tolerancji i szacunku do jednostki, niezależnie od poglądów, pochodzenia czy orientacji, zamieniają się w upodlenie całego świata i upadek chrześcijaństwa na rzecz ludzkich „widzimisię”, a z kolei każdy przejaw niezgody uznawany jest za mowę nienawiści (sarkazm pisarza czy obśmianie walki z hejtem?).” przyznając książce idealnie symetryczną ocenę dwóch i pół gwiazdki na pięć możliwych. Na tym tle wyłamuje się Roman Ochocki z Katedry: „Epoka Antychrysta jest powieścią dla przekonanych i chyba autor nie pretenduje (na poważnie) do tego, aby kogoś z przeciwnego „obozu” nią przekonać do czegokolwiek innego poza stwierdzeniem, że religijny fundamentalista to albo zagrożenie, albo pajac. Jest to bardzo krzywdzące dla tych wszystkich, którzy swoją wiarę, także w bardzo ścisłym przywiązaniu do jej zasad, wyznają i według niej żyją. Tak naprawdę Lisicki nie wystawia żadnego świadectwa liberalizmowi (prostacko go przedstawiając), tylko sobie i jemu podobnym, którzy myślą takimi obskuranckimi kategoriami.”

Powadzę bloga już od niemal dekady i dość dobrze znam swoich czytelników. Zdaję więc sobie sprawę, że wśród osób, które kliknęły w link wiodący do tej blognotki znajdują się takie, które liczą na coś w rodzaju festiwalu szyderstw przeplatanych najbardziej mięsistymi cytatami z powieści. Byłoby to wyjątkowo proste, bo Epoka Antychrysta stworzona została przez autora z gatunku, który Wojciech Orliński ochrzcił (no pun intended) niegdyś mianem „brodaczy”. Chodzi o konserwatystów z pokolenia urodzonego i wychowanego w PRLu, często katolików o przedsoborowej wrażliwości, głęboko nieufnych wobec przemian technologicznych, społecznych i obyczajowych, wykorzystujących fantastykę jako platformę do głoszenia swoich poglądów. Łatwo jest robić sobie jaja z ich twórczości, bo zazwyczaj nie jest ona zbyt wysokich lotów, a eksplorowane w niej idee są na ogół zbyt egzotyczne, by dało się je traktować poważnie. Pisałem już tego typu prześmiewcze teksty i wiem, że cieszyłby się dużą popularnością – pośmialibyśmy się, po czym rozeszlibyśmy się w poczuciu samozadowolenia.

Osoby, które liczą na przebojową imprezę w loży szyderców muszę jednak już na samym wstępie rozczarować, bo tym razem planuję coś zupełnie innego. Nie chcę Lisickiego obrażać ani z niego drwić. Chcę zrozumieć, co się dzieje w głowie polskiego konserwatysty. Tak, wiem, nie każdy konserwatysta podziela wszystkie poglądy autora Epoki i wielu z nich może poczuć się urażonych faktem, że ktoś wrzuca ich do jednego worka z Lisickim. Spieszę więc doprecyzować, że chodzi mi o ten szczególny, konkretny rodzaj „brodatego” konserwatysty. Jak powiedziała kiedyś filozofka i wideoeseistka Natalie „ContraPoints” Wynn (notabene osoba jakby żywcem wyjęta z kart Epoki Antychrysta), prawdziwa empatia musi opierać się na prawdziwym zrozumieniu. Nie wiem, czy po zakończeniu tej recenzji będę chciał z Lisickim w jakimkolwiek stopniu empatyzować, ale jeśli mam wyciągnąć z lektury jego powieści – a wy z lektury mojej blognotki – cokolwiek wartościowego, muszę przynajmniej spróbować potraktować go poważnie.

Są przecież precedensy, nawet na tym blogu. Lektura niesławnego opowiadania innego brodacza, Jarosława Grzędowicza, Weekend w Spestreku (recenzja tutaj) sprawiła, że szyderczy śmiech ugrzązł mi w gardle, gdy uświadomiłem sobie, że tego typu twórczość często jest próbą oswojenia strachu przed nieznanym i niezrozumianym. Jasne, nie sprawia to, że Weekend stał się w moich oczach opowiadaniem lepszym literacko czy choćby mniej toksycznym w kwestii przekazu, ale przynajmniej potrafię myśleć o nim na mniej powierzchownym poziomie niż wcześniej i może nawet jestem w stanie nawiązać jakąś jednostronną emocjonalną nić porozumienia z autorem. Nam na lewicy często zarzuca się (czasami nie bez powodu) deficyt empatii, a empatia jest istotnym elementem mojego indywidualnego kręgosłupa moralnego, więc… zobaczymy, czym to się skończy.

Zacznę może od tego, że czytanie tej powieści to proces ciężki i mozolny. Z wielu względów. Całość przypomina kombinację eseju z reportażem skupionym na osobie nowo wybranego papieża Judasza, jego życiu oraz pontyfikacie. Przynajmniej w pierwszej części książki, która zajmuje ponad jedną trzecią jej objętości i stanowi dość trudny test cierpliwości nawet dla najbardziej wyrozumiałych czytelników. W drugiej w końcu dostajemy nieco bardziej konwencjonalny wątek skupiający się na transpłciowej kardynałce Bigośnicki będącej prawą ręką nowego papieża, która dostała raka i przed śmiercią zainicjowała proces obalenia dogmatu o zmartwychwstaniu chrystusowym. Czego Watykan dokonał fabrykując doczesne szczątki Jezusa przy ścisłej współpracy z rządem światowym (pamiętajcie, XXIII wiek) i wielkim biznesem… co jest konceptem niedorzecznym na tylu poziomach, że nawet nie wiem od czego zacząć rozbierać go na części pierwsze. W każdym razie to dość dobry przykład wewnętrznej logiki świata przedstawionego. W trzeciej obserwujemy rezultaty tych działań, w czwartej dochodzi do biblijnego końca świata. Całość gęsto poprzetykana jest nonsensownymi wywodami nieudolnie symulującymi lewicową mowę-trawę oraz przebogatymi opisami przykładów moralnego zepsucia mieszkańców świata przedstawionego.

O ile kuszące jest sprowadzenie Lisickiego do simpsonowskiego memu o starym człowieku krzyczącym na chmurę, postanowiłem jednak spróbować określić, co konkretnie autor stara się krytykować w Epoce Antychrysta. Nie jest to łatwe, bo przez większość czasu jego satyra przypomina młócenie pięściami na oślep w całkowicie losowych kierunkach. No dobrze – niezupełnie losowych, bo wyraźnie próbuje trafić w jakiś określony, choć trudny do opisania cel. Przesłanie książki można dość łatwo streścić w następujący sposób: „Sobór Watykański II i idące za nim reformy Kościoła Rzymskokatolickiego doprowadziły do rozprężenia jego doktryn i zapoczątkowały drogę wiodącą ku całkowitej erozji tego wyznania, skonsumowania go przez progresywne, postmodernistyczne, zeświecczone, nihilistyczne i seksualnie rozpasane profanum będące w istocie sposobem, w jaki Szatan chce doprowadzić do końca świata.” Końcówka tego zdania to nie są moje wygłupy – Epoka Antychrysta naprawdę kończy się literalną apokalipsą sprowadzoną na nasz świat przez demonicznego papieża-antychrysta. Uwierzcie mi, nawet gdybym bardzo się starał, nie byłbym w stanie sprowadzić tej książki ad absurdum.

Jak już pisałem, ciężko jest znaleźć jakieś spójne przesłanie Epoki Antychrysta, bo autor atakuje w tej książce mnóstwo niepowiązanych ze sobą rzeczy – od filozofii kontynentalnej, poprzez „Kościół otwarty”, rewolucyjne ruchy społeczne, antifę, progresywny liberalizm, neoliberalny kapitalizm, feminizm, obowiązek szczepień, edukację seksualną – traktując to wszystko jako część większego procesu, którego głównym celem zdaje się być zniszczenie Kościoła Rzymskokatolickiego. Na użytek tej recenzji postanowiłem nazwać to „krytyką postmodernizmu”, bo to chyba jedyny termin-parasol na tyle szeroki, by jakoś zmieściły się pod nim wszystkie wymienione wyżej rzeczy. Prawie wszystkie, bo na przykład feminizm nie jest powszechnie uznawany za element postmodernizmu, ale w jednym momencie fabuły bohaterowie negatywni z pogardą wyrażali się o ideach oświeceniowych, a postmodernizm powstał jako reakcja na kryzys oświeceniowych metanarracji, więc… jakby pasuje? Choć przyznam, że działam tu trochę po omacku, bo cokolwiek chciał przekazać autor, pozostaje dla mnie wybitnie nieczytelne.

Postmodernizm sam w sobie jest terminem stosunkowo nieostrym i przez to (oraz przez pewnego kanadyjskiego pop-intelektualistę na ogół kojarzonego z homarami oraz sprzątaniem swojego pokoju) często źle rozumianym. Generalnie rzecz biorąc, w najprostszym ujęciu postmodernizm jako postawa filozoficzna sprowadza się do idei, że nie istnieje jedna odpowiedź na Wielkie Pytanie o Życie, Wszechświat i Całą Resztę – a i Wielkich Pytań jest prawdopodobnie znacznie, znacznie więcej niż jedno. Dopiero nakładając na siebie wiele różnych perspektyw i sposobów myślenia jesteśmy w stanie uzyskać nawet jeśli nie odpowiedź, to przynajmniej jakiś funkcjonalny konsensus. Prawdopodobnie. Czasami.

Albo inaczej. Postmodernizm można – w tym szczególnym kontekście – sprowadzić do odejścia od myślenia o świecie w kategoriach wielkich narracji (metanarracji). Gdy we wczesnej młodości po raz pierwszy usłyszałem o „wielkich narracjach” w kontekście postmodernizmu skonfundowało mnie to, bo wyobraziłem sobie coś w stylu rezygnacji z długich form narracyjnych, takich jak obszerne cykle powieściowe czy liczące wiele sezonów seriale telewizyjne, czyli coś, co przecież w postmodernizmie cieszy się nieustającą popularnością. Wielkie narracje oznaczają coś innego – idee tak obszerne, że dominują wizję świata osoby, która te idee wyznaje. Opowieści o świecie, którym ludzie podporządkowują swoją moralność, postrzeganie świata i zachowania. Jeśli zapytacie kogoś, jakie ma poglądy, na ogół w odpowiedzi ta osoba będzie starała się Wam opisać tę albo inną wielką narrację.

Przykładem takiej idei może być religia, która określa moralność jej wyznawcy, daje mu życiowe wskazówki, mówi co jest dobre, a co złe, wymaga poświęceń i prowadzi przez życie aż do śmierci. Innym przykładem wielkiej narracji może być marksizm, który na postrzeganie ludzkiego życia nakłada optykę walki klas. Inną wielką narracją jest faszyzm, wymagający od swoich wyznawców oczyszczenia swojego społeczeństwa z ludzi uznanych za gorszych, kult siły i powrót do idealizowanej, niezepsutej jeszcze przeszłości. W żadnym wypadku nie porównuję tu religii (którejkolwiek), faszyzmu i marksizmu, po prostu staram się podać najbardziej wyraziste i różnorodne przykłady tego, co oznacza ten termin. To dlatego „postmodernistyczny neomarksizm”, którym od kilku lat straszeni są młodzi mężczyźni rozczarowani własnymi ojcami na tyle, by szukać substytutu w Internecie, ma mniej więcej tyle sensu co „sucha woda” albo „subtelny film Michaela Baya”. Wyżej wspomniałem również, że feminizmu generalnie nie utożsamia się z postmodernizmem – bo feminizm jako myśl społeczna również jest wielką narracją, a przynajmniej wyczerpuje znamiona definicji.

Postmodernizm rozwinął między innymi w reakcji na fakt, że w Europie pierwszej połowy XX wieku dominujące wielkie narracje w ten czy inny sposób uległy kompromitacji albo marginalizacji. Faszyzm przyniósł nam wojnę tak straszną, że wiele zadanych przez nią ran do dziś się nie zagoiło. Próby wdrożenia idei marksizmu przyniosły rezultat w postaci nieudanych rewolucji i powstania nowych autorytaryzmów. Jeden z dziadków postmodernizmu, Jean-François „Cieszę Się, Że To Blognotka, A Nie Podcast I Nie Muszę Próbować Wymawiać Tego Nazwiska Na Głos” Lyotard, który zresztą po raz pierwszy użył terminu „wielkie narracje”, był marksistą dogłębnie rozczarowanym komunizmem w praktyce. Postępująca laicyzacja znacznie zmniejszyła rolę chrześcijaństwa w codziennym życiu większości europejskich społeczeństw. Wszystko to otworzyło kontynentalnych dwudziestowiecznych intelektualistów na ideę (którą dziś nazywamy postmodernizmem), że jedna opowieść o świecie dająca drogowskazy życiowe na każdą okazję to za mało, a sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana.

W takim ujęciu chrześcijaństwo – przynajmniej to w wyobrażeniu Lisickiego – jest z postmodernizmem niekompatybilne, bo jako ideologia sprowadza się do konkluzji, że Bóg jest odpowiedzią na wszystkie pytania, a wszelkie próby poszukiwania odpowiedzi gdzie indziej nie są nawet błądzeniem – są częścią większego planu zniszczenia Kościoła. W momencie, w którym odrzuca się bardziej zniuansowane spojrzenie na rzeczywistość, pozostają tylko dwie opcje. Albo coś jest potwierdzeniem wiary albo jej zaprzeczeniem i przez to próbą jej pognębienia. Nie ma trzeciej drogi. Zaznaczę może, że doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, iż nie wszyscy katolicy podzielają tak radykalną wizję świata – staram się analizować tę konkretną wizję, którą autor zarysował na kartach (czy, w moim przypadku, na ekranie czytnika) tej konkretnej książki.

Wydaje mi się, że to jest właśnie klucz do zrozumienia Epoki Antychrysta. Lisicki nie próbuje tu przybliżyć współczesności z jej problemami, ani procesów, które wyśmiewa, karykaturuje i przed którymi ostrzega. Jeśli nie wpisują się w chrześcijaństwo – jego chrześcijaństwo, jego wielką narrację – są złe z natury. W powieści pojawia się wiele prognoz tego, czym rzekomo skutkuje akceptowanie różnych przemian społecznych. Rozluźnienie norm obyczajowych i swobodniejsze podejście do przygodnego seksu autor uznaje za pierwszy krok wiodący do subkultury ekshibicjonistów nieustannie kopulujących na placu Świętego Piotra. Wyświęcanie kobiet na księży i małżeństwa kapłanów – coś, co wiele odłamów chrześcijaństwa praktykuje od bardzo dawna i świat się od tego, o ile mi wiadomo, nie zawalił – ukazane jest jako kolejny krok ku zniszczeniu Kościoła. Edukacja seksualna wiedzie do uczenia dzieci kamasutry, legalizacja prawa do godnej śmierci – do przymusowej eutanazji staruszków i tak dalej.

Czasami odnoszę wrażenie, że w opinii konserwatystów jeśli liberalizm odrzuca niektóre tradycyjne normy społeczne, to oznacza, że odrzuca je wszystkie z zasady i bez wyjątku. Co oczywiście nie może być dalsze od prawdy. Liberalizm nie odrzuca tradycji społecznych dlatego, że nie są nowoczesne, ale dlatego, że niektóre z tych tradycji powodują niepotrzebne i łatwe do uniknięcia ludzkie cierpienie. Zresztą, z czysto postmodernistycznego punktu widzenia, Derrida pisał o dekonstrukcji binarności, a podział „tradycjonalizm – progresywizm” sama w sobie jest binarnością, w dodatku bardzo łatwą do dekonstrukcji, jeśli weźmiemy pod uwagę to, (znów Derrida) że binarności mają tendencję do wzajemnego podtrzymywania się i wzmacniania oraz to w jaki sposób wiele idei progresywnych jest takimi wyłącznie z nazwy, bo ich początek sięga wiele setek, o ile nie tysięcy lat wstecz, poza tym... i w tym momencie zmuszony jestem przerwać swój wywód, albowiem właśnie uświadomiłem sobie jakim jestem beznadziejnym nudziarzem. Nic dziwnego, że nikt nie lubi postmodernistów. Wróćmy więc do Lisickiego.

Żadna z kreślonych przez niego prognoz nie jest specjalnie mądra, a autor przeważnie nawet nie próbuje zarysować jakiegoś kontinuum między obecną sytuacją, a jej przyszłościowym ekstremum. Nie ma żadnych podstaw do przewidywań, że edukacja dzieci odnośnie ich płciowości skończy się tym, co sobie wydumał (i opisał w wyjątkowo odrażający sposób) Lisicki. Wystarczy zajrzeć do programów edukacyjnych tego typu zajęć, by przekonać się, że służą one wyłącznie zapoznawaniu dzieci z ich własną płciowością w stopniu i w sposób przystosowany do ich rozwoju emocjonalnego, uczenia procesów, które zachodzą albo w bliskiej przyszłością będą zachodziły w ich ciałach, przygotowania ich na nie oraz rozpoznawania, kiedy ktoś przekracza granice ich autonomii. W żadnym kraju, w którym tego typu zajęcia znajdują się w programie zajęć w szkołach publicznych (w niektórych są tam obecne już od ponad stu lat) nie doprowadziło to do mutacji edukacji płciowej w orgie dla nieletnich. Nie ma żadnych podstaw, by przewidywać, że to się kiedykolwiek stanie.

Podobnie jak – również wieszczone i obrazowo opisywane w Epoce Antychrysta – zmuszanie heteroseksualistów do przekonstruowania swojej płciowości wypada niedorzecznie biorąc pod uwagę, że w wielu krajach, które od dekad cieszą się równością małżeńską dla wszystkich (pełnoletnich i świadomych swoich czynów) obywateli nie zachodzą tego typu procesy. Przeciwnie, sam fakt, że środowiska LGBTQ+ skupiają się na takich postulatach jak prawo do zawierania małżeństw i adopcji dzieci pokazuje, że nie chcą zastępować heteronormatywności homonormatywnością (jakkolwiek miałoby to wyglądać), tylko wtopić się w istniejący kształt społeczeństwa na funkcjonujących już zasadach. I nie jest to refleksja dla konserwatystów (nawet polskich) nie do osiągnięcia – Piotr Kaszczyszyn, redaktor naczelny Klubu Jagiellońskiego, napisał niedawno artykuł, w którym był w stanie poprawnie zinterpretować te aspiracje.

Ale – jak już pisałem – to nie ma dla Lisickiego żadnego znaczenia. Jeśli jakikolwiek element rzeczywistości nie służy obronie Kościoła Rzymskokatolickiego, służy jego zniszczeniu. Nie ma innej opcji. Gdy w swojej skrzynce z narzędziami ma się tylko młotek, wszystko wokół wygląda jak gwóźdź. W takim ujęciu nie trzeba podejmować prób logicznego przewidywania następstw różnych procesów społecznych – jeśli kłócą się z dogmatami, to są złe i na pewno doprowadzą do zła. Nawet jeśli niekoniecznie takiego, jakie opisał Lisicki, to na pewno do jakiegoś, więc nie ma potrzeby wchodzenia w szczegóły. Nie trzeba wkładać wysiłku w próby udowadniania, że te procesy zachodzą czy wiarygodnego przedstawiania skutków i przyczyn, po prostu tak jest. I tyle w tym temacie. Jeśli papież Franciszek, „kościół otwarty”, a niewykluczone, że i pan Kaszczyszyn z Klubu Jagiellońskiego nie służą rozwiązaniu problemu, to oznacza, że są jego częścią. Jeśli patrzy się na świat jak na metafizyczne pole walki dobra ze złem, nie ma w nim miejsca na odcienie szarości.

Najzabawniejszy jest w tym wszystkim fakt, iż Epoka Antychrysta jest bardzo otwarcie (subtelność jest Lisickiemu rzeczą całkowicie obcą – papież Judasz jest następcą kilku z kolei papieży Franciszków, z których każdy reformował Kościół coraz bardziej) wymierzona w satyrę na obecnie sprawującego funkcję papieża Jorge’a Maria Bergoglia. Pontyfikat tego papieża charakteryzuje się co prawda wieloma symbolicznymi gestami skierowanymi w stronę bardziej liberalnej części wiernych, ale ani teraz, ani w okresie wydania powieści Lisickiego nie nastąpiła żadna znacząca reforma Kościoła Rzymskokatolickiego – na pewno nic kalibru choćby porównywalnego z czymkolwiek z Epoki Antychrysta. Obecna polityka Watykanu konsekwentnie idzie szlakiem wyznaczonym przez poprzednich papieży. Tym, co odróżnia obecny pontyfikat jest raczej sprzyjająca mediom forma, nie treść. Tak samo jak legalizacja małżeństw gejów i lesbijek nie doprowadzi do otwarcia burdeli ze zwierzętami dla zoofilów (znów – to koncept z samej powieści, nie moja próba parodiowania treści Epoki Antychrysta), bo nie zachodzi tu żadne wynikanie, lekka zmiana sposobu komunikacji z mediami nie skończy się Armagedonem, czy czegokolwiek symbolem ma być apokaliptyczny finał książki.

Jednym z powracających motywów w Epoce Antychrysta jest przekonanie, że rozwodniona duchowo i ideologicznie współczesność cierpi z powodu braku sensu życia. Jest to rzecz o tyle interesująca, że… to coś, z czym niekoniecznie się nie zgadzam. Jednym z największych wyzwań postmodernizmu jest ryzyko, że bez jednej unifikującej wizji świata ludzie zatracą poczucie jasno określonego celu życiowego. Z przyjemnością przeczytałbym jakąś przytomną krytykę współczesności przeprowadzoną pod tym właśnie kątem, nawet – zwłaszcza! – z pozycji konserwatywnych czy stricte religijnych. Według Lisickiego następstwem tego stanu rzeczy będzie hedonizm, całkowita destrukcja norm moralnych i upadek społeczeństwa. W samej treści książki pozostaje to całkowicie nieuzasadnione. Nie wspominając już o tym, że współcześnie zachodzi raczej odwrotny proces, związany z tworzeniem nowych (polityka tożsamościowa, ruchy społeczne odpowiadające problemy współczesności), powrotem do dawnych (rosnąca popularność ruchów faszystowskich ORAZ ruchów odwołujących się do tradycji lewicowych wśród młodych ludzi) albo wzmacnianiem istniejących już struktur społecznych (narodowe szowinizmy USA, Wielkiej Brytanii i wielu innych państw). Nie upieram się, że to trwały i dominujący trend, ale jeśli Lisicki – albo ktokolwiek inny – chce mi wmówić, że dążymy do moralnej i etycznej zagłady tylko z powodu domniemanej liberalizacji Watykanu, to naprawdę chciałbym przeczytać jakąś spójną, precyzyjną i dobrze uzasadnioną analizę na ten temat. Autora Epoce Antychrysta zdaje się to jednak nie interesować – znacznie więcej czasu i miejsca zajmuje mu bardzo drobiazgowe opisywanie aktów seksualnych i groteskowości wyglądu przewijających się przez powieść bohaterów i bohaterek.

To kolejna kwestia. Epoce Antychrysta wypełniona jest pornograficznymi opisami aktów seksualnych, opisami odpychającej ludzkiej cielesności czy przedstawianie osób fizycznie nienormatywnych w możliwie odczłowieczający sposób. Nie dziwi mnie to specjalnie. Część z Was na pewno kojarzy szokujące zdjęcia z Parad Równości w Polsce i na świecie, które później okazują się fotomontażami, zdjęciami z zamkniętych imprez albo plaż nudystów. To dość powszechna taktyka utożsamiania różnych grup społecznych (w tym wypadku feministek i osób LGBT+) z rzeczami i zachowaniami możliwie najbardziej odrażającymi na tym intuicyjnym, biologicznym poziomie wyzwalającym odruchowe poczucie dyskomfortu. W ten sposób łatwiej traktować takie mniejszości nie jako ludzkie istoty z własną podmiotowością, tylko sprowadzać je do tych konkretnych aktów i reagować na nich tak, jak na te akty – odrazą. Nie jest to taktyka nowa, ani nawet właściwa wyłącznie konserwatystom. My na lewicy – co z stwierdzam z ubolewaniem – również czasami to robimy, choć na ogół w minimalnie subtelniejszej formie, zarzucając wyborcom konserwatywnych partii prymitywizm, niskie IQ, zatrzymanie się w rozwoju ewolucyjnym, porównywanie do ludzi pierwotnych i inne podobne rzeczy.

U Lisickiego występuje to jednak w takim stężeniu i tak karykaturalnej formie, że mina, którą próbował tu podłożyć wybuchła mu prosto w twarz. Istnieje pewna granica poza którą rzeczy odpychające zaczynają być najzwyczajniej w świecie zabawne. To jak z wieloma filmami gore, gdzie obrazowanie przemocy jest tak przerysowane, że nie sposób brać ich na poważnie. To sprawia, że Epoka Antychrysta nie przypomina jadowitej, krwistej krytyki liberalizmu, lewicowości, ponowoczesnego pędu do samozniszczenia czy czegokolwiek miałaby być krytyką (bo wciąż nie jestem pewien) tylko wygłup lewicowego trolla próbującego skarykaturować „brodatą” fantastykę. Nie będę tu cytował poszczególnych fragmentów (recenzja oko.press jest nimi gęsto poprzetykana, więc zainteresowane osoby odsyłam właśnie tam), ale Lisicki od samego początku strzela z grubej amunicji i nigdy nie pozwala sobie na jakiekolwiek subtelności. Przypomina trochę rozemocjonowanego gimnazjalistę, który próbuje obrzucić kogoś obelgami, ale z braku wyczucia jego tyrada budzi raczej zażenowanie niż oburzenie.

Jeśli rozważacie sięgnięcie po Epokę dla zdrożnej przyjemności czytania literatury tak złej, że aż na swój sposób przyjemnej to… Szczerze? Darujcie sobie. To prawda, że jedna bzdura zastępuje następną na tyle szybko, by powieść nie mordowała całej cierpliwości czytelnika (w każdym razie nie od razu), ale ten korowód bezeceństw z czasem mocno powszednieje, w dodatku poprzetykany jest bełkotliwą próbą parodiowania lewicowego dyskursu przez kogoś, kto taki dyskurs zna tylko z drugiej ręki. To sprawia, że jeszcze przed końcem pierwszej części książki wszystko zaczyna nużyć i dalsza lektura idzie bardzo opornie. Nie sztuką jest pisać o filozofii w usypiająco nudny sposób – czego sam zresztą dowiodłem nie dalej jak kilka akapitów temu – ale pisać orgiach osób trans i homoseksualnych ekscesach tak, by czytelnik umierał z nudów? To już coś na swój sposób godnego podziwu.

Chciałbym zakończyć ten tekst jakąś pozytywną puentą i chyba taką znalazłem. Paweł Lisicki, najwidoczniej wciąż szybujący na skrzydłach weny, stworzył tematyczny i konwencyjny follow-up do Epoki Antychrysta – zbiór opowiadań noszący tytuł Nowa Wspaniała Przyszłość. Nie, samo w sobie to zdecydowanie nie jest pozytywna puenta – jest nią jednak fakt, że zamiast Fabryki Słów, która odpowiedzialna była za wydanie Epoki jest Wydawnictwo M, oficyna znacznie mniejsza i szczycąca się publikacją takich pozycji jak Matrix III Rzeczpospolitej: Pozory wolności; Ludzie Czerwonego Mroku: Rewolucja Październikowa czy Biblia: Komiks. Jeśli więc nawet Fabryka Słów nie chce już publikować Lisickiego, to znaczy, że jego twórczość nie trafiła w gusta nawet tych odbiorców, do których wyraźnie była kierowana. Znajduję to pocieszającym.

Tekst powstał w ramach współpracy z portalem Legimi oraz producentem czytników książek elektronicznych PocketBook
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...