Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stargate: Universe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stargate: Universe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lutego 2017

Ekspansja

fragment grafiki autorstwa Dagmary Matuszak, całość tutaj.

The Expanse to serial, na który czekaliśmy od czasów Battlestar Galactica – pisze Lauren Davis z popkulturowego bloga io9. Eric Watson z Polygonu określa tę produkcję mianem „najlepszego serialu, którego nikt nie ogląda”. Zwierz Popkulturalny pisze natomiast „jeśli macie wolne miejsce w swoim kalendarzu na porządny serial sf, to zwierz bardzo poleca. Cały pierwszy sezon jest dostępny na Netflix.” (zachowałem oryginalną interpunkcję). Po tylu rekomendacjach i uznałem, że w końcu muszę nadrobić tę haniebną zaległość i obejrzeć serialową adaptację najgłośniejszego cyklu powieściowego science-fiction ostatnich lat. 

Czemu „haniebną”? Ponieważ – jak czytelnicy i czytelniczki tego bloga zapewne zdają sobie sprawę – jestem ogromnym fanem telewizyjnej fantastyki naukowej w sosie międzygwiezdnym i staram się być na bieżąco z jak największą liczbą aktualnie emitowanych serialowych space oper. Jest coś niewyobrażalnie dla mnie atrakcyjnego w fabułach rozgrywających się na statkach kosmicznych albo obcych planetach, gdzie silne, wyraziste osobowości ścierają się ze sobą nawzajem oraz oczywiście z tajemnicami Wszechświata, zaś już samo bogactwo konwencji kosmicznej fantastyki naukowej ułatwia stworzenie nieprzewidywalnych, pasjonujących historii. Tym bardziej ubolewałem, że po anulowaniu znakomitego, acz kompletnie niedocenionego i – według mnie – niesprawiedliwie ocenianego przez ogół Stargate Universe musieliśmy bardzo długo czekać na serial science-fiction o porównywalnym rozmachu i ambicjach. Wedle wielu osób, których opinie szanuję i uznaję za wartościowe – część z nich przywołałem zresztą w pierwszym akapicie tej notki – The Expanse jest czymś właśnie takim. Serialem, wokół którego powinna koncentrować się uwaga geeków tak, jak kiedyś działo się to w przypadku Battlestar Galactica, Babylon 5 oraz Star Trek: The Original Series. A że łaknąłem czegoś takiego jak kania dżdżu, sięgnąłem po The Expanse gdy tylko pojawiła się ku temu okazja, to znaczy – gdy cały pierwszy sezon ukazał się na Netfliksie. 

Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie czytałem Przebudzenia Lewiatana, ani kolejnych tomów cyklu powieściowego Jamesa S. A. Coreya, na postawie którego stworzono The Expanse. Nie z braku chęci, bynajmniej – po prostu nie byłem w stanie nigdzie dostać egzemplarza polskiego wydania książki, za które odpowiedzialna jest lubelska Fabryka Słów. O Fabryce nie chcę się źle wypowiadać, bo to w końcu oficyna odpowiedzialna za kawał mojej literackiej młodości, ale… no cóż, przy okazji publikacji Przebudzenia Lewiatana wydawnictwo skumulowało wszystkie swoje najgorsze praktyki – podzielenie oryginalnej książki na dwa tomy, podobno nieszczególnie dobre tłumaczenie oraz wstrzymanie publikacji dalszych tomów. Ach, byłbym zapomniał – oczywiście polskiego ebooka też nie ma. W tej sytuacji mogę jedynie poczekać, aż jakieś inne polskie wydawnictwo przejmie tę serię (z nieoficjalnych źródeł wiem, że są ku temu starania), toteż chwilowo wstrzymam się z zakupem oryginalnego wydania. Tym bardziej, że – od czego w ogóle powinienem był zacząć ten wywód – serial winien bronić się jako autonomiczna całość, w oderwaniu od pierwowzoru. 

A czy się broni? No cóż… średnio. Nie zrozumcie mnie źle, The Expanse to dobry, a miejscami nawet bardzo dobry serial, jednak stawianie go obok Battlestar Galactica to, według mnie, nieporozumienie. A szkoda, bo zadatki miał naprawdę niezłe. Przede wszystkim główny zarys fabuły i pomysł na świat przedstawiony są całkiem oryginalne – serial przedstawia ten etap eksploracji Kosmosu, w którym nasz gatunek już zasiedla najbliższe planety, ale wciąż jeszcze nie osiągnął poziomu podróży międzygwiezdnych, przez co ekspansja homo sapiens ogranicza się jedynie do planet (i innych ciał niebieskich) Układu Słonecznego. Zasiedlenie Marsa oraz Pasa (chodzi o pas asteroid między Marsem, a Jowiszem) spowodowało wytworzenie się nowych sił politycznych, kulturowych i ekonomicznych, które z roku na rok wyrabiają sobie coraz większe ambicje niepodległościowe i starają się uniezależniać od Ziemi. Sytuacja robi się napięta w sytuacji, gdy jakaś zupełnie nowa, nieznana siła zaczyna atakować statki niektórych frakcji, przez co zaczynają się wzajemne oskarżenia i generalnie robi się gorąco. 

Fabuła toczy się trzytorowo. Pierwszy wątek obraca się wokół Jamesa Holdena, niepokornego ducha, który jako jeden z nielicznych członków załogi swojego statku wydobywczego przeżywa atak tajemniczego agresora – i to dwa razy – przez co nagle wiele osób chce go zabić, manipulować nim albo robić jedno i drugie naraz. Drugi wątek rozgrywa się na Pasie i dotyczy Joego Millera, przedstawiciela lokalnej policji, który wykonując zlecenie polegające na odnalezieniu młodej kobiety wpada na trop czegoś znacznie większego. Bohaterką trzeciego wątku jest Chrisjen Avasarala, wysoko postawiona urzędniczka ONZ, która… w zasadzie nie mam pojęcia, na czym polega jej rola w fabule, bo przez większość czasu ta postać zajmuje się chodzeniem od jednego bohatera drugoplanowego do drugiego, prezentowaniem wyniosłego autorytetu oraz powtarzaniem tych informacji, które widz uzyskał już wcześniej z innych scen. 

Nie jest to bynajmniej bolączka tylko tej jednej linii fabularnej. Wątek Millera wnosi do rozwoju fabuły niewiele więcej – jego śledztwo polega głównie na biciu kogoś (albo byciem bitym przez kogoś) w celu uzyskania informacji, które na dłuższą metę nie mają żadnego wpływu na przebieg fabuły. To chyba największa bolączka pierwszego sezonu The Expanse – większość poczynań bohaterów ma znikomy wpływ na to, jak zmieni się status quo i w którą stronę potoczy się akcja. Jasne, jest bardzo dużo pozorowania istotnych działań – Miller odnajduje kolejne elementy układanki, dzięki którym poznaje rolę poszukiwanej przez siebie dziewczyny w wyłaniającym się z tła fabularnego spisku, ale żadne z jego działań tak naprawdę niczego nie zmienia. Gdyby usunąć postaci Millera i Chrisjen, to fabuła potoczyłaby się niemal dokładnie w taki sam sposób. Wyjątkiem jest tu wątek Holdena, którego poczynania i decyzje naprawdę skutkują wrażeniem realnego fabularnego progresu i ingerencji w zastany stan rzeczy. Choć i tu scenarzyści popełniają bardzo duży błąd warsztatowy – bohater nie tyle kreuje określone sytuacje, na które muszą reagować inni bohaterowie (co pozytywnie wpływa na opowieść, ponieważ daje protagoniście funkcję sprawczości i czyni rozwój sytuacji bardziej interesującym dla odbiorców), co na odwrót – reaguje na to, co się wokół niego dzieje. Rezultatem jest fabuła, która toczy się swoim torem, a bohaterowie coś tam niby robią, ale ostatecznie trudno określić co właściwie i czemu jest to istotne w szerszym kontekście. 

Kolejną bolączką są sylwetki charakterologiczne postaci, które padają ofiarą rozdźwięku między show, a tell. Weźmy choćby postać Holdena, o którym dowiadujemy się – z dialogów – że jest bardzo niezależną osobowością i był wychowywany na przywódcę, jednak w jego zachowaniu rzadko kiedy to widać, ponieważ większość podejmowanych przez niego decyzji wymuszana jest przez jego towarzyszy, zaś w drugiej części sezonu bardzo łatwo daje się zdominować Millerowi. Sam Miller z kolei wydaje się postacią trochę niedorobioną – wiemy, że nosi się jak Ziemianin, choć jest rodowitym mieszkańcem Pasa, ale nie do końca wiemy, czemu tak robi. Wiemy, że ma obsesję na punkcie odnalezienia Julie Mao, ale nie wiemy, czemu ma tę obsesję. W przypadku Chrisjen jest trochę lepiej, ponieważ dostajemy informację, że jej syn został zabity przez niepodległościowy ruch Pasa, co rzuca nam pewne światło na motywacje niektórych jej decyzji. Może wszystkie moje wątpliwości mają swoje odpowiedzi w książkach, może dowiem się tego z następnego sezonu, a może coś przegapiłem w trakcie oglądania – póki co jednak niekonsystencja sylwetek charakterologicznych postaci sprawia, że naprawdę trudno się z nimi zżyć. Nawet teraz, pisząc tę notkę, mam otwartą stosowną stronę na Wikipedii, bo zupełnie nie pamiętam imion i nazwisk bohaterów The Expanse. 

Fabularnie jest zatem średnio. Czy serial ma więc jakieś inne zalety? Właściwie tak i to nawet całkiem sporo. O intrygującym pomyśle na świat przedstawiony już wspominałem, a twórcy korzystają z okazji, by nam ten świat pokazać w jak najdrobniejszych szczegółach. Dostajemy zatem dużo scen obrazujących życie mieszkańców Pasa, ich zwyczaje, język, wewnętrzną ekonomię i powiązania między frakcjami. W dodatku SyFy naprawdę robi co może, by uciec od reputacji stacji tworzącej paździerzowe niskobudżetowce, bo The Expanse jest bardzo bogaty zarówno pod względem dekoracji – licznych i zróżnicowanych – jak i efektów specjalnych – również licznych oraz niemal zawsze bardzo dopracowanych. To chyba pierwszy serial science-fiction, który wygląda tak, jakby jego twórcy nie musieli ograniczać się budżetem i mieli szansę na należyte przedstawienie swoich pomysłów na ekranie. Podobają mi się te drobne detale, które często wkomponowane są w tło, gdzieś na marginesie oka kamery – dryfująca w obniżonej grawitacji butelka, zarysowany, noszący ślady ekran komunikatora Millera, jakieś fluorescencyjne graffiti będące reakcją na wydarzenia z niedalekiej przeszłości. Jest tego bardzo wiele i wyławianie takich smaczków stanowi prawdziwą przyjemność. The Expanse wygląda po prostu świetnie i dla samej estetyki warto przynajmniej dać mu szansę. 

Niestety nie mogę powiedzieć tego samego o muzyce, która jest bardzo… marvelowa, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. Oprawa muzyczna w telewizyjnym science-fiction zawsze stanowiła ważny element kreowania klimatu oraz indywidualizowania konwencji. Muzyka w Firefly dopasowana była do klimatu kosmicznego westernu. Battlestar Galactica wykorzystywał etniczne rytmy, by podkreślić mistycyzm fabuły. Wyraziste, minimalistyczne i „brudne” aranżacje Joela Goldsmitha ze Stargate Universe korespondowały z ekstremalną sytuacją, w jakiej znaleźli się bohaterowie i bohaterki tego serialu. Muzyka w The Expanse… na ogół w ogóle jej nie słychać, ginie gdzieś w tle i jest kompletnie nierejestrowalna. W tych rzadkich momentach, w których ma szansę wybrzmieć, jest natomiast straszliwie banalna. Czasami słychać w niej zapożyczenia z Batlestar Galactica, ale nie dlatego, że The Expanse porusza podobne motywy – bo tak nie jest – tylko dlatego, że… no cóż, prawdopodobnie dlatego, że to się sprawdziło przy BSG, a osoby odpowiedzialne za dobór muzyki ilustracyjnej nie zadały sobie pytania, czemu pasowało to do spirytualnego Battlestara i czy aby na pewno będzie pasować do realistycznego The Expanse. Nie zrozumcie mnie źle – gdyby muzyka w tym serialu była „tylko” niepasująca, to bym jej nie krytykował tak mocno – problem polega na tym, że jest kompletnie nijaka, a kompozytor nawet nie próbował nadać jej jakiegoś indywidualnego stylu. 

Czy The Expanse wnosi do gatunku telewizyjnych space oper coś na miarę pionierskości Star Treka, kompleksowo zaplanowanej fabuły Babylon 5 czy mistycyzmu Battlestar Galactica? Niestety nie i na wszelkie porównania tego serialu z wyżej wymienionymi produkcjami będę patrzył z głębokim sceptycyzmem. To naprawdę nie jest żaden kamień milowy. Oczywiście ten serial jak najbardziej zasługuje na miano jednej z najlepszych współczesnych serialowych sci-fi, ale tylko dzięki absolutnej nędzy konkurencji, a nie wysokiemu poziomowi produkcji. Obejrzeć można, oczywiście, bo na bezrybiu i rak ryba. Nie jest to jednak w żadnym wypadku rzecz, którą obejrzeć koniecznie trzeba.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Ostatnie Wrota

fragment grafiki autorstwa Emila Larssona, całość tutaj.

Carnivale w kosmosie – powiedziałem sobie, zakończywszy lekturę finałowego odcinka. StarGate Universe już od dłuższego czasu zajmuje w moim serialowym panteonie najwyższe miejsce, tuż obok Carnivale, Torchwood: Children of Earth i American Horror Story. To jest generalnie serial, który nie miał prawa powstać. Nie w takiej formie, nie za takie pieniądze. Patrzę na ekran, oglądam to i nie mogę odpędzić się od myśli, że ten serial stworzyli oderwani od rzeczywistości wariaci. I chwała im za to.

Podczas badań nad rozwikłaniem zagadki ósmego szewronu Gwiezdnych Wrót dochodzi do ataku, który wymusza na personelu stacji badawczej szybką ewakuację. Z powodu determinacji głównego naukowca bazy, dra Nicholasa Rusha (w tej roli absolutnie mistrzowski Robert Carlyle) jedyną drogą ucieczki są uruchomione i zablokowane Wrota, które wiodą w niewiadome miejsce. Owym miejscem okazuje się opuszczony statek kosmiczny będący zarzuconym projektem badawczym Pradawnych – rasy kosmitów odpowiedzialnych, między innymi, za stworzenie sieci Gwiezdnych Wrót. A więc – nie, jak to było do tej pory, wyspecjalizowana grupa do zadań specjalnych eksplorująca kosmiczne artefakty, a kompletnie nieprzygotowana, śmiertelnie przerażona zbieranina cywilów, naukowców i wojskowych, którzy muszą odnaleźć się w maksymalnie stresującej sytuacji i walczyć o życie. Ale nie prażąc z karabinów maszynowych do kosmitów, tylko desperacko szukając sposobu na naprawienie szwankującego systemu podtrzymywania życia. Albo racjonując żywność, żeby starczyło na dłużej. Albo starając się opanować narastające wśród uchodźców napięcie. To właśnie ten przytłaczający klimat kompletnego zagubienia w kosmicznej pustce w dużej mierze stanowi o wyjątkowości serialu. Bohaterowie znajdują się w statku kosmicznym oddalonym od Ziemi o kilka galaktyk (i wciąż się oddalającym), niemal kompletnie odcięci od Ziemi i bez jakichkolwiek realnych szans na pomoc z zewnątrz. To nie jest kolejny serial pokazujący, jak małe Jasie wyobrażają sobie dojrzałość (czyli seks, przemoc i łezka uroniona nad utraconą niewinnością). Scenarzyści nie mają złudzeń co do ludzkiej natury, szczególnie obciążonej takim stresem, na jaki narażeni są bohaterowie SGU. Ten serial jest dojrzały dlatego, że wiarygodnie pokazuje zachowanie ludzi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Nie ma tu archetypowego bohaterstwa, są rozpaczliwe akty poświęcenia. Są kłótnie, próby samobójcze, niekiedy brutalne rewolty, napięcia pomiędzy poszczególnymi członkami załogi. A to wszystko podlane kolejnymi fenomenami kosmicznymi, jakie napotyka statek w swojej podróży do nieujawnionego celu. Nazwa statku – Destiny – jest tu pewną wskazówką, ale na odpowiedzi trzeba poczekać. Ważne – mimo, iż serial jest bardzo silnie osadzony w mitologii uniwersum Gwiezdnych Wrót, spokojnie można go oglądać nawet nie znając StarGate SG-1 czy StarGate Atlantis.

Zacznijmy od tego, że ten serial to po prostu niesamowita perełka wizualna. Do dzisiaj powstało bardzo niewiele filmów science-fiction (o serialach nawet nie wspominając), które rozmachem, bogactwem dekoracji i dopracowaniem efektów specjalnych dorównywałyby SGU. Poziom dopracowania wizualnego spokojnie dorównuje produkcjom HBO. Widać, że w ten serial wpompowano naprawdę dużo pieniędzy i – ważne – te pieniądze zostały później wydane w mądry sposób. Oczywiście – SGU to serial telewizyjny i w wielu miejscach trzeba było iść na kompromisy. Najboleśniej jest to odczuwalne w chwilach, gdy na ekranie pojawiają się przedstawiciele obcych ras. Choć zawsze są świetnie zaprojektowani i realistycznie zanimowani, to ich obecność na ekranie jest ograniczona do absolutnego minimum, by drogimi efektami komputerowymi nie nadwyrężać budżetu. Szczególne wrażenie robią za to tradycyjnie wykonane dekoracje – na tym nie oszczędzano i to doskonale widać. Bardzo podobało mi się wnętrze statku Nakai oraz zapuszczone korytarze Destiny. 

Zastosowane w serialu filtry graficzne i sposób kręcenia nadaje SGU niesamowitego, jakby reportażowego klimatu. Uwolnienie kamery od statywu, ujęcia z nietypowych kątów i perspektyw, częste kręcenie „z ręki” (bohaterowie mają do dyspozycji lewitujące kamery, które wykorzystują podczas rekonesansów i jako osobiste pamiętniki – świetny patent). Aż do obejrzenia pilota SGU bardzo nie lubiłem takich zabiegów, uważałem, że zabijają czytelność różnych scen i nie pozwalają widzowi skupić się na tym, co najważniejsze. Cały problem polegał na tym, że taka metoda kręcenia wymaga naprawdę sporo wprawy i ekipa produkująca SGU taką wprawę miała. Efekt jest porażający – momentami kamera „pływa” łagodnie po scenografii, robiąc gwałtowne najazdy na twarze bohaterów, by lepiej uchwycić emocje. W ruchu wygląda to po prostu niesamowicie i w praktyce sprawdza się doskonale. Taki naturalizm w ukazywaniu akcji świetnie koresponduje z równie naturalistyczną treścią.

SGU to opowieść pozbawiona głównego bohatera – i w to mi graj! Czas antenowy dzielony jest, mniej lub bardziej sprawiedliwie, pomiędzy kilkunastu bohaterów, z których wszyscy w jakiś sposób powiązani są misterną siecią wzajemnych zależności i sentymentów. I to jest naprawdę fenomenalne, bo twórcy wykorzystują tę pajęczynę do wikłania bohaterów w różne, niekiedy bardzo zaskakujące, sojusze i konflikty. A że bohaterowie stanowią ogromną plejadę zróżnicowanych i, niekiedy, bardzo silnych osobowości, daje to olbrzymie pole do popisu – pole, które scenarzyści skwapliwie wykorzystują.  I znów – mimo wszystko, nie ma jakichś kompletnie niewiarygodnych (choć atrakcyjnych) zwrotów fabularnych pokroju „i nagle dowiadują się, że są rodzeństwem”, wszystko jest podporządkowane bardzo naturalistycznej konwencji. Uwielbiam, gdy poszczególne elementy całości współgrają ze sobą konceptualnie i tak jest w tym przypadku. Gra aktorska, ekspresja, sposób budowania sylwetek psychologicznych – wszystko jest albo bardzo wiarygodne i naturalne, albo bardzo dobrze tę wiarygodność i naturalność symulujące. Choćby dialogi, w których bohaterowie przekrzykują się i przerywają sobie nawzajem. Oczywiście, nadal wszystko jest podporządkowane formule serialu telewizyjnego, więc w wielu przypadkach nie udało się uniknąć pewnych uproszczeń i dróg na skróty – ale ekipie produkcyjnej udało się osiągnąć bardzo satysfakcjonujący kompromis. Prawdopodobieństwo psychologiczne bohaterów bije na głowę wszystko, co do tej pory widziałem w kwestii seriali fantastycznych. Zresztą – poważnie, czy ktoś chciałby oglądać w serialach „prawdziwych ludzi”? Ludzie są nudni. Albo zbyt prości, albo zbyt skomplikowani, by przykuwali naszą uwagę. W utworach fabularnych „prawdziwi ludzie” kompletnie by się nie sprawdzali. Kiedy ględzimy o tym, że chcemy na ekranie oglądać bohaterów zachowujących się jak realne osoby, to tak naprawdę sami nie wiemy, o co prosimy. Tak naprawdę chcemy oglądać interesujące konstrukty narracyjne, które będą wiarygodnie udawać, że są ludźmi. Koniec dygresji.

Spośród postaci można jednak wyróżnić kilka najciekawszych. Przede wszystkim doktor Nicholas Rush, cyniczny naukowiec mający obsesję na punkcie Destiny, który nie cofnie się przed niczym, byle tylko osiągnąć zamierzone cele. Początkowo odrobinę kręciłem nosem, bo to postać aż nazbyt wyraźnie zbudowana po to, by się podobała widzowi i zarazem była łatwym w użyciu wytrychem narracyjnym – skrajnie niesympatyczny, ale błyskotliwy krętacz, który będzie mącił, aż w końcu wymąci. Szczęśliwie okazało się, iż w toku fabuły sylwetka tego bohatera nabrała więcej wymiarów i barw. Między innymi dzięki grze aktorskiej Carlyle’a, który dał w SGU niesamowity popis umiejętności aktorskich. Jest w jednym z pierwszych odcinków scena, w której Rush wbiega do pomieszczenia z Wrotami i na oczach kilku członków załogi dostaje ataku histerii, coraz bardziej łamiącym się głosem tłumacząc im, jaki los czeka Destiny, jeśli nie uda im się rozwiązać problemów z zasilaniem. Absolutnie najlepsza scena w całym serialu, znakomicie podsumowująca całą jego koncepcję (wyjściową, bo potem różnie z tym bywa, ale o tym za moment). Inną interesującą postacią jest Camile Wray, urzędniczka IOA (międzynarodowa organizacja koordynująca projekty powiązane z Gwiezdnymi Wrotami), dla której sytuacja, w jakiej się znalazła stanowi spore wyzwanie – Wray nie umie zaakceptować panującego na Destiny porządku, nad który pieczę sprawują wojskowi. Z początku kreowana na cyniczną sukę, w dalszych epizodach pokazuje ludzką twarz. Nie można też nie wspomnieć o Elim Wallace, sympatycznym i inteligentnym nerdzie, który na pokładzie Destiny znalazł się w sumie przypadkiem (i, nie ukrywajmy, wskutek bardzo naciąganej logicznie koncepcji fabularnej). Generalnie paleta bohaterów jest na tyle szeroka i zróżnicowana, że absolutnie każdy widz znajdzie sobie jakąś postać, której będzie kibicował. Do moich ulubieńców należy pojawiająca się w kilku epizodach niepełnosprawna specjalistka od technologii Pradawnych, Amanda Perry.

Serial liczy sobie dwa sezony po dwadzieścia odcinków. Mnie najbardziej podoba się pierwsza połowa pierwszego sezonu, co jest o tyle ciekawe, że większość opinii w Internecie jest odwrotna – początkowe odcinki są jakoby nużące i nieciekawe, dopiero później serial nabiera rozpędu i robi się interesująco. Otóż kompletnie się z tym nie zgadzam. Dziesięć pierwszych odcinków wykreowało niesamowity klimat psychologicznego dramatu ludzi zagubionych w kosmicznej pustce, uwięzionych na pokładzie potężnego i niemożliwego do okiełznania statku kosmicznego. Dla mnie optymalną sytuacją byłoby, gdyby cały serial tak właśnie wyglądał – chorzy ze strachu, popadający w coraz większy obłęd uchodźcy starający się za wszelką cenę przetrwać w obcym, kierującym się niepojętymi mechanizmami środowisku, z rzadka odwiedzając jakąś obcą planetę albo natrafiając na jakiś kosmiczny fenomen. Pierwsza część SGU tak właśnie wygląda – nawet, jeśli pojawiają się jakieś obce formy życia, to są to albo bakterie, albo śmiertelnie groźne stwory, albo varelse. Niestety dość szybko i gwałtownie zmienia się to w chwili natrafienia na pierwszy statek kosmiczny Nakai. Nagle wszystko robi się trochę za bardzo w stylu poprzednich seriali ze świata StarGate i akcent przemieszcza się z psychologicznej dramy na odrobinę zbyt infantylne strzelanie do kosmitów. Sytuację ratują niektóre odcinki utrzymane w duchy pierwotnych założeń SGU (mój ulubiony epizod zatytułowany Faith – bardzo lemowski w swej wymowie i konkluzjach). W drugim sezonie jest to trochę mniej odczuwalne, twórcy jakby pogodzili się z tym, że na obecnych warunkach nie da się stworzyć aż tak ambitnego serialu, jak mieli zamiar, ale ostatecznie udało im się wszystko wypośrodkować i SGU mimo wszystko zachował sporą część początkowego klimatu.

Odcinki. Serial ma stosunkowo zwartą fabułę, kolejne epizody są ze sobą ściśle powiązane. Z tego też względu bardzo trudno oglądać SGU z doskoku, skupiając się tylko i wyłącznie na pojedynczych epizodach. Jak już wspominałem najwyższy (dla mnie) poziom utrzymują początkowe epizody – trzyodcinkowy pilot Air, dramatyczny dyptyk Darkness/Light czy Time, który w bardzo pomysłowy sposób wykorzystuje konwencję found footage. Generalnie niemal wszystkie epizody obu sezonów są bardzo dobre od strony fabularnej – czepiłbym się tylko nudnego i źle rozplanowanego Blockade, w którym scenarzystka poszła w tanią, acz efektowną dramę, która kompletnie nie przystaje do SGU. Pominąwszy jednak tę wpadkę, serial ogląda się bez większych zgrzytów. Jest naprawdę świetnie – zupełnie nowa jakość telewizyjnej science-fiction w konwencji space opery.

Nie wspomniałem o jeszcze jednym aspekcie StarGate Universe, który wyróżnia ten serial na tle innych. Jest to niesamowita ścieżka dźwiękowa autorstwa Joela Goldsmitha (który zmarł niedługo po anulowaniu SGU). Nazwisko tego kompozytora powinno być nieobce, ponieważ jego ojciec, Jerry Goldsmith, także kompozytor, odpowiedzialny był za ścieżki dźwiękowe takich filmów, jak Rambo, Alien, Patton czy Planet of the Apes, a nawet kilku filmów ze świata Star Treka. Joel pracował także przy muzyce do poprzednich seriali ze świata Gwiezdnych Wrót, ale dopiero tutaj rozwinął skrzydła i skomponował chyba najciekawszy soundtrack w historii telewizyjnej fantastyki. Nie wiem, chyba tylko Jeff Beal ze swoimi kompozycjami do serialu Carnivale mu dorównuje. Ścieżka dźwiękowa do SGU brzmi bowiem po prostu niesamowicie. Coś pomiędzy tym, co Paul Ruskay zrobił dla serii gier komputerowych Homeworld, a nieco bardziej okiełznanym Saltillo. Umiejętne połączenie instrumentów smyczkowych z gitarami elektrycznymi i perkusją oraz szczyptą elektroniki – wszystko to brzmi bardzo epicko, ale też oryginalnie. Posłuchajcie sami.

SGU stworzyli oderwani od rzeczywistości wariaci, którym się wydawało, że klimaty rodem z filmu Moon mogą zaskarbić sobie sympatię tylu widzów, by utrzymać niesamowicie drogi w produkcji serial w telewizyjnej ramówce. I chwała tym oderwanym od rzeczywistości wariatom, którym mimo wszelkich przeciwności losu udało się nakręcić czterdzieści odcinków, nim wyczerpała się cierpliwość producentów. I choć serial zakończył się bardzo otwartym zakończeniem, to jednak nie boli ono za bardzo – po dłuższym namyśle stwierdzam nawet, że to jest bardzo dobre zakończenie dla takiego serialu jak SGU. Ten serial był trochę tym, czym bezskutecznie starał się być Prometeusz – próbą może nie tyle wskrzeszenia (bo za bardzo nie było co wskrzeszać, powiedzmy to sobie szczerze), co ukazania ambitnej sci-fi na ekranie kinowym/telewizyjnym. O ile Ridley Scott poniósł sromotną porażkę, o tyle Brad Wright i Robert C. Cooper (twórcy SGU) odnieśli sukces. Stworzyli coś niezwykłego. Najlepszy serial fantastyczno-naukowy w historii telewizji? Nie wiem, nie oglądałem jeszcze wszystkich seriali sci-fi. Ale, jak dotąd, tak. Bezsprzecznie. Polecam. 

niedziela, 28 października 2012

Skwierczący Metal

fragment grafiki autorstwa Pascala Blanché, całość tutaj.

Metal Hurlant to powstały w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku francuski magazyn komiksowy, który wywarł ogromny wpływ na europejskie środowisko komiksowe (szczególnie zagłębie frankofońskie) promieniując potem na inne państwa, między innymi USA mutacją zatytułowaną Heavy Metal, gdzie cieszy się statusem kultowego pisma, po dzień dzisiejszy inspirujące rzesze mniej lub bardziej utalentowanych artystów. Gdyby nie założone przez Jeana „Moebiusa” Girauda wespół z Jean-Pierre Dionnetem, Philippe Druilletem i Bernardem Farkasem nie powstałyby takie dzieła jak Planetary Warrena Ellisa czy Blame! Tsutomu Niheia, nie wspominając już o takich twórcach jak Milo Manara, Andreas Martens, Alejandro Jordowsky, Enki Bilal czy Richard Corben, którzy na łamach obu magazynów niejednokrotnie udowadniali, jak prężnym i dającym szerokie pole do popisu medium jest komiks. Nie będę się zagłębiał w przedstawienie dziejów tych pism, kto ciekaw, niech zapozna się z tym artykułem.

Mnie interesuje co innego, mianowicie fakt, że większość fanów komiksu niepałających miłością do jego europejskiej odmiany (to na ogół fani amerykańskiego suprhero i mangowcy), którzy nie mają zbyt częstej styczności z kolorowymi zeszytami i tomikami rodem ze Starego Kontynentu zakodowali sobie w głowach stereotyp europejskiego komiksu jako fantasy soft porno. Coś jak te najbardziej kiczowate okładki Franka Frazetty, na których półnagie dziewoje o obfitych kształtach czepiają się muskularnych ramion brodatych barbarzyńców zamachujących się gigantycznymi toporami na nacierające na nich hordy wrogów o świecących oczach. Przyczyny takiego stanu rzeczy upatruję właśnie w amerykańskim Heavy Metalu, który był już czymś kompletnie innym, niż jego francuski pierwowzór. Jankeska wersja, choć początkowo przedrukowywała komiksowe historie z Metal Hurlanta, z czasem odeszła od niego i zaczęła publikować inne opowieści, w większym stopniu przesycone przemocą i erotyką, niż ciekawymi, zaskakującymi fabułami. Mimo to, szanuję oba periodyki, bo ich rola w historii komiksowego medium jest nie do przecenienia.

Z tego właśnie powodu bardzo ucieszyła mnie wieść o planach adaptacji czasopisma do formy serialu (z każdym epizodem jako autonomiczną fabułą). Fakt, że zajmowali się tym twórcy z Francji dawał nadzieję na należyte, a przy tym oryginalne ujęcie tematu (no bo z ręką na sercu – kiedy ostatnio oglądaliście serial, który nie byłby produkcją amerykańską albo brytyjską?). Niedosyt budziło info o kompaktowości odcinków (sześć epizodów poniżej pół godziny każdy w sezonie), ale balsamem była obsada serialu. Michael Jay White! Scott Adkins! David Belle! Joe Flanigan! Rutger Hauer! Wystarczyło trzymać kciuki I modlić się o jak najszybszą premierę. Kiedy ta w końcu nastała… no cóż.

Nie zrozumcie mnie źle – Metal Hurlant Chronicles to rzecz niezwykła, przemyślana, wymykająca się schematom, a zarazem na tyle specyficzna, że z pewnością nie do strawienia dla niektórych konserwatywnych serialożerców. Budżet MHC wynosił zaledwie półtora miliona dolarów, czyli masakrycznie mało. Dla porównania – budżet mojego ukochanego Stargate Universe wynosił 2 mln dolarów… na odcinek, a trzeba też wziąć pod uwagę, że SGU rozgrywał się w dosyć jednolitych dekoracjach, zaś „Kroniki Wrzeszczącego Metalu” w każdym epizodzie prezentowały oddzielną historię w diametralnie innej konwencji. Nic zatem dziwnego, że twórcy musieli iść na pewne kompromisy, choć i tak nie można powiedzieć, że serial prezentuje się szpetnie. Nic z tych rzeczy – na swój sposób ta niskobudżetowość ciekawie koresponduje z materiałem źródłowym i przy pewnej dozie dobrej woli może być wzięta za umyślny zabieg mający na celu stworzenie specyficznego, nieco kiczowatego klimatu znanego z komiksowych kart. Malkontentów mimo wszystko uspokajam – co ma błyskać, błyszczy, co ma przypominać zapomnianą przez boga i ludzi planetę, przypomina zapomnianą przez boga i  ludzi planetę, co ma zaś wyglądać jak statek kosmiczny niszczony przelotem planetoidy – tak właśnie wygląda. Muzyka, za którą odpowiedzialny był Jesper Kyd może nie nawilża tak, jak we wspomnianym wyżej SGU czy Doctorze Who, ale całkiem nieźle wpisuje się w konwencję serialu i stanowi świetne tło do rozgrywających się na ekranie wydarzeń. Aktorzy też sprawdzają się znakomicie – choć zadania mieli niełatwe z powodu drewnianych dialogów, o czym będzie za chwilę – a zobaczenie Joego Flanigana za sterami statku kosmicznego sprawi absolutną radość każdemu fanowi wiadomego serialu. Nie można też nie wspomnieć o pojedynku White’a i Adkinsa.

Co do scenariuszy… Tu leży pies pogrzebany. Jak wspominałem, każdy odcinek jest oddzielną opowieścią rozgrywającą się w innym uniwersum. Klamrą spinającą wszystkie fabuły jest tytułowy Metal Hurlant, samoświadomy kawałek planety zniszczonej przez głupotę jej mieszkańców, który mknie przez multiwersum, a wszędzie, gdzie się pojawi, zatruwa ludzkie serca złem. Koniec końców Metal Hurlant nie odgrywa jednak żadnej znaczącej roli – w większości epizodów nie widać go w ogóle (poza introdukcją), a tych, w których się pojawia jest ewidentnie wciśnięty na siłę, może za wyjątkiem ostatniego. Ale to w gruncie rzeczy bez znaczenia. Najgorszy jest bowiem bezkrytycyzm, z jakim adaptatorzy podeszli do materiału źródłowego. Historie z MH były na ogół bardzo krótkie – sześć do ośmiu stron na jeden zamknięty epizod. Taką kompaktowość fabuł wymuszała objętość periodyku, co z kolei kazało opierać opowieści nie na bizantyjskich, wielowątkowych intrygach (bo nie było na nie miejsca), lecz na zaskakujących twistach fabularnych, oryginalnych światach przedstawionych, wyrazistych bohaterach i nieoczekiwanej poincie w zaskakujący czytelnika sposób domykającej opowieść. Takie były najlepsze nowelki z Metal Hurlanta i to właśnie starali się uchwycić twórcy serialu. Z tego powodu adaptacje są bardzo wierne – dialogi żywcem przeniesione z dymków, realia odwzorowane na tyle, na ile było to możliwe. Twórcy nie do końca jednak przemyśleli koncepcję serialu i starali się adaptować każdą nowelkę do formatu około dwudziestominutowego odcinka.

Tak się nie da. Nie da się sensownie przedstawić tego typu historii na przestrzeni dwudziestu minut. To za dużo. Siłą materiału wyjściowego była jego kompaktowość, na niej ufundowano sposób konstrukcji i przedstawienia fabuł. Twórcy serialu miotali się, w nieskończoność przeciągając kolejne ujęcia, dodając nic niewnoszące do fabuły sceny, rozwlekając każdy element serialu do granic możliwości, przez co siada klimat większości odcinków. Na tym tle wybija się epizod trzeci, w którym upchnięto dwie nowelki, co pozwoliło twórcom zachować ich oryginalny wydźwięk. Co do drugiej historii z niniejszego epizodu – zakończenie powoduje łzy w oczach przy jednoczesnym opadzie szczęki, czyli coś, co udaje się chyba tylko Doctorowi Who, a i to jedynie czasem. Dla tej jednej mikrofabułki warto było nakręcić cały sezon.

Poza tym, większość adaptowanych komiksów ukazała się jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Przez ten czas popkultura (także komiksowa) zdołała zrobić duży krok naprzód i nauczyła się sprawniej korzystać z narzędzi, jakie dano jej do rąk. Komiksowi bohaterowie nie muszą już gadać sami do siebie, by poinformować czytelnika, że na przykład zabrakło im amunicji albo zaraz padną z wycieńczenia, bo przez te lata scenarzystom udało się wymyślić subtelniejsze metody służące do sygnalizowania takich rzeczy. Bardzo wierna adaptacja scenariuszy obnażyła ich anachroniczność, co boli, bo dało się to przecież bezstresowo wyeliminować. I tak bohaterowie prowadzą drętwe dialogi, mówią sami do siebie, by poinformować widza o zastanej sytuacji, pompatyczna narracja czy śmieszne zachowanie niektórych postaci – wszystko to może utwierdzić nieznającego kontekstu widza w przekonaniu, że ktoś tu zatrudnił niezbyt rozgarniętego scenarzystę.

Żałuję, że MHC nie jest tak dobrym serialem, jaki sobie zamarzyłem, bo generalnie metalhurlantowa/heavymetalowa konwencja była czymś, co przykuło mnie do pilota serialu Stargate SG-1 (naga Sha’Re, kiczowate kostiumy kosmitów, ogólny klimat – nie uwierzę, jeśli ktoś mi powie, że twórcy serialu nie czytali w młodości Heavy Metalu) i tak sprawdzało się to znakomicie, bo wyłuskało z konwencji to, co najciekawsze, anachronizm wywalając do kosza. Twórcy Metal Hurlant Chronicles czuli się chyba bardziej zobligowani do wierności oryginałowi, ale w tym wypadku jest to wierność zdecydowanie zbyt poddańcza. Co nie zmienia faktu, że serial mimo wszystko warto obejrzeć, może nawet się zachwycić – bo przy całej swojej kiczowatości i, niekiedy, infantylizmie prezentuje kilka naprawdę zaskakujących fabuł, jakich próżno szukać we współczesnych serialach. Posmak naftaliny może nie każdemu się spodoba, ale moim zdaniem warto przeboleć. Lękam się tylko, że zarówno wady, jak i odmienność MHC może ujemnie wpłynąć na jego popularność i, w konsekwencji, doprowadzić do upadku projektu. Szkoda by było. Wprawdzie drugi sezon jest już w produkcji, ale nie jest to gwarantem dłuższej żywotności Kronik.

Serial dostępny jest legalnie za darmo na polskiej stronie AXN Spin, z lektorem wprawdzie, ale nie tak irytującym, jak się spodziewałem. Zaprawionym w bojach oglądaczom nie sprawi też żadnej trudności znalezienie w Sieci wersji z napisami, albo wręcz bez nich, bo serial kręcono w języku angielskim (w sumie szkoda, bo liczyłem na wersję francuską w przynajmniej niektórych epizodach). Nie wiem, czy mógłbym go komuś z czystym sumieniem polecić – chyba nie. To taka rzecz, którą ogląda się nie dla czegoś (dobrej fabuły, świetnego aktorstwa, fajnych efektów specjalnych), ale mimo czegoś (anachronizmów, złej konstrukcji, kalekich dialogów). Każdy sam musi się przekonać, czy warto. Według mnie tak.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Lost in space


fragment grafiki autorstwa Jonasa Jakobssona, całość tutaj.


Kiedy Brad Wright pospołu z Jonatanem Glassnerem i Robertem C. Cooperem rozpoczynali w 1997 roku produkcję serialu Stargate SG-1 rozwijającego mitologię nakręconego trzy lata wcześniej filmu w reżyserii Rolanda „Tym-Razem-Rozpieprzę-Manhattan-Na-Dobre” Emmericha, zapewne żaden z nich się nie spodziewał, że ich dziecko przeżyje całe dziesięć lat, a samo uniwersum rozwijane będzie w dwóch spin-off’ach i tyluż samu* filmach pełnometrażowych (serialu animowanego nie liczę, bo to elseworld). Stargate SG-1 pozostaje jednym z moich ulubionych seriali science-fiction i jednym z moich ulubionych seriali w ogóle, bo prezentuje bardzo fajne, staroszkolne podejście do space opery, zaś pierwszy odcinek z jego brudną stylistyką i charakterystyczną ornamentyką (oraz zaskakująco liberalnym podejściem do prezentowania nagości i przemocy, ale uwaga - takie rzeczy to tylko w pilocie) w jakiś sposób skojarzył mi się z komiksowymi nowelkami publikowanymi w Metal Hurlancie/Heavy Metalu (który z kolei na swój serial czeka, czeka i doczekać się nie może), a zatem skojarzył bardzo pozytywnie. Potem poszło już łatwo – wyraziste (chwilami aż na granicy przerysowania) postaci, wartka akcja, nieschematyczne, inteligentne scenariusze, nader niewielka ilość głupot fabularnych, deus ex machinae oraz continuity errorów. Cudo, mimo że serialowi idzie na drugi krzyżyk, wciąż nie śmierdzi on naftaliną na tyle, by nie dało się oglądać. Duża też w tym zasługa obsady, na czele z Richardem Deanem Angusem MacGyverem Andersonem w roli pułkownika Jacka O’Neilla. Co najważniejsze – twórcy doskonale zdawali sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach nie da się zrobić klasycznej space opery bez przymrużenia oka i wkładali w usta Andersonowi kąśliwe uwagi pod adresem pompatycznych, dziwacznie ubranych kosmitów, co skutecznie spuściło powietrze ze scen, które - w innym wypadku - byłyby po prostu pretensjonalne.

Później Wright i Cooper stworzyli Stargate: Atlantis który był jeszcze bardziej dynamiczny, miał jeszcze ciekawszą fabułę i jeszcze bardziej wyrazistych (choć, całym szczęściem, już nie tak jednowymiarowych) bohaterów. Przetrwał pięć sezonów, czyli dokładnie połowę tego, co seria macierzysta, po czym został zakończony, by ustąpić miejsca Stargate: Universe, kolejnemu spin-offowi, zapowiadanemu jako mroczniejszy i bardziej brutalny. Każdy rozsądnie myślący widz spodziewał się po tej produkcji mniej więcej tego samego – więcej seksu (bo do tej pory seriale spod znaku Gwiezdnych Wrót były dziwnie zachowawcze w tej kwestii) oraz więcej krwi i śluzu kapiącego z ran gumowych, mówiących po angielsku kosmitów z drugiej strony Wszechświata. Nikt chyba nie spodziewał się tego, co wyszło.

A wyszedł niesamowicie klimatyczny serial, tak odmienny od tego, do czego przyzwyczaili nas architekci świata Stargate, że SG:U właściwie mógłby rozgrywać się w innym uniwersum. I, moim zdaniem, powinien, bo to serial zupełnie innego sortu, niż poprzednie. W zasadzie wszystko stoi okoniem wobec tego, do czego przyzwyczaił nas SG-1 i Atlantis. Naturalistyczny sposób prezentowania wydarzeń. Brudne ujęcia „z ręki”. Drażniąca uszy ścieżka muzyczna. Eksperymenty w treści i formie. Niejednoznaczni, niedoskonali bohaterowie. Uboga mitologia serialu oparta przede wszystkim na niedomówieniach i sugestiach przemycanych gdzieś w tle, na marginesie. Ciężka atmosfera, szczególnie odczuwalna w pierwszych odcinkach, gdy nasi kosmiczni Robinsonowie nie mają jeszcze żadnego rozeznania co do natury Destiny – ruchomej wyspy dryfującej przez ocean Wszechświata, na której bohaterowie rozbili się wskutek dramatycznych wydarzeń z pierwszego odcinka. Bohaterowie, którzy w końcu są ludzcy – na pokładzie porzuconego przez Pradawnych statku nie znalazł się żaden Jack O’Neill, który objąłby przywództwo nad załogantami ani żaden Rodney McKay, który w pięć minut opanowałby interface statku i uratował wszystkich. Są jedynie przestraszeni ludzie, są trudne dylematy, jest brud i niepewność jutra. Są ludzkie dramaty, zarówno te trywialne (kto z kim sypia), jak i te bardziej dramatyczne (kto ma stwardnienie rozsiane?), a nawet stawiające całą społeczność na krawędzi zagłady (czy uda się naprawić systemy podtrzymywania życia, zanim cała załoga udusi się zbyt wysokim stężeniem dwutlenku węgla?).

I jest też coś jeszcze – mistycyzm. Mistycyzm jak najbardziej popkulturowy. Statek mknie bowiem przez eony niezbadanego kosmosu wprost ku (tu obowiązkowe ostrzeżenie przed delikatnymi, acz istotnymi spoilerami) Odpowiedzi Na Wielkie Pytanie o Życie, Wszechświat i całą resztę, spodziewając się czegoś nieco bardziej spektakularnego niż sześć pomnożone przez siedem. Tajemniczy sygnał znajdujący się na skraju Wszechświata znamionujący istnienie bytu stojącego u zarania Wszechrzeczy jest punktem docelowym Destiny, zaś załoganci, dowiedziawszy się o tym, w pewien sposób awansują z rozbitków na pątników pielgrzymujących ku ostatecznemu poznaniu. W tym wymiarze najmocniej obraca się Dr Nicholas Rush, będący kimś pomiędzy Janem Chrzcicielem, a Pawłem z Tarsu. To chyba moja ulubiona postać z całego serialu i mocno ubolewam nad faktem, że przez większość czasu scenarzyści traktowali go jak Szpiega z Krainy Deszczowców – drania i mąciciela. Serial niestety został anulowany po dwóch sezonach, dokładnie w połowie planowanej całości. Stało się to najpewniej za sprawą fanów poprzednich seriali spod znaku Wrót, którym nie spodobała się tak radykalna zmiana koncepcji. Po prostu – w serialu było zbyt mało kosmitów w CGI, głośnych wybuchów w próżni, pościgów, strzelanin i iskier sypiących się ze ścian kokpitów statków kosmicznych, gdy ktoś w nie przywali z blastera**. Co jest bardzo przykre i obnaża to, o czym chcę dzisiaj napisać – czyli o niemożności stworzenia naprawdę ambitnego serialu telewizyjnego.

Inny przykład – Carnivale Daniela Knaufa, który był chyba najbliżej stworzenia długiego telewizyjnego widowiska z ambicjami. Carnivale bardzo wiele łączy z SG:U. Oba te seriale zostały anulowane po dwóch sezonach (w przypadku Carnivale fabuła rozplanowana była na sześć sezonów) z powodu zbyt wysokich kosztów produkcji i zbyt niskiej oglądalności. Oba miały spore ambicje artystyczne, oba obracały się w kręgu nawiązań do chrześcijaństwa, aczkolwiek w przypadku Carnivale nawiązanie te były mniej niejednoznaczne i bardziej wyraziste. Nie jest to zarzut, bowiem gdybym miał zestawić te dwa seriale, to porównanie wyszłoby raczej na korzyść produkcji Knaufa, która jest po prostu odważniejsza i ma więcej poziomów interpretacji. Faktem jest, że zarówno Universe jak i Carnivale zostały pokonane przez trywialność oczekiwań współczesnego odbiorcy serialowego.

Kolejny przykład – The Fades. Znów bardzo podobna sytuacja – ambitna treść, bogata metaforyka nawiązująca do religii Chrystusa, topos psychomachii i całkiem sporo ciekawej metaforyki godnej nawet jeśli nie pracy magisterskiej, to przynajmniej oddzielnej blognotki***. I znów – doskonałe recenzje, słaba oglądalność, anulowanie już po pierwszym sezonie. Gdybym nie znał prawideł, jakimi rządzi się świat seriali, pomyślałbym, że ani chybi ktoś się na mnie uwziął.

Nie da się w dzisiejszych czasach zrobić ambitnego serialu mistycznego. W ogóle, zrobienie ambitnego serialu w dzisiejszych czasach jest sprawą karkołomną, bo ten rynek, jak żaden inny opiera się na tabelach przychodów i rozchodów i nawet najmniejsze wahania oglądalności mogą strącić dobrze zapowiadające się widowisko z grzędy. Inni mają łatwiej – artyści komiksowi, nawet ci pracujący dla dużych wydawnictw mogą napisać komiks jaki odpowiada ich wizji artystycznej i wydać go w którejś z niszowych oficyn. Reżyser, jeśli się uprze i zapożyczy, może nakręcić coś nieźle wyglądającego, z ambicjami i liczyć na zyski ze sprzedaży DVD tudzież wygrane przeglądów kina niezależnego. Twórcy serialowi są niestety całkowicie uzależnieni od stacji telewizyjnych i dopóki seriale internetowe nie zyskają statusu równorzędnego wobec swoich starszych braci ze szklanego ekranu, to się raczej nie zmieni.

A szkoda.

___________
*aż sam się zdziwiłem, że ta forma jest poprawna
**no dobra – to ostatnie akurat było. Jeden z głupszych motywów w telewizyjnej i filmowej science-fiction, gdyby mnie ktoś pytał o zdanie.
***może kiedyś.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...