Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Piekara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Piekara. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 grudnia 2017

Uniżony sługa

fragment okładki, całość tutaj.
Mój powrót do Cyklu Inkwizytorskiego autorstwa Jacka Piekary okazał się… interesującym doświadczeniem. Pierwsze opowiadania czytałem jeszcze w czasach gimnazjalno-licealnych – należę bowiem do tego pokolenia, które wychowało się na książkach publikowanych przez Fabrykę Słów i o ile z perspektywy czasu tę szczególną edukację literacką mogę oceniać różnie, o tyle sam fakt pozostaje faktem i nie mam zamiaru się tego wypierać. Zważywszy na moje obecne literackie (i ogólnie kulturowe) fascynacje, przeczuwałem, że lektura będzie dla mnie czymś raczej żenującym, dlatego pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że Sługa Boży (plus kilka wybranych opowiadań z następnych tomów, do którym miałem dostęp przed napisaniem tej notki) jak na polską fantastykę początku XXI wieku trzyma się… wcale nie tak źle. 

Piekara nie jest grafomanem (nawet jeśli czasem o grafomanię niebezpiecznie się ociera) pokroju, dajmy na to, Szyndlera. Jako twórca posiada stosunkowo wyrobiony warsztat i w swojej kategorii wagowej radzi sobie bardzo dobrze. Nieobce mu są sprawdzone sposoby na rozdmuchanie tekstu do pożądanej objętości – ale też nigdy nie przesadza w tym na tyle, by położyć fabułę, najczęściej niewymyślną, ale też nie ordynarnie prostą. Kontekstualizacja konwencji noir w mrokach późnego, alternatywnego średniowiecza wypada dobrze, nawet jeśli mało oryginalnie. Jeśli spodziewacie się, że będę w tej notce autora jakoś specjalnie ganił, to niestety muszę was rozczarować – czego bym o samym Piekarze nie myślał, jego inkwizytorski cykl nie jest literacką katastrofą i intelektualna uczciwość zabrania mi sugerowania podobnych rzeczy. Żadnym arcydziełem również nie – to pulpa na poziomie dostatecznie wysokim, by od czasu do czasu sięgnąć po kolejny tom, nawet jeśli nie na tyle, by poświęcić jej jakieś emocjonalne zaangażowanie. 

Wydaje mi się, że sporą rolę w popularności całego cyklu odegrała postać głównego bohatera, Mordimera Madderdina. Piekara – intencjonalnie lub przypadkowo – zaprojektował ją w sposób przemawiający do docelowego czytelnika na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim Mordimer jest bardzo atrakcyjnym typem antybohatera reprezentującego głęboką szarość w świecie wszechogarniającej czerni. Autor stworzył rzeczywistość skrajnie nieprzyjazną i odpychającą, w której chrześcijańską moralność miłości do bliźniego zastąpiła jej upiorna wersja odpowiadająca lokalnej wersji ukrzyżowania. Wszystkie postaci posiadające jakąkolwiek realną władzę nad bliźnim (czy to potężny biskup czy to strażnik pilnujący więźnia) bezustannie i bez skrupułów tej władzy nadużywają, czy to dla osobistych korzyści czy to ze zwykłego poczucia bezkarności. Z kolei postaci pozbawione władzy są zawsze tak bierne i niezdolne do podjęcia inicjatywy, że w większości przypadków ciężko im nawet współczuć. Na tym tle Mordimer, mimo wszystkich swoich wad i skaz charakteru, może wydawać się jedyną osobą posiadającą jakikolwiek moralny pion i sprawczość pozwalającą mu ten pion w jakimś wymiarze zachować. 

Po drugie – Mordimer, choć jego pozycja społeczna gwarantuje mu domyślny respekt większości osób, z którymi wchodzi w interakcję, nadal nie stoi zbyt wysoko na drabinie społecznej. Jego los w znacznej mierze pozostaje zależny od kaprysów przełożonych (głównie biskupa). Pieniądze, jakie dostaje za swoją pracę wystarczają mu na bardzo skromne życie. Choć posiada realną władzę i umiejętności, dzięki którym skutecznie wypełnia rolę power fantasy dla czytelnika, nadal jest everymanem nękanym problemami, z którymi większość czytelników była w stanie łatwo się utożsamiać. W takim ujęciu wady Mordimera – oportunizm, hipokryzja, skrajny egoizm – stają się pozytywnymi cechami, które umożliwiają inkwizytorowi pozyskiwanie dodatkowych zleceń lub manipulowanie innymi w sposób, który przyniesie mu korzyści. To coś, co w ciągu kilkunastu ostatnich lat słyszeliśmy (i nadal słyszymy) z wielu stron – musisz być elastyczny, dopasować się do rynku pracy. Inkwizytor jest bohaterem na miarę czasów, w których powstał. Nic zatem dziwnego, że przemówił do tylu czytelników i tak dobrze rezonował z ich doświadczeniami. 

To dla mnie fascynujące, ponieważ Mordimer jest – znów, nie wiem na ile jest to umyślny zabieg literacki – doskonałym przykładem banalności zła. Bez trudu jestem w stanie wyobrazić sobie jego postać jako jednoznacznego antagonistę w jakimś trochę bardziej konwencjonalnym cyklu opowiadań… chociaż nie, od typowego antagonisty odróżnia go brak jakichkolwiek motywacji. Mordimer nie jest reformatorem, który chce zmienić świat – na lepsze albo na gorsze. Jest skorumpowany, cyniczny, czasami zdarza mu się dręczyć innych tylko i wyłącznie dla samej przyjemności dręczenia. Jest wierny swoim (elastycznym) zasadom, przynajmniej o ile pozwalają mu na to czynniki zewnętrzne, ponieważ w gruncie rzeczy jest dość pragmatyczny. Jest również fanatykiem religijnym – choć, z uwagi na fakt, że spirytualizm w świecie Mordimera nierzadko potrafi przybrać bardzo realną i niebezpieczną postać dla śmiertelników, może to być po prostu kolejną oznaką pragmatyzmu. 

Przede wszystkim jest jednak hipokrytą. Gdybym miał określić jedną cechę definiującą tego bohatera, byłaby nią właśnie hipokryzja. Mordimer wymaga od innych przestrzegania standardów moralnych, do których sam nie aspiruje, regularnie pozwala sobie na bardzo dalekie moralne kompromisy (szczególnie w perspektywie zarobku), jednocześnie bardzo pryncypialnie podchodząc do sytuacji, w których czynią tak inni. Często nadużywa władzy płynącej z jego pozycji. W machinie inkwizycyjnej jest zaledwie trybikiem, tak samo skorumpowanym i niemoralnym, jak wszystkie inne. Nie mamy żadnego powodu, by mu kibicować, ponieważ jest to postać całkowicie spętana swoją hipokryzją – do tego stopnia, że nie ma dla niej żadnego miejsca na rozwój charakterologiczny. Żadna z jego wad charakteru nie ma żadnego wpływu na przebieg fabuły – jeśli Mordimer napotyka jakieś przeszkody na swojej drodze, są one wyłącznie rezultatem działań osób trzecich. Jego hipokryzja, fanatyzm i egoizm nigdy nie mają negatywnego wpływu na komfort życiowy bohatera, przeciwnie – to właśnie te cechy pozwalają mu na zachowanie względnego komfortu życiowego. To przerażająco wręcz nihilistyczne ujęcie tematu – świat jest zły, okrutny i bezkompromisowy, dlatego jedyną działającą strategią jest bycie równie złym, okrutnym i bezkompromisowym. 

Mordimer się nie zmienia – jest jak Jakub Wędrowycz, inna postać ze stajni Fabryki Słów albo howardowski Conan, o którym zresztą Piekara napisał pod pseudonimem fanfika – postacią jednej idei i jakakolwiek znacząca transformacja osobowościowa naszego uniżonego sługi nie wchodzi w grę. Zresztą, nawet Conan posiadał jakieś określone, wyartykułowane na przestrzeni opowiadań co najmniej kilka razy marzenie – rządzenie jednym z zachodnich mocarstw i ewentualna budowa imperium – które nadawało jego przygodom poczucia jakiejś celowości i które zrealizował na jesieni swojego życia. Inkwizytor natomiast nie ma żadnej wyrażonej czy zasugerowanej w tekście aspiracji. Choć zdarza mu się narzekać na swój los, to jednak koniec końców wydaje się z nim całkowicie pogodzony i na swój sposób usatysfakcjonowany z miejsca, jakie zajmuje w ustalonym porządku rzeczy. 

Opowiadania cyklu Inkwizytorskiego czytać można w zasadzie w dowolnej kolejności, co jest ewenementem, ponieważ Piekara mimo wszystko stara się budować swojej postaci jakąś spójną mitologię, wtłaczać ją w mesjanistyczne narracje, których konkluzji mieliśmy doczekać w niewydanej wciąż jeszcze Czarnej Śmierci. Problem polega na tym, że jedno bez drugiego jest raczej mało możliwe. Piekara chce zjeść ciastko – czyli mieć konwencjonalną opowieść z jasno określonym kierunkiem, do którego będzie ona zmierzać – i mieć ciastko – czyli zaskrzepioną postać literacką do wiecznej utylizacji w kolejnych opowiadaniach. Nie jestem pewien czy tak się da. Póki co cykl zastygł w rozkroku, z którego – tak to zaczyna wyglądać – autor nie wie, jak wybrnąć. W ostatnim opowiadaniu tomu Łowcy Dusz stawił swojego bohatera na prostej drodze do finału i od tamtego czasu nie zdecydował się popchnąć go tą drogą ani o krok. Zamiast tego tworzy kolejne tomy prequeli, poruszając się w odwrotnym kierunku, w przeszłość zarówno samego Mordimera, jak i całego świata przedstawionego. Nie sposób nie odnieść zatem wrażenia, że Piekara sam siebie zapędził w kozi róg i jeśli kiedyś doczekamy się w końcu zamknięcia cyklu, to najrozsądniej będzie nie mieć zbyt wysokich oczekiwań.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Warehouse 13. 1x08 - Duped

fragment grafiki autorstwa Lewisa Carrolla, całość tutaj.


Może mi ktoś wyjaśnić, o co chodzi z tym umrocznianiem Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla?  Przecież to wyjściowo jest bardzo wesoła, kolorowa książka, może miejscami makabryczna, ale przecież nie wybijająca się pod tym względem na tle innych tego typu utworów z epoki. Tymczasem prawie każdy znany mi popkulturowy remiks Alicji w jakimś stopniu zapuszcza się w rejony psychodelicznego horroru i makabry. Czy to film Burtona, czy to gra McGee’a, czy to opowiadanie Sapkowskiego, czy to fantasy Piekary. Czy to w tym odcinku Warehouse 13.

Cała ta afera, którą spowodowało niefrasobliwe zachowanie Pete’a (znowu grał w ping-ponga ze swoim odbiciem w lustrze Carrolla) i w wyniku której ciało Myki opętała demoniczna Alicja służy za całkiem przyzwoicie pomyślaną podkładkę pod proces odnawiania relacji na linii Myka-Artie. Jak pamiętamy, w poprzednim odcinku zaufanie agentów do Artiego zostało poważnie nadszarpnięte. Zdaje się, że Pete nie ma z tym większego problemu, ale w tym wypadku nie ma się czemu dziwić – on stracił rodziciela we wczesnym dzieciństwie, więc jego wyobrażenie ojca wciąż pozostaje wyidealizowane i nierealistyczne. Dla Pete’a ojciec to ktoś, kogo kocha się bezwarunkowo. Z Myką jest inaczej – jej daddy issues (które zauważa i punktuje w tym odcinku Pete) polegają na niedostatku miłości i zaufania ze strony biologicznego rodziciela i dlatego projektuje te oczekiwania na Artiego. Gdy Artie zawodzi ją w tym względzie, Myka odbiera to bardzo personalnie i długo nie jest w stanie się z tym pogodzić.

W tym odcinku Myka uwięziona jest w lustrze, zaś Artie uznaje to za podstęp Alicji, pobudzonej dyskotekową kulą ze Studio 54. Starania Claudii i Leeny doprowadzają do porozumienia się z Myką, ale nawet wtedy Artie nie daje się przekonać. Dopiero emocjonalna wypowiedź Myki o wzajemnym zaufaniu uświadamia Artiemu, jak bardzo zawiódł. Nie bez znaczenia jest fakt, iż Artie dostrzega nieświadome nawyki agentki, dzięki którym zyskał pewność, że odbicie w lustrze nie jest próbą manipulacji ze strony Alicji tylko Myką. Warto też zauważyć emocjonalne zaangażowanie w tę sprawę Claudii, która już wcześniej pokazała, na ile potrafi się zdobyć, by wyciągnąć bliską osobę z nadnaturalnego więzienia. W tym akurat momencie widać naturalną ewolucję tej bohaterki w kierunku pełnoprawnego członka rodziny i drużyny.

Tymczasem wątek prowadzonego przez Pete’a i Mykę/Alicję śledztwa wiedzie naszych bohaterów do Las Vegas. Sama intryga nie jest może zbyt porywająca – bo większość odcinka zjada wątek Alicji – ale w ramach śledztwa udało się scenarzystom kategorycznie podkreślić rzecz, którą sugerowali już od pierwszych odcinków – nie mają zamiar wikłać pary głównych bohaterów w żaden romantyczny związek, bo to po prostu nie jest ten typ relacji. Pete dość szybko nabiera podejrzeń, że z Myką jest coś nie tak, ale pewność uzyskuje dopiero po pocałunku – ponieważ doskonale wie, że Myka nigdy by go nie pocałowała. To dobrze, że tak wyraźnie zasygnalizowano to już na początku serialu (i później wielokrotnie powtarzano). Warehouse 13 to serial o rodzeństwie – niekiedy mocno dysfunkcyjnym, ale mimo wszystko – a nie o kochankach i to jedna z tych rzeczy, które wyróżniają go z oceanu podobnych produkcji.

Całość kończy się niestety w nieco naciągany sposób, ale Warehouse 13 to się wybacza ze względu na konwencję. I na to, że w scenie ostatecznej konfrontacji wykorzystano doskonale tam pasujący utwór White Rabbit z repertuaru Jefferson Airplane (ostatnimi czasy znany między innymi z remiksu umieszczonego na ścieżce muzycznej Sucker Punch). W ogóle pod względem muzycznym to chyba jeden z najbardziej udanych odcinków serialu – oprócz White Rabbit możemy w nim usłyszeć jeszcze I Will Survive Glorii Gaynor, który to utwór emituje dyskotekowa kula ze Studio 54. Między innymi właśnie za takie smaczki uwielbiam ten serial.

Ogółem, odcinek bardzo sympatyczny, chyba jeden z moich ulubionych w pierwszym sezonie serialu. Dynamizm opowieści zostaje utrzymany do samego końca, ładunek emocjonalny jest na tyle duży, by nie pozostawić widza obojętnym, zaś sam klimat też jest bez zarzutu. A, i byłbym zapomniał – dowiadujemy się o istnieniu Mrocznej Krypty (Dark Vault), gdzie po złapaniu i skatalogowaniu trafiają wyjątkowo niegrzeczne artefakty. 

niedziela, 29 kwietnia 2012

Dukaj to za mało


fragment grafiki autorstwa Piotra Cieślińskiego, całość tutaj.

Pamiętacie mój zeszłoroczny tekst o zbawiennym wpływie oficyny wydawniczej Fabryka Słów na polską literaturę fantastyczną? Ja tak. Z perspektywy czasu, wydaje mi się on mocno naiwny i idealistyczny, ale cóż, rok temu Fabryka obchodziła swoje dziesięciolecie, a na urodzinach, wiadomo – choćbyśmy delikwenta niespecjalnie lubili, trzeba zacisnąć zęby, dać prezent, pogratulować sukcesów, życzyć kolejnych, po czym szybko ulotnić się w okolice poczęstunku, a najlepiej tej jego części, która zawiera w sobie jakieś procenty. Ale tak poważnie – przez ten rok moje podejście do fabrycznej oferty trochę się zmieniło, a status quo narzucone przez lubelskie wydawnictwo nie wydaje mi się już tak pozytywne.

Kiedy czytam współczesne polskie powieści (tudzież opowiadania, mikropowieści, zbiory opowiadań i tak dalej), nie tylko zresztą te wydawane przez Fabrykę, uderza mnie ich fabularna miałkość i powtarzalność. Rok temu porównywałem fabryczne książki z komiksowymi seriami made in Marvel albo DC. I faktycznie, analogii jest co niemiara. Fabryka, zdaje się, wypromowała osobliwy model cyklu wydawniczego opartego na regularnym wydawaniu zbiorów opowiadań połączonych osobą głównego bohatera (Wędrowycz, Inkwizytor, Loki). Taki cykl przypomina nieco standardy współczesnych seriali telewizyjnych czy komiksowych serii właśnie. I nie byłoby w tym nic złego – ostatecznie Sapkowski w podobnym standardzie spisywał się najlepiej – gdyby model ten był wykorzystywany należycie. A nie jest. Wędrowycz to przypadek ekstremistyczny, gdzie autor kompletnie już zajeździł postać wojsławickiego cywilnego egzorcysty-alkoholika każąc mu w kółko przeżywać te same przygody, ale gdzie indziej też nie jest lepiej. U Piekary postać naszego uniżonego sługi spisuje się bardzo tak sobie, opowiastki z cyklu inkwizytorskiego to generalnie średnio udane rzeczy. Najbardziej boli brak jakiejkolwiek wyraźniejszej ewolucji postaci i mało pomysłowe fabuły będące w zasadzie tylko pretekstem do mądrzenia się głównego bohatera dramatu. Ćwieka nie skomentuję, bo zwyczajnie na przekór wszystkim gorąco polecającym zaparłem się rękami i nogami, że „Kłamcy” czytać nie będę i już.

W „standardzie fabrycznym” irytuje mnie też jedna rzecz – bardzo nachalny i oczywisty komercjalizm. Książki są grube (olbrzymia czcionka i szerokie akapity robią swoje), by klient widział za co płaci, kiczowate okładki… No właśnie, to mnie w dużej mierze zainspirowało do napisania tej notki. Na Kwejku wisi sobie mały przegląd okładek „sfabrykowanych” książek z iście demotywatorową konkluzją „Jak można nie czytać książek z takimi okładkami?!” No cóż, mój pierwszy egzemplarz Gry Endera miał okładkę tak paskudną, że od dłuższego wpatrywania się w nią można było dostać wysypki. Ale wracając do rzeczy – przyciągające wzrok format i okładka to zaledwie opakowanie. Jak jest z zawartością? No cóż, różnie. Tu nie ma co generalizować, ostatecznie dla Fabryki pisze wielu mniej lub bardziej utalentowanych autorów. Oferta jest bogata – science-fiction, fantasy (zarówno klasyczna, jak i „udziwniona”), opowieści z dreszczykiem. Pozornie jest w czym wybierać. Pozornie.

Do tego właśnie zmierzałem przez całą notkę – Fabryka produkuje książki miałkie fabularnie, nastawione na rozrywkę, przeznaczone dla współczesnego nastoletniego odbiorcy gier komputerowych i filmów sensacyjnych. Twórcy tłuką kolejne odcinki prowadzących donikąd sag, bo zwyczajnie ten model jest najprostszy i najefektywniejszy. Czytelnik przyzwyczaja się do bohaterów, autor nie musi zdobywać się na choćby minimum kreatywności, nie musi wymyślać nowych światów, bohaterów, sytuacji – ma luksus tłuczenia w kółko tych samych schematów. Nie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem rozmaitych serii, cyklów czy sag. Przeciwnie – bardzo je lubię, właśnie z powodów, jakie przed chwilą wymieniłem. Nie podoba mi się wszakże sytuacja, w której autor, rozpoczynając tasiemcową historię, nie ma najmniejszego pojęcia, dokąd ona zmierza. Jestem zwolennikiem zasady głoszącej, iż przed przystąpieniem do tworzenia fabuły twórca winien, choćby w przybliżeniu, wiedzieć jak to się wszystko skończy i konsekwentnie do tego zakończenia zmierzać. I owszem, można argumentować, że Stephen King, rozpoczynając pisanie sagi o Mrocznej Wieży nie miał najmniejszego pojęcia, jak ją zakończy, że dla David Lynch, kończąc pisanie pilotowego odcinka Miasteczka Twin Peaks nie był mądrzejszy od telewidzów w kwestii sprawcy morderstwa Laury Palmer. Tyle, że do takich zabiegów potrzeba geniuszu formatu Kinga lub Lyncha – a taki geniusz trafia się niezmiernie rzadko.

Nie smęciłbym, gdyby Fabryka Słów była niszą, a nie – ciągle i mimo upływu lat – głównym graczem na rynku narzucającym swoje zasady całemu rynkowi. To właśnie w tej sytuacji upatrywałbym się odpowiedzi na pytanie „Czemu w Polsce nie ma więcej autorów pokroju Jacka Dukaja?”. Ponieważ nie mają tu odpowiednich warunków lęgowych. Sytuacja ta wymusiła określone zabiegi marketingowe na innych wydawnictwach – choćby Runa, która na początku swojej działalności zdawała się być przeciwwagą dla mainstreamowej Fabryki dziś ściga się z nią o klienta. No cóż, twarde prawa rynku są twardymi prawami rynku i byłbym bez serca, gdybym rzucał przez to w Runę kamieniami. Ale jednak to boli.

Brakuje mi w polskiej fantastyce literackiej jakiejś, choćby niewielkiej, oficyny specjalizującej się w ambitniejszej fantastyce. Takiej, która mniej skupia się na tabelach przychodów i rozchodów, a bardziej na poszukiwaniu nowych ścieżek w sposobie pisania fantastyki. W publikowaniu rzeczy ciekawych, ale i mądrych. Budzących dyskusje, kontrowersje i wątpliwości. Literatury dojrzałej, nietuzinkowej, może nawet undergroundowej, ocierającej się literacką alternatywę. I takiej, której okładki nie będą tak okrutnie kiczowate. W interesie nas wszystkich jest, by takich tytułów pojawiało się jak najwięcej. Ostatecznie, to już utarty schemat kulturowy – ze sztuki niezależnej i wysokiej idee i pomysły „skapują” do mainstreamu, napędzając go i nadając mu świeżość. Na dzień dzisiejszy, polski mainstream fantastyczny napędza sam siebie. Mnie się ta sytuacja średnio podoba. Że mogło być gorzej? To nie jest argument. Jeden Dukaj to trochę mało jak na tak bogaty i różnorodny rynek, jaki mamy obecnie w Polsce. O wiele za mało.

niedziela, 22 stycznia 2012

Krzyż przed Mordorem

fragment grafiki autorstwa Ignacio Bazána Lazcano, całość tutaj.
Umieszczanie w dziełach czysto popkulturowych (istnieje coś takiego jak "czysta popkultura"?) odniesień do religii chrześcijańskiej (lub jakiejkolwiek innej współczesnej) jest czymś odmiennym, niż nawiązywanie do tradycji religii starożytnych kultur czy cywilizacji. Powód jest oczywisty – do obecnej religii wiele osób ma bardzo emocjonalny, osobisty stosunek. Dlatego z uniwersum Marvela obok Spider-Mana, Captaina America czy Iron Mana może występować Thor, ale już Jezus Chrystus – w żadnym wypadku. Nie oznacza to bynajmniej, że inżynierowie i artyści popkulturowi kompletnie rezygnują z umieszczania w swoich dziełach motywów i symboli chrześcijańskich. Owszem, robią to nader często, jednak są sytuacje i sytuacje. Na chwilę obecną przychodzą mi do głowy cztery typy dzieł kultury popularnej, które czerpią z mitologii chrześcijaństwa.

Pierwszym typem są dzieła de facto propagandowe, wycelowane w target środowisk chrześcijańskich. Wszystkie te czwartoligowe zespoły grające chrześcijańskiego rocka i pop, te wszystkie Arki Noego, Dzieci z Brodą czy twory pokroju Porozumienia,* Skillet czy, nieco mniej hardkorowo, Maleo Reggae Rockers, seriale typu Joan z Arkadii czy chrześcijańscy naśladowcy Coelho. Zazwyczaj kontent tego typu jest bardzo niskiej jakości, razi infantylizmem i uproszczeniami niegodnymi religii, która w toku swojego istnienia wyprodukowała tyle traktatów teologicznych i filozoficznych. Drugi typ to utwory obliczone na skandal, chcące wybić się z tłumu drapieżnym, antyreligijnym „bluźnierczym” przesłaniem. Najlepszym przykładem będzie tu pewnie inkwizytorski cykl opowiadań pióra Jacka Piekary czy „Kaznodzieja” Ennisa. Rzeczy najczęściej średnio strawne, które przepadłyby bez otoczki kontrowersji i skandalu, jaką gwarantują antychrześcijańskie motywy. Trzecim typem dzieł nawiązujących do tradycji chrześcijaństwa są nieliczne, ale bardzo ciekawe spojrzenia „ludzi z zewnątrz” – artystów pochodzących z innych kręgów kulturowych, którzy – poprzez świeże spojrzenie – mogą nam powiedzieć coś bardzo ciekawego o kulturze, którą oddychamy na co dzień. Narzucają się tu przede wszystkim dwie produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni – manga „Fullmetal Alchemist” i anime „Neon Genesis Evangelion” z mnogością mniej lub bardziej widocznych nawiązań do religii i kultury chrześcijańskiej.

Czwartą i, z mojego punktu widzenia, najciekawszą kategorią tego typu kontentu są na wpół mityczne Dzieła, Które Pokazują Coś Ciekawego. Nie korzystają z chrześcijańskiego warzywniaka memetycznego po to, by strzelić komuś z liścia, ale żeby opowiedzieć ciekawą historię w ciekawy sposób. Jako, że przeważająca większość z nas (wszyscy?) jest kulturowymi chrześcijanami, nawet jeśli z wiarą nam nie po drodze. Oznacza to, że na niektóre sygnały będziemy reagować inaczej, niż na inne. Mitologia rodem z Pisma przez niektórych zwanego Świętym jest nieodwołalnie wbudowana w naszą cywilizację, a opowieści o stworzeniu świata, Adamie i Ewie, Mojżeszu, ukrzyżowaniu Chrystusa nie da się amputować z naszej kultury. I, koniec końców, to dobrze.

Chrześcijan łatwo jest obrazić. Wystarczy pokazać gdzieś krzyż na tle nagiego pośladka, by zabrzmiały trąby jerychońskie, choć to może życie w Polsce wykrzywia mi optykę, a w innych krajach do tych kwestii podchodzi się bardziej liberalnie. Ale nie sądzę. W każdym razie, chrześcijanie oburzają się widząc nawiązania do najbardziej charakterystycznych symboli swojej wiary, wszelako jeśli w grę wchodzą odniesienia bardziej subtelne (albo choć mniej popularne) wrzasku nie ma. Niech za przykład posłuży niesamowity serial „Carnivale”, gdzie odniesień do chrześcijaństwa jest zatrzęsienie – od Drzewa Poznania, przez krzew gorejący, aż po (przewrotnie zinterpretowaną) Apokalipsę. Bluźnierczo traktowanych krzyży brak. Podobnie zresztą brytyjski „The Fades”, gdzie odniesienia do chrześcijaństwa opierały się głównie na delikatnych nawiązaniach, średniowiecznym toposie psychomachii (czyżbym nadinterpretował?) i jednej dość wyraźnej ikonie chrześcijaństwa. Fabuła ufundowana jest na bazie walki Dobra ze Złem. O obu serialach napiszę jeszcze kiedy indziej (bo oba na to zasługują jak mało które).

W każdym razie - kiedy widzę w jakimś popkulturowym dziele nawiązanie do chrześcijaństwa automatycznie włącza mi się w mózgu czerwona lampka - a nuż ktoś znowu gra na religii, by się wybić? To trochę krzywdzące dla mitologii chrześcijańskiej, obiektywnie rzecz biorąc bardzo ciekawej i inspirującej - jeśli, rzecz jasna, zdławimy nasz kulturowy (bądź światopoglądowy) chrześcijanizm i do sprawy podejdziemy na chłodno. Z doświadczenia wiem, że nie każdemu przychodzi to z łatwością.
__________
*moja młodsza siostra tego słucha. It… is… wrong. Jeśli bycie chrześcijaninem wiąże się z utratą gustu muzycznego, to cieszę się, że zrezygnowałem.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Fabryczny standard


fragment grafiki autorstwa Piotra Cieślińskiego, całość tutaj.

Wykopaliska internetowe to rzecz tyleż przyjemna, co sprawiająca niekiedy nieoczekiwane i bardzo przyjemne niespodzianki. Podczas jednej z takich ekspedycji stosunkowo niedawno trafiłem na wiekowy, jeśli patrzeć pod kątem publikacji internetowych, wywód trzech uznanych pisarzy fantastycznych – Jacka Dukaja, Łukasza Orbitowskiego oraz Wita Szostaka – dotyczący niezmiernie ciekawego zjawiska.

Mamy rok 2011 i zapewne niejakim zaskoczeniem będzie dla Was fakt, że wydawnictwo Fabryka Słów liczy sobie już okrągłe dziesięć lat. Dla mnie jest, bo zadziałał u mnie „syndrom YouTube” który – podobnie jak FS – wywarł na nas tak wielki wpływ, że instynktownie uznajemy iż serwis ten powstał równo z Internetem. Podobnie Fabryka Słów – bez niej trudno wyobrazić sobie współczesną polską fantastykę. Przez dekadę swojego istnienia lubelskie wydawnictwo zapanowało nad rządem czytelniczych dusz i stało się synonimem lekkiej prozy fantastyczno-przygodowej do kibelka i poduszki.

Zaczęło się od kultowego Pilipiuka i nie mniej kultowego Wędrowycza, który to stanowi właściwie kwintesencję „standardu fabrycznego”. Prosty – bardzo prosty – język, brak ozdobników czy innych niepotrzebnych prozie rozrywkowej popierdówek. Fabuła prosta, na ogół trzymająca w napięciu, przerysowani bohaterowie, szczątkowe (lub nieistniejące) pogłębienie psychologicznych sylwetek postaci. Tak scharakteryzować można niemalże każdy produkt, jaka wyszła spod fabrycznej sztancy. Produkt, nie książkę. Fabryka – jak sama nazwa wskazuje – książki wytwarza. Mają być lekkie, proste, niewymagające myślenia. Pisarze lubelskiej oficyny dopasowują się do tego schematu w swoich utworach drylując język do granic możliwości. Biorąc do ręki kolejną książkę Dębskiego czy innego Komudy dość trudno mi wskazać charakterystyczne cechy stylu. Spokojnie można by pomieszać nazwiska autorów na okładkach i pewnie nikt by się nie połapał (a jeśli już, to tylko tropem „Przecież Piekara nie pisze o Wędrowyczu”).

Czy to źle? Na pewno nie – dzięki takiemu ujęciu polska fantastyka jest atrakcyjniejsza dla czytelnika pozagettowego. Zresztą, getto rozpadło się dobre dziesięć lat temu, wraz z powstaniem Fabryki właśnie. Teraz wszyscy czytają Wędrowycza, tak jak wszyscy oglądają „Mam Talent”. Fantastyka – ta fabryczna – stała się mainstreamowa na maksa i to bardzo dobrze! Na każdą setkę fanów emerytowanego egzorcysty z Wojsławic przypadnie dwóch czy trzech, którzy pójdą dalej, pogrzebią głębiej, będą szukać czegoś ponad. To dobrze rokuje rodzimej prozie fantastycznej.

Z kolejnych plusów „standardu fabrycznego” trzej łebscy pisarze wymieniają także bardzo pozytywny trend umieszczania akcji powieści w Polsce, robienia z głównych bohaterów Polaków lub choćby czerpanie z polskiej kopalni memetycznej. Onegdaj, w czasach gdy polscy autorzy musieli przybierać obco brzmiące pseudonimy, by mieć szansę na godziwy zysk, coś takiego byłoby strzałem w stopę. Dziś ciężar przeniósł się na drugą stronę, co jest zjawiskiem ciekawym i bardzo mnie cieszącym. Z innych plusów można wymienić oryginalność światów przedstawionych. Rzadko kiedy Fabryka wydaje książki zaliczane do nurtu high fantasy, w większości przypadków autorzy starają się nadać kreowanym uniwersom nowatorskie cechy. I to się chwali.

Orbitowski zwraca uwagę na kolejną sprawę – rozbudowę cykli książkowych, które są niejako znakami rozpoznawczymi autorów. Wiadomo – Pilipiuk to Wędrowycz, Piekara to Inkwizytor i tak dalej. Ja wyciągnąłbym z tego pewien wniosek, otóż Fabryka Słów jest w naszym kraju tym, czym w USA wydawnictwo Marvel lub – trochę bliżej – francuskie Soleil. Tak, to w rynkach komiksowych powinniśmy szukać analogii dla lubelskiego potentata. W naszym kraju komiks nigdy nie cieszył się dużą popularnością, dlatego rolę bezrefleksyjnego czytadła przejęły książki. A produktom fabrycznym bliżej jest do pulpowych komiksów właśnie, niż do czegokolwiek innego.

Tym niemniej, dobrze, że taka Fabryka istnieje i produkuje kolejne książki. Cieszy mnie, że fantastyka przedarła się doi szerszej świadomości czytelniczego ogółu, nawet jeśli większość utworów spod znaku Fabryki Słów to pozycje – oględnie mówiąc – nie najwyższych lotów. Bo przecież każdy z nas lubi czasem rozerwać się przy niewymagającej myślenia, zgrabnie poprowadzonej fabułce rozgrywającej się w oryginalnym na ogół uniwersum. Niech nam Fabryka Słów pracuje kolejne dziesięć lat!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...