piątek, 31 lipca 2020

Merytokracja. Zagubieni w Kosmosie


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.

Zagubieni w Kosmosie to familijny serial fantastycznonaukowy z dwa tysiące osiemnastego roku, będący adaptacją innego, znacznie starszego serialu pod tym samym tytułem. Akcja Zagubionych w Kosmosie rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Ziemia, wskutek tajemniczej katastrofy, powoli przestaje być przyjaznym miejscem do życia i ludzkość, by przetrwać, wysyła statki kosmiczne celem kolonizacji zdatnej do zamieszkania planety w układzie Alfa Centauri. Liczba miejsc na pokładzie jest jednak ograniczona. Dlatego każda osoba, która chce się uratować, musi najpierw przejść szereg egzaminów, które sprawdzą, czy jest ona warta przeżycia. W dalszej części mojego materiału pojawią się spoilery, więc póki co zatrzymajmy się w tym miejscu. Serial jest całkiem niezły i naprawdę go polecam. Wrócimy do niego. 

Merytokracja jest pojęciem nadużywanym tak często i tak powszechnie, że paradoksalnie, by wytłumaczyć, co oznacza ten termin, najprościej będzie zacząć od tego, czym merytokracja nie jest. Przede wszystkim – nie jest samym założeniem, że ludzie powinni wykonywać zajęcia, do których się nadają. To zdrowy rozsądek. Wszyscy, niezależnie od ideologii, tak właśnie myślą. Nawet anarcho-komuniści, który posługują się hasłem „od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb” sygnalizują, że to dobry pomysł i coś, czego warto się trzymać. Kwestia tego, co to właściwie znaczy „najlepiej się do czegoś nadawać” nie jest już taka oczywista i każda osoba ma na ten temat własną opinię, ale sama zasada jest całkowicie niekontrowersyjna. Bardzo trudno będzie Wam znaleźć osobę, która na poważnie twierdzi inaczej. 

Merytokracja to ideologia, która zakłada, że podstawą budowy społeczeństwa powinna być wartość danej osoby. Wiele ideologii zakłada, że będziemy dawać władzę ludziom z jakiegoś konkretnego powodu. Arystokracja jest założeniem, że rządzić powinny osoby najlepiej urodzone, plutokracja, że osoby najbogatsze, teokracja, że osoby najwyżej postawione w hierarchii religijnej. I tak dalej. Merytokracja to ideologia wychodząca z założenia, że wartość człowieka zależy od jego inteligencji, talentów, zdolności oraz umiejętności. I my, jako społeczeństwo, powinniśmy zorganizować się w taki sposób, by największą władzę miały osoby najmądrzejsze i najbardziej uzdolnione. Oczywiście, natychmiast pojawia się pytanie „jak ocenimy, kto jest najmądrzejszy i najbardziej uzdolniony?”. Odpowiedź brzmi – poprzez testy. System edukacji do pewnego stopnia działa merytokratycznie. Edukacja licealna kończy się egzaminem maturalnym. A im lepiej pójdzie nam matura, tym większy mamy wybór uczelni wyższej, gdzie możemy kontynuować naszą edukację. Gdybyśmy mieszkali w merytokratycznym kraju, nie wybieralibyśmy prezydenta za pomocą głosowania. Zamiast tego wszyscy kandydaci przechodziliby testy zaprojektowane w taki sposób, by sprawdzić, który z nich najlepiej nadaje się do tej roli. 

Jeśli uważacie, że w praktyce ten system byłby okropny, to… prawdopodobnie zaskoczy Was fakt, że twórca pojęcia merytokracji uważał tak samo. Sama koncepcja jest oczywiście znacznie starsza, ale słowo „merytokracja” powstało w latach pięćdziesiątych XX wieku. Wymyślił je brytyjski socjolog i polityk Michael Dunlop Young. Young chciał skrytykować wówczas nowy model angielskiego systemu edukacji, który dzielił uczniów na trzy różne kategorie, w zależności od tego, w czym sprawdzali się najlepiej. I w ten sposób już bardzo wcześnie określał ścieżkę rozwoju młodych Brytyjczyków. 

Young zrobił zatem coś, co robią wszyscy mieszkańcy Wysp Brytyjskich, którzy chcą skrytykować politykę – napisał dystopijną powieść science-fiction. Od razu mówię – nie jest specjalnie porywająca i, o ile mi wiadomo, nigdy nie ukazała się w Polsce. To raczej polityczny esej dla niepoznaki ubrany w fabułę. Nie będę jej tu streszczał, zdradzę tylko, że merytokracja doprowadza w niej do katastrofalnych podziałów społecznych i pod koniec powieści rozpętuje się rewolucja. 

A zatem mamy do czynienia z ideologią, która została wymyślona wyłącznie po to, by ją wykpić, wyśmiać i zademonstrować, jak fatalnym byłaby pomysłem, gdyby wcielić ją w życie. Nic zatem dziwnego, że – jak w przypadku chyba każdego mieszkańca Wysp Brytyjskich, który napisał dystopię – masa osób nieironicznie uznała, że jest to dobry pomysł. Oczywiście. Okej, być może jestem w tym momencie odrobinę nieuczciwy. Rozumiem dlaczego założenie, że ludzie generalnie powinni zasłużyć sobie na swoją pozycję społeczną może wydawać się atrakcyjne. Przede wszystkim brzmi to uczciwie. Na pewno znacznie bardziej niż arystokracja, w której nasza pozycja społeczna zależy od urodzenia, a zatem od czegoś, nad czym nie mamy żadnej kontroli. Poza tym to raczej dobry pomysł, bo dzięki temu najwięcej władzy będą miały najmądrzejsze i najbardziej uzdolnione osoby, dzięki czemu podejmowały one będą decyzje, najlepsze dla nas wszystkich… bo będą. Prawda? Hm… 

Will, najmłodszy członek rodziny Robinsonów z serialu Zagubieni w Kosmosie, jako jedyny nie zdaje testu, co stawia pod znakiem zapytania los całej rodziny. Jego matka, Maureen, używa swoim koneksji i pieniędzy, by sfałszować wyniki testu i chłopiec mimo wszystko mógł, wraz z resztą rodziny, uciec w kosmos przed nieuniknioną śmiercią na dogorywającej Ziemi. Maureen Robinson była naukowczynią, która pracowała przy budowie statków kosmicznych służących do ewakuacji ludzkości. Była więc jedną z najbardziej wpływowych i znaczących osób na świecie. Użyła tego znaczenia i tych wpływów, by oszukać merytokratyczny system i uratować swojego syna. Okradając w ten sposób z szansy na życie jakieś inne dziecko, z jakiejś innej rodziny, które pomyślnie przeszło test. 

Nie twierdzę, że na jej miejscu postąpiłbym inaczej. Wątpię. Prawdopodobnie zrobiłbym dokładnie to samo. Ciężko jednak w tym momencie nie zauważyć, że istnieje w tym systemie pewna nierównowaga, która jest w niego wbudowana. I nawet nie mówię tu o oszustwie Maureen, które jest umyślnym złamaniem zasad. Mówię tu o czymś nieco bardziej fundamentalnym. 

Wyobraźmy sobie merytokratyczne państwo, w którym nasz pozycja społeczna zależy niemal wyłącznie od tego, w jaki sposób pójdą nam testy. Powiedzmy, że mamy w tym systemie dwie osoby, które są równie uzdolnione i inteligentne. Jedna z nich wychowała się jako jedyne dziecko zamożnych rodziców, mieszkała w dużym mieście z dostępem do edukacji oraz kultury, rodzina opłacała jej kursy oraz zajęcia wyrównawcze i zapewniła komfortowe warunki do nauki i rozwoju. Druga osoba wychowała się z pięciorgiem rodzeństwa, w małej miejscowości, z niezamożnymi rodzicami, którym musiała pomagać w pracy oraz tracić czas na dojazdy do szkoły. O kursach czy zajęciach wyrównawczych mogła jedynie pomarzyć. Zresztą, i tak nie miałaby na nie czasu, bo cały czas musiała dorabiać i dorzucać się do rodzinnego budżetu, przez co cały czas była zmęczona, pozostawało jej mniej intelektualnej energii do nauki i tak dalej. Pytanie brzmi – która z tych dwóch osób, przypominam, równie inteligentnych i uzdolnionych, ma większe szanse na pomyślne zaliczenie testu? 

No właśnie. 

Merytokracja niejako mimochodem zakłada, że wszyscy i wszystkie zaczynamy z bloków startowych ustawionych w dokładnie tym samym miejscu. A tak nie jest. Bynajmniej. Możemy zresztą pójść o krok dalej i zauważyć, że w systemie merytokratycznym mniej uzdolnione osoby urodzone w rodzinach zamożnych mają większe szanse na zdanie testu niż bardziej uzdolnione i utalentowane, które miały gorsze warunki rozwoju. I to wcale nie jest rezultat działań ludzi psujących ten system. Ta nierówność wbudowana jest w samo jego istnienie. Żeby merytokracja miała sens, musielibyśmy najpierw zapewnić wszystkim porównywalne warunki rozwoju. Ale wtedy to nie byłaby już merytokracja. Wtedy to byłby… eee… (w trakcie brzmienia mojego nienaturalnie długiego „eeeeee” na wyciemnionym ekranie stopniowo pojawiają się napisy „o cholera” „szlag” „wkopałem się” „jak wypowiedzieć słowo «socjalizm» by normikom nie siadła pikawa?” „a mogłem pójść na informatykę”. W tle soundtrack Cwał Walkirii) jakiś zupełnie inny system społeczny. A i nawet w takim układzie dochodzą zmienne pokroju wydarzeń losowych, takich jak choroby, wypadki czy katastrofy naturalne, przez które uzdolniona i utalentowana osoba może mieć gorszy wynik w teście mierzącym jej cechy. 

A to przecież dopiero początek. Przypuśćmy, że w jakiś sposób uda nam się ominąć albo przynajmniej zminimalizować ten problem. Pytanie brzmi – kto stworzy testy, które określać będą poziom inteligencji i uzdolnienia. Osoby stojące najwyżej w merytokratycznej hierarchii, co widzieliśmy na przykładzie Maureen, nadal są ludźmi i w krytycznych sytuacjach będą zachowywali się jak ludzie. 

Pozwólcie, że posłużę się pewnym przykładem. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wiele filharmonii zaczęło prowadzić tak zwane niejawne przesłuchania. Oznaczało to, że osoba ubiegająca się o pracę w orkiestrze występowała przed oceniającymi za kurtyną. Po wprowadzeniu tej praktyki, nagle połowa kobiet więcej zaczęła przechodzić ten etap rekrutacji. Czy to oznacza, że wszyscy oceniający byli podłymi seksistami, którzy nienawidzili kobiet i dopiero po fizycznym uniemożliwieniu im identyfikacji płci ocenianej osoby byli w stanie profesjonalnie podejść do swojej pracy? …nie, w żadnym razie. Po prostu wszyscy i wszystkie mamy wdrukowany zestaw nieuświadomionych przekonań i te przekonania zawsze wpływają na nasz osąd drugiej osoby. 

Stereotyp twierdzący, że kobiety są z natury mniej inteligentne i mniej uzdolnione został obalony już dawno temu. Jednak zestaw przyzwyczajeń społecznych i wzorców kulturowych zbudowanych na tym założeniu nadal trzyma się bardzo mocno, bo to nie jest coś, co można odrzucić z roku na rok. Czy nawet z dekady na dekadę. Na poziomie świadomym wiemy, że talent i doświadczenie nie mają nic wspólnego z płcią konkretnej osoby. Jednak na poziomie podświadomym… wszyscy potrzebujemy grubej kurtyny, ponieważ w interakcjach z każdym człowiekiem przyjmujemy na jego albo jej temat intuicyjne założenia. Te założenia mogą dotyczyć płci, kolory skóry, wieku albo wyglądu tej osoby. I przeważnie oceniamy ją pod kątem tych założeń, niezależnie od tego, czy jest to usprawiedliwione czy nie. Nikt nie jest ponad to i praktycznie nie da się tego wyeliminować. Kurtyny pomagają, ale one nie wystarczą. 

Jest też jeszcze jedna kwestia i tyczy się ona założenia, że w ogóle jesteśmy w stanie stworzyć jakieś sensowne oceny uzdolnienia i inteligencji różnych osób. Te terminy nie są esencjalne – nie ma jednej, uniwersalnej definicji inteligencji. To nie jest cecha którą można rozwijać jak statystykę w grze video. Żaden test nie jest w stanie przewidzieć, jakie konkretne cechy okażą się optymalne, ponieważ rzeczywistość nie działa w taki sposób – jest zbyt nieprzewidywalna. 

Wróćmy do Zagubionych w Kosmosie i Willa Robinsona. Po awarii statku i lądowaniu na nieznanej planecie chłopiec zaprzyjaźnia się z obcą formą życia, robotem, którego napotkał w trakcie zwiedzania okolicy. Kombinacja empatii, inteligencji emocjonalnej oraz ciekawości świata, którą wykazał Will sprawiła, że udało mu się nawiązać relację z tą istotą, która później wiele razy ratowała życie jemu, jego rodzinie oraz innym kolonistom. Chłopiec oblał test, który nie brał tych cech pod uwagę, a to właśnie one doprowadziły do przyjaźni Willa z Robotem i przyczyniły się do ocalenia rodziny Robinsonów i reszty kolonistów. Oczywiście, żaden test nie był w stanie przewidzieć takiego obrotu spraw jak napotkanie robota z Kosmosu, ale… to właśnie pokazuje, jak ograniczona jest perspektywa merytokracji. Czasami cechy oraz właściwości, które uznane zostały za nieistotne albo nawet zbędne, mogą okazać się kluczowe w konkretnych, specyficznych sytuacjach. I nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć, niezależnie od naszego ilorazu inteligencji, bo nawet najmądrzejsi ludzie na świecie nie potrafią przewidywać przyszłości. 

Mit merytokracji opiera się na założeniu, że wszyscy zaczynamy z porównywalnego poziomu i mamy mniej więcej taką samą szansę rozwoju, co reszta. A tak nie jest i nawet gdyby na samym początku tak było, to różnice pojawiłyby się bardzo szybko i jeszcze szybciej zaczęłyby się pogłębiać. Mit merytokracji opiera się na założeniu, że będziemy testowani uczciwie, przez stuprocentowo obiektywne i bezstronne osoby, które nie będą miały własnych celów i żadnych uprzedzeń. A to niemożliwe, bo wszyscy mamy jakieś uprzedzenia i jesteśmy w stanie co najwyżej zminimalizować ich wpływ na nasze osądy. Mit merytokracji opiera się w końcu na założeniu, że kryteria, za pomocą których będziemy testowani są perfekcyjnie dobrane. A nigdy tak nie będzie, ponieważ zawsze może zaistnieć szansa, że zostaniemy postawieni przed problemem, którego testy nie wzięły pod uwagę. 

Powtórzę jeszcze raz to, od czego zacząłem ten materiał, na wypadek gdyby ktoś zapomniał – wszystko to nie oznacza, że nie powinniśmy organizować pracy w taki sposób, by wykonywały ją osoby, które nadają do tego najlepiej. To jest dobry pomysł i wszyscy tak uważają. Nie jest jednak dobrym pomysłem budowanie na tej zasadzie całego porządku społecznego. Wartość ludzkiego życia nie zależy od tego, jak użyteczna jest konkretna osoba. A nawet gdyby tak było, i tak nie jesteśmy w stanie określić, czy i w jakim stopniu ktoś może być użyteczny. 

Świat jest po prostu zbyt skomplikowany. 


Bibliografia: 

„Nie wierzcie w merytokrację” Clifton Mark https://krytykapolityczna.pl/swiat/nie-wierzcie-w-merytokracje-mark/
Niejawne przesłuchania – badania https://www.nber.org/papers/w5903
Michael Kinsley „Myth of Meritocracy” 

piątek, 24 lipca 2020

RECENZJA: Moon Knight

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Moon Knight zawsze był bohaterem, który z tych czy innych powodów wymykał się z radaru moich zainteresowań. W sumie sam nie wiem czemu – to przecież jedna z tych nieco bardziej niszowych, mniej popularnych postaci wydawnictwa Marvel, a do takowych miałem i nadal mam ogromny sentyment. Dlatego gdy tylko Egmont zapowiedział publikację zbiorczego wydania serii z tym bohaterem, od razu zaklepałem sobie egzemplarz do recenzji, by w końcu nadrobić tę zaległość.

Historia Marka Spectora sięga lat siedemdziesiątych, a konkretnie – komiksowej serii Werewolf by Night. Były to czasy gdy Marvel dość mocno eksperymentował z konwencją, więc obok klasycznych superbohaterów oferował czytelnikom wycieczki w inne rejony, takie jak fantastyka naukowa, western czy horror. Na tej inspirującej przestrzeni nakładających się na siebie estetyk wyrósł Moon Knight – najemnik i były żołnierz sił amerykańskiej marynarki wojennej, który w czasie wizyty w Egipcie opętany został przez starożytne lunarne bóstwo imieniem Konshu, które obdarowało go witalnością i które od tamtej pory egzystuje w osobliwej symbiozie z Spectorem.

Późniejsi scenarzyści dopisali Moon Knightowi nieskonkretyzowane zaburzenie dysocjacyjne, przez które bohater czasami ma problem z odróżnieniem rzeczywistości od halucynacji albo które jego alter ego jest prawdziwe (bo ma ich kilka, z których część to superbohaterskie pseudonimy, jak Moon Knight czy Mister Knight, a część to fikcyjne tożsamości będące rezultatem jego kariery najemnika, jak Steven Gerber, multimilioner). Twórcy komiksów z Moon Knightem, z tego co udało mi się wyczytać, lubią zagrywać tą niejednoznacznością, często podważając różne elementy mitologii tego superbohtera i poddając w wątpliwość na ile Konshu jest realnie istniejącą nadprzyrodzoną siłą, a na ile rezultatem postępującej choroby Moon Knighta.

Posiadam zdecydowanie za małą wiedzę o zaburzeniach dysocjacyjnych, by ocenić czy jest to pozytywna reprezentacja osób z chorobami psychicznymi (ponieważ pokazuje taką, która mimo wszystko walczy ze złem i na ogół jest w tej walce skuteczna) czy negatywna (bo trywializuje realne problemy realnych ludzi wykorzystując je jako tani wytrych fabularny) dlatego nie mam zamiaru komentować tego aspektu komiksu. Jeśli jakaś osoba z większym doświadczeniem w tym zakresie będzie chciała się wypowiedzieć na ten temat, z przyjemnością jej wysłucham.

Piszę tu o tym wszystkim ponieważ wydany przez Egmont komiks cały opiera się na tej niejednoznaczności i nieustannie każe czytelnikowi zgadywać, na ile prezentowane wydarzenia są halucynacjami głównego bohatera, a na ile działaniami Konshu, który próbuje mieszać w głowie Markowi. Akcja rozpoczyna się w szpitalu psychiatrycznym i początkowo toczy się dwuwarstwowo – percepcja bohatera zmienia się czasami z kadru na kadr, prezentując alternatywny wygląd postaci i otoczenia i przerzucając go do jakiejś upiornej wersji Nowego Jorku zdominowanej przez piasek, piramidy i egipskie demony. Z czasem sytuacja komplikuje się jeszcze mocniej i aż do samego końca nie jesteśmy pewni prawdziwej natury wydarzeń z komiksu.

Początkowo jest to naprawdę intrygujące. Bałem się, że moja nieznajomość postaci w połączeniu z nieoczywistą naturą fabuły szybko doprowadzi do pogubienia, ale Jeff Lemire (scenarzysta serii) prowadzi narrację w na tyle precyzyjny sposób, by nie było to problemem. Niestety mniej więcej w połowie historia wytraca pęd, grzęźnie w kolejne halucynacje głównego bohatera – od jego życia jako producent filmu o Moon Knighcie po pulpową historię science-fiction, o eskadrze kosmicznych komandosów walczących z wilkołakami z kosmosu – o których wiemy, że nie mogą być prawdą, więc cała niejednoznaczność idzie w diabły i oglądamy wyłącznie zapychacze, które do niczego nie prowadzą. Zapychacze całkiem efektowne, muszę przyznać, bo mnogość konwencji daje rysownikom pretekst do zabawy różnymi estetykami, ale mimo wszystko niepotrzebne.

W sumie, jak tak teraz o tym myślę, to jest właśnie mój problem z komiksami Jeffa Lemire – zwykle mają fantastyczny, intrygujący punkt wyjścia, ale z czasem zaczynają grzęznąć w banałach, fabularnych kliszach albo kręcić się w kółko bez wyraźnego celu. Taki był Łasuch, takie były rozmaite odpryski Czarnego Młota, które miałem okazję czytać, taki jest też, do pewnego stopnia, Moon Knight. To frustrujące, bo Lemire nie jest jakimś fatalnym scenarzystą – potrafi operować dynamiką i dialogami na tyle sprawnie, by lektura nie był drogą przez mękę. W miniseriach, gdzie wymusza na sobie kompresję fabuły i punkt kulminacyjny, do którego dąży sprawdza się zdecydowanie lepiej.

Na szczęście po zakończeniu tego zdecydowanie zbyt długiego podwątku seria wraca na stosunkowo stabilne tory, zaczyna eksplorować historię i psychikę Marka i aż do samego końca robi się coraz ciekawiej. Ostatecznie zakończenie nie udziela definitywnej odpowiedzi na prawdziwą naturę wydarzeń z komiksu, ale same wydarzenia się na tyle sensownie poskładane do kupy, że lekturę kończy się z satysfakcją. Ze wszystkich znanych mi komiksów autorstwa Lemire ten, mimo nieszczególnego środka, podoba mi się najbardziej.

Warstwa graficzna wygląda naprawdę świetnie. Podstawą oprawy wizualnej są semi-realistyczne rysunki Grega Smallwooda i sprawdzają się znakomicie. Są na tyle czytelne, by nie utrudniały czytania i zarazem na tyle wyraziste, by podkreślały surrealistyczną fabułę. Rysownicy towarzyszący, odpowiedzialni za ilustrację niektórych środkowych segmentów komiksu też dobrani są znakomicie. Spójna kolorystyka sprawia, że nic się ze sobą nie kłóci i wszystko wygląda na miejscu. 

Z niejakim zdumieniem muszę napisać, że… polecam ten komiks. Jako punkt wejścia w złożoną i nieustannie nadpisywaną oraz retconowaną mitologię Moon Knighta sprawdził się w moim przypadku znakomicie, w dodatku jest konsekwentnie realizowaną opowieścią, która ma temat przewodni i która dąży do określonej konkluzji. Nie wiem czy Marc Spector trafi na moją prywatną listę ulubionych bohaterów wydawnictwa Marvel, ale po przeczytaniu tego wydania zbiorczego naprawdę mam ochotę dać mu na to szansę i sięgnąć po inne komiksy z Moon Knightem.

Egzemplarz recenzyjny dostarczyło wydawnictwo Egmont

piątek, 17 lipca 2020

RECENZJA: Doktor Strange – tom 2

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Pod względem subtelności komiksy Jasona Aarona często przypominają uderzenie pięścią w twarz. Trochę tego nie rozumiem – chociaż nie jestem jakimś wielkim fanem tego scenarzysty, to czytałem kilka rzeczy jego autorstwa, które takie nie były. Nie jakoś wybitnie wiele, ale jednak tyle, by zdawać sobie sprawę, że potrafi być w swojej pracy znacznie bardziej powściągliwy. Narzekałem na tę tendencję w mojej recenzji pierwszego tomu wydania zbiorczego komiksowej serii Doktor Strange i będę to robił po raz kolejny, prawdopodobnie jeszcze bardziej. O ile bowiem pierwszy tom posiadał jakąś spójną narracyjną linię, która dawała poczucie fabularnego progresu, o tyle ten jest już tylko bałaganem. Przeraźliwym bałaganem. 

W Doktor Strange – tom 1 magia uniwersum Marvela została… wydaje mi się, że właściwe słowo brzmi „zrestartowana”… przez grupę czcicieli nauki, którą w finale tamtego tomu udało się powstrzymać głównemu bohaterowi. Drugi tom opowiada o powolnym odrastaniu magii we Wszechświecie i dziwacznych wydarzeniach, które towarzyszą temu procesowi. Części etatowych wrogów doktorka udało się zachować swoją magiczną potęgę i postanowili wykorzystać chwilowe osłabienie odwiecznego rywala, by raz na zawsze się z nim rozprawić. Jakby tego było mało Męka – dziwna, mroczna istota, która powstała jako skutek uboczny działań Doktora Strange’a celem uniknięcia negatywnych konsekwencji używania magii – ponownie zaczyna krzyżować szyki głównemu bohaterowi. Poza tym w komiksie pojawia się Man-Thing, Thor Gromowładna, postrzelony mag, który amputował sobie głowę i wszył na jej miejsce oko martwego Watchera oraz nazistowskie wampiry ninja. Tja. 

Z rozdziału na rozdział cała ta szamotanina ma coraz mniej sensu. Potężne postacie pojawiają się i znikają próbując zrobić Strange’owi krzywdę, on – osłabiony i zdezorientowany – poświęca wszystkie swoje siły, by się uratować. Gdyby nie strony z reprodukcjami okładek, ciężko byłoby nawet wypatrzeć gdzie kończy się jeden rozdział, a zaczyna drugi. Wydarzenia nie mają żadnej podbudowy napięcia, spokojniejszych momentów czy wyciszenia po jakimś szczególnie istotnym punkcie kulminacyjnym. Wszystko po prostu dzieje się w jednym, bardzo szybkim tempie. Doktor Strange – tom 2 jest w miarę lekką, stuprocentowo niezobowiązującą rozrywką, która niczego nie wymaga i niczego (poza zajęciem kilku kwadransów) nie oferuje w zamian. 

Czy to oznacza, że ten komiks jest zły? No cóż… nie, nie mogę tego napisać. Doskonale rozumiem, do jakiej grupy odbiorców jest on skierowany i wydaje mi się, że doskonale zaspokaja jej oczekiwania. Nie każdy tekst kultury musi być mądry, wyważony i subtelny. Czasami surowy urok przesady i campu jest tym, czego człowiek potrzebuje po długim, wymagającym dniu. W tym wymiarze drugi tom Doktora Strange’a ma pewną wartość. Aaron nie jest słabym scenarzystą i potrafi poskładać do kupy nawet jeśli nie sensowną opowieść to na pewno angażujące doświadczenie. Główny bohater nie przechodzi tu żadnej znaczącej przemiany, wprowadzona w poprzednim tomie postać bibliotekarki służy już raczej za tło, a akcja nie prowadzi czytelników w żadnym znaczącym kierunku. Tym niemniej… 

…tym niemniej po zakończeniu lektury zamknąłem komiks w stanie pewnej konfuzji, ale bez poczucia zmarnowanego czasu. I nie potrafię do końca wytłumaczyć – nawet samemu sobie – właściwie czemu? Wydaje mi się, że ujęła mnie rozbrajająca szczerość tego komiksu. Aaron doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że pisze serię, która nigdy nie wyląduje na szczytach list najlepszych komiksów wszech czasów. Wie też z całą pewnością, że gdyby jednak tak się stało, to i tak wszystkie profity zgarnie wydawca trzymający licencję na postać i mający prawa własności do wszystkiego, co stworzył scenarzysta. Dlatego się bawi – dorzuca do równania kolejne elementy, niespecjalnie przykładając wagę do tego czy i jak pasują do całości. To bezwstydny strumień świadomości twórcy, który dysponuje na tyle dużym talentem i doświadczeniem, by uszło mu to na sucho. 

piątek, 10 lipca 2020

Ideologia. Assassin's Creed




Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.

Ideologia jest dość specyficznym terminem. Każda osoba na intuicyjnym poziomie rozumie, co on oznacza, ale założę się, że gdybym zapytał Was o definicję, każde z Was podałoby mi nieco inną. A może nawet i zupełnie inną. Ideologia jest bowiem terminem nieesencjonalnym – na przestrzeni lat jej znaczenie zmieniało się, niektórzy filozofowie czy politycy mieli własne, specyficzne rozumienie tego pojęcia, które z czasem przeniknęło do mowy potocznej i jeszcze bardziej skomplikowało i tak już zagmatwaną sytuację. Często prowadzi to do nieporozumień albo nawet niepotrzebnych konfliktów, gdy na przykład spierają się ze sobą dwie osoby posługujące się różnymi interpretacjami tego słowa, a każda z nich zakłada, że to drugie mówi o tym, o czym myśli to pierwsze. Jest też wiele osób używających terminu „ideologia” w całkowicie bezrefleksyjny sposób. Generalnie mnóstwo z tym zamieszania, które postaram się, w miarę moich skromnych możliwości, rozjaśnić. 

Okej, odpakujmy to. W najprostszym rozumieniu ideologia to system poglądów, idei, pojęć jednostki lub grupy ludzi. Taką definicję podaje Słownik Języka Polskiego i, jak każdy słownik, prezentuje w ten sposób bardzo skondensowaną definicję bardzo złożonej rzeczy. Rozbudowaną wersję tej definicji można opisać w kilku punktach: 

Ideologia: 
  • zawiera w sobie mniej lub bardziej spójną teorię tłumaczącą ludziom otaczającą ich rzeczywistość oraz to, co jest z nią nie tak 
  • przedstawia plan działania, jak poprawić sytuację i zmienić nasz świat na lepsze 
  • prezentuje samą siebie jako aktywną siłę, która wymaga bezpośredniego, praktycznego działania na jej rzecz 
  • ma tendencję do umieszczania intelektualistów w roli przywódczej, nawet jeśli skierowana jest do ogółu społeczności 

Każde z nas ma jakąś ideologię – jakiś pomysł na to, co jest nie tak ze światem i w jaki sposób możemy to zmienić. Te pomysły się różnią, w zależności od naszych opinii, życiowych doświadczeń, osobistych refleksji, wpływu innych osób i tak dalej. 

Wszystko zaczęło się od epoki Oświecenia, która – między wieloma innymi rzeczami – znacznie ograniczyła rolę religii w kształtowaniu się ludzkich poglądów i świadomości. Otworzyło to przestrzeń dla powstania nowych nurtów myślenia oraz organizowania się wspólnie z osobami, które podzielają nasze rozumienie świata. Jedną z takich osób był Antoine Destutt de Tracy, francuski filozof odpowiedzialny za wymyślenie terminu „ideologia”. 

Dla Anointe’a – nie, nie będę męczył się z wymawianiem jego nazwiska, wiecie, że jestem w tym fatalny – ideologia oznaczała próbę zrozumienia świata i mechanizmów nim rządzących. Nie dla samego zrozumienia, ale po to, by ten świat naprawić i uczynić lepszym dla wszystkich. Nie chodziło o wiedzę dla samej wiedzy, ale o wiedzę, którą można wykorzystać dla dobra ogółu. W teorii brzmi to fantastycznie, więc pojmowana w ten sposób ideologia szybko stała się jedną z najpopularniejszych doktryn filozoficznych w XVIII-wiecznej Francji. 

W praktyce sprawa była jednak znacznie bardziej skomplikowana. Okazało się, że dwie osoby patrzące na jakiś problem społeczny mogą mieć dwa zupełnie inne pomysły na to, w jaki sposób ten problem rozwiązać. Albo jedna z nich może uznać, że dany problem nie jest tak naprawdę problemem, tylko czymś neutralnym albo wręcz pozytywnym. Albo widzieć problem tam, gdzie nie dostrzegają go inni. Wbrew temu, czego zapewne chciał Antoine, nie istnieje jedna spójna ideologia, ponieważ nie wszyscy ludzie patrzą na świat w dokładnie taki sam sposób. Czy nawet w podobny sposób. 

To sprawiło, że w XIX i XX wieku powstało mnóstwo różnych ideologii – komunizm, socjalizm, liberalizm, neoliberalizm, libertarianizm, anarchizm, konserwatyzm, centryzm, nacjonalizm, faszyzm, nazizm i całe mnóstwo innych – a wiele z nich do dziś trzyma się całkiem nieźle. Ideologie, w ich pierwotnym rozumieniu, są zatem wynalazkiem stosunkowo bardzo świeżym. 

Przed nastaniem epoki oświecenia rolę ideologii spełniała religia. Czy religia jest ideologią samą w sobie? Nie wydaje mi się, by istniał jakiś twardy konsensus w tej sprawie. Wiele zależy od tego, w jaki sposób zinterpretujemy termin „ideologia”. Choć zdecydowanie istnieją zideologizowane nurty religijne, a niektóre religie bywają czasem elementem tej albo innej ideologii. Osobiście skłaniam się raczej ku odpowiedzi „nie, religia nie jest ideologią”. Ideologie mają na celu zmianę świata na lepsze, większość religii skłania się raczej ku bardziej duchowym celom, jak osiągnięcie życia wiecznego w Niebie. Ideologie opierają się na bezpośrednim działaniu ludzi, religie skłaniają się raczej ku interwencji sił nadprzyrodzonych. Różnic jest więcej niż podobieństw. Osobiście rozróżniam obie te rzeczy, ale obie wkładam do większego worka z napisem „metanarracje”. 

Metanarracje są fantastycznym, ale bardzo skomplikowanym terminem, o którym zapewne kiedyś nagram oddzielny esej. Na razie wróćmy do ideologii. 

Ideologia to termin, który narzuca silne negatywne skojarzenia, choć sam w sobie ma charakter neutralny – opisowy. Dzieje się tak nie bez powodu. Częściowo wynika to z faktu, że osoby mające uświadomioną ideologię na ogół bardzo aktywnie działają, by popchnąć w świat w kierunku, który uznają za lepszy. Co budzi opory większości, która albo przywykła już do obecnego stanu rzeczy albo ma zupełnie inny system wartości. To powoduje konflikty, przez co osoby utożsamiające się z tą albo inną ideologią najczęściej mają opinię burzycieli robiących niepotrzebny hałas wokół swoich postulatów – niezależnie od tego, jakie są to postulaty. 

Nie znaczy to oczywiście, że pozostali nie mają żadnej ideologii. Wręcz przeciwnie. Tu dochodzimy do drugiej, zupełnie innej definicji słowa „ideologia” używanej przez takich filozofów jak Marks i Hegel. Dla nich ideologia oznaczała – upraszając nieco – zestaw przekonań, w które ludzie wierzą nie dlatego, że zdecydowali się w nie wierzyć, bo uznali, że to dobry pomysł, ale dlatego, że wychowali się w świecie, w którym te przekonania obowiązują od zawsze. To sprawia, że istnieje mnóstwo rzeczy, które nie są twardym prawem natury, jak grawitacja, ale które uznajemy za takowe, ponieważ wpajano je nam od dziecka, nikt nigdy nie zmuszał nas do poddawania ich w wątpliwość. I dopiero osoba z zewnątrz, która nie podziela tych przekonań albo ktoś, kto miał doświadczenia, które zmusiły go do zakwestionowania ich, jest nam w stanie wskazać, że to nie jest rzeczywistość, niekoniecznie, tylko… no cóż, ideologia. 

Nas zwykle to mocno denerwuje, bo często w ten sposób podważany jest porządek społeczny, który uznawaliśmy dotąd za naturalny i niezmienny. Więc gdy ktoś wskazuje, że można mieć na ten temat inną opinię, reagujemy ze sceptycyzmem czy nawet agresją. Bo to część naszego świata na bardzo głębokim poziomie i stanowi ważny element tego, w jaki sposób postrzegamy rzeczywistość. 

Jak patriarchat. 

Albo Gwiezdne Wojny. 

…zastanawiam się, którym z tych przykładów nagrabiłem sobie mocniej. W każdym razie – część filozofów, gdy mówi o ideologii ma na myśli właśnie ten pasywny szum tła. Grawitacja działa wszędzie. Patriarchat działa tylko w społeczeństwach patriarchalnych. Tego pierwszego nie da się zmienić. To drugie zależy od kultury, historii oraz podziału ról społecznych, które są plastyczne i można je odrzucić albo mocno zmodyfikować. Jeśli obie te rzeczy uznajemy za równie rzeczywiste oznacza to, według Hegla i podobnych mu myślicieli, że naszą ideologią jest patriarchat. Albo częścią naszej ideologii. Ta konkretna definicja często określana jest mianem fałszywej świadomości. W tym rozumieniu ideologia ma znaczenie negatywne, bo określa bezrefleksyjne przyjmowanie tego, co ogół uważa za normę i coś naturalnego. 

Późniejsi filozofowie, szczególnie ci zajmujący się socjologią wiedzy jak Max Weber czy Karl Manhiem, zauważyli, że ideologie są systemami myśli i poglądów, które wyrażają interesy określonych grup społecznych. Oznacza to, że na przykład kapitalizm – jeśli uznamy go za ideologię samą w sobie – wyraża interesy właścicieli kapitału, socjalizm wyraża interesy klasy robotniczej, konserwatyzm chroni interesy osób o tradycjonalistycznej wrażliwości, liberalizm interesy klasy średniej, a faszyzm interesy kompletnych idiotów. To z kolei sprawia, że wszystkie ideologie są z natury złe. Bo każda z nich dąży do dominacji wyłącznie jednej, określonej grupy osób, w domyśle – kosztem wszystkich innych. Co za tym idzie, wszystkie idee stworzone pod wpływem tej albo innej ideologii są z natury wadliwe, ponieważ tworzą je ludzie mający określoną agendę. A zatem nie tworzą prawdziwie neutralnych idei, a jedynie podświadomie racjonalizują własne przekonania i próbują sprzedać swoje poglądy jako prawdę o świecie. 

Jak możecie się domyślić, ta interpretacja nie jest specjalnie popularna. Osoby, które ją krytykują, często zwracają uwagę na to, że pojmowana w ten sposób ideologia ma na tyle szeroką definicję, że wpada w nią właściwie wszystko. Również socjologia wiedzy. A zatem socjologowie wiedzy, którzy doszli do wniosku, że wszystkie idee są zideologizowane, a zatem nieprawdziwe…. wyrażają w ten sposób przekonanie, które jest zideologizowane. A zatem nieprawdziwe. Szach mat, lewa… ehm, Weber. 

Przejdźmy zatem do Assassin’s Creed. Z góry zaznaczam, że odwoływał się będę jedynie do pierwszych pięciu odsłon serii, czyli do tak zwanej sagi Desmonda. A zatem jeśli wymienię coś, co zostało później zretconowane, darujcie. Ta seria przepisuje swoją mitologię właściwie co roku i już dawno przestałem za tym nadążać. Przywołuję tu Assassin’s Creed, bo obie strony konfliktu Asasynów i Templariuszy znakomicie reprezentują to, czym jest ideologia. I… no cóż, właśnie sobie uświadomiłem, że mam zamiar całkowicie dosłownie i bezwstydnie… wciskać ideologię do gier video. Gracze mnie zabiją, prawda? 

No cóż, zaryzykujmy. Assassin’s Creed jest serią gier opowiadającą o ideologicznym konflikcie dwóch prastarych frakcji – Bractwa Asasynów i Zakonu Templariuszy. Nie mają one zbyt wiele wspólnego ze swoimi historycznymi odpowiednikami, bo oba są znacznie starsze, mają zupełnie inną genezę, inne cele oraz inną, no cóż, ideologię. 

Tytułowe kredo Asasynów brzmi „Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone”. To może wprowadzać w błąd, dlatego warto pamiętać, że ma ono charakter opisowy, nie wartościujący. Pokazuje, jak według Asasynów wygląda świat i jakimi zasadami się rządzi. Nie jak powinien wyglądać. Bractwo odrzuca fałszywą świadomość – każda norma społeczna jest sztuczna i powinna być kwestionowana oraz zmieniona, jeśli tylko pojawi się lepsza alternatywa. Świat, jako taki, jest niemożliwy do pełnego poznania i zrozumienia, ponieważ nasza percepcja świata jest ograniczona z natury rzeczy. W filozofii nazywamy to perspektywizmem. Nasze umysły nie są w stanie poradzić sobie z pełnym obrazem rzeczywistości, dlatego warto zachować sceptycyzm i przyjąć do wiadomości, że czegoś nie dostrzegamy albo nie rozumiemy. 

Oczywiście kwestia tego, czym jest „lepsza” alternatywa pozostaje otwarta. Perspektywizm sam w sobie nie ma żadnej pozytywnej wartości ideologicznej. Dlatego Asasyni kierują się innymi pryncypiami. Jednym z nich jest utylitaryzm, czyli założenie, że każde działanie powinno wiązać się z maksymalizacją ludzkiego szczęścia i minimalizacją cierpienia. Bractwo często skłonne było poświęcać życie jednostek dla dobra ogółu, najczęściej uśmiercając osoby stojące na drodze do osiągnięcia pokoju. Sprawiedliwość społeczna to kolejna istotna składowa ideologii Asasynów. Bractwo niemal zawsze stawało po stronie nieuprzywilejowanych mniejszości oraz walczyło z nierównościami na gruncie rasy, płci, statusu społecznego i pochodzenia. 

Jeśli ideologia Asasynów wydaje się Wam wewnętrznie sprzeczna i naszpikowana paradoksami, to macie rację. Częściowo bierze się to z faktu, iż nie jest ona naturalnym systemem przekonań, który wyklarował się poprzez działania i dyskurs w prawdziwym świecie, ale czymś, co wymyślili scenarzyści Ubisoftu, a potem inni scenarzyści zaczęli przepisywać i zmieniać, by dopasować to do tego, co w danym momencie chcieli zrobić w kolejnej grze. A częściowo dlatego, że wiele ideologii z prawdziwego świata posiada sprzeczne elementy, co często prowadzi do schizm, rozłamów albo wewnętrznych dyskusji. 

Współcześnie można spotkać się z opiniami, że czas ideologii już przeminął. Szczególnie po upadku Związku Radzieckiego, pod koniec XX wieku i dominacji liberalnego kapitalizmu w większości miejsc na świecie wielu filozofów i politologów wyraziło przekonanie, że oto mamy do czynienia z końcem tradycyjnie rozumianych ideologii, ponieważ na polu walki został już tylko jeden zawodnik. Z pewnością znacie pojęcie „końca historii” zaczerpnięte z książki Koniec historii i ostatni człowiek autorstwa amerykańskiego politologa i ekonomisty Francisa Fukuyamy. Fukuyamie nie chodziło o dosłowny zastój rozwoju, ale właśnie o wyklarowanie się ostatecznej ideologii – wolnorynkowej liberalnej demokracji – która zakończy cały ten bałagan, bo jest najlepszym możliwym sposobem organizacji społeczeństw. 

Dwadzieścia lat po książce Fukuyamy brytyjski filozof i teoretyk kultury Mark Fisher – którego możecie znać z mojego materiału o hauntologii… i który prawdopodobnie byłby Asasynem – poddał w wątpliwość to przekonanie, tworząc pojęcie realizmu kapitalistycznego. Fisher twierdził, że bezprecedensowa dominacja kapitalizmu powodowała erozję politycznej i społecznej wyobraźni. Ludzie przyjęli neoliberalny kapitalizm jako nową fałszywą tożsamość i nie są w stanie wyobrazić sobie żadnego lepszego systemu społecznego. Nie dlatego, że taki system nie jest w stanie zaistnieć – bo tego nie wiemy – ale dlatego, że sama myśl o alternatywie została uśmiercona już w zarodku. Dzięki temu neoliberalny, późny kapitalizm jest w stanie się utrzymać nawet w sytuacjach, gdy ewidentnie nie działa i doprowadza do ekonomicznej katastrofy. Fisher podaje tu przykład w postaci kryzysu ekonomicznego z 2008 roku, gdy banki i wielkie korporacje otrzymały potężne transfery socjalne, bo w przeciwnym wypadku upadłyby. Rządy nie pozwoliły im na to właśnie z powodu tego przekonania, że koniec kapitalizmu oznaczałby koniec cywilizowanego świata. 

Czy miały rację? Skąd ja mam do cholery wiedzieć? Jestem tylko YouTuberem, który ma zdecydowanie zbyt wiele wolnego czasu i najwyraźniej lubi kręcić bata na samego siebie. Jeśli ktoś ma ochotę wyrobić sobie własną opinię – do czego zachęcam, pamiętajcie, że nie jestem alfą i omegą – polecam lekturę książki Fishera Realizm kapitalistyczny: Czy nie ma alternatywy? która niedawno W KOŃCU wydana została w naszym kraju przez polską edycję Le Monde Diplomatiqe. 

Wydaje mi się, że najlepiej myśleć o ideologiach jak o narzędziach, za pomocą których jesteśmy w stanie zmienić świat. Wszyscy mamy jakieś poglądy na to, co jest nie tak z otaczającą nas rzeczywistością. Ideologie są jednym ze sposobów na usystematyzowanie tych poglądów, utworzenie z nich spójnej wizji oraz strategii na wcielenie ich w życie.

Bibliografia:
Artykuł o definicjach ideologii na stronie Britanniki –
Artykuł o definicjach ideologii na stronie Encyklopedii PWN -https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/ideologia;3913853.html
Karl Marx „German Ideology” w angielskim przekładzie - https://www.marxists.org/archive/marx/works/1845/german-ideology/index.htm
Polskie wydanie książki M. Fishera „Realizm Kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?” - https://ksiegarnia.pwn.pl/Realizm-kapitalistyczny.,832015927,p.html

piątek, 3 lipca 2020

RECENZJA: Mister Miracle

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Hauntologia to dość złożony termin z zakresu filozofii i teorii kultury, o którym pisałem na blogu już wiele raz i prawdopodobnie napiszę o nim jeszcze wielokrotnie. W ekstremalnie skondensowanej formie zdefiniować go można jako coś w rodzaju odwróconej nostalgii – tendencji do tworzenia nowych tekstów kultury w taki sposób, by możliwie najbardziej przypominały stare, zarówno treści w jak i formie. Według popularyzatora tego terminu, Marka Fishera, wiele nakładających się na siebie czynników społecznych (takich jak bezprecedensowo swobodny dostęp do archiwów kultury, dynamika Internetu oraz neoliberalna ekonomia wymuszająca sięganie po sprawdzone już wzorce i strategie kosztem ryzykownych, eksperymentalnych przedsięwzięć) doprowadziło do sytuacji, w której – kolektywnie, jako cywilizacja – bardziej interesuje nas ponowne przeżywanie przeszłości, głównie tej lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, niż wymyślanie czegoś prawdziwie nowego.

Piszę o tym wszystkim ponieważ Mister Miracle jest modelowym przykładem takiego podejścia. Ten dwunastozeszytowy komiks autorstwa Toma Kinga (scenariusz) oraz Mitcha Geradsa (rysunki) wygląda niczym kulturowy artefakt, który wypadł z dziury w czasoprzestrzeni prowadzącej do siedziby wydawnictwa Vertigo w latach osiemdziesiątych. Komiks opowiada o obdarowanym supermocami artyście scenicznym, mistrzu ucieczek, kimś w rodzaju prestidigitatora. Prawdziwym prestidigitatorem jest tu jednak Tom King, któremu najwyraźniej udało się wmówić wszystkim, że jest jednym z najciekawszych artystów młodego pokolenia, choć jego jedyną sztuczką jest naśladowanie mistrzów anglosaskiego komiksu sprzed trzydziestu, czterdziestu lat.

Mamy tu bowiem wszystko, czym tylko mogliśmy się zachwycać w takich komiksach jak Sandman, Watchmen czy Powrocie Mrocznego Rycerza. Kontrast klasycznej, idealistycznej wersji postaci z jej pseudorealistyczną, psychologicznie pogłębioną współczesną wersją? Jest. Dekonstrukcja polegająca na straumatyzowaniu głównego bohatera? Jest. Repetycje, żonglowanie wyrazistą symboliką i używanie samej struktury medium do demonstrowania nastroju głównego bohatera? Jest. Metakomentarz odnośnie natury komiksowego medium? Jest. Podzielenie każdej strony na siatkę dziewięciu kadrów i łamanie tej kompozycji w kluczowych momentach? Jest. Mógłbym ciągnąć tę wyliczankę jeszcze długo, bo King kopiuje w zasadzie każdy narracyjny, kompozycyjny czy treściowy wybieg od swoich poprzedników. I nie robi absolutnie niczego więcej.

Problem polega na tym, że oni robili to w czasach, gdy takie rzeczy były nie do pomyślenia – w mądry, odważny sposób rozwinęli komiksowe medium dając swoim następcom bardzo szeroki komplet nowych narzędzi i przecierając im nieznane wcześniej szlaki. I naprawdę nie ma niczego złego w tym, że Tom King skwapliwie z tego wszystkiego korzysta. Problem pojawia się w momencie, gdy taki hauntologiczny artefakt stawiany jest jako przykład tego, że komiks to Sztuka. Widziałem mnóstwo rankingów „najlepszych komiksów ostatnich lat” na których Mister Miracle zajmuje wysokie – czy nawet pierwsze – miejsce. Jeśli to naprawdę jest koronny przykład na to, że komiksowe medium stanowi prężnie rozwijającą się gałąź sztuki, to oznacza, że mamy poważne kłopoty, bo medium nie rozwija się od jakiegoś ćwierćwiecza.

Mister Miracle wygląda tak, jak wygląda, ponieważ kanony tego, co w tym medium uchodzi za elitarną, ekskluzywną sztukę ustalili w zeszłym tysiącleciu Frank Miller, Allan Moore i Neil Gaiman i nie zmieniły się one do dnia dzisiejszego. Na pewno nie ma zamiaru zmieniać ich King bo niby czemu miałby to robić, skoro te same sztuczki działają od trzech dekad? Wydaje mi się, że właśnie to najmocniej drażni mnie w tym komiksie i, szerzej, w całym dorobku artystycznym Kinga. Jego najbardziej prestiżowe projekty pisarskie – Vision, Mister Miracle, Omega Man – stanowią jedynie wtórne przeżywanie estetyk i tematów dominujących w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Żadna rewolucja, nawet nie ewolucja, jedynie powielanie schematów, zagrań, wybiegów i tematów.

Znamienne jest również to, że wszystkie te komiksy – i większość innych spod pióra Kinga, jak choćby jego Batman – opowiadają o standardowych białych heteroseksualnych mężczyznach. Nawet Vision, który jest robotem i doznaje z tego powodu opresji to jedynie abstrakcyjna figura mniejszościowa, która nie posiada żadnego skonkretyzowanego kontekstu kulturowej opresji. I nie, nie chodzi mi o jakiś idiotyczny tokenizm czy inną polityczną poprawność. Chodzi mi o to, że tylu latach interesującego dyskursu kulturowego i politycznego, jaki rozgrywał się wokół komiksów, po eksplozji niezależnych tytułów eksplorujących tematy rasy, płci, struktury społecznej czy kulturowych tarć, po eksploracji nowych struktur narracyjnych, eksperymentach w formą i treścią najlepsze, co jest nam w stanie zaoferować mainstream to… Sandman po raz drugi. I wszyscy to łykają. To niemożebnie frustrujące.

W dodatku to nawet nie jest jako specjalnie udany komiks. Mister Miracle ma tak wielką obsesję na punkcie własnej symboliki, że kompletnie zapomina użyć tej symboliki do powiedzenia czegoś znaczącego o głównym bohaterze, jego sytuacji, moralności, kwestiach tożsamościowych czy właściwie czymkolwiek. Te tylko pusta gratyfikacja dla czytelnika rozumiejącego, że czarne panele z napisem „Darkseid jest” ze strony na stronę coraz gęściej pokrywające więcej kadrów oznaczają, iż Miracle jest coraz bardziej przytłoczony paranoją i osaczającą go sytuacją, która dosłownie odbiera mu przestrzeń do życia. Osoba, która wychwyci i to zrozumie – co nie jest wybitnie trudne – w samozadowoleniu poklepie się po plecach, że udało się jej dostrzec zmyślną symbolikę i będzie z siebie tak dumna, że zapomni o tym, iż symbolika powinna służyć czemuś więcej niż samej sobie.

W dodatku fabuła, gdy obedrze się ją z całego tego pretensjonalizmu, jest niesamowicie miałka. Główny bohater jest całkowicie pasywny i wyprany z charyzmy, jego relacje z małżonką i innymi postaciami wypadają wyjątkowo nieorganicznie, a cały konflikt jest tak mocno scentrowany na nim samym, że reszta postaci to służą jedynie poruszaniu się po orbitach wokół niego i nie mają szans rozwinąć indywidualnych wątków, które pogłębiłyby historię. główny dylemat, przed którym staje Scott – dylemat, którego podbudowę stanowiło dobre dwie trzecie serii – nie jest nawet specjalnie zniuansowany czy nieoczywisty. To trolley problem. W dodatku rozwiązany metodą „trzeciej drogi”, która pozwala głównemu bohaterowi uniknąć znaczącej ewolucji charakteru, a scenarzyście – prawdziwie znaczącej eksploracji poważnych tematów związanych z ponoszeniem odpowiedzialności za życiowe decyzje.

 Komiks jest całkowicie zarżnięty przez repetycje. Kopiowanie symboliki, motywów, linii dialogowych czy nawet całych kadrów to użyteczne narzędzia, jeśli chce się nadać komiksowi odpowiednią dynamikę i rytm – o ile używa się ich w odpowiedni sposób. King używa ich tak często i tak intensywnie, że praktycznie niewiele miejsca pozostawia na cokolwiek innego. Wszystko powtarzane jest tak często i tyle razy, że w pewnym momencie zmienia się w autoparodię.

Uporczywe trzymanie się układu siatki kadrów trzy na trzy było kolejnym gigantycznym błędem. Ta struktura ma swoje plusy, jest czytelna, pozwala na sprawne operowanie narracją i ułatwia zabawy z łączeniem poszczególnych kadrów w większą, całościową kompozycję. Cały Watchmen się na tym opiera. Problem polega na tym, że Moore i Gibbons rozumieli ograniczenia idące za tą strukturą i robili wszystko, by albo zmienić je w mocne punkty albo rezygnowali z nich w kluczowych momentach. Ważna była też kolorystyka – najczęściej parzyste kadry Watchmen były utrzymane w innej (kontrastowej) palecie barw niż nieparzyste, dzięki czemu nie męczyły oka i pozwalały na łatwiejszą identyfikację tego, co dzieje się na stronie.

Pod tym względem Mister Miracle wszystko robi źle. Długie sceny walk na siatce trzy na trzy szybko zaczynają wyglądać jak pozbawiony dynamiki rysunek techniczny. Szczególnie jeśli nie są kontrapunktowane różnicami barw tła (a nie są). Wiele ilustracji jest nonsensownie podzielonych linią kadru, byle tylko nie łamać siatki, choć znacznie lepiej wyglądałyby, gdyby twórcy pozwolili sobie na więcej elastyczności. W połączeniu z kopiowaniem i wklejaniem bez przerwy tych samych teł (a często nawet i całych kadrów) Mister Miracle wizualnie robi się po prostu nieznośny. A szkoda bo zarówno kreska, jak i kolory są naprawdę niezłe.

W trakcie lektury, od samego początku do samego końca, towarzyszyła mi mieszanka znudzenia i irytacji. Ze szczyptą zażenowania, że moje ukochane medium najwyraźniej utknęło w hauntologicznym limbo. To jest dokładnie tego typu dekonstrukcja, z której (po części autoironicznie) nabijał się Warren Ellis w Planetary. Dwadzieścia lat temu. Opinia Alana Moore’a o współczesnym komiksie superbohaterskim często jest karykaturalizowana, a on sam sprowadzany do mema starego człowieka krzyczącego na chmurę. Jeśli jednak Mister Miracle naprawdę jest najlepszym, co ma nam do zaoferowania współczesny amerykańskich główny nurt komiksowy, to oznacza, że Moore ma całkowitą rację – medium ugrzęzło w miejscu i nie potrafi się poruszyć ani znacząco rozwinąć.

Egzemplarz recenzyjny dostarczyło wydawnictwo Egmont

piątek, 26 czerwca 2020

RECENZJA: Potężna Thor - tom 3

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Trzeci tom polskiego wydania zbiorczego serii Potężna Thor – komiksu opowiadającego o Jane Foster, która przyjęła na siebie rolę bogini gromów z całym dobrodziejstwem inwentarza, jednocześnie zmagając się z zabijającą ją powoli chorobą nowotworową – jak w soczewce skupia w sobie wszystkie problemy, jakie mam z Jasonem Aaronem, scenarzystą tego komiksu. Aaron zawsze był popularnym twórcą, ale w czasach, w których powstawała Potężna pełnił rolę niemal architekta sporej części uniwersum Marvela oraz odpowiadał za pisanie głównej serii komiksowej na licencji Star Wars. To z kolei sprawia, że Egmont, w ramach nadrabiania coraz mniejszych zaległości z głównego nurtu komiksowego w USA, intensywnie publikuje w naszym kraju mnóstwo komiksów tego scenarzysty. 

Do Jasona Aarona mam bardzo specyficzny stosunek, bo nie jest to w żadnym wypadku scenarzysta słaby. Czytałem mnóstwo jego komiksów i wiem, że w momencie, gdy odpowiada mu jakaś konwencja, jest w stanie dostarczyć naprawdę świetnych historii. Jego dwunastoczęściowy run komiksu Conan Barbarzyńca to jedna z najlepszych rzeczy, jakie miałem przyjemność czytać w zeszłym roku i, gdy tylko Egmont zapowiedział jego publikację, z miejsca postanowiłem, że nabędę ten komiks, bo po prostu chcę go mieć na półce – nie tylko jako fan Conana, ale również jako fan dobrego komiksu. Pozostałe jego rzeczy są jednak… dziwne. Nie, żeby była to wada w taśmowo produkowanym komiksie superbohaterskim, w którym absurd często jest jedyną podtrzymującą uwagę rzeczą, ale Aaron zdaje się nie znać umiaru i przesadza z absolutnie wszystkim w stopniu, w którym przestaję się już łapać na ile jest to umyślna autoparodia, a na ile nieironiczne szarżowanie w ramach konwencji. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar, o której mowa w tej notce zdaje się utrzymywać mniej więcej pośrodku Aaronowego spektrum campu. Wydanie zawiera w sobie dwie opowieści kontynuujące wątki z poprzednich albumów. W pierwszej z nich Thor staje na czele drużyny do zadań specjalnych złożonej z przedstawicieli i przedstawicielek wszystkich światów z thorowego zakątka uniwersum. Prowadzi to oczywiście do nieufności i tarć w drużynie, z którą musi radzić sobie główna bohaterka. Druga, dłuższa historia, opowiada o pojedynku z parą bogów wyznawanych przez kosmiczną rasę Shi’Ar, w który wmanewrowana została Thor. W tle przewijają się wątki przewodnie całej serii, jak walka Jane Foster z nowotworem oraz wojna z elfami. 

Obie historie są bardzo sztampowe i napędza je niemal wyłącznie barwna akcja. Nie ma tu znaczącego rozwoju postaci czy interesującego budowania zależności między frakcjami. To komiks czysto rozrywkowy, który bawi, bo to jego jedyna ambicja. I naprawdę nie ma w tym niczego złego, od tego jest przecież kolorowa superbohaterszczyzna, by na kilka kwadransów oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć w świecie, w którym wszystkie problemy można rozwiązać odpowiednio mocnym uderzeniem przeciwnika albo wykazaniem dostatecznej determinacji. I w tej roli Potężna Thor sprawdza się doskonale. Dzieje się dużo, akcja pędzi na złamanie karku i nie zatrzymuje się aż do samego końca. Co więc jest nie tak? 

Jane Foster. Nie sama bohaterka, która pisana jest nieco na autopilocie, ale na tyle umiejętnie, bym nie mógł się czepić niczego konkretnego. Chodzi mi o jej wątek. Wyjściowy pomysł na postać Thor była tragedia postaci – doktor Foster cierpi na raka i walczy o życie. Za każdym razem gdy dokonuje transformacji w potężną Thor wszystkie działania mające na celu przejście przez chorobę – środki przeciwbólowe, chemioterapia – resetują się. Im częściej dokonuje transformacji, tym bardziej maleją jej szansę na przeżycie choroby, bo gdy wraca do swojego ciała wszystko trzeba zaczynać od początku. 

Kontrast wiotkiej, wyniszczonej chorobą Jane i witalnej, zdrowej, potężnej Thor działa jako fajny kontrapunkt, a walka z nowotworem w sytuacji, gdy bohaterka musi kalkulować swoje szanse na wyzdrowienie przez pryzmat tego, co dzieje się wokół niej potencjalnie dodaje całej tej zabawie większego dramatyzmu… niestety tylko potencjalnie. Rak jest straszliwą chorobą, zabijającą powoli i boleśnie. Wiąże się on z długim i wyniszczającym cierpieniem i olbrzymimi obciążeniami psychicznymi. W jaki sposób ogrywa to komiks? 

W bardzo nijaki. Motyw raka funkcjonuje tu na zasadzie niemal gimmicka, któremu poświęcone jest absolutne obligatoryjne minimum uwagi i zaangażowania. Nie twierdzę, że cała seria o Thor powinna być kroniką gaśnięcia pod kroplówką, bo nie po to czytamy głównonurtowe komiksy od Marvela, by się dołować albo przeżywać intymne studium emocjonalne. Skoro jednak wprowadzono już taki wątek do historii postaci, w dodatku jako istotną jej część, wypadałoby odnieść się do niego w jakiś znaczący sposób. Tego niestety, póki co, w tym komiksie brakuje. To daje rezultat w postaci dziwnego dysonansu, nie jestem przekonany czy umyślnego. 

Ilustracje są natomiast znakomite i wydaje mi się, że to właśnie one są główną atrakcją tej serii – soczyste, dynamiczne kadry, żywa kolorystyka i umiejętne operowanie narracją graficzną. To pewien standard tej serii i jedna z tych rzeczy, za które zawsze będę ją chwalił. Szczególnie podobały mi się ilustracje wątku boskiej wojny z Shi’Ar, w których rysownik dokonywał małych cudów kreatywności by należycie zaprezentować konflikt między tak potężnymi siłami. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar to kolejny komiks Jaona Aarona zawierający w sobie całe to cudowne bezguście przesady, z którego znany jest ten twórca. Tylko tyle albo aż tyle. 

środa, 24 czerwca 2020

Domena publiczna



Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


Rozdział I

- Na Croma! – zaklął Conan osłaniając oczy muskularnym ramieniem i z trudem brnąc przez śnieżne zaspy. Burza ani myślała ustać. Wiatr uderzał w ciało barbarzyńcy, smagając jego tors i ramiona przeklętym zimnem północy. Drobne, ostre jak igły płatki śniegu kaleczyły każdy odkryty skrawek jego ciała.
Cymmeryjczyk po raz kolejny przeklął swą impulsywną, nierozważną naturę. Napotkani po drodze kupcy zmierzający ku południowym królestwom ostrzegali go, by nie schodził ze ścieżki. „Nie masz w pustkowiach Hyperborei niczego prócz lodowej śmierci” rzekł mu ogorzały, jednooki kupiec, posturą niemal dorównujący Conanowi. Powiedziawszy to, powiódł swą karawanę ku ciepłym, żyznym ziemiom Nemedii i Brythunii, by sprzedać ich mieszkańcom skóry lodowych słoni i zakrzywione kły polarnych tygrysów.
Conan za nic miał jednak kupieckie przestrogi. Przetrwał już w swoim życiu niejedną burzę śnieżną, a skute lodem hyperborejskie równiny przyciągały go siłą, której nie byłby w stanie wyjaśnić nawet samemu sobie. Przypominały mu jego własną ojczyznę – Cymmeria znajdowała się na podobnie surowych ziemiach i, jak Hyperborea, rodziła ludzi ulepionych z twardszej gliny.
Szybko jednak przyszło mu pożałować swej buty. Po dwóch dniach błądzenia w śniegu i kurzawie był już niemal na granicy ludzkiej wytrzymałości. Człek cywilizowany dawno byłby wyzionął ducha, ale barbarzyńska krew nadal żywo grała w żyłach Conana, który ani myślał oddać się w objęcia zimnej śmierci.
Barbarzyńca uniósł głowę i rozejrzał się. Zdawało mu się, że w ryczącej wiatrem bieli dojrzał jakiś kształt – cytadelę, zamek lub inną podobną domenę. Nie mając wiele do stracenia, Conan zebrał wszystkie pozostałe mu siły i z trudem zaczął podążać w tamtym kierunku.


Domena publiczna to termin określający wszystkie teksty kultury, z których każde z nas może korzystać swobodnie na właściwie każdy sposób jaki przyjdzie nam do głowy, bez potrzeby pytania kogokolwiek o pozwolenie. Zaliczają się do nich na przykład legendy, mitologie, tradycyjne pieśni i utwory muzyczne oraz przysłowia. Są to teksty kultury, do których żadna prywatna osoba nie może rościć sobie majątkowych praw autorskich. 

Wydawnictwo Marvel tworząc swoją wersję mitologicznej postaci Thora korzystało właśnie z dobrodziejstw domeny publicznej. Podobnie jak Disney, tworząc adaptacje opowieści o kopciuszku czy śpiącej królewnie. Generalnie wszystko, co powstało zanim upowszechniły się prawa autorskie oraz prawa własności intelektualnej, czyli około osiemnastego, dziewiętnastego wieku, jest dziś w domenie publicznej. 

Sama idea jest jednak znacznie starsza i sięga czasów starożytnego Rzymu. Rzymskie prawo wyszczególniało grupę rzeczy, które z tych czy innych powodów nie mogły być własnością prywatną. Prawo rozróżniało kilka typów tego rodzaju rzeczy. Res nullis oznaczało na przykład obiekty, które nie należą do nikogo, ponieważ nikt jeszcze ich sobie nie wziął. Jak choćby dzikie zwierzę, które dopóki biega sobie po lesie jest niczyją własnością, ale po jego upolowaniu, automatycznie należy do tej osoby, która to zrobiła. Res publica oznacza własność państwa, a zatem wszystkich jego obywateli. Res communis oznacza natomiast, że starożytni Rzymianie byli towarzyszami, twierdzącymi, że do pewnych rzeczy – takich między innymi jak słońce, powietrze czy ryby morskie – mamy prawo z racji przynależności do gatunku ludzkiego. 

Ta starożytna idea, mówiąca że nie wszystko możemy albo powinniśmy mieć na własność, przetrwała do dziś. Jej rezultatem jest choćby uznanie Antarktydy jako kontynentu należącego do wszystkich narodów świata. Innym przykładem jest ustanowienie prawa kosmicznego, które gwarantuje wszystkim narodom dostęp do przestrzeni kosmicznej bez obaw, że któreś z mocarstw albo korporacji wbije flagę w jakieś ciało niebieskie i zadeklaruje, „Ten kawałek kosmicznej próżni należy do mnie!”. Przynajmniej na chwilę, bo nie wątpię, że prędzej czy później sprawa zrobi się znacznie bardziej skomplikowana. Ale wróćmy na Ziemię. 

Każde z Was może wydać drukiem własną wersję kopciuszka czy śpiącej królewny, każde z was może napisać nową wersję tej opowieści, zaadaptować ją jako komiks, film lub słuchowisko i zarabiać na takiej twórczości bez żadnych problemów ze strony osób, które są właścicielami praw do tych dzieł. Bo wszyscy jesteśmy ich właścicielami w takim samym stopniu. 

No dobrze, ale co z dziełami, które powstały później? Tu sprawa jest już nieco bardziej skomplikowana. Każde państwo ma swoje własne regulacje wewnętrzne, Większość świata przyjęła zasadę, że dorobek twórczy przechodzi do domeny publicznej jakiś czas po śmierci jego autora. W krajach Unii Europejskiej „jakiś czas” oznacza siedemdziesiąt lat, ale w wielu innych państwach jest to sześćdziesiąt, pięćdziesiąt albo nawet dziewięćdziesiąt pięć, jak na Jamajce. Po tym czasie, o ile nie pojawią się jakieś komplikacje, na początku kolejnego roku dzieło przechodzi do domeny publicznej i jest dostępne dla nas wszystkich. 

Teoretycznie. W praktyce bowiem… no cóż, w praktyce sprawy nigdy nie wyglądają tak prosto.


Rozdział II

Wycieńczony Conan dotarł w końcu do tajemniczej budowli. Jak słusznie podejrzewał, była to warownia. Barbarzyńca zadumał się, czego też miała strzec tak daleko od jakichkolwiek oznak cywilizacji. Wyciągnął miecz i ostrożnie wkroczył na opustoszały dziedziniec.
Rozejrzał się niepewnie, nie wiedząc, co powinien czynić. Za grubymi murami wiatr i śnieżna kurzawa nie dokuczały już tak bardzo, ale zimno nadal było nieomal obezwładniające. Conan ruszył w stronę największej budowli, by schronić się przed mrozem i poszukać czegoś do jedzenia. Nie obiecywał sobie zbyt wiele, bo warownia zdawała się być opuszczona już od bardzo dawna i jakakolwiek strawa ostała się za jej murami, z pewnością nie nadawała się już do zjedzenia.
Krążąc po pustych, zimnych korytarzach, Conan natrafił na leżące na podłodze pnącza. Zdziwiło go to, bo takie rośliny zwykł widywać na gorącym południu, w gęstych dżunglach albo zachodnich piktyjskich dziczach. Gdy ujął w dłoń jedno z pnączy, zorientował się, że w barwie i dotyku przypominają raczej ludzką skórę, z nieustannie pulsującymi żyłami i splotami mięśni oraz ścięgien. Z obrzydzeniem odrzucił od siebie dziwaczną narośl, zastanawiając się, do jakiegoż to przeklętego miejsca przyszło mu zbłądzić tym razem.
 Wyostrzone zmysły barbarzyńcy wyczuły ciepło. Gdzieś w pobliżu gorzał ogień. Nie mieszkając, Conan ruszył schodami w dół, w kierunku lochów. Zaklął, gdy jedno z cielistych pnączy oplątało mu nogę i spróbowało obalić go na ziemię. Cymmeryjczyk zamachnął się mieczem i przeciął pnącze. Z kikuta trysnęła ciepła, lepka ciecz, której zapach Conan rozpoznał od razu – sam bowiem wielokrotnie przelewał tę ciecz na niezliczonych polach walki.
Krew.
Barbarzyńca zadrżał. Niestraszne mu były zagrożenia przyrodzonej natury, ale magia zawsze napawała go głębokim niepokojem. Po chwili wahania Conan podjął wędrówkę w dół, tym razem bacznie uważając, by nie nastąpić na któreś z coraz gęściej pokrywających schody pnączy.
W końcu dotarł do ciemnego korytarza. Przed sobą miał dwa długie rzędy cel. Niektóre były puste, w niektórych kulili się osadzeni. Do każdej z cel wiodło jedno z obmierzłych pnączy.
Conan zbliżył się do najbliższej. Dostrzegł tam wychudzonego ciemnowłosego mężczyznę odzianego jedynie w przepaskę biodrową. Barbarzyńca rozpoznał w nim podobnego sobie człowieka niezepsutego cywilizacją – mimo wychudzenia, pod jego skórą nadal rysowały się mięśnie, a postawa nieznajomego wiele miała z dzikości, którą widywał u swoich pobratymców.
- Ty – więzień podniósł się do pozycji wyprostowanej i zbliżył do krat. – Czy oczy mnie nie zwodzą? Wolny człowiek krążący po Cytadeli Gryzonia?
- Cytadeli Gryzonia? – powtórzył barbarzyńca zdziwionym tonem. – O czym ty mówisz, człecze?
Conan spojrzał w oczy swego rozmówcy. Nie dostrzegł w nim ani krzty szaleństwa, jedynie konfuzję i skrajne wyczerpanie. Spod gęstych, ciemnych włosów, u samego karku sterczało więźniowi pnącze, wpite głęboko w jego własne ciało i nieustannie pulsujące.
- Uciekaj – wyszeptał jeniec drżącym głosem. – Uciekaj, póki możesz, nieznajomy. Nie ma większego przekleństwa niż dać się uwięzić Gryzoniowi.
- Chwila – warknął Cymmeryjczyk. – Nie zwykłem umykać przed zagrożeniem, nieważne jak wielkim. Rzeknij mi najpierw, jak masz na imię.
Więzień cofnął się.
- Moje imię – powiedział cicho – to pierwsze, co odebrał mi Gryzoń. Walczyłem mężnie, nieznajomy, a wiedz, że nawykłem do walki. Wychowałem się w dżungli, pośród małp. Przygarnęły mnie po śmierci moich rodziców, brytyjskich arystokratów zdradzonych przez załogę swego statku i wyrzuconych w afrykańskiej dziczy. Po latach wróciłem do swojej ojczyzny, walcząc o odebrane mi dziedzictwo. Walczyłem z niegodziwymi ludźmi i fenomenami natury, jakie nigdy ci się nie śniły. Moje imię powtarzano w całej Anglii i Afryce. Ale dziś… dziś nikomu już nie wolno wymówić mojego imienia. Jestem niewolnikiem Gryzonia. 



Conan Barbarzyńca, Tarzan, Sherlock Holmes, Wielcy Przedwieczni z mitologii Cthulhu oraz Kapitan Nemo to jedne z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych ikon kultury popularnej, które przeszły już do domeny publicznej. Nie wszystkim się to spodobało. Jak każdy monopol, tak i monopol własności intelektualnej jest bardzo na rękę osobom, które go posiadają. Dotychczasowi spadkobiercy Roberta E. Howarda – autora cyklu o Conanie – oraz Edgara Rice’a Burroughsa, twórcy postaci Tarzana, musieli uporać się z faktem, że szeroka struga pieniędzy płynących z użyczania praw do wykorzystywania tych postaci w pewnym momencie nagle się skończy. Nie wspominając już o Disneyu – wyobrażacie sobie sytuację, w której Myszka Miki przechodzi do domeny publicznej? 

Walt Disney zmarł w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku, więc to jeszcze przez pewien czas nie powinno stanowić problemu, ale niektóre kraje – w tym USA – mają równoległy system przechodzenia dzieł do domeny publicznej oparty nie na tym, ile czasu minęło od śmierci autora, ale na tym, ile czasu minęło od publikacji dzieła. Jest on stosowany najczęściej wtedy, gdy nie da się wskazać jednego konkretnego autora czy nawet spójnej grupy twórców albo gdy dzieło jest anonimowe albo gdy powstało na zlecenie i jego twórca od początku nie ma do nich praw majątkowych. I większość rzeczy stworzonych przez koncern Disneya łapie się do tej właśnie kategorii – przechodzą one do domeny publicznej określony czas po tym, gdy pierwszy raz ujrzały światło dzienne. 

Przez całą drugą połowę XX wieku Disney – przy aktywnym współudziale wielu innych osób i korporacji, jak właściciele praw do Conana czy Tarzana – lobbował za wydłużaniem tego okresu przejścia dzieł do domeny publicznej. Ostatni tego typu akt wydano w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku. Wydłużono wtedy ten okres o dwadzieścia lat i w tym momencie wynosi on… dziewięćdziesiąt pięć lat od momentu publikacji albo siedemdziesiąt lat od momentu śmierci autora, w zależności od tego, do której kategorii łapie się dana własność intelektualna. W praktyce oznaczało to, że na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej przez dwie dekady i jeden rok do domeny publicznej nie trafiło żadne nowe dzieło. Dopiero w dwa tysiące dziewiętnastym roku ten otwór się odetkał. Przyznam, że ciekawi mnie, jak dalej potoczy się ta sytuacja. W dwa tysiące dwudziestym czwartym roku do domeny publicznej w USA trafi Steamboat Willie, animacja Disneya, w której pojawia się ikoniczna wersja Myszki Miki. Na chwilę obecną, zgodnie ze stanem mojej wiedzy na ten temat, nie toczą się w USA żadne ruchy mające na celu kolejną zmianę prawa, choć oczywiście wiele może się jeszcze zdarzyć po drodze. 

Dynamiczna ekspansja kultury Internetu opartej na przetwarzaniu popkultury – tworzeniu memów, fanfików, amatorskich filmów czy rimejków – sprawia, że przepchnięcie kolejnej legislacji jest zarówno trudniejsze jak i mniej opłacalne niż dwadzieścia lat temu. Na obszernej puli legalnej kultury korzystają takie korporacje jak Google i Facebook, których dwadzieścia lat temu nie było na tym polu bitwy. 

Za dziesięć lat z niewielkim hakiem do domeny publicznej zaczną trafiać takie postacie jak Batman, Superman oraz bohaterowie ze świata Zwariowanych Melodii. Z roku na rok będzie to coraz większym problemem dla producentów kultury masowej, ponieważ nagle okaże się, że każde studio będzie mogło legalnie zrobić wysokobudżetowy film o Spider-Manie albo Supermanie albo, prędzej czy później, Transformerach, Jamesie Bondzie i czymkolwiek, co tylko przyjdzie Wam do głowy. I jeśli myślicie, że do tego czasu te postacie przestaną być medialnie atrakcyjne, to… no cóż, zapraszam do mojego materiału o hauntologii. Batman powstał dziewięćdziesiąt lat temu, a nadal jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i dochodowych ikon popkultury. 

Nie dziwi mnie jednak, że korporacje medialne pokroju Disneya odpuszczają tę walkę. Bo widzicie… Disney oraz spadkobiercy twórców, których dzieła przechodzą do domeny publicznej mają inny sposób na to, by mieć ciastko i by ciastka nie zjadł nikt inny.


Rozdział III

Conan podążał wzdłuż pnączy. Jeniec, któremu skradziono imię i wolność, powiedział mu, że znajdzie Gryzonia na drugim ich końcu. Monstrum, niczym pasożytniczy pająk z gęstwin Piktyjskich dżungli, żywił się sokami witalnymi swoich ofiar. Cymmeryjczyk zatrząsnął się z obrzydzenia na samą myśl o tym, że jedno z tych ścięgien mogłoby wpić się w jego własny kark. Zdwoił więc uwagę i przyspieszył kroku.
Po krótkiej wędrówce przez mroczne korytarze cytadeli trafił w końcu do obszernej sali tronowej. Wszystkie pnącza zbiegały się w jednym jej punkcie tworząc coś na podobieństwo obmierzłego pęcherza. Na jego szczycie mościła się najprzedziwniejsza istota, jaką Conan widział w całym swoim życiu. Wydawała się nie mieć głębi, jedynie wysokość i szerokość, jak żywy malunek, który jakąś czarodziejską siłą ożył i zszedł z obrazu albo arrasu. Barbarzyńcy oczy łzawiły od samego patrzenia.
Istota miała okrągłą głowę i dwoje równie okrągłych uszu. Nie budziła grozy, ale barbarzyńca nie dał się zwieść jej powierzchowności. Wiedział bowiem, jak zdradliwe potrafią być pozory. Szczególnie gdy w grę wchodziła magia.
Gryzoń powoli obrócił głowę w kierunku barbarzyńcy.
- A więc przybyłeś – powiedział spokojnie stwór. Jego wysoki, przenikliwy głos wzbudził ciarki na mocarnym ciele Cymmeryjczyka. – Niełatwo było cię odnaleźć, Conanie.
- Widzę, że moja sława sięga nawet czeluści piekielnych – odparł hardo Cymmeryjczyk. – Rzeknij mi, demonie, które z zasieczonych przeze mnie plugastw wyszeptało ci do ucha moje imię? Synowie Ymira? Zothar Sag? Pełzający cień z Zaginionego Miasta? Wszystkich ich jeden los spotkał, jak spotka i ciebie, potworze.
Gryzoń pochylił głowę:
- Ty naprawdę nie rozumiesz, co się wokół ciebie dzieje, prawda?
- Rozumiem dość, by rozpłatać cię na dwoje! – odgryzł się Cymmeryjczyk.
W odpowiedzi monstrum jedynie uśmiechnęło się drapieżnie.
Conan poczuł jak na jego kostce zaciskają się obmierzłe pnącza. Wrzasnął z obrzydzeniem i zamachnął się mieczem, ale pnączy z każdą chwilą przybywało. Grube, mięsiste sploty powoli zaciskały się na mocarnym ciele barbarzyńcy i mimo prób oswobodzenia zmusiły go do klęknięcia.
Gryzoń tymczasem, nie spiesząc się, zszedł ze swego plugawego tronu i zaczął człapać w stronę barbarzyńcy.
- Znak mojej własności widnieje na rycerzach z gwiazd – powiedział demon. – Na herosach w barwnych szatach. Na bogach i demonach wielu światów. Dziś ten znak znajdzie się także i na tobie, Barbarzyńco. Dziś dołączysz do kolekcji Gryzonia!
Monstrum zaniosło się śmiechem i na moment straciło koncentrację.
Ten moment wybrał Conan, by zebrać w sobie wszystkie pozostałe mu siły i włożyć je w jeden desperacki wymach mieczem.
Udało mu się. Ostrze wykute z cymmeryjskiej stali rozorało plątaninę pnączy. Conan dopadł do mięsistego tronu i wbił weń miecz!
- Nie! – krzyknął Gryzoń. Barbarzyńca odwrócił się, by zakończyć nędzny żywot plugawego stwora. Zaniechał jednak. Opuścił miecz i rzucił się pędem w stronę wyjścia.


Jeśli kiedykolwiek w życiu… eee… mieliście działające gałki oczne… na pewno widzieliście ten symbol. ™ Oznacza on, że opisane nim słowo, hasło albo konkretny symbol jest zastrzeżonym znakiem towarowym. Przypuśćmy, że założyłyście firmę i chcecie nadać jej jakąś unikalną nazwę. Boicie się jednak, że gdy Wasza firma odniesie sukces ktoś skopiuje tę nazwę i zacznie wydawać podróbki waszych towarów, korzystając z dobrej renomy, jaką ma ta nazwa. Rozwiązaniem jest zastrzeżenie jej i dzięki temu zapewnienie sobie wyłącznego prawa do jej używania. 

To prawo wymyślono właśnie w celu ochrony znaków towarowych i by zapewnić firmom albo indywidualnym przedsiębiorcom możliwość obrony swojej pracy. Jednak współcześnie korporacje używają go w nieco innym, bardziej podstępnym celu. Podejrzewam, że niektórzy i niektóre z Was domyślają się już – w jakim… 

Robert E. Howard zmarł samobójczą śmiercią w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku. W dwa tysiące szóstym cały jego przedśmiertnie opublikowany dorobek literacki znalazł się w domenie publicznej. W żadnym wypadku nie oznacza to jednak, że wymyślone przez niego postacie stały się, jakby to powiedzieli starożytni Rzymianie, res communis. 

Widzicie, zarówno imię „Conan” jak i sama postać barbarzyńcy są zastrzeżonymi znakami towarowymi. W USA. Oraz w Unii Europejskiej. I wielu innych krajach na świecie. Ich właścicielem – na chwilę, w której nagrywam ten materiał – jest Cabinet Entertainment, który niedawno wykupił wcześniejszego właściciela, Conan Properties International. Oba te przedsiębiorstwa zdają się być skupione wyłącznie na handlowaniu prawami do swoich znaków towarowych i pozywaniu osób lub firm, które korzystają z dorobku twórczego Howarda bez ich błogosławieństwa. 

Czasami prowadzi to do zabawnych sytuacji. Jak na przykład gdy Conan O’Brein – amerykański komik i osobowość medialna – nazwał swój talk show swoim własnym imieniem i miał przez to problemy z Conan Properties International. Albo gdy amerykańskie wydanie mangi Detektyw Conan musiało mieć zmieniony tytuł – z dokładnie tego samego powodu. Ani manga ani talk show nie miały oczywiście niczego wspólnego z prozą Howarda, ale właściciele praw do znaku towarowego Conana muszą mieć agresywny stosunek do swojej własności niezależnie od tego jaki to ma sens, jeśli mają być brani poważnie. To sprawia, że jeśli chcesz stworzyć adaptację albo kontynuację serii opowiadań o Conanie, musisz zapłacić za ten przywilej właścicielom znaku towarowego, nawet jeśli oryginalne opowiadania są już w domenie publicznej. A oni mogą odmówić ci tej sprzedaży. Z dowolnego powodu. Albo i bez powodu. Większość liczących się wydawców – jak Marvel, obecny wydawca komiksów z Conanem w roli głównej – woli zapłacić, bo wie że ewentualny proces sądowy będzie kosztował ich więcej, nawet w przypadku wygranej. 

Dwa lata temu hiszpański artysta Ricardo Jove Sanchez został ukarany grzywną w wysokości dwudziestu jeden tysięcy dolarów za tworzenie i sprzedaż figurek Conana i kilku innych postaci z kart książek Roberta Howarda. Nie mówimy tu o przedsiębiorstwie, które mogło pozwolić sobie na wykupienie biletu do Nowego Jorku, gdzie rozgrywał się proces by wysłać tam swojego przedstawiciela albo wynajęciu prawnika, który reprezentowałby go w trakcie postępowań sądowych. Mówimy to o jednym człowieku, który tworzył figurki bazujące na postaciach znajdujących się w domenie publicznej. 

Takich firm jak Cabinet Entertainment jest zresztą więcej. Edgar Rice Burroughs Inc. firma mająca prawa do takich znaków towarowych jak Tarzan czy John Carter, postępuje w podobny sposób. Gdybym miał się zakładać, powiedziałbym, że Tolkien Estate, organizacja zarządzająca dziedzictwem Tolkiena, również nie odpuści, gdy Hobbit i Władca Pierścieni trafią do domeny publicznej. Co więcej, pojawiają się przypadki udanych prób zastrzeżenia terminów i określeń, które od zawsze egzystują w domenie publicznej. (chrząknięcie z pokazaniem loga Cyberpunku) co w przyszłości może przysporzyć problemów twórcom, którzy będą chcieli użyć tych słów użyć celem promowania swojej własnej twórczości. 

Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Trejdmarki można odnawiać w nieskończoność. Co oznacza, że o ile w teorii wszystkie dzieła trafią kiedyś do domeny publicznej, o tyle w praktyce te najbardziej wartościowe będą w rękach korporacji do końca świata. Albo do końca kapitalizmu. Sami oceńcie, co nastąpi wcześniej. 

Domena publiczna jest istotnym elementem naszej kultury z wielu powodów. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, tworzenie sztuki opiera się o autoreferencje – nawiązywanie do zbliżonych dzieł sztuki, adaptowanie ich, wchodzenie w tematyczny dialog i tak dalej. Im trudniej dokonywać takich nawiązań, tym potencjalnie uboższa będzie nasza kultura. 

Z drugiej strony mamy korporacje, które zyskują w ten sposób wieczysty i nieograniczony monopol na dzieła z domeny publicznej. Gdyby straciły ten monopol, gdyby każdy mógł zrobić film o Conanie albo Tarzanie, musiałby konkurować o odbiorców za pomocą jakości produkcji, kreatywności i tak dalej. Widzimy to zresztą na przykładzie tych rzeczy z domeny publicznej, których wielkie korporacje nie oznaczyły swoim moczem. Jeszcze. Najlepszym przykładem jest tu Sherlock Holmes. 

Postać słynnego detektywa trafiła do powszechnego użytku wraz z początkiem XXI wieku. Od tego momentu powstało całe mnóstwo adaptacji, ekranizacji, pastiszów oraz utworów mniej lub bardziej inspirowanych. Mamy dziś dwie telewizyjne wersje Sherlocka Holmesa we współczesnym świecie – jedną brytyjską i jedną amerykańską. Albo filmy Guya Ritchiego. Albo tę dziwną kreskówkę z Sherlockiem w przyszłości i androidem Watsonem. Albo tonę komiksów i słuchowisk i opowiadań napisanych przez kontynuatorów. 

To jest domena publiczna w działaniu – korzystamy na tym wszyscy i nie traci nikt. Jeśli jestem fanem tej postaci i nie podoba mi się jedna jej wersja, sięgam po którąkolwiek z innych. Jeśli nie podoba mi się jedna wersja, powiedzmy, współczesnych Gwiezdnych Wojen to mogę… eee… przeczytać fanfika, w którym Kylo Ren i Chewbacca robią ze sobą rzeczy, o których zasady społeczności YouTuba zabraniają mi opowiedzieć. Oczywiście, Gwiezdne Wojny nie są i jeszcze długo nie będą w domenie publicznej, ale prędzej czy później do niej trafią. Przynajmniej w teorii. O tym jak to wygląda – i, prawdopodobnie, będzie wyglądać – w praktyce, już mówiłem. 

Optymistycznie zakładając, że nasza cywilizacja zachowa mniej więcej taki kształt jak obecnie – co samo w sobie stanowi dość ryzykowną prognozą – to ten problem będzie z czasem narastał. Takie ikony kultury jak Sherlock Holmes, Hrabia Drakula, Dorian Gray czy Trzej Muszkieterowie załapały się jeszcze na wolność w domenie publicznej. Powstały na tyle wcześnie, by załapać się do okresu, w którym wielkie korporacje i wymyśliły jeszcze sposobu na ominięcie zasady domeny publicznej. Komuś może się wydawać, że to relatywnie mało znaczący problem, szczególnie jeśli porówna się go pandemią czy nadciągającą katastrofą klimatyczną. I ten ktoś będzie miał rację. Dla mnie jest to jednak szalenie interesujący temat. 

W jaki sposób będzie rozwijała się ludzka kreatywność w sytuacji, gdy każda interesująca opowieść, każdy unikalny koncept czy oryginalna narracja zostanie raz na zawsze zmonopolizowana? Czy zmusi to nowe pokolenie artystów do tworzenia prawdziwie unikalnych rzeczy? A może, jak przepowiadał Mark Fisher, zapętli to naszą kulturę do momentu, w którym sytuacja nie zmieni się w radykalny sposób? Nie wiem. Wiem natomiast, że z ciekawością będę przyglądał się rozwojowi tej sytuacji.

Rozdział IV

Dysząc i miotając siarczyste przekleństwa, Conan wybiegł z Cytadeli. Na zewnątrz świtało już – musiało minąć wiele godzin, odkąd przekroczył próg domeny Gryzonia. W uszach nadal dzwoniło mu od przenikliwego wrzasku, jakim pożegnało go monstrum.
Rozejrzał się i na linii horyzontu dojrzał kilka sylwetek – ciemnie kropki na tle jaśniejącego słońca. Nie ociągając się, ruszył w ich kierunku.
 W miarę jak zbliżał się do grupki nieznajomych, bystre oczy barbarzyńcy wyłapywały kolejne szczegóły. Rozpoznał jednego z oczekujących. Był to ów wychowany przez małpy szlachcic, któremu pomógł uwolnić się od pnącza.
- Conanie! – powitał znajomy. – Jak to dobrze, że udało ci się uciec.
- Z faktu, iż Cytadela nadal stoi, wnoszę jednak, że jej niefortunny gospodarz nadal żyje – powiedział jeden z towarzyszących mu mężczyzn. Ubrany był w płaszcz i czapkę o kroju, jakiego Conan nie widział jeszcze nigdy. – Znajduję to wysoce niefortunnym.
- Daj spokój, Sherlocku – powiedział były więzień Gryzonia. Wyciągnął prawicę do Cymmeryjczyka. – Uratowałeś mi życie, przyjacielu. Teraz, gdy to monstrum nie ma już nade mną władzy, mogę przedstawić ci się moim prawdziwym imieniem. Zwą mnie Tarzan. 
Wciąż nieufny, Cymmeryjczyk uścisnął mu dłoń.
- Chodźmy – powiedział trzeci, milczący dotąd mężczyzna. Miał nienaturalnie bladą cerę i długi czarny płaszcz z czerwoną podszewką. Gdy mówił, Conan zauważył, że jego kły są nienaturalnie długie. – Kapitan Nemo twierdzi, że niedługo Cytadela przemieści się ponownie. Musimy uciekać, póki mamy ku temu okazję.
- Chodź z nami, Conanie – Tarzan westchnął ciężko i pokręcił głową. – Źle się stało, że nie uśmierciłeś Gryzonia.
- Chciałem – wymamrotał barbarzyńca. – Przez chwilę miałem go na mojej łasce.
- Co cię powstrzymało? – zapytał Sherlock.
Cymmeryjczyk obejrzał się na Cytadelę.
- Dojrzałem to diabelskie pnącze przytwierdzone do jego karku – rzekł cicho. – Gryzoń jest takim samym niewolnikiem jak pozostali. Nie on włada Cytadelą, ale Cytadela nim.
Nie mówiąc już nic więcej, ruszyli przed siebie.

Koniec

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...