Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska fantastyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2020

RECENZJA: Ucieczka z kraju kobiet

fragment grafiki okładkowej

Ucieczka z kraju kobiet – fantastycznonaukowa powieść autorstwa Dominika Wanga wydana w dwa tysiące dziewiętnastym roku przez Wydawnictwo AlterNatywne – reprezentuje pewien szczególny gatunek literacki, który fascynował mnie od bardzo dawna i nigdy nie przestał aż do chwili obecnej. Chodzi mi o określony typ reakcjonistycznej dystopii prezentującej liberalne (bo na ogół nawet nie lewicowe) idee jako fundament opresyjnego systemu społecznego, w którym ludzie męczą się pod grubą podeszwą buciora politycznej poprawności, moralnej degeneracji oraz faktycznego zła kryjącego się pod płaszczykiem deklaracji równościowych i emancypacyjnych. Tego typu literaturę tworzą zwykle starsi (choć w żadnym razie nie jest to regułą) mężczyźni o konserwatywnej wrażliwości politycznej. Często są to dziennikarze prawicowych gazet i magazynów, dla których twórczość literacka stanowi przedłużenie ich działalności publicystycznej i przestrzeń do ekspresji własnych opinii w konwencji, w której nie grożą im procesy o zniesławienie. 

Większość tej radosnej twórczości jest niedorzecznie wręcz zabawna. Głównie dlatego, że próba ubierania – współcześnie rozumianego – liberalizmu w konteksty opresyjnego systemu brutalnie wymuszającego posłuszeństwo na nieprawomyślnych wymaga iście abstrakcyjnych stójek myślowych. Dysonans malowanych przez (ochrzczonych przez Wojciecha Orlińskiego mianem brodaczy) autorów takiej fantastyki wizji i faktycznego stanu rzeczy jest tak potężny, że nie da się brać tego na poważnie. Szczególnie, że większość brodaczy nie ma żadnego umiaru w kreśleniu swoich mrocznych wizji, co mocno potęguje komizm ich prozy. 

Śmiało stawałem w szranki z Operacją Chusta Tomasza Terlikowskiego, Requiem dla Europy Pawła Kempczyńskiego czy Epoką Antychrysta Pawła Lisickiego. Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Białych heteroseksualnych mężczyzn zamykanych w obozach koncentracyjnych. Feministki biczujące krnąbrnych facetów za nieposłuszeństwo. Czytałem fantazje kastracyjne naszpikowane najdrobniejszymi detalami. Wszystkie te chwile zostaną stracone w czasie jak łzy w deszczu. Do niedawna wydawało mi się, że poznałem już crème de la crème tego typu literatury. 

Och, jakże się myliłem. Ucieczka z kraju kobiet jest prawdopodobnie ultymatywną przedstawicielką tego osobliwego podgatunku fantastyki. O ile przywołane przeze mnie wyżej tytuły posiadają jakieś naskórkowe ambicje bycia czymś więcej niż tylko paranoicznym strumieniem świadomości przerażonego współczesnością autora, o tyle powieść Wanga takich pretensji nie posiada za grosz. Ucieczka z kraju kobiet jest tym, co dzieje się gdy brodacz otrzymuje całkowicie wolną rękę w kwestii ekspresji artystycznej, a na jego drodze nie stają takie pierdoły jak profesjonalny redaktor, komercyjne wydawnictwo czy poczucie obciachu. W toku lektury towarzyszył mi ten rodzaj cierpienia, który powoduje macanie językiem krosty na podniebieniu. Człowiek wie, że zaboli i będzie tego żałował, ale po prostu nie jest w stanie się powstrzymać, bo to silniejsze od niego. 

Fabuła Ucieczki rozgrywa się w Warszawie bliżej nieokreślonej przyszłości, w której do absolutnej władzy nad światem doszły kobiety. Mężczyźni zepchnięci zostali do roli niewolników trzymanych w nieludzkich warunkach w celach prokreacyjnych, egzotycznych ciekawostek oraz niewolniczej siły roboczej. Przed tym terrorem bronią się jedynie na wpół mityczne Wyspy Szczęśliwe, położony w niezidentyfikowanym miejscu kuli ziemskiej niewielki archipelag. Panuje na nich libertariańsko pojmowana wolność i prawdziwa równość między płciami. Grupka dziewcząt, przy współudziale życzliwych konfidentek, postanawia uwolnić kilka męskich egzemplarzy z ogrodu zoologicznego i uciec z nimi do tego raju. I to robią. Koniec. To jest dosłownie cała fabuła tej liczącej nieco ponad dwieście stron powieści. 

No dobrze, nie cała – spora część środkowej części poświęcona jest osobie niejakiej Franceski Karbon, transpłciowej funkcjonariuszki opresyjnego systemu, która ściga główne bohaterki aż do samego końca, gdzie zostaje przez nie odkryta, przeciągnięta na ich stronę i… eee… nagle uznaje, że jednak jest cis mężczyzną choć wcześniej konsekwentnie w dialogach i wewnętrznych monologach zawsze myślała o sobie jak o kobiecie i generalnie nie pojawiły się żadne wątpliwości co do jej płci. 

Zdecydowana większość faktycznej treści książki poświęcona jest opisom świata przedstawionego. Budowa spójnego uniwersum o zrozumiałej historii, funkcjonowaniu społecznym i gospodarczym, indywidualnym rysie kulturowym i czytelnym ukazaniu mechanizmów, które sprawiają, że ludzie męczą się w tym systemie to podstawa dobrej dystopii. Podstawa, w której Ucieczka spektakularnie zawodzi. Całość jest bowiem zlepkiem wielu popularnych w środowiskach konserwatywnych mitów oraz stereotypów na temat obyczajowego liberalizmu oraz feminizmu. Mamy zatem przepisywanie historii na herstorię, prześladowanie białych heteroseksualnych mężczyzn, cenzurę niewłaściwego języka i tak dalej, i tak dalej… 

Zacznijmy od herstorii, bo to wątek na tyle dla autora istotny, że został wspomniany na blurbie z tyłu okładki. Większość z Was przyszła tu dla beki, ale ja mam zamiar wykorzystać tę okazję, by przemycić nieco faktycznej wiedzy. Herstoria to pojęcie z zakresu feminizmu drugiej fali wymyślone i spopularyzowane w latach siedemdziesiątych przez amerykańską poetkę i aktywistkę Robin Morgan. Współcześnie ma ono kilka różnych, częściowo pokrywających się znaczeń. Pierwotnie oznaczało inną perspektywę badawczą historii – skupioną na pracy i dokonaniach kobiet, ich roli w wydarzeniach. Te aspekty badań historycznych były wcześniej bagatelizowane, a przecież kobiety istniały zawsze i zawsze miały wkład w rozwój cywilizacji oraz wydarzenia o historycznym znaczeniu. Do bardzo niedawna akademicka praca historyczna była niemal wyłącznie domeną mężczyzn, którzy z oczywistych powodów patrzyli na historię z męskiej perspektywy. Doprowadziło to do wielu białych plam spowodowanych niekoniecznie tym, że brakuje nam jakichś historycznych zapisów, ale tym, że nikomu nie przyszło do głowy, że „kobiece” sprawy na przestrzeni dziejów mogą być istotne. 

Skoro już o tym mowa, sama definicja „wydarzenia o znaczeniu historycznym” może się mocno zmienić, jeśli zaczniemy myśleć o historii herstorycznie. Budowanie społeczności, praca koordynacyjna, dbanie o zachowywanie tradycji na przestrzeni dziejów bardzo często było domeną kobiet. Te zjawiska – rozłożone w czasie i mniej spektakularne niż wojny czy powstania – były kluczowe w kształtowaniu się dziejów. Herstoria może nam zatem dostarczyć pełniejszego obrazu tego, co było przed nami oraz pozwolić zrozumieć zjawiska, których w przeciwnym wypadku nie bylibyśmy w stanie nawet zarejestrować. Praca kobiet na przestrzeni dziejów często była bagatelizowana albo ignorowana i nie jest to jakieś kontrowersyjne spostrzeżenie. Nawet Robert E. Howard, autor opowiadań i powieści o Conanie Barbarzyńcy, był w stanie dokonać tej refleksji. Przyznam, że na swój sposób bawi mnie to, jak amerykański rasista żyjący sto lat temu posiadał mądrzejszą, bardziej progresywną opinię o feminizmie niż wielu współczesnych polskich pisarzy fantastyki. 

Czym jest bowiem herstoria w powieści Wanga? Orwellowskim przepisywaniem historii celem wymazania z niej mężczyzn, przepoczwarzenia historycznych figur w kobiety oraz całkowitej negacji jakichkolwiek osiągnięć mężczyzn na jakimkolwiek polu. Autor nie przedstawia wiarygodnego (ani w ogóle jakiegokolwiek) procesu, który doprowadził do tej sytuacji. Wiadomo jedynie, że trwa ona od co najmniej trzystu lat, bo mniej więc wtedy zrestartowano kalendarz. Powieść nie dostarcza prawie żadnych opisów postępowania tego procesu, nie mamy pojęcia jak społeczeństwo funkcjonuje na poziomie ekonomicznym, w jaki sposób rozwiązano logistykę związaną z prokreacją, podziałem ról społecznych… 

Co ciekawe, otrzymujemy sporo informacji odnośnie tego, jak wygląda rzeczywistość świata przedstawionego, ale te informacje nie składają się na obraz tego, w jaki sposób ona działa. Wiemy, że mężczyzn trzyma się w klatkach w zoo, ale właściwie czemu? Nie są wymierającym, rzadkim albo trudno dostępnym gatunkiem, to po prostu obywatele drugiej kategorii. W kwestii prokreacji dowiadujemy się, że dla wysoko postawionych funkcjonariuszek istnieją ekskluzywne burdele z mężczyznami, gdzie nielegalnie, za dużą sumę pieniędzy otrzymać można spermę celem zajścia w ciążę, ale narrator nie wspomina jaka jest legalna alternatywa. A jakaś być musi, skoro nowe pokolenia regularnie pojawiają się na tym świecie. Tego typu dziur i nieścisłości jest w Ucieczce zatrzęsienie. W pewnym momencie przestałem zwracać uwagę na to, jak ostentacyjnie nie klei się przedstawiona w Ucieczce rzeczywistość. To po prostu kolejny strumień świadomości pisarza, którego obchodzi wyłącznie krytyka nielubianych zjawisk społecznych i jeśli ta krytyka nie składa się w spójny obraz – tym gorzej dla obrazu. 

Najdziwniejszy jest w tym wszystkim język, którym napisana została Ucieczka z kraju kobiet. Co zaskakujące, pod tym względem nie jest to najgorsza książka z nurtu prawicowej fantastyki, jaką czytałem, jest po prostu… dziwna. Narrator już od pierwszych akapitów uderza w pozytywistyczne tony, malownicze opisy przyrody i otoczenia, kwieciste porównania i długie dygresje. Daje to niezamierzony efekt komiczny, gdy tego typu stylu używa do opowiedzenia historii o brutalnej opresji przez autorytarny system społeczny. Dialogi są okropne, ale na szczęście nie ma ich zbyt wiele. Autor regularnie wplata w nie losowe wyrażenia z łaciny, włoskiego, francuskiego i innych języków obcych. Równie często wrzuca aforyzmy i fragmenty wierszy. Rzadko kiedy ma to jakikolwiek sens i tylko wzmacnia wrażenie, że czytelnik ma do czynienia z literacką wersją płonącego śmietnika. 

Późniejsze sceny są po prostu… surrealistyczne. W drodze na Wyspy Szczęśliwe (grubo ponad jedna trzecia książki, gdy bohaterowie siedzą na barce i nic się nie dzieje) postacie jakby degenerują się do mentalnego stanu dziecka. Zaczynają skakać, bawić się w chowanego i dokazywać sobie w sposób budzący skojarzenia z przedszkolnym placem zabaw. A bohaterami – o ile można tak nazwać postacie bez osobowości, indywidualnych wątków i charakterów – Ucieczki są prawie dorosłe młode kobiety oraz mężczyźni w niesprecyzowanym, ale prawdopodobnie podobnym wieku. 

O dziwo powieść prawie w ogóle nie posiada opisów seksualnych zbliżeń. Piszę „o dziwo” bo to w nurcie prawicowej fantastyki bardzo powszechny motyw. Autorzy lubują się w malowniczych opisach ekscesów seksualnych dokonywanych przez feministki na biednych, zdominowanych mężczyznach, a często i na sobie nawzajem. Zdaje się, że to Krzysztof Varga zauważył, iż prawicowi pisarze właściwie nigdy nie opisują waniliowych miłosnych uniesień poślubionych sobie małżonków starających się o dziecko w akcie uświęconej sakramentem prokreacji, jak pan Bóg przykazał. Nie – to zawsze jest jakaś upiorna wersja sado-maso z lewicowymi feministkami w rolach głównych czy inne fetyszystyczne, często przemocowe akty seksualne, ociekające szczegółami i rozpisane na dziesiątki akapitów. 

Wang z tego rezygnuje i prawdopodobnie była to najlepsza decyzja, jaką podjął w toku pisania Ucieczki. Jedyna otwarcie nacechowana seksualnie scena zawarta w książce przedstawia grupkę rozochoconych dziewcząt obnażających się w ogrodzie zoologicznym przed trzymanym w akwarium mężczyzną, doprowadzając go tym samym do wytrysku, którym zanieczyścił szybę oddzielającą go od reszty świata. Pozostałe sceny erotyczne najczęściej są pomijane albo tylko sugerowane. Co jest dziwne, bo tematycznie powieść – chyba – stara się kreślić kontrast między opresyjnym autorytarnym liberalizmem (wiem jak to brzmi, ale autor sobie wymyślił opresyjny liberalizm i bynajmniej nie jest to jedyny, ani nawet największy, paradoks świata przedstawionego) oraz równościowym libertarianizmem. W tym pierwszym seks jest najczęściej przemocowy, pozostawiony w domniemaniu, ale istnieje. W tym drugim istnieje wyłącznie platoniczna miłość, choć w epilogu rozgrywającemu się wiele lat później pojawiają się dzieci, więc jakaś forma prokreacji też musi istnieć. 

Morały tej książki są dziwaczne. Pozytywny obraz społeczeństwa Wysp Szczęśliwych wygląda w taki sposób, że prawo nie istnieje i każda osoba może zamieszkać sobie na tej wysepce, na której podoba im się najbardziej. Generalnie panuje tam wolna amerykanka. Dwoje bohaterów przed zejściem z pokładu dostaje pistolet, by bronić swojej libertariańskiej wolności przed innymi mieszkańcami. Niedługo później uciekają z wyspy, na której sąsiedzi chcieli ich otruć. W treści jest to przedstawione nawet nie jako próba zniuansowania sytuacji i pokazania, że absolutna wolność może mieć absolutną cenę, ale jako naturalny – być może nawet pożądany – rezultat wolnego społeczeństwa. 

I naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić czy autor jest twardogłowym konserwatywnym libertarianinem i naprawdę w to wierzy, czy może miał na myśli coś zupełnie innego, ale nie był w stanie przekazać tego za pomocą prozy. Właściwie cała książka wygląda w taki sposób. Nawet z Lisickiego udało mi się wycisnąć jakiś zestaw mniej więcej spójnych tez, z którym byłem w stanie wejść w merytoryczną polemikę. Ucieczka z kraju kobiet tak bardzo nie jest w stanie przekazać niczego zrozumiałego, że nie wiedziałbym nawet od czego zacząć. 

Weźmy choćby kwestię Franceski Karbon. Nie mam najmniejszego pojęcia czy autor w ogóle wie o istnieniu osób trans i wątek jej odrzucenia kobiecości świadomie ma podłoże transfobiczne? Czy to jakaś zbyt mocno wbudowana w tekst metafora kobiecości dominującej nad mężczyznami tak mocno, że literalnie każe im żyć życiem kobiet? Czy Francesca jest w ogóle trans kobietą? Książka dostarcza nam sporych fragmentów, w których ta bohaterka prowadzi monologi wewnętrzne i obserwujemy świat jej oczami. Zawsze konsekwentnie myśli o sobie jak o kobiecie. Z drugiej strony niewykluczone, że autor wprowadził ten zabieg wyłącznie po to, by ujawnienie męskości Franceski było bardziej szokującym, niespodziewanym zwrotem akcji. Każda z tych opcji jest bezdennie głupia i obraźliwa. Mój problem polega na tym, że nie potrafię stwierdzić, która z nich jest częścią budowanej przez Wanga narracji, co sprawia, że nie mam pojęcia, z którym rodzajem głupoty powinienem w tym przypadku polemizować. 

Ucieczkę z kraju kobiet kupiłem z drugiej ręki, na Allegro. Dzięki temu jej autor nie otrzymał ode mnie ani złotówki. Wyrzuty sumienia dręczyły mnie jednak mimo wszystko, wpłaciłem zatem równowartość okładkowej ceny na rzecz organizacji Centrum Praw Kobiet. Oczywiście nikomu nie polecam zakupu, ale jeśli już musicie – proszę, rozważcie równoczesne finansowe wsparcie wybranej przez Was organizacji działającej na rzecz kobiet. Właściwie to rozważcie nawet jeśli nie chcecie kupić tej książki. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nawet po tej recenzji ma ochotę na sprawdzenie, jak zła może być prawicowa literatura fantastyczna. Rozumiem ten sentyment, gdybym sam mu zresztą nie uległ, nie byłoby tej blognotki. Tym niemniej, naprawdę nie warto, bo poza wszystkimi wymienionymi wyżej rzeczami powieść Dominika Wanga jest najzwyczajniej w świecie nudna. 

To kolejna rzecz, która łączy „brodatą” fantastykę. Jej autorzy tak bardzo chcą skrytykować nielubiane procesy i zachowania społeczne, że całkowicie zapominają przy tym, iż piszą literaturę, która powinna czytelników zaangażować na jakimś poziomie – emocjonalnym, intelektualnym, artystycznym. Czytanie brodatej fantastyki dla zdrożnej przyjemności obcowania ze złą literaturą może wydawać się kuszące, jeśli znamy tę literaturę wyłącznie z co bardziej mięsistych kawałków wrzucanych na media społecznościowe przez śmieszków mojego pokroju. W istocie najczęściej jest to jednak droga przez mękę, bo autorzy szybko wytracają impet i w okolicach drugiego aktu uświadamiają sobie, że wystrzelali już najgrubszą amunicję, a zostało im jeszcze jakieś siedemdziesiąt procent książki do napisania. Zwykle kończy się to paskudnym ugrzęźnięciem fabuły na jakichś wertepach, a zakończenie zamiast być logiczną konkluzją całości przypomina raczej ukręcenie łba wiodącej donikąd historii. Nie inaczej jest w przypadku Ucieczki. 

Naprawdę nie mam pojęcia, jak powinienem skonkludować tę blognotkę. To jest dokładnie tego typu książka, jakiej się spodziewałem. Ten typ złej literatury rodzącej się z ignorancji, zacietrzewienia i braku samokrytycyzmu, którego lektura przynosi czytelnikowi zdrożną masochistyczną rozkosz. Bardzo zła książka. Nie polecam nikomu. Jeśli jednak mimo wszystko upieracie się, by ją kupić, to mam do Was jedną prośbę – zaraz po opłaceniu przesyłki wpłaćcie drobną sumę pieniędzy na Centrum Praw Kobiet. Jeśli nie z dobroci serca, to przynajmniej z mściwej satysfakcji względem autora.

piątek, 29 maja 2020

RECENZJA: Trzecia część człowieka

fragment okładki

Trzecia część człowieka to debiutancka powieść autorstwa Krzysztofa Matkowskiego w całości oparta o tak zwany high-concept. Nie oznacza to – jak może sugerować ten termin – że mamy do czynienia z jakimś wyrafinowanym pomysłem wyjściowym albo wyjątkowo dopracowaną narracją. Przeciwnie. High-concept oznacza historię w całości podporządkowaną jednemu, prostemu motywowi, który eksplorowany jest na płaszczyźnie fabuły. Opowieści z gatunku „co by było, gdyby…?” na ogół są dobrymi przykładami tego typu dzieł.

W tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z motywem „co by było, gdyby jakiś człowiek rozszczepił się na trzy duplikaty”. Nie jest to w żadnym wypadku oryginalny punkt wyjścia dla fabuły – każdy szanujący się telewizyjny serial fantastyczny albo cykl książkowy ma na swoim koncie historię opartą na tym pomyśle. Od Star Trek: The Original Series po Animorphs, od Strefy Mroku po Warehouse 13. Wydawnictwo Marvel ma nawet superbohatera z taką mocą, co zresztą było intensywnie (i bardzo zajmująco) eksplorowane przez scenarzystę Petera A. Davida w komiksie X-Factor wydawanym w pierwszej dekadzie XXI wieku. Prawdopodobnie nie da się wycisnąć z tego motywu nic ciekawego.

Ale też nie trzeba niczego wyciskać niekoniecznie. Historie o dosłownych rozszczepieniach osobowości (poprzez naukę, magię albo inne nadprzyrodzone siły) na fizyczne duplikaty dziedziczące osobowość i wspomnienia oryginału mogą posłużyć jako znakomite narzędzie narracyjne do opowieści o złożoności ludzkiego istnienia. Historie piszą się niemal same – co, jeśli po rozszczepieniu jeden duplikat pójdzie w swoją stronę i zacznie rozwijać cechy, które u oryginału były ledwie zasygnalizowane i doprowadzi to do konfliktu z duplikatem, który nadal żyje życiem oryginału? To może być cokolwiek. Orientacja polityczna. Pogląd na rzeczywistość. Nieleczone zaburzenie psychiczne, które nasili się w nowych warunkach. Wypierana orientacja seksualna, która wreszcie odnajduje przestrzeń do oddechu. Życie duchowe, które nagle rozwinie się w ramach nowych wydarzeń albo odwrotnie – uduchowiona do tej pory osobowość przekonstruuje się i skłoni ku agnostycyzmowi lub ateizmowi. Albo odnajdzie inną religię. W ten sposób drugi duplikat, kontynuujący żywot oryginału – a wraz z nim czytelnik – będzie musiał skonfrontować się z tymi aspektami własnego potencjału, których do tej pory nie rozważał albo się nie podejrzewał. Umiejętnie opowiedziana, historia o duplikatach może opowiedzieć nam coś interesującego o tym, jak wiele – albo jak niewiele – zależy od podejmowanych przez nas decyzji, w jakim stopniu środowisko wpływa na naszą naturę i jak nasze unikalne doświadczenia czynią z nas osoby, którymi jesteśmy.

I to jest punkt, z którego można wyjść we właściwie każdym kierunku, w zależności od tego, co dany autor chce powiedzieć. Olga Tokarczuk pewnie zrobiłaby z tego absolutnie zachwycające opowiadanie o egzystencjalistycznym zabarwieniu. King – zapewne mocny, przejmujący horror na tysiąc stron. Ja prawdopodobnie utkałbym z tego subwersywny queerowy erotyk o eksploracji indywidualnej seksualności. Matkowski nie jest jednak ani egzystencjalistą (jak Tokarczuk) ani gawędziarzem (jak King) ani świntuchem (jak ja). Kim jest zatem? Ciężko, do cholery, powiedzieć. Ostrożnie zgaduję, że odpowiedź brzmi „moralistą”, bo Trzecia część człowieka zdaje się zawierać w sobie życiową lekcję odnośnie niebezpieczeństw związanych ze ściganiem własnych marzeń… prawdopodobnie.

Trzecia część człowieka to studium charakteru postaci pozbawionej charakteru. Główny bohater jest niesamowicie banalny. Ot, stosunkowo dobrze ustawiony polski mężczyzna pod trzydziestkę z wyższej klasy średniej, z typowymi dla tej grupy demograficznej zainteresowaniami, ambicjami, potknięciami oraz aspiracjami życiowymi. Z zawodu lekarz, niespełniony artysta, ma narzeczoną. Nie ma żadnych interesujących cech, refleksji albo przekonań. Samo w sobie nie byłoby to może aż tak bardzo złe, ale banalność protagonisty mocno podważa jego motywację. Damian podjął decyzję o rozszczepieniu się, ponieważ miał przekonanie, że posiada tyle potencjału, iż nie zdołałby się zrealizować życiowo egzystując wyłącznie jako jedna osoba. Problem polega na tym, że z narracji nijak to nie wynika. Połowa moich znajomych widzie znacznie bogatsze, bardziej interesujące żywoty niż główny bohater tej książki. Pewną wskazówkę może stanowić informacja o tym, że Damian ma na koncie prawie-że-zdradę swojej partnerki… ale jeśli wyłącznie na tym buduje swoje przekonanie o swoim ponadprzeciętnym potencjale, to ewidentnie brakuje mu samoświadomości.

Możliwe, że o to właśnie chodzi – że autor chce pokazać, jak jego bohater przecenia samego siebie – ale też Damian nie wykazuje osobowości narcystycznej. On w ogóle nie wykazuje jakiejkolwiek zauważalnej osobowości i to jest dużą częścią problemu, jaki mam z tą książką. Gdyby Matkowski zbudował ze swojego bohatera interesującą, wyrazistą charakterologicznie osobowość o wielu wymiarach i niuansach, znaczących relacjach towarzyskich i zawodowych, po rozszczepieniu sytuacja stałaby się znacznie bardziej interesująca. Tymczasem mamy młodego mężczyznę z wyższym wykształceniem, który ma narzeczoną (później żonę) lubi podróże i hobbystycznie interesuje się rysownictwem. To nie jest osobowość. To CV prekariusza szukającego pracy w młodym, dynamicznym zespole. Ciężko opowiedzieć jest o kimś takim zajmującą historię, jeszcze trudniej – historię o rozszczepieniu, w której z jednego smutnego nudziarza otrzymujemy aż trzech.

I każdy z nich jest tak samo nijaki. Autor wysyła dwa duplikaty w podróż za marzeniami oryginalnego Damiana, a trzeci duplikat kontynuuje życie pierwowzoru. Z czasem oczywiście sytuacja zaczyna się komplikować. Kto ma prawo do wspólnych znajomych pierwowzoru? Do jego przeszłości? Znaczących relacji międzyludzkich, które nawiązał oryginał? Autor eksploruje tu raczej „techniczną” część toposu. Źródłem konfliktów jest nie zaburzona tożsamość duplikatów (które zaskakująco gładko obstawiają się z tą sytuacją) czy starcia silnych osobowości, które miały szansę rozkwitnąć w nowych warunkach (bo żaden z duplikatów ani się nie różni od pierwowzoru na starcie, ani nie nabywa tych różnic w ramach nowych doświadczeń), ale to, że plan okazał się kompletnym niewypałem. Realizacja aspiracji życiowych obu duplikatów, które odeszły w świat skończyła się utknięciem w życiowym zaułku i desperacką chęcią powrotu do poprzedniego życia.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że ostatecznie fabuła nie prowadzi do niczego satysfakcjonującego. Po zakończeniu fabuły Damian nie wykazuje żadnej zauważalnej przemiany. Nie ma zresztą szansy jej przejść, bo finałowy konflikt rozwiązuje za niego jego ojciec, w międzyczasie wtajemniczony w całą sprawę. I to prawdopodobnie w sposób najgorszy z możliwych. Puentą tekstu zdaje się być przestroga przed ściganiem marzeń oraz indywidualnego spełnienia, ponieważ doprowadzi to do nierozwiązywalnego impasu gdy różne aspekty naszego życia zaczną się ze sobą mieszać i sabotować pozostałe.

Prawdą jest, że niektóre elementy naszego życia – hobby, wychowywanie dziecka, realizacja zawodowa albo cokolwiek innego – mogą zmienić się w niebezpieczne obsesje mające wyniszczający stosunek dla otoczenia i samej zainteresowanej osoby poprzez to, w jaki sposób konsumują całe jej życie. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy rezygnować z naszych życiowych aspiracji, nawet jeśli będziemy musieli iść na pewne kompromisy. To jest właśnie problem z Damianem – chce być jednocześnie rysownikiem w całości poświęconym karierze artystycznej, podróżnikiem zwiedzającym świat oraz głową rodziny w sielskiej rzeczywistości wyższej klasy średniej. Dar rozszczepienia się (odziedziczony po dziadku, który na łożu śmierci wyjawia wnukowi ten sekret) ma mu posłużyć jako narzędzie do realizacji tych celów. Rezultat jest jednak tragiczny – oba duplikaty ścigające marzenia o karierze artystycznej czy podróżniczej po trzech latach pragną powrotu do bezpiecznego, stabilnego życia. Duplikat, który pozostał, by żyć życiem oryginalnego Damiana znajduje się zatem pod potężną presją i nie ma pojęcia, jak wyjść z tej sytuacji. Sytuacje rozwiązuje więc za niego ojciec, otruwając jego konkurentów i, wraz z pozostałym przy życiu duplikatem, pozbywając się ciał.

I… to tyle. Ostatni, epilogiczny rozdział nie dostarcza żadnych informacji, że Damian cokolwiek wyniósł cokolwiek z tych doświadczeń, zmienił podejście do życia. Historia nie ma żadnego sensownego zamknięcia, co całą ją czyni pozbawioną sensu. Damian dowiedział się o możliwości rozszczepienia, dokonał tego, sytuacja nabrzmiała i została rozładowana. Nikt niczego się nie nauczył, smutny nudziarz pozostał smutnym nudziarzem, tyle tylko że okaleczonym (najpewniej trwale), ale wcale nie mądrzejszym życiowo. Lekturę Trzeciej części człowieka zakończyłem z poczuciem zmarnowanego czasu.

I lekką frustracją, bo niewiele było trzeba, by zapobiec temu problemowi. Wystarczyło dać Damianowi (duplikatowi, który odziedziczył jego imię oraz dotychczasowe życie po oryginalnym Damianie) decyzyjność w kwestii uporania się z tym problemem, którą to decyzyjność w kluczowym momencie wyjął mu z rąk ojciec. Niech podejmie samodzielną decyzję, nawet jeśli miałaby być taka sama. Pokazałoby to, że Damian – któryś Damian – w jakiś sposób dojrzał i gotów jest podjąć trudną decyzję oraz żyć z jej ciężarem. A potem pokazać ten ciężar w ostatnim rozdziale, który rozgrywa się kilka lat po głównych wydarzeniach.

Czyli Trzecia część człowieka jest słabą książką, tak? Cóż… nie, niezupełnie. To powieściowy debiut Matkowskiego, a tego typu utwory nauczyłem się mierzyć nieco inną miarką. Pozytywnie zaskoczył mnie wyrobiony warsztat autora, z umiejętnym wprowadzaniem motywów i bohaterów budujących całą opowieść. Dlatego tak mocno uderzyła mnie konkluzja powieści, w której z jakiegoś powodu tego zabrakło. Wydaje mi się, że rozumiem, co autor miał do przekazania (w polskiej prozie fantastycznej autor mający cokolwiek do przekazania to już jest spory ewenement) po prostu po drodze nastąpiło rozejście. Matkowski wie też, w jaki sposób funkcjonuje symbolika oraz w jaki sposób pogłębia opowieść. Z oczywistych powodów nie ma jednak wprawy o operowaniu nią i dlatego jednym z powracających motywów jest… pizza pepperoni podzielona na dziewięć kawałków symbolizująca dziewięć żyć głównego bohatera. Tja. Ogółem widać tu zaczątki obiecującego powieściopisarza i bardzo bym nie chciał, by ta recenzja zniechęciła go do dalszej twórczości. 

Tekst powstał w ramach współpracy z producentem czytników książek elektronicznych PocketBook

sobota, 14 kwietnia 2018

Weekend w gejdżu

fragment okładki, całość tutaj.

Najwyższy czas zacząć kontestować dorobek twórczy Jacka Dukaja. Tak, wiem – złote dziecko polskiej fantastyki, następca Stanisława Lema, młody geniusz, błyskotliwy debiut w wieku szesnastu lat Złotą Galerą na łamach Nowej Fantastyki... tyle tylko, że to było prawie trzydzieści lat temu. Przez ten czas zdążyło urodzić się, wychować i dorosnąć całkowicie nowe pokolenie twórców i – skoro już o tym mowa – zupełnie nowe pokolenie czytelników inaczej patrzące na świat i inaczej go rozumiejące, w inny sposób podchodzące do polskiej fantastyki, polskiego fandomu i pojmowania kultury w ogóle. Nikt już nie pisze o Dukaju jako o nowej gwieździe polskiej fantastyki, bo i trudno byłoby coś takiego przełknąć bez zażenowania. Minęło dostatecznie wiele czasu, by można było odważyć się w końcu na poważnie Dukaja krytykować.

Z krytyką tego autora jest niekiedy duży problem, właśnie z uwagi na jego status papieża ambitnej polskiej fantastyki naukowej, nazwiska, które bez strachu można wymienić na salonach po drugiej stronie muru fandomowego getta. Specyfika prozy twórcy Lodu i Czarnych Oceanów daje bardzo łatwą wymówkę do atakowania intelektu potencjalnych krytykujących. Nie podoba mu się – widocznie nie zrozumiał! Nie pojął dukajowego geniuszu, za głupi, a co mamy słuchać głupiego? Widziałem wiele recenzji i tekstów publicystycznych, których autorzy wyraźnie nie rozpędzali się z krytyką prozy Dukaja właśnie ze strachu przed posądzeniem o filisterstwo. Pod tym względem jest ten autor wyjątkowo straszny – jego proza wymaga skupienia, uwagi, intelektualnej dyscypliny i mniej wyrobionym (albo po prostu nienawykłym do takiej maniery i z nią nieoswojonym) czytelnikom maraton przez dukajowe narracje może odebrać wiarę we własne zdolności krytyczne. Jest to problem. Nie dlatego, że Dukaj nie jest pisarzem wybitnym (bo jest), ale dlatego, że – jak każdy wybitny twórca – jest twórcą złożonym. I Linia Oporu, przedmiot dzisiejszej notki, jest tego najlepszym dowodem.

Mikropowieść (choć „mikro” wyłącznie jak na standardy tego autora) snuje historię egzystencji niejakiego Pawła Kostrzewy, lat dwadzieścia siedem. Bohater żyje w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, w której ludzkość zaczyna przechodzić dość radykalną przemianę społeczną – większość interakcji społecznych i doznań można swobodnie stymulować farmakologicznie i cyfrowo, homo sapiens powoli pogrąża się w dekadenckiej atrofii, a desperacka pogoń za coraz to nowszymi kombinacjami przeżyć paradoksalnie prowadzi do alienacji i apatii. Wszystkiego tego doświadczamy z punktu widzenia wspomnianego wyżej Kostrzewy, który zawodowo zajmuje się konstruowaniem nowych koktajlów emocjonalnych. Linia Oporu właściwie nie posiada fabuły jako takiej – to trwający kilkaset stron world-building połączony z fabularyzowanym esejem na tematy wszelakie przeplatanym rzucanymi ad hoc tytułami piosenek, jakie aktualnie towarzyszą głównemu bohaterowie w jego pół-cyfrowej egzystencji czy, of all things, fragmentami encykliki Jana Pawła II. Jedyną rzeczą, jaka choćby w przybliżeniu przypomina konwencjonalną linię fabularną są kolejne życiowe przypadki Kostrzewy – wizyta u rodziny, praca, szantaż, którego ofiarą pada.

W mikropowieści pojawia się wątek polskiej wsi, która mimo dużego progresu technologicznego w najwyraźniej wszystkich innych miejscach świata pozostaje tą samą dziką, intelektualnie jałową domeną biedy, konserwatyzmu i cyfrowej zapaści. Dukaj oczywiście kreśli tu kontrast, którym podkręca poczucie wyobcowania głównego bohatera, zerwanych koligacji rodzinnych, nieprzekraczalnej bariery międzygeneracyjnego porozumienia. Problem polega na tym, że polska wieś już tak nie wygląda. Nie wyglądała tak również i dziesięć lat temu, gdy mikropowieść powstawała i tylko osoby znające polską wieś wyłącznie z Plebani czy Reymonta mogą myśleć inaczej. W swojej futurystycznej wizji Dukaj odwołuje się do toposu, który dla współcześnie żyjących osób wydaje się już mocno anachroniczny. Nie jest to zresztą jedyny problem z nieautentycznością Linii Oporu – nieautentyczność jest zresztą moim głównym zarzutem pod adresem tego tekstu.

Tu niefrasobliwie użyty rusycyzm, tam kulturowe odniesienie intuicyjne dla czterdziestolatka, ale dwudziestolatka – już niekoniecznie... nie przydaje to wiarygodności głównemu bohaterowi. Ot, typowy, klasyczny wręcz bohater dukajowski – wyprany z osobowości literacki android rozkraczony w myślowym szpagacie między dwudziestoleciem międzywojennym, a epoką osobliwości, pchany autorskim piórem w kierunku kolejnego tematu do rozpracowania, monitor, przez który doświadczamy kolejnych dywagacji. To męczy niemal równie często, co przynosi satysfakcję. To jest zresztą problem autora – nie wie, kiedy przestać, kiedy zatrzymać się, wygumkować jakiś akapit, zatrzymać korowód językowych popisów. Linia Oporu w przytłaczającej części składa się z dygresji, rozgałęziających się i piętrzących, by w końcu zaćmić klarowność tezy i ostatecznie rozbić strukturę tekstu. Czytanie Dukaja to praca – ale praca, która w tym przypadku alarmująco często nie przynosi oczekiwanych rezultatów. 
Nie odmawiam jednak Linii Oporu dużej wartości literackiej i merytorycznej. Tam gdzie tekst działa – tam działa naprawdę dobrze. Cały ten bałagan, o którym pisałem wyżej można zresztą rozpatrywać na płaszczyźnie utożsamiania formy z treścią. Treść bowiem dotyka (między innymi) fenomenu ludzkiej tożsamości, tego, czym i w jakim stopniu jest ona warunkowana. W świecie niemal totalnej personalizacji doznań, uczuć i emocji dokładnie przefiltrowanych przez cyfrowe sito i odsączonych ze zbędnych elementów to one stanowią sedno samoidentyfikacji. 

Nietrudno rozpatrywać jest tę mikropowieść w kategoriach społecznej satyry – świat przedstawiony stanowi (pozornie, ale czytelnie) logiczne rozwinięcie technologicznych i społecznych trendów panujących dzisiaj, z personalizacją bodźców kulturowych i poluźnianiem tradycyjnych więzi rodzinnych na czele. Piszę „pozornie”, bo w Linii Oporu ten kierunek rozwoju społecznego prowadzi do alienacji i apatii. Przynajmniej z perspektywy głównego bohatera, który może nie jest jakoś szczególnie obiektywnym narratorem (w tekście pojawia się dość silna implikacja, że cierpi na zaburzenia depresyjne), ale że protagonista – jak to u Dukaja – jest słabo zarysowany, a świat przedstawiony – jak to u Dukaja – fascynująco rozbudowany, ciężko nie brać Kostrzewy za stosunkowo reprezentatywnego członka opisywanej społeczności. Tymczasem, o ile cyfrowy eskapizm niewątpliwie bywa istotnym współczesnym problemem, o tyle póki co niemal nic nie sugeruje, że rozwój technologiczny doprowadzi do erozji tradycyjnych więzów międzyludzkich. Internet i nowe technologie ich nie zastępują – przeciwnie. Korzystamy z wirtualnego Facebooka – ale dzięki niemu umawiamy się na towarzyskie spotkania czy protesty polityczne w prawdziwym świecie. Używamy Tindera i OkCupid – ale po to, by poznawać prawdziwych ludzi i uprawiać z nimi prawdziwy seks. Jacek Dukaj, jak powszechnie wiadomo, profilu na Faceboku nie ma – z dużą dozą prawdopodobieństwa na Tinderze również nie. Szkoda, przynajmniej w kwestii tego pierwszego – nie tylko z uwagi na potencjalnie interesujące polemiki online, ale też dlatego, że posmakowanie współczesnej wersji „gejdżu” umożliwiłoby mu jeszcze ciekawszą eksploracje tego zagadnienia.

Jeśli ta notka wydaje się Wam chaotyczna, to – między innymi – dlatego, że sama Linia Oporu jest tekstem bardzo chaotycznym. Szczególnie w końcowych partiach, gdy rozpada się na kolejne kompaktowe narracje – jak gdyby Dukaj znudził się opowiadaną przez siebie historią i nagle zapragnął spróbować czegoś innego. Nuda – kolejny grzech tego autora. Jacek Dukaj jest w swych obserwacjach i tezach szalenie celny, już początek przynosi nam zachwycającą obserwację „Jak to jest, że do lekarzy chodzą chorzy, ale do pięknorobów – właśnie ci piękni?”. I tego jest w Linii Oporu dużo. Bardzo dużo – bo autor rzadko pochyla się nad czymś dłużej, bada głębiej, opisuje więcej, niż zaczepną frazą, bo już pędzi za kolejną dygresją, nowym fascynującym spostrzeżeniem – które też pozostawi tylko zasygnalizowane, nie poświęcając mu zbyt długo uwagi. I to się w pewnym momencie nawarstwia, męczy, rozprasza i odwraca uwagę, szczególnie posypane grubą warstwą językowego lukru, z którego pisarz jest przecież znany. A stąd już bardzo krótka droga do granicy pretensjonalności i zmanierowania, którą przecież Dukaj notorycznie przekracza, nie oszukujmy się, że nie.

Taka jest właśnie Linia Oporu – po dukajowemu splątana, momentami przekomplikowana, ale też – po dukajowemu – fascynująca koncepcyjnie i językowo. Nie jest najlepszy tekst autora, jaki czytałem – Lód, dajmy na to, choć przerażająco monumentalny, wydaje się znacznie lepiej skonstruowany i znacznie bardziej skupiony tematycznie. Linia Oporu startuje z interesującego punktu, by z czasem rozbiec się we wszystkie strony na podobieństwo miotu ciekawskich kociąt. Nadal jest to jednak tekst, z którym warto się zapoznać.

piątek, 9 marca 2018

Weekend w strachu

fragment grafiki, całość tutaj.

Za każdym razem gdy zdarza mi się pomstować na polską fantastykę (czyli regularnie) jak bumerang powraca pytanie – a czytałeś Weekend w Spestreku Grzędowicza? Do tej pory zmuszony byłem odpowiadać, że nie, nie czytałem – prozę Grzędowicza znajduję niestrawną nawet w przypadku tych jego dzieł, które powszechnie uznaje się za udane i godne polecenia. Za którymś jednak razem uznałem, że najwyższa pora w końcu zmierzyć się z tym niesławnym opowiadaniem. Nie zostałem porażony – prawdopodobnie dlatego, że opinie osób, które opowiadały mi o tym tekście przygotowały mnie na to, co otrzymam, poza tym, znałem twórczość autora już na tyle dobrze, by mniej-więcej wiedzieć, czego się spodziewać. Ujmując sprawę w ten sposób, nie rozczarowałem się ani trochę – dostałem opowiadanie reprodukujące większość charakterystycznych dla Grzędowicza motywów w charakterystyczny dla Grzędowicza sposób skonstruowane i poplątane ideologicznie.

Wiedziałem czego się spodziewać – satyry na liberalny, lewicowy styl zawiadowania społeczeństwem. Problem polega jednak na tym, że Weekend z satyrą ma bardzo niewiele wspólnego, bardzo wiele natomiast – z fantazją. W umyśle Grzędowicza PRL ze wszystkimi jego absurdami, niedorzecznościami, przeładowaną zasadami i niepotrzebną papierkologią biurokracją miesza się z tęczowym terrorem politycznej poprawności, radykalnym feminizmem, wymuszoną pluralizacją religijną, a wszystko to przy akompaniamencie tupotu ciężkich, policyjnych buciorów i strzelania z bata. Nie koloryzuję tu – nie da się koloryzować Weekend w Spestreku. Fantazja o byciu prześladowanym objawia się w niemal pornograficznych scenach, w których główny bohater zostaje zwyzywany – po niemiecku! – i zaatakowany przez feministyczne bojówki oraz ocalony przez białych, heteroseksualnych mężczyzn, ostatnią ostoję spokoju i bezpieczeństwa w tytułowym Spestreku. Ale to niejedyna, choć pewnie najbardziej efektowna fantazja tej opowieści. Mamy tu bowiem jeszcze kapitalistyczną utopię, kontrastowo przeładowaną dobrobytem i wolnością, w której półki supermarketów uginają się pod ciężarem zróżnicowanych, smacznych i niezdrowych potraw, a ciężka praca, uczciwa przynosi równie uczciwą płacę, zaś sukces jednostki ludzkiej uzależniony jest wyłącznie od jej zaangażowania i determinacji. Jest to także – przede wszystkim? – fantazja o byciu bogatym wujkiem z Ameryki, który przywozi krewnym z komunistycznego Piekła cudowne podarunki z kapitalistycznego Raju.

Wspomniałem, że Weekend niewiele ma wspólnego z satyrą, mimo że w jakimś tam stopniu wpisuje się w definicję tego gatunku – wyostrza cechy krytykowanego zjawiska poza granice absurdu. Problem polega jednak na tym, że istnieje pewna granica takiego wyostrzania, która oddziela wyśmianie danego procesu od prezentacji własnych fobii z tym procesem związanych. To granica płynna i miejscami mocno zatarta, ale nie da się dyskutować z faktem, że Grzędowicz bezsprzecznie ją przekracza. Mamy szpetne, szkaradne feministki z bronią w ręku wyzywające (po niemiecku!) białych, heteroseksualnych mężczyzn i wegan terroryzujących mięsożernych członków rodziny. Mamy tabletki kastracyjne, które muzą łykać mężczyźni, byle tylko w Spestreku mieć szansę na jakąkolwiek godną egzystencję. Chyba wszystkie konserwatywne mity i fobie odnośnie liberalnego, lewicowego społeczeństwa Zachodu są tu podkręcone do maksimum, przefiltrowane i przedstawione z pełną powagą w tym sensie, że zaprezentowane je jako prawdziwe, realne zagrożenie.

Po odrzuceniu całej tej próby satyry społecznej z tego opowiadania wyłania się… strach. I to jest, przynajmniej dla mnie, najbardziej niepokojąca i depresyjna strona Weekendu w Spestreku – nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Grzędowicz się boi. I tu naprawdę odchodzi mi cała ochota do śmiechu z absurdalnie przeszarżowanej fantazji, bo wszystko wskazuje na to, że jest ona rezultatem strachu, a ja naprawdę nie czuję się komfortowo nabijając się z czyjegoś lęku, niezależnie od tego, jak bardzo jest on irracjonalny i oderwany od faktycznego stanu rzeczy. Ten lęk wydaje mi się charakterystyczny dla pewnego określonego pokolenia polskich pisarzy fantastyki – jego echa dostrzegam w niektórych wątkach Kuzynek i Wędrowycza pióra Andrzeja Pilipiuka, opowiadaniach Rafała Ziemkiewicza czy Requiem dla Europy Kempczyńskiego (choć w tym wypadku „echo” jest raczej niedopowiedzeniem). Weekend jest tekstem wyjątkowym, ponieważ tutaj ten strach jest nazwany i określony, a jego nazwanie i określenie jest w zasadzie meritum tekstu, bo opowiadanie nie ma niczego innego do zaoferowania pod względem fabularnym. Strach sprzyja czarno-białemu postrzeganiu rzeczywistości oraz tworzeniu przynoszących komfort psychiczny narracji – narracji, w której jak w zwierciadle odbijają się fobie osoby fantazjującej.

Mamy w Weekendzie w Spestreku bardzo bogatą kronikę lęków – strach przed zmieniającą się w niezrozumiały sposób rzeczywistością, która nagle i niepodziewanie zaczęła stawiać nowe oczekiwania (na przykład pytanie partnerki o zgodę na seks, co zostało zaprezentowane jako kolejny przejaw spestrekowej dekadencji), strach przed zmianą. To fantazja, w której feminizm i ruchy emancypacyjne dokonują brutalnych i niesprowokowanych aktów przemocy na białych heteroseksualnych mężczyznach, co moralnie legitymizuje zbrojny, przemocowy opór w stosunku do tych grup – pozwala fantazjować o biciu feministek i gejów bez żadnych wątpliwości natury etycznej. To fantazja przerażająca – jak przerażających jest wiele rzeczy będących rezultatem lęku. Są w Spestreku i (przynajmniej pozornie) mniej przerażające fantazje. Jak choćby postać Marianny, która – ten i dalsze cytaty pochodzą bezpośrednio z tekstu – „Była naprawdę przeraźliwie, uderzająco piękna. Chyba jasne, że postanowiła zostać modelką”. Niestety, „Trafiła w moment, kiedy kreatorzy mody postawili na nowy typ urody. Potrzebowali bladych, anorektycznych blondynek o rozmaślonym spojrzeniu i chudych palcach. Smagła, wysoka, śródziemnomorska piękność o migdałowych oczach, otulona w sięgający pośladków płaszcz czarnych włosów i królewski majestat, nie wzbudziła najmniejszego zainteresowania” co skazało ją na jałową i depresyjną egzystencję w tytułowym Spestreku. W fantazji Grzędowicza nie ma bowiem miejsca dla kobiet, która mają do zaoferowania cokolwiek poza swoim wyglądem.

Lęk to emocja – nie da się dyskutować z emocjami, można tylko próbować je zrozumieć. Dziennikarz i admirator prozy Stanisława Lema, Wojciech Orliński w typowy dla siebie, prześmiewczy sposób określa pisarzy pokroju Grzędowicza mianem „brodaczy”, który to termin zaczerpnął z Kongresu futurologicznego. Pisze więc Orliński:

 "Najważniejsze cechy formacji polskich brodaczy to (…) strach przed światem i strach przed nowoczesnością. (…) Chętnie uprawiają dystopie skonstruowane na zasadzie „Unia Europejska przyszłości - feminazistki bezkarnie mordują katolickich księży”. Drugim rodzajem są zaś utwory typu: „Obuty w waciak i walonki mieszkaniec wsi Mała Zadupna samodzielnie rozwiązuje tajemnice bytu”. (…) Definiuje go (…) strach przed światem i strach przed nowoczesnością, prowadzące do ekscentrycznych i skrajnych poglądów politycznych.”


Dziennikarz zatrzymuje się tu na wskazaniu, opisaniu, nazwaniu i wyśmianiu zjawiska oraz jego przedstawicieli nie poświęcając uwagi głębszej analizie problemu. Ja również z brodaczy do tej pory głównie się śmiałem, bo kreowana przez nich wizja rzeczywistości była tak odległa od mojej percepcji świata, że nie byłem w stanie w żaden sposób brać jej na poważnie. Weekend jest pod tym względem wyjątkowy. Myślałem, że mnie poirytuje, urazi albo rozśmieszy. Tymczasem sprawił, że ogarnęło mnie współczucie. Jak bardzo trzeba bać się przemian społecznych, by widzieć je tak, jak widzi je Grzędowicz?


piątek, 15 grudnia 2017

Uniżony sługa

fragment okładki, całość tutaj.
Mój powrót do Cyklu Inkwizytorskiego autorstwa Jacka Piekary okazał się… interesującym doświadczeniem. Pierwsze opowiadania czytałem jeszcze w czasach gimnazjalno-licealnych – należę bowiem do tego pokolenia, które wychowało się na książkach publikowanych przez Fabrykę Słów i o ile z perspektywy czasu tę szczególną edukację literacką mogę oceniać różnie, o tyle sam fakt pozostaje faktem i nie mam zamiaru się tego wypierać. Zważywszy na moje obecne literackie (i ogólnie kulturowe) fascynacje, przeczuwałem, że lektura będzie dla mnie czymś raczej żenującym, dlatego pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że Sługa Boży (plus kilka wybranych opowiadań z następnych tomów, do którym miałem dostęp przed napisaniem tej notki) jak na polską fantastykę początku XXI wieku trzyma się… wcale nie tak źle. 

Piekara nie jest grafomanem (nawet jeśli czasem o grafomanię niebezpiecznie się ociera) pokroju, dajmy na to, Szyndlera. Jako twórca posiada stosunkowo wyrobiony warsztat i w swojej kategorii wagowej radzi sobie bardzo dobrze. Nieobce mu są sprawdzone sposoby na rozdmuchanie tekstu do pożądanej objętości – ale też nigdy nie przesadza w tym na tyle, by położyć fabułę, najczęściej niewymyślną, ale też nie ordynarnie prostą. Kontekstualizacja konwencji noir w mrokach późnego, alternatywnego średniowiecza wypada dobrze, nawet jeśli mało oryginalnie. Jeśli spodziewacie się, że będę w tej notce autora jakoś specjalnie ganił, to niestety muszę was rozczarować – czego bym o samym Piekarze nie myślał, jego inkwizytorski cykl nie jest literacką katastrofą i intelektualna uczciwość zabrania mi sugerowania podobnych rzeczy. Żadnym arcydziełem również nie – to pulpa na poziomie dostatecznie wysokim, by od czasu do czasu sięgnąć po kolejny tom, nawet jeśli nie na tyle, by poświęcić jej jakieś emocjonalne zaangażowanie. 

Wydaje mi się, że sporą rolę w popularności całego cyklu odegrała postać głównego bohatera, Mordimera Madderdina. Piekara – intencjonalnie lub przypadkowo – zaprojektował ją w sposób przemawiający do docelowego czytelnika na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim Mordimer jest bardzo atrakcyjnym typem antybohatera reprezentującego głęboką szarość w świecie wszechogarniającej czerni. Autor stworzył rzeczywistość skrajnie nieprzyjazną i odpychającą, w której chrześcijańską moralność miłości do bliźniego zastąpiła jej upiorna wersja odpowiadająca lokalnej wersji ukrzyżowania. Wszystkie postaci posiadające jakąkolwiek realną władzę nad bliźnim (czy to potężny biskup czy to strażnik pilnujący więźnia) bezustannie i bez skrupułów tej władzy nadużywają, czy to dla osobistych korzyści czy to ze zwykłego poczucia bezkarności. Z kolei postaci pozbawione władzy są zawsze tak bierne i niezdolne do podjęcia inicjatywy, że w większości przypadków ciężko im nawet współczuć. Na tym tle Mordimer, mimo wszystkich swoich wad i skaz charakteru, może wydawać się jedyną osobą posiadającą jakikolwiek moralny pion i sprawczość pozwalającą mu ten pion w jakimś wymiarze zachować. 

Po drugie – Mordimer, choć jego pozycja społeczna gwarantuje mu domyślny respekt większości osób, z którymi wchodzi w interakcję, nadal nie stoi zbyt wysoko na drabinie społecznej. Jego los w znacznej mierze pozostaje zależny od kaprysów przełożonych (głównie biskupa). Pieniądze, jakie dostaje za swoją pracę wystarczają mu na bardzo skromne życie. Choć posiada realną władzę i umiejętności, dzięki którym skutecznie wypełnia rolę power fantasy dla czytelnika, nadal jest everymanem nękanym problemami, z którymi większość czytelników była w stanie łatwo się utożsamiać. W takim ujęciu wady Mordimera – oportunizm, hipokryzja, skrajny egoizm – stają się pozytywnymi cechami, które umożliwiają inkwizytorowi pozyskiwanie dodatkowych zleceń lub manipulowanie innymi w sposób, który przyniesie mu korzyści. To coś, co w ciągu kilkunastu ostatnich lat słyszeliśmy (i nadal słyszymy) z wielu stron – musisz być elastyczny, dopasować się do rynku pracy. Inkwizytor jest bohaterem na miarę czasów, w których powstał. Nic zatem dziwnego, że przemówił do tylu czytelników i tak dobrze rezonował z ich doświadczeniami. 

To dla mnie fascynujące, ponieważ Mordimer jest – znów, nie wiem na ile jest to umyślny zabieg literacki – doskonałym przykładem banalności zła. Bez trudu jestem w stanie wyobrazić sobie jego postać jako jednoznacznego antagonistę w jakimś trochę bardziej konwencjonalnym cyklu opowiadań… chociaż nie, od typowego antagonisty odróżnia go brak jakichkolwiek motywacji. Mordimer nie jest reformatorem, który chce zmienić świat – na lepsze albo na gorsze. Jest skorumpowany, cyniczny, czasami zdarza mu się dręczyć innych tylko i wyłącznie dla samej przyjemności dręczenia. Jest wierny swoim (elastycznym) zasadom, przynajmniej o ile pozwalają mu na to czynniki zewnętrzne, ponieważ w gruncie rzeczy jest dość pragmatyczny. Jest również fanatykiem religijnym – choć, z uwagi na fakt, że spirytualizm w świecie Mordimera nierzadko potrafi przybrać bardzo realną i niebezpieczną postać dla śmiertelników, może to być po prostu kolejną oznaką pragmatyzmu. 

Przede wszystkim jest jednak hipokrytą. Gdybym miał określić jedną cechę definiującą tego bohatera, byłaby nią właśnie hipokryzja. Mordimer wymaga od innych przestrzegania standardów moralnych, do których sam nie aspiruje, regularnie pozwala sobie na bardzo dalekie moralne kompromisy (szczególnie w perspektywie zarobku), jednocześnie bardzo pryncypialnie podchodząc do sytuacji, w których czynią tak inni. Często nadużywa władzy płynącej z jego pozycji. W machinie inkwizycyjnej jest zaledwie trybikiem, tak samo skorumpowanym i niemoralnym, jak wszystkie inne. Nie mamy żadnego powodu, by mu kibicować, ponieważ jest to postać całkowicie spętana swoją hipokryzją – do tego stopnia, że nie ma dla niej żadnego miejsca na rozwój charakterologiczny. Żadna z jego wad charakteru nie ma żadnego wpływu na przebieg fabuły – jeśli Mordimer napotyka jakieś przeszkody na swojej drodze, są one wyłącznie rezultatem działań osób trzecich. Jego hipokryzja, fanatyzm i egoizm nigdy nie mają negatywnego wpływu na komfort życiowy bohatera, przeciwnie – to właśnie te cechy pozwalają mu na zachowanie względnego komfortu życiowego. To przerażająco wręcz nihilistyczne ujęcie tematu – świat jest zły, okrutny i bezkompromisowy, dlatego jedyną działającą strategią jest bycie równie złym, okrutnym i bezkompromisowym. 

Mordimer się nie zmienia – jest jak Jakub Wędrowycz, inna postać ze stajni Fabryki Słów albo howardowski Conan, o którym zresztą Piekara napisał pod pseudonimem fanfika – postacią jednej idei i jakakolwiek znacząca transformacja osobowościowa naszego uniżonego sługi nie wchodzi w grę. Zresztą, nawet Conan posiadał jakieś określone, wyartykułowane na przestrzeni opowiadań co najmniej kilka razy marzenie – rządzenie jednym z zachodnich mocarstw i ewentualna budowa imperium – które nadawało jego przygodom poczucia jakiejś celowości i które zrealizował na jesieni swojego życia. Inkwizytor natomiast nie ma żadnej wyrażonej czy zasugerowanej w tekście aspiracji. Choć zdarza mu się narzekać na swój los, to jednak koniec końców wydaje się z nim całkowicie pogodzony i na swój sposób usatysfakcjonowany z miejsca, jakie zajmuje w ustalonym porządku rzeczy. 

Opowiadania cyklu Inkwizytorskiego czytać można w zasadzie w dowolnej kolejności, co jest ewenementem, ponieważ Piekara mimo wszystko stara się budować swojej postaci jakąś spójną mitologię, wtłaczać ją w mesjanistyczne narracje, których konkluzji mieliśmy doczekać w niewydanej wciąż jeszcze Czarnej Śmierci. Problem polega na tym, że jedno bez drugiego jest raczej mało możliwe. Piekara chce zjeść ciastko – czyli mieć konwencjonalną opowieść z jasno określonym kierunkiem, do którego będzie ona zmierzać – i mieć ciastko – czyli zaskrzepioną postać literacką do wiecznej utylizacji w kolejnych opowiadaniach. Nie jestem pewien czy tak się da. Póki co cykl zastygł w rozkroku, z którego – tak to zaczyna wyglądać – autor nie wie, jak wybrnąć. W ostatnim opowiadaniu tomu Łowcy Dusz stawił swojego bohatera na prostej drodze do finału i od tamtego czasu nie zdecydował się popchnąć go tą drogą ani o krok. Zamiast tego tworzy kolejne tomy prequeli, poruszając się w odwrotnym kierunku, w przeszłość zarówno samego Mordimera, jak i całego świata przedstawionego. Nie sposób nie odnieść zatem wrażenia, że Piekara sam siebie zapędził w kozi róg i jeśli kiedyś doczekamy się w końcu zamknięcia cyklu, to najrozsądniej będzie nie mieć zbyt wysokich oczekiwań.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Zbrodnia zrównoważonego rozwoju

fragment okładki, całość tutaj.

Hel-3 pióra znanego choćby z Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza to najważniejsza polska powieść fantastyczna ostatnich lat. Przynajmniej według wydawnictwa Fabryka Słów, która pokładała w niej tak duże zaufanie, że zapewniła książce naprawdę imponującą jak na nasz rynek kampanię reklamową. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spotkałem się z sytuacją, w której o polskiej prozie fantastycznej słyszałem z tak wielu stron, przekaz płynął naprawdę szeroką strugą, a w marketing wpompowano relatywnie dużo pieniędzy. Czy tego chcemy czy nie, jest więc Hel-3 powieścią reprezentacyjną, wizytówką rodzimego rynku literatury fantastycznej poza granicami fanowskiej banieczki. Żeglująca przez Internet osoba niezaznajomiona z tą niszą prędzej dowie się o istnieniu nowej książki Grzędowicza, niż o Piskorskim, Kańtoch, Wegenerze czy Majce. A szkoda, bo jako czempion rodzimej literatury fantastycznej Grzędowicz sprawdza się fatalnie. Jako pisarz zresztą też. 

Kreowany przez autora świat to ponura, odhumanizowana rzeczywistość elektroniki i zakazów. Jest to świat mocno niespójny, stanowiący zlepek wyolbrzymionych narzekań wujka Zenka przy wigilijnym stole – że państwowe złodzieje okradają podatkami, że zrównoważony rozwój sztucznie hamuje potencjał niezależnych geniuszy, że szczepionki to trucie ludzi, że odklejone od rzeczywistości elity robią głupie rzeczy, bo odbiło im od nadmiaru bogactwa. Ostrze krytyki wymierzone jest zarówno w socjalistyczny postulat wysokich podatków, jak i w neoliberalne rozwarstwienie ekonomiczne. Ta wizja świata przedstawionego nie składa się w żadną spójną wewnętrznie całość, to satyra wycelowana we wszystkie możliwe kierunki, a przy tym pozbawiona głębszego wejrzenia w którykolwiek ze wspomnianych problemów. Bo i Grzędowicza niespecjalnie interesuje głębsze wejrzenie w toksyczne mechanizmy poruszające współczesnym światem – on chce się po prostu buntować, dlatego zamiast interesującej rzeczywistości narracyjnej tworzy plac zabaw małego rebelianta, świat pozagradzany z każdej strony zasiekami, zakazami i konformizmem, który krytykować będzie główny bohater i porte parole autora w jednej osobie. To wszystko jest tak wyostrzone i toporne, że nie sposób brać tej powieści na poważnie. A Grzędowicz tego właśnie od nas oczekuje – że będziemy brać na poważnie świat, w którym nie da się kupić pączka, jeśli przekroczyło się dzienny limit spożycia cukru. 

Problem polega również na tym, że nie jestem w stanie polubić głównego bohatera. Norbert to postać bez charakteru i bez właściwości, ośrodek na którym scentrowana jest główna intryga i nikt poza tym. To bohater-duch, który ma płynąć przez narrację i służyć autorowi do eksponowania tematów, które uważa za interesujące. Dlatego taka postać może być pracownikiem medialnym (i to, jak otwarcie mówi nam fabuła, jednym z lepszych i ambitniejszych) a zarazem kompletnym ignorantem zarówno w kwestii otaczającego go świata, jak i własnej profesji – mamy w Helu-3 wiele scen, w których Norbert wykazuje nieznajomość faktów otaczającej go rzeczywistości, choć przecież wybitny medialny pracownik winien legitymować się znacznie szerszą znajomością rzeczywistości. Jego kontestacja świata przedstawionego bardziej mnie alienuje, niż przekonuje do współodczuwania, ponieważ w tym dystopicznym świecie, który gnoi szarego obywatela, protagonista radzi sobie całkiem przyzwoicie. Jest przedstawicielem nieźle prosperującej klasy średniej, co prawda o niestabilnym zatrudnieniu, ale żyjącym na poziomie, którego wielu innych mogłoby pozazdrościć. Jego problemy są problemami pierwszego świata – nie potrafię empatyzować z bohaterem, dla którego największą bolączką jest niemożność kupienia sobie chleba bez atestu Ministerstwa Zdrowia. Autor całe akapity poświęca opisom, jak to Norbert kupuje u pokątnych dilerów niezdrowej żywności warzywa nietknięte ręką zbrodniczego systemu, po czym fantazjuje o tym jak trafia za kratki za posiadanie nadgniłego kartofla i kalkuluje, jak wysoką karę wymierzyłby mu reżim za nabycie nieatestowanych sprawunków. 

Jedzenie nielegalnej żywności jest tu uniesione do rangi aktu buntu, czynu rewolucyjnego – policzka wymierzonego zbrodniczej władzy mającej czelność zabraniać głównemu bohaterowi jeść rzeczy potencjalnie szkodliwe. Tyle tylko, że Norbert niczego nie osiągnie zjadając kaszankę bez atestu. Co najwyżej dostanie sraczki. Myślę, że w tym tkwi właśnie sedno problemu z Helem-3 oraz, szerzej, całym dorobkiem twórczym autora. U Grzędowicza bunt nie jest rozpaczliwą walką o emancypację jednostki czy uciskanej grupy, a jedynie dziecięcym kaprysem, zagraniem komuś na nosie dla samego grania na nosie, odmrażaniem sobie uszu na złość mamie. Bohater kontestuje rzeczywistość, ale nie robi niczego, by ją zmienić. W takim ujęciu nikogo chyba nie powinien dziwić ostentacyjny wręcz brak koherentnej fabuły. Hel-3 to powieść narracyjnie rozczłonkowana, zbiór pomysłów nieposkładanych w żadną sensowną strukturę przyczynowo-skutkową. To jedynie przejazd kolejką górską przez kolejne fobie autora przeplatane niepowiązanymi ze sobą zwrotami fabularnymi. Większość pierwszej połowy powieści zajmuje przygotowywanie dziennikarskiej akcji infiltracyjnej, większość drugiej połowy – przygotowywanie się do wylotu w kosmos. Prawie cała opisuje nie wydarzenia, ale złożone, żmudne procesy do tych wydarzeń wiodące. Taka konstrukcja narracyjna nie służy opowiadaniu angażującej historii. Jest tylko wymówką do autorskiego traktatu na temat rzeczy, które się Grzędowiczowi w naszej rzeczywistości nie podobają, a które w wyolbrzymionej, karykaturalnej formie trafiły do Hel-3 jako elementy kreacji świata przedstawionego. 

W połowie powieść Norbert trafia do enklawy, „w której otwarcie pluto w twarz doktrynie zrównoważonego rozwoju i dobrowolnego ubóstwa" (ten i inne cytaty pochodzą bezpośrednio z Hel-3). Jak wygląda taka wymarzona ziemia obiecana dla głównego bohatera? To świat na wskroś organiczny i konserwatywny, gdzie badający Norberta lekarz spisywał swoje notatki „Nie na tablecie ani omni, ale pisakiem w archaicznym papierowym notesie, oprawionym w oliwkową tkaninę i spiętym gumką”, a „Wszędzie (…) panował jakiś staroświecki spokój. Tkwił w drewnianych meblach, aksamitnych zasłonach, pikowanych pluszowych i skórzanych obiciach kanap. Gdziekolwiek Norbert chciał przytulić głowę czy ciało, tam znajdował miękką tapicerkę, poduszkę albo lekki jak puch koc” zaś w bufecie nie podawano „Żadnych owadów, żadnego planktonu, „nowych smaków”, żadnej dekonstrukcji. Podawano pieczone jagnię i prosię na węglach, gulasze i steki, podsmażane ziemniaki, świeże i grillowane warzywa”. To skonstruowany przez jednego z lokalnych milionerów świat luksusu i naturalności. Norbert jednak nie poświęca głębszej refleksji pytaniu, czemu tylko nielicznych najbogatszych stać na ten przywilej autentyczności – po prostu wtapia się w to środowisko uznając, za naturalnie mu przynależne. 

Mamy więc ekscentrycznego bilionera, który znudziwszy się budowaniem podwodnych miast (Grzędowicz ewidentnie nie słyszał o Bioshocku) organizuje załogową wyprawę kolonizacyjną w kosmos. A zatem przedstawiciel gatunku tych samych obrzydliwie bogatych ludzi, których zepsucie demaskował główny bohater jeszcze kilkanaście stron wcześniej. Oczywiście Szaman – bo takim pseudonimem posługuje się ów filantrop – reprezentuje archetyp „dobrego miliardera”, używającego swojej fortuny, by poszerzyć ludzkie horyzonty i śmiało dążyć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. I problemem nawet nie leży w tym, że ten archetyp jest dziś dość mocno skompromitowany (choć jego echa, na zasadzie konwencyjnej kości ogonowej, pobrzmiewają choćby w filmach o Iron Manie), ale o ostentacyjną hipokryzję. Nie, nie hipokryzję Szamana, który – jak prawdziwy człowiek interesów – planuje budowę księżycowego hotelu, by zyskać strategiczną przewagę nad konkurencją, by później dyktować warunki z pozycji największej ryby w stawie. Chodzi mi o hipokryzję Norberta, który tak gładko i bez większych wątpliwości leci w kosmos, by tworzyć de facto reklamówkę dla planowanego hotelu księżycowego. A przecież jeszcze kilka rozdziałów wcześniej wspominał o chęci otwierania oczu społeczeństwu. Norbert nigdy nie zadaje sobie pytania, skąd wzięła się fortuna Szamana, jakim cudem jednego człowieka stać na przedsięwzięcie, którego nie zdołały się podjąć całe rządy państw. Nie widzi związku ubóstwa „wiochmenów”, z którym sympatyzował w pierwszej połowie książki z porażającym bogactwem Szamana, choć przecież wytknięcie nierówności ekonomicznych było głównym przedmiotem jego materiału nagrywanego w początkowych partiach tekstu. 

Dzieje się to z prostego powodu – wszystkiemu winna jest doktryna zrównoważonego rozwoju. Ten termin na przestrzeni powieści pada wiele razy, ale nadal nie bardzo wiem, w jaki sposób rozumie go autor Helu-3, poza tym, że jest to zbrodnicza ideologia odpowiedzialna za całe zło na świecie, hamująca ludzką kreatywność i dokonująca eksterminacji wszelkich przejawów indywidualizmu. Nie da się tego terminu odczytywać podręcznikowo, czyli jako filozofii racjonalnej eksploatacji dóbr naturalnych w taki sposób, by przyszłe pokolenia również miały szansę ich wydajnego wykorzystywania. To termin-parasol, pod którym autor trzyma wszystkie rzeczy, które działają mu na nerwy, niezależnie od tego, ile z nich faktycznie może być odczytywana jako rezultat tego nieostrego pojęcia, a nawet – ile z nich może być ogniwami tego samego procesu, już bez znaczenia, w jaki sposób nazwanego. To frustrujące, bo nie mogę powiedzieć, że nie podzielam przynajmniej pewnej części obaw Grzędowicza, szczególnie tych związanych z rozwarstwieniem społecznym oraz upadkiem dziennikarstwa. Problem polega na tym, że te konkretne elementy satyry nikną w zalewie nonsensownych szczepionek jako narzędzia do trucia ludzi czy posyłania przed pluton egzekucyjny za wypicie szklanki mleka prosto od krowy. Ekspozycja przytomnych obaw społecznych wypada tu raczej jak sytuacja zepsutego zegara wskazującego dwa razy na dobę prawidłową godzinę, niż spójny element autorskiej wizji. 

Co ciekawe, wszystkie elementy, oraz wiele innych, o których tu nie wspomniałem, a które przewijają się przez Hel-3 – niesympatyczny hipokryta jako protagonista, niebinarność płciowa jako symbol zła, autorskie traktaty światopoglądowe przerywające ciąg fabularny, narracyjna rachityczność oraz cała reszta – pojawiały się również w powszechnie chwalonym i uznawanym za jeden z najważniejszych cykli fantastycznych polskiej literatury ostatnich lat Panie Lodowego Ogrodu. Osobiście nie lubię tej tetralogii (właśnie za wymienione wyżej elementy), ale doskonale rozumiem, czemu podoba się ona tylu osobom. Interesująco wykreowany świat przedstawiony, duża kreatywność w kreśleniu poszczególnych konceptów fabularnych, przyzwoicie kreowana atmosfera – jest bardzo wiele rzeczy, za które można Pana Lodowego Ogrodu lubić. Nie ma zbyt wielu rzeczy, za które można byłoby polubić Hel-3, nawet przy wykazaniu maksimum dobrej woli.

piątek, 7 lipca 2017

Zabawy w antologie

fragment okładki, całość tutaj.

Przy recenzjach antologii opowiadań nieuniknionym wydaje się pytanie – jak właściwie oceniać książki będące kompilacją różnorakich tekstów napisanych przez różne osoby? Oczywiście dobrym pomysłem byłaby uczciwa analiza każdego utworu z osobna – ale co dalej? Wyciągnąć średnią z ocen poszczególnych dzieł i na jej podstawie oszacować werdykt końcowy? Z wielu względów takie podejście wydaje mi się absurdalne. Ocenić kryteria doboru, sposób w jaki poszczególne opowiadania łączą się w tematyczną całość? W takim wypadku nietrudną do wyobrażenia sytuacją byłaby negatywna ocena całościowa antologii składającej się wyłącznie ze znakomitych tekstów, które jednak w żaden sposób nie trzymają się określonego klucza. Albo odwrotnie – jeśli w zbiorku pojawiają się wyłącznie teksty przeciętne lub wręcz słabe, ale dobrano je w taki sposób, by z jednej strony uzupełniały się i dopełniały, z drugiej zaś trzymały się motywu przewodniego antologii, należałoby go ocenić pozytywnie. Ciężka sprawa. 

Myślę, że na początek niegłupim pomysłem byłoby zadanie sobie pytania – po co powstała dana antologia? W przypadku Zabawy w Boga, omawianego dzisiaj zbioru sprawa jest oczywista, bo już w jego przedmowie zdradza nam to Anna Kańtoch – chodzi o zaprezentowanie dorobku twórczego Sekcji Literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki. Śląsk na mapie polskiej prozy fantastycznej jest dość istotnym miejscem, zaś ŚKF był punktem startowym dla wielu pisarzy i pisarek w znacznej mierze odpowiedzialnych za dzisiejszy kształt tego gatunku w naszym kraju, przyjrzenie się zatem owocom, jakie wydało na świat tamtejsze środowisko autorów i autorek fantastyki może być całkiem interesującym doświadczeniem. Dlatego gdy wspomniana wyżej Anna Kańtoch zaproponowała dostarczenie mi egzemplarza recenzenckiego zbiorku, wahałam się właściwie tylko przez moment. A co mi tam – sprawdźmy, co mają nam do zaoferowania śląscy skamandryci. Oraz Benjamin Rosenbaum. 

No właśnie – to była pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę – w Zabawie w Boga, oprócz wyselekcjonowanych przez sekcję literacką ŚKFu opowiadań rodzimych autorów znajdziemy dwa utwory autorstwa amerykańskiego fantasty. Czemu pośród młodą śląską krew zaplątał się uznany literat z USA? Nie mam najmniejszego pojęcia i już na wstępie obecność Rosenbauma w tej antologii mocno mnie skonfundowała. Poważnie, czemu on tam jest? Zdawałem maturę rozszerzoną z geografii, więc jestem niemal całkowicie pewien, że Waszyngton nie leży na Śląsku. Czy pisarz ma jakieś powiązania ze Śląskim Klubem Fantastyki? Jest honorowym członkiem? Kimś w rodzaju autorytetu dla Sekcji Literackiej ŚKF? Jej nieformalnym patronem? Czemu akurat on? Czemu nie – dajmy na to – Saladin Ahmed, który przynajmniej ma polskie korzenie? Albo Peter Watts? Albo jeszcze ktoś inny? Nie zrozumcie mnie źle, nie mam absolutnie nic przeciwko Rosenbaumowi, po prostu zupełnie nie rozumiem, z jakiego powodu zaplątał się do tego zbiorku. Pod koniec przedmowy Kańtoch pisze: „A na deser dorzuciliśmy dwa teksty wielokrotnie nagradzanego Benjamina Rosenbauma – warto sprawdzić, jak na tle zagranicznego pisarza wypadają sekcyjni autorzy.” Jest to jakąś wskazówką tłumaczącą włączenie twórczości doświadczonego amerykańskiego pisarza do antologii opowiadań młodych zdolnych hanysów i hanysek, przyjmijmy więc to wyjaśnienie za dobrą monetę… tyle tylko, że zbiór zaczyna się od opowiadania autorstwa Rosenbauma, trudno więc mówić tu o jakimś „deserze”. Raczej aperitifie oraz deserze, bo dwa utwory Amerykanina spinają całą antologię swoistą klamrą otwierając ją i zamykając. 

No dobrze, ale dajmy już spokój z tym dzieleniem włosa na czworo i przyjrzyjmy się poszczególnym tekstom. Będę omawiał je w takiej kolejności, w jakiej pojawiły się w zbiorku. Nie mam zamiaru bawić się w lawirowanie między ewentualnymi zwrotami akcji opowiadań w taki sposób, by uniknąć spoilerów, ponieważ zakładam, że recenzję przeczytają raczej te osoby, które tę antologię kupią i tak, albo już kupiły, albo same są autorami lub autorkami opublikowanych dzieł i interesuje ich analityczne wejrzenie w ich twórczość. Dlatego jeśli ktoś unika spoilerów jak ognia, to sugeruję zaprzestanie lektury w tym właśnie miejscu i powrót do niej dopiero po zapoznaniu się z Zabawą w Boga. 

Jak już wspomniałem, antologię otwiera opowiadanie Benjamina Rosenbauma. Nosi ono tytuł Przyjmujący nowe i już na samym wstępie dało mi ono mocno w kość. To było moje pierwsze spotkanie z twórczością tego pisarza i niestety nie wypadło ono najlepiej. Tekst opowiada o cywilizacji stworzeń będących w stanie dzielić się aspektami swojej osobowości, wspomnieniami i doświadczeniami przechowywanymi w stworzeniach hodowanych na własnym ciele. Potencjalnie interesująca koncepcja rozpada się jednak na drobne kawałki, ponieważ autor przeładowuje bardzo krótki utwór zbyt wieloma nieistotnymi detalami świata przedstawionego, próbuje budować szczegółowe i pełne niuansów uniwersum w raptem kilkustronicowym tekście, który takiego świata i takich niuansów zwyczajnie nie jest w stanie udźwignąć. Wiemy, że jest (była?) jakaś wojna, ale nie mamy pojęcia czego mogła dotyczyć. Poznajemy niektóre obszary kastowego systemu istot będących bohaterami opowiadania, ale ogólny porządek społeczny jest dla nas nieodgadnioną tajemnicą. Wiemy, że postaci mają futro i pazury, ale nie wiemy jak konkretnie wglądały. Przyjmujący nowe ma interesujące koncepcje i stara się mówić coś o relacjach międzypokoleniowych, formowaniu się niezależności jednostki i idącym za tym poświęceniu – jednak po odarciu sedna opowieści z przekombinowania w kwestii charakteryzacji świata przedstawionego wyłania się bardzo prosta konstrukcja narracyjna i banalna puenta, jeśli w ogóle zakończenie opowiadania można nazwać puentą. Autor eksponuje stosunkowo interesujące koncepcje, ale nie robi z nimi niczego ciekawego. Przyjmujący nowe przypomina trochę ciasto, które zbyt wcześnie wyjęto z piekarnika. Albo pospiesznie szkic opowiadania, który nigdy nie powinien był opuścić kartek notesu. 

Kolejnym opowiadaniem jest Chirurg autorstwa Anny Hrycyszyn, autorki mającej już na swoim koncie kilka publikacji (w tym książkową). Hrycyszyn operuje bardzo sensualnym, skupionym na szczegółach i doznaniach stylem, modeluje narrację z opisów zmysłowych doznań i poprzez ich pryzmat prezentuje ogólny kontekst sytuacji. Wymaga to ze strony czytelnika skupienia i sprawia, że narracja wydaje się nieco rozproszona. Nie jest to jednak wielki problem, bo zindywidualizowany styl autorki nie przeszkadza w odbiorze opowieści. Dużą zaletą jest również sama konstrukcja, którą określiłbym mianem „eleganckiej” – przedmiotem fabuły Chirurga jest proces sądowy dotyczący lekarza stosującego medycynę alternatywną (która, jak to w literaturze fantastycznej bywa, jest całkiem sensowną… no cóż, alternatywą… dla medycyny konwencjonalnej), który odpowiedzialny jest za spowodowanie śmierci jednej ze swoich pacjentek. Segmenty rozgrywające się na sali sądowej przeplatają się z retrospekcjami stopniowo obnażającymi kontekst całej sprawy. Postaci funkcjonują tu jedynie jako narracyjne figurynki, z ledwie nakreślonymi cechami osobowości, co utrudnia nieco zaangażowanie emocjonalne w fabułę, ale nie jest to jakimś ogromnym problemem. Generalnie Chirurg jest tekstem przyzwoitym, choć daleko poza tę przyzwoitość niewykraczającym. 

Kary i żywioły autorstwa Jesiona Kowala z kolei mnie skonfundowały. Pierwsze dwie trzecie opowiada jest gawędziarską w formie i prozaiczną w treści kroniką małej społeczności zamieszkującej blokowisko wielkopłytowe. Jako, że sam wychowałem się w takim środowisku, momentalnie odnalazłem się w wykreowanej przez autora przestrzeni narracyjnej i łatwo było mi utożsamić się z głównym bohaterem, rozstającym się z dzieciństwem nastolatkiem. Dopóki elementy nadprzyrodzone ograniczone były do minimum, dopóty opowiadanie grało tak, jak grać powinno. W finale jednak zaczyna dziać się coś dziwnego – nagle pojawia się nadprzyrodzona intryga, w którą zamieszane są postaci przedstawione we wcześniejszych partiach tekstu i całość robi się bardzo surrealistyczna i mocno nieczytelna fabularnie. Pojawiają się elementy, których obecność albo w ogóle nie była sygnalizowana wcześniej w tekście, albo była w bardzo niejasny sposób, przez co puenta rozmywa się i nawet po powtórnej lekturze ostatnich stron tekstu nie jestem w stanie powiedzieć, że rozumiem, o co chodziło jego autorowi. Na plus policzyć mogę Kowalowi sprawność w operowaniu narracją i wyrazisty, potoczysty styl i… niewiele ponad to. Nie był to tekst zły – jedynie trochę zmarnowany. 

Korona Północy Anny Askaldowicz to z kolei retelling mitologicznej opowieści o związku kreteńskiej monarchini Ariadny oraz boga Dionizosa z bohaterami inkorporowanymi do teraźniejszości… tak mi się przynajmniej wydaje. Askaldowicz pisze bowiem w bardzo specyficzny sposób – używa narracji w czasie teraźniejszym, co w tym konkretnym przypadku nie przeszkadza aż tak bardzo, ponieważ fabuła jest dość statyczna. Podoba mi się tutaj sposób prowadzenia narracji, w dużej mierze oparty o subtelne porównania. Wszystko to sprawia, że tekst czyta się bardzo przyjemnie. Niestety po zakończeniu lektury uświadomiłem sobie, że Korona Północy zupełnie nie ma fabuły. Dostajemy ekspozycję sytuacji i… w zasadzie to tyle. Opowiadanie nie kończy się żadną puentą, autorka niczego nie próbuje nam za jego pomocą czegokolwiek przekazać, nie konstruuje opowieści, której śledzenie w jakikolwiek zwróciłoby się czytelnikowi. Nie zrozumcie mnie źle – to jest bardzo dobrze napisany tekst, narracyjnie jeden z najlepszych w całej tej antologii. Problem polega na tym, że Korona Północy opowiada zupełnie o niczym. Autorka skupia się na kreowaniu atmosfery, ale ta atmosfera jest znaczeniowo pusta. Kreuje określone emocje, ale te emocje są pozbawione kontekstu. Szkoda, naprawdę szkoda – Anna Askaldowicz umie pięknie mówić, nie ma jednak absolutnie niczego do powiedzenia. Przynajmniej nie na przestrzeni tego utworu. 

Autorem następnego opowiadania jest erpegowy weteran Łukasz Marek Fiema. Kot z pudełka to bardzo kameralna opowieść o kobiecie, która niejako w spadku po zmarłym przyjacielu otrzymuje kota. Całość rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, co podkreślone zostało futurystyczną estetyką i… w zasadzie niespecjalnie jest to do szczęścia potrzebne, bo kontekst świata przedstawionego mógłby być zupełnie inny bez żadnej szkody dla fabuły. Choć wtedy bliżej byłoby jej do realizmu magicznego, niż czystej gatunkowo fantastyki, nie zdziwiłbym się więc, gdyby setting został doredagowany, by usprawiedliwić obecność opowiadania w tej konkretnej antologii. Nie z tym mam jednak problem, a pewnym zachwianiem kompozycyjnym – o tym, że główna bohaterka jest nieuleczalnie chora dowiadujemy się dopiero pod sam koniec tekstu, niedługo przed tym, jak zostaje cudownie ozdrowiona. Okrada to Kota z pudełka ze sporej ilości ciężaru emocjonalnego, a czytelnika – z czasu na odpowiednią emocjonalną reakcję na ten fakt. 

Lek Marty Potockiej opowiada o rewolucyjnej terapii leczenia raka i w jaki sposób wpływa to na demografię starzejącej się populacji ludzkiej. Narracja jest szybka, informatywna i pozbawiona jakichkolwiek elementów indywidualizujących – momentami przypomina niemal sprawozdanie z wydarzeń, częściej jednak miałem skojarzenia z fanfikiem napisanym przez osobę pełną entuzjazmu, ale bez żadnego warsztatu. O dziwo, wybijają się dialogi, do których autorka może nie jakiegoś wybitnego ucha, ale potrafi je komponować tak, by podczas lektury nie towarzyszyło nam poczucie sztuczności. Rozbawiła mnie scena zebrania ONZ, które bardziej niż superistotny szczyt przedstawicieli głów najpotężniejszych państw przypominało raczej posiadówę przy piwie ludzi będących ucieleśnieniem stereotypów narodowych. Oni nie mają nawet imion, są po prostu Niemcem, Francuzem, Amerykaninem. Może to kwestia mojej niedojrzałości, ale w tracie czytania tego fragmentu nie mogłem odpędzić się od skojarzeń z żartami typu „Diabeł złapał Polaka, Niemca i Rosjanina”. 

W dodatku założenia świata przedstawionego są straszliwie wręcz naiwne. W Leku rak jest jedyną chorobą, jaka stanowi jeszcze realne zagrożenie dla ludzkiego zdrowia, bo medycyna wyeliminowała wszystkie inne schorzenia. ONZ dopatruje się jedynego sposobu ograniczenia populacji i starzenia się społeczeństw (systemy ekonomiczne krajów Pierwszego Świata nie wytrzymują utrzymywania długowiecznych emerytów). Tyle tylko, że na raka w 2015 roku zmarło niecałe dziewięć milionów ludzi – w porównaniu z ogólną populacją ludzi na naszej planecie wychodzi jakieś półtorej promila. Nawet zakładając, że w wykreowanej przez Potocką przyszłości śmiertelność ludzi cierpiących na nowotwory się podwoi, to i tak ciężko będzie uznać to za jakąkolwiek znaczącą różnicę. W dodatku autorka radośnie ignoruje wiele czynników, które kłócą się z jej wizją (postępująca automatyzacja jest jednym z najbardziej rzucających się w oczy, oddziaływanie ludności napływowej na demografię również nie zostało uwzględnione). W dodatku jeden z bohaterów płacze, iż społeczeństwo się starzeje i nie wolno wprowadzać tego leku na rynek, ponieważ (tu cytat bezpośrednio z opowiadania) „My już zamieniliśmy się w dom starców. Oglądam to codziennie na własne oczy. W parkach nie słychać piszczących dzieci, tylko starszych panów grających w boule. Czternastego lipca Pola Elizejskie wyglądają jak piknik dla emerytów. Dzietność spadła do poziomu najniższego w historii.” 

Po pierwsze – młodzi ludzie również chorują na raka, więc ograniczenie dostępności tego leku uderzyłoby także w nich. Po drugie – nawet jeśli założymy, że tylko ludzie w podeszłym wieku cierpią na choroby nowotworowe… to nadal nie ma sensu. Problemem nie jest to, że mamy zbyt dużo starych ludzi, tylko, że pojawia się coraz mniej młodych. A te problemy nie mają niczego wspólnego z rakiem, a z niestabilnością ekonomiczną, problemami kobiet bojących się schodzić z rynku pracy w obawie, że po takiej przerwie w karierze zawodowej nie będą mogły jej wznowić, niesymetrycznym podziale obowiązków w opiece nad dziećmi i wieloma innymi problemami społecznymi. To, że parę milionów starych ludzi wymrze na raka nie sprawi, że następnego roku na ich miejsce pojawi się rzesza młodziutkich bobasów baraszkujących na Polach Elizejskich. O ile to nie miała być jakaś satyra, której założenia mi umknęły, to opowiadanie nie ma najmniejszego sensu na poziomie wewnętrznej logiki świata przedstawionego i dlatego jego blackmirrorowe przesłanie wydaje się zupełnie absurdalne. 

Kolejny tekst nosi tytuł Marzenie Rotha. Autorka, Małgorzata Binkowska, snuje historię chłopca posiadającego nadzwyczajne zdolności intelektualne, które wykorzystywane są do tworzenia strategii ekonomicznych dla przedsiębiorstw oraz państw. Autorka posługuje się bardzo precyzyjnym jęykiem, kreśli swoją opowieść jak rysunek techniczny. Ma to swój urok, szczególnie w tej postcyberpunkowej opowieści, nawet jeśli sylwetki charakterologiczne bohaterów pozostają przez to w niejakim niedookreśleniu. To bardzo dobrze skonstruowana opowieść – studium relacji z umysłem (pozornie) obcym, indywidualizm jednostki przerastającej otaczający go system. W biogramie Binkowskiej padają nazwiska Lema i Tolkiena, z opowiadania jednak znacznie łatwiej wyczytać Wattsa i Asimova. To bardzo błyskotliwy, bardzo dobrze napisany tekst – prywatnie uznaję go za najlepszy z tego zbiorku i wpisuję sobie nazwisko autorki na moją listę twórców obserwowanych, bo interesuje mnie, jak w jak fascynujące podróże może mnie zabrać intelekt Binkowskiej. Co prawda Marzenie Rotha sprawia wrażenie niedokończonego, nie zmienia to jednak faktu, że jest to jedno z ciekawszych opowiadań antologii. 

Mrok zabija wieloryba Olgi Niziołek to dziwny zwierz. Bardzo surrealistyczny tekst, napisany niezłym językiem, ale zupełnie nieprzyswajalny dla mnie na poziome treści. Autorka ma dryg do wymyślania intrygujących scen i konstrukcji słownych, ale ich nagromadzenie sprawia, że przez większość niekrótkiego opowiadania czułem się kompletnie wyobcowany. Każde inne opowiadanie z tego zbiorku w jakimś minimalnym stopniu wzbudziło moje uczucia – to mnie wyalienowało. Nie było nawet frustrujące, bo Niziołek zbyt dobrze posługuje się językiem i narracją, by frustrować. To jak opowiadanie Olgi Tokarczuk, która kompletnie zagubiła umiar. Są tam intuicyjnie odczytywane przeze mnie analogie do niechcianej ciąży, ksenofobii, systemowych uprzedzeń – podejrzewam, że wiem, o czym chciała mi opowiedzieć autorka, jednak jej nieumiejętność zrównoważenia metafor zabiła jakikolwiek potencjał. To mógł być niezły tekst – niestety takim nie jest. 

My Eter Alicji Tempłowicz jest natomiast opowiadaniem bardzo słabym. Przede wszystkim napisane jest w czasie teraźniejszym. W języku polskim brzmi to po prostu źle – odwraca uwagę od fabuły, rozprasza, drażni i nie przynosi żadnych korzyści. Czas teraźniejszy sprawdza się w krótkich segmentach, retrospekcjach lub fragmentach mających wyróżnić się dynamizmem - stosowanie go przez cały czas powoduje jedynie konfuzję i irytację czytelników. Nie inaczej jest w tym przypadku, choć gdyby był to jedyny problem My Eter, nie byłoby tak źle. Poza tym mamy jednak grafomańską ornamentykę słowną, która ukrywa zupełny brak treści. Sformułowania pokroju „wzdycha czule książę do swej ukochanej stolicy o przeżartej przemysłem duszy” albo „Zawsze myślałaś o sobie jako o ofierze złożonej na ołtarzu reformy emerytalnej” brzmią pretensjonalnie i również nie służą niczemu poza sztucznym udziwnianiem tekstu. Chciałem w tym miejscu napisać coś o fabule, ale uwiadomiłem sobie, że – na świeżo po przeczytaniu opowiadania – nie mam pojęcia, o czym ono jest. Mamy jakiegoś markiza, który nienawidzi, gardzi i generalnie jest pretensjonalnym dupkiem i… ktoś chce go zabić. Chyba. Wszyscy bohaterowie zachowują w przesadzony, teatralny sposób, zwijają się w konwulsjach gniewu, wyją dramatycznie i wyrażają swoje uczucia w nadmiernie ekspresyjny, niemal histeryczny sposób. Tekst przeładowany jest informacjami, które są doskonale zbędne, bo nie mają żadnego zastosowania w kontekście budowanej opowieści. Nic się ze sobą nie klei. W połowie opowiadania wkracza miana perspektywy i narracja w czasie teraźniejszym… w drugiej osobie liczy pojedynczej. W tym momencie uznałem, że to opowiadanie po prostu nie chce być czytane i robi wszystko, by mnie zniechęcić do dalszej lektury. 

Ordan Magdaleny Czarneckiej, to z kolei rzemieślniczo bardzo dobrze napisany tekst, zarówno pod względem zachowawczego, precyzyjnego języka (po poprzednim opowiadaniu podziałało to jak łyk świeżego powietrza), jak i ekspozycji świata przedstawionego przeprowadzonej za pośrednictwem dynamicznej, trochę westernowej sceny pojedynku. Opowieść skonstruowana jest z bardzo prostych fabularnych komponentów – mamy Samotnego Wędrowca na Ciężkim Świecie, który przygarnia Zawziętego Młodzieńca wchodzącego z nim w dynamiczne relacje rozwijające sylwetki charakterologiczne ich obu – ale nie jest to wada. Czarnecka wykorzystuje schematyczną fabułę jako rusztowanie, na którym wznosi konstrukcję bardzo fajnego świata przedstawionego, na tyle dziwacznego, by fascynował, ale nie aż tak, by odpychał i zniechęcał do dalszej eksploracji. Nie było idealne – autorce przydałoby się albo więcej doświadczenia albo sprawniejszy redaktor – ale na tyle dobre, bym ocenił je pozytywnie. 

W jednej z pierwszych scen Serca Vann Karolina Fedyk opisuje rozpad topazowego sklepienia na milion kawałków. To bardzo estetyczna, pobudzająca wyobraźnię scena, która ustanawia nastrój całego tekstu – obserwujemy bowiem rozpad i okupację żywotnego niegdyś społeczeństwa, które utraciło magię będącą źródłem jego witalności. Cały ten proces obserwujemy oczyma młodej kobiety imieniem Aite i to na niej scentrowana jest cała fabuła. Autorka kreśli bardzo interesujący świat przedstawiony, ale robi to w straszliwie pobieżny sposób – wiele najbardziej fascynujących elementów jest ledwie tylko wspomnianych. Działa to na niekorzyść osi fabularnej, która traci przez to sporo kontekstu. Niewiele dowiadujemy się o samej kulturze Vann, jeszcze mniej o kulturze ich najeźdźców, co sprawia, że bardzo trudno jest odnaleźć w tym konflikcie jakiekolwiek znamiona (filozoficznej? społecznej? etycznej?) głębi i zrozumieć, o co tam właściwie chodzi poza tym, że mamy najeźdźców i broniących się. A że chodzi o coś więcej sugeruje nam choćby napomknięcie o tym, że agresorzy przeprowadzają na swoich żołnierzach bliżej niesprecyzowane zabiegi chirurgiczne czyniące ich bardziej uległymi. Z kolei kultura Vann wydaje się znacznie bardziej indywidualistyczna, co mogłoby stanowić interesującą warstwę znaczeniową tekstu, jednak Fedyk nie zdecydowała się pójść w tym kierunku. Szkoda, bo główna bohaterka nie jest skonstruowana zbyt dobrze – pełznie przez fabułę popychana raczej siłą imperatywu narracyjnego, niż decyzjami wynikającymi z czytelnych motywacji. Problem polega na tym, że nie ma ona zbyt wielu interesujących relacji z innymi postaciami (które również są raczej kartonowe), a te które ma są słabo wyeksponowane. Wszystko składa się na opowiadanie, które bynajmniej nie jest słabe – bo Fedyk potrafi operować językiem i atmosferą w stopniu, który „sprzedaje” ten tekst mimo jego wad oraz schematyczności – ale jednak daje się odczuć wrażenie zmarnotrawionego potencjału. 

Warunek początkowy Krystyny Chodorowskiej początkowo bardzo zniechęcił mnie nieznośną pretensjonalnością. Koncepcję wyjściową można określić jako „Muzyczny hipster w trasie słucha podcastów, kontestuje nowe technologie i udziela wywiadu dziennikarce wzdychającej do papierowych zinów”, można więc się łatwo domyśleć, jaki ton ma cała ta opowieść. Jednych zapewne to kupi, innych nie – ja jestem w tej drugiej kategorii, bo bohaterowie zbyt głęboko wpadają w koleiny próżnej nostalgii i kiedyśbyłolepszyzmu. W dodatku jest to opowiadanie o muzyce, i to fikcyjnej, z rzucanymi tu i ówdzie odniesieniami do istniejących zespołów, co niby daje jakiś kontekst, ale odnoszę wrażenie, że to tylko wymówka, by autorka mogła poopowiadać o swoich ulubionych kapelach. To też mnie trochę wyalienowało, bo nawet jeśli współdzielę z autorką część jej muzycznych fascynacji, to jednak nie umiem myśleć o tym zabiegu inaczej, niż jak o dość ordynarnym ekshibicjonizmie. No i jest też główny bohater. A raczej – nie ma głównego bohatera, jest puste osobowościowo symulakrum, które służy jako nośnik fabuły i nic poza tym. Wspomniałem, że opowiadanie napisane jest w czasie teraźniejszym? 

Kolejny tekst nosi tytuł Wyliczanka. Jego autorka, Agnieszka Zapart, idzie na łatwiznę, bo sporą część opowiadania zajmuje opis sesji RPG, czyli coś, od czego wiele osób w fandomie rozpoczyna swoją przygodę z pisarstwem (i często na tym również kończy). Na szczęście Wyliczanka zawiera w sobie więcej rzeczy i przeważnie są to rzeczy ciekawe. Jako bodaj jedyna z osób, których opowiadania znalazły się w tym zbiorku idzie w swoim tekście w silnie podkreśloną śląskość świata przedstawionego – elementy gwary są bardzo przyjemnym smaczkiem indywidualizującym opowiadanie. Bardzo dobrze wypadła również dwuwątkowa struktura opowieści, w której przeszłość przeplata się z przyszłością – wprawdzie autorka nie wykorzystuje tego narzędzia narracyjnego w jakoś specjalnie kreatywny sposób, to i tak przydaje ono tekstowi atrakcyjności. Co prawda przesadnie ekspozycyjne dialogi segmentów rozgrywających się w przyszłości nieco psują dobre wrażenie, ale nie jest to coś, na co nie byłbym w stanie przymknąć oka. Szczególnie, że autorka dość bezpardonowo dekonstruuje kulturę nostalgii, a to jest coś, czego we współczesnej kulturze popularnej raczej nie ma zbyt wiele. Ogółem – nic wybitnego, ale stosunkowo przyjemna rzecz. 

Zbiorek zamyka kolejne opowiadanie Rosenbauma, Pomarańcza. Ten szort ma zaledwie kilka akapitów i podobał mi się zdecydowanie bardziej, niż Przejmujący nowe. Między innymi właśnie dlatego, że jest krótki – mówi to, co ma do powiedzenia i się kończy, bez żadnego sztucznego rozdmuchiwania tej kompaktowej fabułki. To bardziej rozbudowana anegdota, przypowieść, niż cokolwiek poważniejszego i autor raczej zdawał sobie z tego sprawę, bo przedstawił tę historię w bardzo prozaiczny, pozbawiony patosu sposób. Przyjemne postscriptum wieńczące antologię. 

Jak zatem całościowo prezentuje się Zabawa w Boga? Nieźle – opowiadania mają dość równy poziom, żadne z nich nie jest specjalnie wybitne, ale większość z nich posiada jakieś cechy, które sprawiają, że ich lektura nie jest stratą czasu. Temat antologii traktowany jest przez pisarki i pisarzy w bardzo liberalny sposób, ale to akurat dobrze, bo dało to rezultat w postaci bardzo kreatywnych, zróżnicowanych tekstów, z których wszakże żaden nie opuszcza narzuconych ram. U wielu autorów i autorek zauważyłem duże ambicje w budowaniu złożonego świata przedstawionego – praktycznie żaden z utworów nie wpada w koleiny utartych klisz gatunkowych. W zdecydowanej większości jednak opowiadania do tych ambicji nie dorastają – problemem może być wymuszona formą kompaktowość tekstów, mnie wydaje się jednak, że przeważa tu brak rzemieślniczego doświadczenia. Autorzy i autorki mają do powiedzenia interesujące rzeczy, jednak chwilami dość mocno daje się odczuć, że brakuje im do tego narracyjnych narzędzi. Jest tu kilka nieoszlifowanych diamentów dla których warto było sięgnąć po ten zbiorek i dlatego nie żałuję, że to zrobiłem. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...