Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nierecenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nierecenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 kwietnia 2021

RECENZJA: Potężna Thor. Thor Wojny – tom 4

fragment grafiki okładkowej
fragment grafiki okładkowej


Pozwólcie, że opowiem Wam o Jerrym. Jerry jest moim starym znajomym, zapalonym miłośnikiem horroru, Gwiezdnych Wojen oraz komiksów Marvela. Świetny gość, prawdopodobnie najsympatyczniejsza osoba, jaką znam. Jerry ma jednak jedną wadę – jest podcasterem, który przekuwa swoje zainteresowania w audycje podcastowe. Samo w sobie nie jest to absolutnie niczym złym, problem polega jednak na tym, że jest również fanem komiksu Thor oraz moim najsympatyczniejszym znajomym. Jest to kombinacja, która kończy się, dla mnie osobiście, w bardzo niekorzystny sposób. Jerry bowiem, po tym jak Egmont wyda w Polsce kolejny tom tego komiksu, uderza do mnie z propozycją nagrania o nim podcastu. W duecie, bo samemu to tak trochę smutno i zawsze fajniej – zarówno dla słuchaczy jak i dla podcastera – gdy jedna opinia skonfrontowana jest z inną.

I ja, z uwagi na to, że Jerry jest tak cholernie sympatyczną osobą, zawsze się na to godzę. Przez co zamawiam ten cholerny komiks, czytam ten cholerny komiks i rozmawiam z Jerrym w jego podcaście na temat tego cholernego komiksu. Możecie posłuchać sobie tego na kanale YouTubowym podcastu Konglomerat Podcastowy ostrzegam jedna, że szybko może się to zrobić wyjątkowo nużącym doświadczeniem – Jerry jest zwykle entuzjastyczne, choć niebezkrytycznie nastawiony do każdej kolejnej odsłony komiksu, ja natomiast nieustannie jestem kwaśny i cały czas marudzę.

To tak słowem wyjaśnienia, czemu w ogóle piszę o tym komiksie, skoro jasnym jest, iż nie czerpię z jego lektury zbyt wielkiej przyjemności i za każdym razem mam o nim do powiedzenia mniej więcej to samo – skoro już Egmont daje mi do recenzji egzemplarz komiksu, czuję się zobowiązany tę recenzję napisać. Miejmy już to zatem za sobą i wszystkie ewentualne uwagi kierujcie pod adresem Jerry’ego.

Czwarty (w praktyce siódmy, bo w międzyczasie wyzerowała się numeracja) tom przygód Jane Foster w roli potężnej Thor skupia się, co ciekawe, głównie na postaci Volstagga – pobocznego Asgardczyka, który wraz ze swoimi kompanami regularnie przewija się przez komiksy z Thorem w roli głównej. Otyły, acz szlachetny wojownik doświadcza w nim pewnej traumy związanej z toczącą się w komiksie wojną z Malekithem, przez co wpada w amok. To samo w sobie byłoby już wystarczająco mocnym pniem narracyjnym, ale scenarzysta Jason Aaron, z właściwym sobie brakiem umiaru, dodatkowo podbija stawkę, pakując w ręce Volstagga kolejny thorowy młot, który zmienia go w jeszcze jedną inkarnację Thora – tytułowego Thora Wojny, niepowstrzymanego anioła zemsty niszczącego wszystko, co napotka na swojej drodze.

Wątek ten pochłania większą część komiksu. Sam w sobie wypada… nawet nieźle, choć upierałbym się, że ta konkretne historia znacznie lepiej sprawdziłaby się jako oddzielna miniseria. W serii głównej wypada ona jedynie jako sympatyczny bo sympatyczny, ale jednak – zapychacz, który na kilka rozdziałów pauzuje główną fabułę (wspomnianą już wojnę) i jednocześnie odbiera pierwszy plan Jane Foster, nominalnej głównej bohaterce serii.

Z Jane jest w ogóle problem, bo o ile wyjściowy pomysł na tę postać jest naprawdę interesujący (rak i słabnący z tym organizm) i stanowi fundament, na którym można zbudować wiele przejmujących opowieści, o tyle Jason Aaron zdaje się nie mieć żadnego wyraźnego pomysłu na postać i po prostu rzuca ją w wir kolejnych wydarzeń, które tematycznie nie kleją się w nic ciekawego.

No cóż, przynajmniej komiks wygląda naprawdę bardzo ładnie. Zespół rysowników i kolorystów odpowiedzialny za oprawę graficzną serii jak zwykle dostarcza nam spektakularnych doznań wizualnych – czytelnych i wyrazistych, ale jednocześnie bogatych w detale ilustracji napędzających fabułę. Wszystko wygląda tu naprawdę świetnie. Ostatni rozdział skomponowany jest z prac kilkorga artystów operujących zróżnicowanymi estetykami, co początkowo może budzić konfuzję, ale z czasem zaczyna zachwycać, bo w tym szaleństwie tkwi metoda.

Ciężko mi jest w sensowny sposób podsumować tę recenzję. To siódmy tom długiego cyklu wydawniczego, który zdecydowanie nie jest komiksem dla mnie. To nie jest tak, że nie lubię Jasona Aarona – jego Conan Barbarzyńca, również wydawany u nas przez Egmont jest prawdopodobnie jednym z moich ulubionych komiksów ostatnich lat – ale w tym konkretnym przypadku wady jego stylu przyćmiewają zalety. Osoby, które przeczytały sześć poprzednich tomów kupią pewnie i ten, więc ich nie trzeba zachęcać. Co do reszty… cóż, komiksów wychodzi w naszym kraju mnóstwo. Nawet jeśli to koniecznie musi być coś superbohaterskiego, to jest naprawdę wiele znacznie lepszych rzeczy.

Ja tymczasem kończę i czekam kilka kolejnych miesięcy na to, aż ukaże się kolejny tom. Bo wiem, że Jerry zacznie mnie pytać, czy chcę z nim nagrać podcast. A ja prawdopodobnie się zgodzę.

Cholerny Jerry.

piątek, 19 marca 2021

RECENZJA: WandaVision




Przez kilka ostatnich tygodni z uwagą śledziłem dwa seriale Marvela. Pierwszy z nich był niesamowicie błyskotliwą, tematycznie, fantastycznie zagraną i estetycznie zdyscyplinowaną opowieścią o przepracowywaniu traumy poprzez zamknięcie się w komfortowej, iluzorycznej klatce fantazji, gdzie wszystko jest (początkowo nawet dosłownie) czarno-białe, każdy problem jest trywialny, każda kłótnia żartobliwa, a każde niebezpieczeństwo odległe i mało znaczące. Główna bohaterka projektuje samą siebie na przestrzeń stworzoną na bazie amerykańskich familijnych sitcomów. Początkowo są to stare produkcje z połowy dwudziestego wieku, prezentujące wyidealizowaną wizję rodziny i amerykańskich przedmieść. Z czasem, gdy główna bohaterka powoli zaczyna dopuszczać do siebie świadomość swojej traumy, przestrzeń wokół niej ewoluuje w coraz nowsze, coraz bardziej realistyczne i zniuansowane estetyki sitcomów prezentujące coraz mniej wyidealizowany obraz świata. To bardzo błyskotliwa paralela, w czytelny, atrakcyjny i inteligentny sposób wzmacniająca temat serialu oraz dostarczająca okazji do zabawy różnymi estetykami seriali komediowych – wszystko to w spójny i fantastycznie zaprojektowany sposób. Niesamowity serial. Polecam go absolutnie każdej osobie, która ma szansę go obejrzeć.

Drugi serial Marvela, który oglądałem w międzyczasie to jedna z najbardziej sztucznych, plastikowych i żenujących rzeczy, którymi może się „poszczycić” telewizyjny segment Marvel Cinematic Universe. Absurdalna, nudna historia rodem z niskobudżetowych popłuczyn po Z Archiwum X masowo produkowanych przez kanał SyFy osiem, dziesięć lat temu – i z niewiele lepszą oprawą wizualną. Bzdurna opowieść o tajnych agencjach, wiedźmach wyglądających niczym złoczynki z seriali Disney Channel, kreskówkowo zachowujących się bohaterach spędzających większość czasu na nieustannym powtarzaniu sobie nawzajem (a tak naprawdę - widzom) tych rzeczy, o których już wiedzą i wdających się z bzdurne konflikty mające na celu jedynie przedłużyć ciągnącą się w nieskończoność intrygę i stworzyć jakąś iluzję sprawczości oraz akcji, która usprawiedliwiłaby całe to zamieszanie. Marvel ma na swoim koncie kilka naprawdę słabych seriali i choć nie jest to poziom Inhumans czy Iron Fista, to naprawdę ta konkretna rzecz zasługuje na niewiele mniejszy śmietnik historii. Odradzam go z całego serca.

Problem polega na tym, że oba te seriale, to cudo i ten bubel, są tak naprawdę jednym i tym samym serialem. WandaVision – pierwsza oryginalna marvelowa produkcja z platformy streamingowej Disney+ – jest produkcją niesamowicie wręcz frustrującą. Właśnie przez ten dysonans. Lubiłem ten serial, naprawdę bardzo go lubiłem – do czasu. Od samego początku bardzo zaintrygował mnie jego marketing. Fotosy z planu i pierwsze zwiastuny sugerowały zaskakującą zmianę formuły z superbohaterskiej bajki na jakiś kolaż sitcomowych estetyk. Za tym oczywiście musiało kryć się coś więcej, ale też tak silny nacisk na drastycznie odmienną konwencję dawał nadzieję na unikat – nie tylko na skalę Marvel Cinematic Universe, ale na skalę całej superbohaterskiej telewizji w ogóle.

Ktoś w tym momencie może zadrwić ze mnie, że dałem się nabrać na marketing Disneya, który zadziałał dokładnie tak jak powinien i złowił mnie na haczyk, ostatecznie sprzedając coś innego niż reklamował. I byłaby to prawda… gdyby nie fakt, że przez trzy pierwsze odcinki WandaVision był właśnie takim serialem, na jaki liczyłem i jaki bardzo chciałem oglądać. Punkt wyjścia fabuły – była członkini Avengers i wdowa po Visionie Wanda Maximoff po dramatycznych wydarzeniach z filmu Avengers: Infinity War niespodziewanie pojawia się na wyidealizowanych amerykańskich przedmieściach, gdzie wiedzie spokojny żywot ze swoim zaskakująco niemartwym mechanicznym mężem. Serial na samym początku jest tyleż intrygujący, co enigmatyczny – scenarzyści nie spieszą się z wyjaśnieniami, co się tak właściwie dzieje. To utrzymywało napięcie przyjemnie łaskoczące uwagę widza (przynajmniej tego, który pisze teraz te słowa) i mocno angażujące w śledzenie w perypetie Wandy i Visiona.

Nie wiemy bowiem, co się dzieje – i zaskakująco długo się nie dowiadujemy. Tu i tam pojawiają się drobne pęknięcia w wyidealizowanym obrazie. Niektórzy mieszkańcy sielskiego Westview nagle zaczynają zachowywać się dziwnie, w czaro-białym świecie zaczynają objawiać się kolorowe obiekty, a dziwne szumy i zakłócenia zdają się przebijać do spokojnej, wyidealizowanej bańki, którą zamieszkują głównie bohaterowie. Wszystko to prezentowane jest jednak z olbrzymią powściągliwością. Nie na tyle by przytłoczyć, nie na tyle, by przestraszyć – ale na tyle, by zaniepokoić. Wzbudzić dyskomfort. Unieść brew pomiędzy jednym, a drugim sitomowym gagiem, gdy naszą uwagę ściągnie reklama mydła lub ścierek stołowych nienachalnie nawiązująca do traumatycznego wydarzenia z życia Wandy. A wszystko to w ramach bardzo przemyślanej konwencji prezentującej nam kolejne dekady historii amerykańskiej telewizyjnej komedii familijnej.

Do czasu jednak. Cały ten lynchowski spektakl kończy się wraz z finałem trzeciego odcinka, który niweczy zarówno estetyczną strukturę serialu, jak i sporą część tajemnicy. A dalej jest tylko gorzej – otrzymujemy nowy, drugi wątek służący twórcom serialu wyłącznie do tego, by dokładnie, ale to naprawdę dokładnie tłumaczyć widzom, co dzieje się w tym pierwszym, jednocześnie pozbawiając WandaVisiona jakiejkolwiek subtelności czy niejednoznaczności. Każda dziwna rzecz, która przytrafiła się głównym bohaterom od teraz musi mieć swoje dokładne i pozbawione przestrzeni do interpretacji wyjaśnienie, każdy zwrot akcji musi być wyjaśniony i omówiony (najlepiej dwa razy) a każdy odcinek musi zawierać w sobie intruzywne segmenty poświęcone wyłącznie temu zapychaczowi.

A to boli. Bo serial naprawdę mógł być czymś wyjątkowym – i przez moment był. Zastanawiam się, co właściwie zaszło? Czy widownia testowa nie była w stanie nadążyć za fabułą i zdecydowano się domontować do serialu wątek służący pilnowaniu, by nikt się nie pogubił? Były jakieś skonfliktowane wizje tego, czym miał stać się serial i w rezultacie oglądamy takie monstrum Frankensteina? Nie wiem – wiem tylko, że obcuję z serialem, który jest jednocześnie znacznie mądrzejszy i znacznie głupszy niż oczekiwałem.

Ktoś może uznać, że inaczej się nie dało – to nie jest ambitne offowe kino, tylko serial dla fanów filmów superbohaterskich i trudno się spodziewać po nim, że zostanie drugim Twin Peaks. Nie przemawia do mnie taka argumentacja. Po pierwsze – Marvel jest teraz w tak dominującej pozycji, że może zrobić absolutnie wszystko. Po drugie – mieliśmy już przecież takie seriale jak Legion czy Watchmen, ambitne produkcje wymagające od widzów skupienia, uwagi i wysiłku intelektualnego i okazuje się, iż da się zrobić taki serial. Po trzecie – tak jak pisałem wcześniej, przez chwilę to był serial ocierający się o wybitność. Przez chwilę – długą chwilę – był dokładnie taki, jak sobie wymarzyłem.

Nie sprawia mi problemu wyobrażenie sobie WandaVisiona jako serialu od początku do końca enigmatycznego, który opowiada o żałobie i przepracowywaniu jej nie tłumacząc każdego swojego elementu – serialu, o który przez wiele lat później fani kłóciliby się, o co tam właściwie chodziło i jak wpasować go w szersze uniwersum, czy rozegrał się naprawdę czy tylko w głowie głównej bohaterki czy może w jakiejś metaforycznej przestrzeni, jak ostatnie odcinki Neon Genesis Evangelion? Zdecydowano jednak inaczej i WandaVision pozostanie kolejnym przykładem zadowalającej, ale wrogiej wszelkim transgresjom przeciętności.

piątek, 5 marca 2021

Wojciech Gunia. Dom wszystkich snów


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.

Polska literatura fantastyczna od jakiegoś roku przeżywa specyficzny renesans poza środowiskową bańką. Zeszłoroczna kontrowersja związana z publikacją opowiadania Jacka Komudy w magazynie Nowa Fantastyka okazała się początkiem pewnego rozrachunku z historią najnowszą fantastyki w naszym kraju. I o ile zdecydowanie jest olbrzymia wartość w patrzeniu na popularne powieści i zbiory opowiadań sprzed dziesięciu, piętnastu lat, w sprawdzaniu, jak zniosły one próbę czasu oraz jak w międzyczasie zmieniła się wrażliwość czytelnicza… o tyle w całym tym dyskursie łatwo zapomnieć, że na Jacku Piekarze czy Andrzeju Pilipiuku nie kończy się polska fantastyka. Gatunek ten – oraz całe środowisko – dziś jest już w zupełnie innym miejscu, pojawiło się nowe pokolenie autorów i autorek, nowe inicjatywy wydawnicze, nowa dynamika fandomu… Dzieje się dużo i naprawdę szkoda byłoby o tym zapominać.

Sam od wielu lat jestem aktywnym autorem polskiej fantastyki, mam na koncie jedną wydaną powieść oraz kilka opowiadań opublikowanych w prasie papierowej, antologiach i zinach, regularnie współpracuję też z magazynem Nowa Fantastyka, w którym zresztą debiutowałem i ostatnio pomagałem jego redakcji przy pracy nad niesławnym queerowym numerem tematycznym. Ponadto od lat regularnie zapraszany jestem na konwenty oraz Warszawskie Targi Książki jako panelista. Nie mówię o tym wszystkim tylko po to, żeby się chwalić, po prostu zanim zacznę, chcę pokrótce naświetlić, z jakiej perspektywy obserwuję całą tę sprawę.

Odpowiedź brzmi bowiem – z dość specyficznej. Z jednej strony – bardzo mnie cieszy, że zaczyna dziać się coś żywszego w tym odrobinę skostniałym ostatnio środowisku, z drugiej jednak – odrobinę martwi mnie to, że odbywa się to w takiej, a nie innej atmosferze. Główny nurt literacki w naszym kraju zawsze patrzył na fantastykę z góry i boję się, że obecne kontrowersje raczej nie pomagają w zmianie tego stanu rzeczy na lepsze. Dlatego uznałem, że warto byłoby na miarę moich skromnych możliwości, wyjść z pozytywnym przekazem i dla równowagi porozmawiać jakiejś dobrej, nowej polskiej fantastyce.

Tak się szczęśliwie złożyło, że jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka Dom Wszystkich Snów autorstwa Wojciecha Guni. O prozie Guni chciałem pomówić już od jakiegoś czasu, ale do tej pory nie byłem w stanie znaleźć okazji, więc… no cóż, to okazja równie dobra, jak każda inna. Prawdopodobnie dla uczciwości powinienem wspomnieć o tym, że jestem dalekim znajomym autora – mówiąc „dalekim znajomym” mam na myśli to, że wiemy nawzajem o naszym istnieniu i rozmawialiśmy ze sobą kilka razy w Internecie. Mam nadzieję, że Wojtek nie obrazi się za tę poufałość.

Polska literatura fantastyczna to nisza. Polski horror – to nisza w niszy. Bardzo długo nie zwracałem uwagi na to środowisko, odkryłem je dopiero kilkanaście miesięcy temu. Zaskoczyło mnie to, jak fantastycznie jest ono zorganizowane, z własnymi wydawnictwami książkowymi, czasopismami, antologiami, nagrodami środowiskowymi, a także własnymi gwiazdami, takimi jak Piotr Borowiec czy Anna Maria Wybraniec. To właśnie tam po raz pierwszy zetknąłem się z prozą Wojciecha Guni. Oraz z wieloma innymi autorami i autorkami, których twórczość lubię i śledzę. Od razu zaznaczę, że nie jestem jakimś ogromnym fanem horroru, ale znalazłem w tym środowisku wiele nieskrępowanej, kreatywnej energii – a to jest coś, czego zdecydowanie szukam w literaturze.

Jeśli zetknęliście się kiedyś z twórczością Zdzisława Beksińskiego – a byłbym bardzo zaskoczony, gdybyście się nie zetknęli – z pewnością wiecie, w jaki sposób ten malarz tworzył unikalną atmosferę swoich dzieł, poprzez wypełnianie ich symulakrami. Symulakrum to pojęcie wymyślone przez francuskiego filozofa Jeana Baudrillard. Oznacza ono kopię czegoś, co nie istnieje w rzeczywistości. Kopię kopii, odbitkę odbitki, która przez nieustanne powielanie zaczyna się zniekształcać, tracić swój pierwotny związek z rzeczywistością i stawać się dziwną, obcą rzeczą, która nie ma swojego bezpośredniego odpowiednika w realnym świecie, przez to może budzić w nas takie emocje jak dyskomfort, wyobcowanie czy nawet strach. W tym tkwi właśnie siła obrazów Beksińskiego. Bo z jednej strony nadal jesteśmy w stanie w jakimś stopniu zidentyfikować w tych dziwnych, obcych kształtach osoby, zwierzęta, przedmioty i sytuacje, z którymi stykamy się na co dzień, z drugiej jednak strony są one obce, powykrzywiane, nieforemne, zbudowane z dziwnych, skorodowanych materiałów. To właśnie na tej granicy obcości i rozpoznania Beksiński budował atmosferę swoich dzieł.

Wojtek Gunia robi dokładnie to samo, tylko za pomocą słów i konstrukcji narracyjnych. Autor buduje narracyjny obraz świata w nietypowy sposób – nie przez informacje, ale przez doznania, strzępki opisów otoczenia, wspomnień, zapachów, kolorów i uczuć. Pomiędzy tymi strzępkami znajduje się przestrzeń niedopowiedzeń. Sprawia to, że świat przedstawiony rzadko kiedy jest całkowicie zrozumiały i prawnie nigdy nie jest wyrażony wprost. Czytelnik zawsze porusza się trochę po omacku, nigdy do końca nie wie, jaki jest szerszy kontekst sytuacji.

Bohaterowie jego opowiadań często nie mają imion, czasami nie mają choćby możliwej do zidentyfikowania tożsamości. Jeśli ją mają, wiemy o nich bardzo niewiele i nie zawsze są to rzeczy kluczowe dla ich roli w fabule. To z kolei sprawia, że postacie w tekstach Guni wydają się czasem monstrualne i nieludzkie – a czasem aż za bardzo ludzkie, poskładane z motywacji, instynktów i emocji, których prawie nic ze sobą nie wiąże. Gunia lubi czynić ze swoich narratorów osoby o zaburzonej percepcji świata – stare, chore, ogarnięte obsesjami albo przeciwne, młode i nierozumiejące jeszcze rozgrywających się wokół nich wydarzeń.

Muszę podkreślić, że żadna z tych rzeczy nie jest wadą. Wręcz przeciwnie, buduje to zniekształcony, monstrualny świat symulakrów, w których wszystko jest jednocześnie bardzo znajome i bardzo obce. To horror, ale horror poruszający się na samej granicy nierzeczywistości. Gunia nie sięga po konwencjonalne potwory – przyrodzone, jak seryjni mordercy albo sadyści czy nadprzyrodzone, jak wampiry, wilkołaki czy upiory – bo nie musi. U niego cały świat jest potworem samym w sobie. Dziwnym, obcym organizmem, który wygląda podobnie do naszego, ale jest jednocześnie obcy i niezrozumiały, i straszny, i okrutny.

Dom wszystkich snów jest zbiorem opowiadań różnej długości. Część z tych opowiadań zdaje się rozgrywać w ramach jednej, większej historii. Mówię „zdaję się”, ponieważ Gunia w bardzo świadomy sposób buduje powiązania między poszczególnymi tekstami w sposób pośredni. Przez niektóre teksty przewija się kilka motywów wspólnych, jak pszczoły, tajemniczy dom albo pożar. Opowiadania są różnej długości. Często nie wiemy, czy teksty mówią o tych samych sytuacjach czy po prostu używają podobnych motywów i symboliki. Niektóre, jak W oczekiwaniu na powrót morza albo Kiedy pszczoły patrzą w gwiazdy mają zaledwie kilka stron i są niemal pozbawionymi fabuły impresjami.

Z kolei najdłuższy tekst, Dom Motta, jest niemal mikropowieścią i tematycznym kręgosłupem całego zbioru. Opowiada on historię rodziny, która szukała schronienia w dziwnej, nieprzerwanie rozbudowywanej posiadłości. Nie będę zdradzał detali opowieści, dodam tylko, że sytuacja głównych bohaterów bardzo szybko przyjmuje dramatyczny obrót. Co ciekawe, nie to jest tu najbardziej interesujące, a sam tytułowy budynek, jak i jego tajemniczy właściciel, którego nikt nigdy nie widział i niewykluczone, że nie istnieje. Dom Motta cały czas jest rozbudowywany, rozrasta się o kolejne korytarze, pokoje i skrzydła, narasta niczym nowotwór. Wszystko za sprawą pracowników, który starają się zgadywać intencje swojego uparcie milczącego, nieobecnego mocodawcy. Z czasem sytuacja przejmuje patologiczny, kafkowski obrót.

Dom Motta sam w sobie jest zatrważającą, budzącą ciarki na plecach koncepcją, ale sprawdza się również jako bardzo plastyczna metafora wielu procesów społecznych, które z czasem nawarstwiają się, stają się coraz bardziej skomplikowane i coraz mniej zrozumiałe, aż w końcu zmieniają się w przerażającą machinę społeczną, która miażdży te osoby, które ją zbudowały – albo te, które stanęły jej na drodze. To jeden z najlepszych tekstów literackich, jakie czytałem w ostatnich latach i nawet gdyby wszystkie inne teksty były słabe, to dla samego Domu Motta poleciłbym zakup tego zbioru opowiadań.

A nie są. Wręcz przeciwnie, każdy dorzuca coś interesującego do tematu. Nie wszystkie utrzymują równy poziom, odnoszę wrażenie, że kilka tych najkrótszych spokojnie mogłoby wypaść ze zbioru bez szkody dla całości, ale nie znalazłem w Domu Wszystkich Snów opowiadania, które byłoby słabe. Moim ulubionym tekstem z całego zbioru chyba jest Raport o stanie objawień przy ulicy Szeptów, bardzo przejmujące opowiadanie o starości, odchodzeniu i umieraniu.

Okej, ale na Wojtku Guni nie kończy się współczesna dobra proza fantastyczna. W żadnym wypadku. Takie wydawnictwa jak Sin Qua Non, Uroboros czy Powergraph regularnie drukują powieści i zbiory opowiadań polskich autorów i autorek fantastyki. Miesięcznik Nowa Fantastyka cały czas się ukazuje i stanowi naprawdę znakomity punkt wejścia, jeśli ktoś szuka czegoś dla siebie, bo na łamach magazynu ukazują się opowiadania zarówno osób debiutujących, jak i tych z dłuższym stażem. Środowisko prowadzi również wiele oddolnych inicjatyw – grupa wydawnicza Alpaka opublikowała rok temu darmowy zbiór opowiadań queerowej fantastyki, który przeszedł praktycznie bez echa, a który miał naprawdę wysoki poziom i w którym pojawiły się teksty wielu doświadczonych pisarzy, pisarek i osób pisarskich.

A to tylko drobny ułamek naprawdę sporej oferty polskiej fantastyki i jestem pewien, że znajdą się osoby z fandomu, które będą marudziły w komentarzach, że nie wspomniałem o tym albo o tamtym. Tym bardziej warto promować dobrą literaturę i warto ją czytać. Zróbcie sobie przysługę i sięgnijcie po Dom Wszystkich Snów. Albo po najnowszy numer Nowej Fantastyki. Nawet mnie zaczyna męczyć już fakt, że po dwóch dekadach nadal mówimy wyłącznie o siedmiu czy ośmiu autorach. Zdobycie Nagrody Literackiej Nike przez Radka Raka, autora powieści fantastycznej „Baśni o wężowym sercu” jest jaskółką, że coś się zmienia. I szkoda byłoby, gdyby na tej tylko jaskółce się skończyło.

piątek, 12 lutego 2021

RECENZJA: Marvel. Pokolenia

fragment grafiki okładkowej


Zanim zacznę pisać cokolwiek konstruktywnego, muszę się poskarżyć na to, że przycinanie grafiki okładkowej do recenzji było w przypadku tego komiksu strasznie upierdliwe. Prawie dwie trzecie okładki Pokoleń zajmuje bowiem wyłącznie czarne tło, przez środek którego przebiega pozioma grafika stworzona przez Alexa Rossa. Była to zresztą grafika często używana przy promocji linii wydawniczej Marvel 2.0. i podejrzewam, że właśnie do tego celu została zamówiona przez wydawnictwo. Po prostu Marvel uznał, że skoro mają już grafikę autorstwa legendarnego rysownika komiksowego, równie dobrze mogą poddać ją recyklingowi i wykorzystać jako okładkę komiksowej antologii. I pal diabli, że grafika ewidentnie nie została pomyślana jako okładka, doda się czarne tło wypełniające górę i dół, i styknie.

To podejście wydaje mi się reprezentacyjne dla całego komiksu, o której mowa będzie w dzisiejszej blognotce. Pokolenia, jak już wspomniałem, są antologią – zbiorem zamkniętych historyjek połączonych określonym motywem przewodnim, poza tym jednak niemal zupełnie autonomicznych. Punktem wyjścia jest Kobik, personifikacja kosmicznego artefaktu, który rozrzucił grupkę superbohaterów w czasie i przestrzeni, by doprowadzić do spotkań z ich poprzednikami i poprzedniczkami (na przykład, w przypadku Spider-Mana, Miles Morales spotyka nastoletniego Petera Parkera) albo ich własnymi alternatywnymi wersjami przedstawionymi wcześniej (jak młoda Jean Grey z alternatywnej przeszłości spotyka młodą Jean Grey z prymarnej przeszłości… nie, nie mam zamiaru tego tłumaczyć) albo alternatywnymi wersjami ich poprzedników (jak Riri Williams spotyka starego Tony’ego Starka z kreskówki Next Avengers: Heroes of Tomorrow) albo coś jeszcze bardziej naciąganego. Kobik chce w ten sposób podziękować postaciom za pomoc i pomóc rozwiązać młodemu pokoleniu superbohaterów problemy związane z poczuciem własnej wartości i poczuciem niedorastania do reputacji ich legendarnych poprzedników i poprzedniczek.

W teorii była tu zatem interesująca narracyjna przestrzeń na opowiedzenie czegoś interesującego o przemijaniu, naturze ewolucji, dziedzictwa i rozwijania legendy. Bardziej śmiałym scenarzystom mogłoby nawet przyjść do głowy pokuszenie się o metatekstowy dialog z czytelnikami, którzy mogą kręcić nosem na to, że ich ukochani bohaterowie z dzieciństwa zaczynają być zastępowani przez inne, nowe postacie, stworzone dla innych, nowych czytelników. To nie musiał być wyrobniczy produkcyjniak, które Marvel wydala z siebie z przerażającą intensywnością od wielu lat.

Nie musiał, ale ostatecznie jednak tym się właśnie okazał. Gdybym dostał zlecenie od jakiegoś wydawnictwa na stworzenie crossovera na jeden komiksowy zeszyt, w którym młodsza inkarnacja jakiejś postaci przenosi się w przeszłość i spotyka swojego poprzednika, prawdopodobnie napisałbym na autopilocie coś w tym rodzaju – młodego bohatera nękają wątpliwości co do tego, czy nadaje się na pełnienie tej roli, coś przenosi go w czasie, spotyka swojego poprzednika, z którym łączy siły w krótkiej, mało znaczącej fabułce, po czym młodzieniec uświadamia sobie, że nie musi być ideałem, musi tylko dawać z siebie wszystko, bo na ogół to wystarcza (albo coś w tym rodzaju), po czym wraca do swojej linii czasowej i komiks ma przyjemny, pozytywny finał.

Gdyby jednak zleceniodawca poinformował mnie, że ten komiks trafi do antologii i dziewięć innych scenarzystów dostało te same wytyczne, prawdopodobnie wysiliłbym się znacznie bardziej. Bo o ile jedna taka historyjka sama w sobie, wciśnięta w dłuższą linię fabularną, sprawdziłaby się dostatecznie dobrze, o tyle dziesięć takich historyjek jedna koło drugiej, czytane ciurkiem w antologii tematycznej zaczną zlewać się ze sobą i nużyć kompletną jednostajnością. I, niestety, do czegoś takiego doszło właśnie w Pokoleniach.

Powyższy zarys fabuły wykorzystany został przez większość scenarzystów i scenarzystek antologii – i pojawiło się bardzo niewiele narracyjnych urozmaiceń, które uczyniłyby ten schemat świeższym. To sprawia, że pewnym czasie kolejne punkty scenariusza stają się nieznośnie przewidywalne. To jak słuchanie w kółko tej samej piosenki, która sama w sobie nie jest specjalnie wybitna, a po kilkunastu powtórzeniach zaczyna doprowadzać do szału. Są perełki, oczywiście. Crossover dwojga Wolverinów (Laury i Logana) uderza w naprawdę przyjemne, sentymentalne tony, spotkanie dwóch Miss Marvel przemyca do struktury narracyjnej temat dialogu dwóch różnych fal feminizmu, co jest zaskakująco ambitnym posunięciem w tak sztampowej historii, a kilka innych rozdziałów ma naprawdę znakomitą oprawę graficzną.

Gdybym jednak miał rekomendować komukolwiek ten komiks, to byłaby to stosunkowo wąska grupa fanów mająca wiedzę ekspercką o historiach zarówno nowych, jak i starych inkarnacjach postaci, bo to oni będą mieli najwięcej zabawy w wyłapywaniu smaczków i znali będą konteksty sytuacji poszczególnych postaci. Dla reszty osób będzie to po prostu kolorowy, superbohaterski hałas, który przełknie się – w najlepszym razie – bez bólu, ale który nie jest wart osiemdziesięciu polskich złotych, które życzy sobie za niego rodzimy wydawca.

piątek, 22 stycznia 2021

RECENZJA: Strażnicy Galaktyki - tom 2

 

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.


W terminologii muzycznej crescendo oznacza moment utworu, w którym rośnie jego głośność i natężenie, ale ja lubię używać tego terminu również w odniesieniu do narracji, szczególnie w utworach sekwencyjnych, jak seriale albo komiksy, które też czasami posiadają momenty, gdy akcja gna do przodu, z każdą chwilą stawka, o którą toczy się gra, jest coraz wyższa i emocje sięgają zenitu, pozostawiając czytelników w oczekiwaniu na jeszcze więcej. Zmierzam do tego, że drugi tom Strażników Galaktyki od Egmontu jest jednym wielkim crescendo… i jest to straszliwie męczące. 

Bez obaw, to nie będzie jedna z „tych” recenzji, bo mam o Strażnikach Galaktyki w sumie dobrą opinię. Komiksowi w jakiś sposób udaje się uniknąć wielu pułapek, w które wpadają serie spod znaku kosmosu Marvela – nie jest nonsensownie dołujący, nie bierze sam siebie aż tak na poważnie, bohaterowie są dupkami, ale na ogół da się przejść nad ich dupkowatością do porządku dziennego, bo posiadają wystarczająco wiele charyzmy i zabawnych one-linerów, by nie zwracać na to uwagi. Dzieją się rzeczy o skali tak abstrakcyjnej, że alienującej, ale są one mocno powiązane z mitologią (oryginalnych i nowych) Strażników Galaktyki, dzięki czemu przynajmniej na poziomie nerdowskiego zaangażowania komiks jakoś się zwraca – szczególnie tym osobom, które (jak ja) mają pobieżną wiedzę na temat oryginalnej inkarnacji drużyny z lat siedemdziesiątych. 

Dzieje się sporo – to trzeba przyznać scenarzystom serii, nie pozostawiają czytelnikom zbyt wiele miejsca na złapanie oddechu przed rzuceniem ich w kolejną kosmiczną aferę. Pierwsza część tomu poświęcona jest dyplomatycznej próbie pogodzenia dwóch potężnych kosmicznych frakcji, które skaczą sobie do gardeł z taką zajadłością, że czyni to niewyobrażalną szkodę samej tkance kosmosu. Druga to przygody w czasie i przestrzeni spowodowane naruszeniem tejże tkanki. Trzecia – konsekwencja tychże przygód. Pomiędzy tymi segmentami (ani w trakcie nich) nie ma żadnych spokojniejszych kontrapunktów. Żadnego numeru albo rozdziału, w którym postacie zatrzymują się, by ze sobą porozmawiać, pozbierać się, zrozumieć, co się dzieje, poczynić rozrachunek z własnymi emocjami czy przeprocesować swoje dotychczasowe dokonania. 

Co jest problemem, bo – paradoksalnie – utwór złożony wyłącznie z crescendo jest nudny. Jeśli dynamika się nie zmienia, to nawet jeżeli przez cały czas utrzymywana jest na wysokim poziomie, zaczyna nużyć. I tak jest niestety w tym przypadku. Mniej więcej w jednej trzeciej długości wszystko zlewa się w barwny, hałaśliwy spektakl, który zawiera w sobie bardzo niewiele realnej substancji. Postaci jest bardzo wiele, przez co żadna nie posiada wyróżniającego się, naturalnie rozwijanego wątku. Wszystko dzieje się w olbrzymim pośpiechu, co nie ułatwia nadążenia za fabułą. Szczególnie jej środkowym segmentem, który opiera się na nieustannych podróżach w czasie i przepisywaniu istniejącej rzeczywistości. W pewnym momencie całkowicie już zrezygnowałem z prób zrozumienia reguł podróży w czasie, które narzucili sobie scenarzyści i po prostu biernie śledziłem wydarzenia, mając zaledwie szczątkowe pojęcie, na co patrzę. 

No cóż, przynajmniej patrzenie odbywało się w sposób bezbolesny. Seria ma dwóch rysowników. Pierwszy z nich, Brad Walker odpowiada za większość ilustracji w tym tomie – i sprawdza się w tej roli znakomicie, bo jego realistyczna, przesycona szczegółami kreska fantastycznie sprawdza się w komiksie będącym ekwiwalentem (oraz późniejszym źródłem adaptacji) hollywoodzkiego blockbustera. Drugi rysownik, Wes Craig… też nie jest zły, ale jego kreska drastycznie różni się od stylu Walkera, jest znacznie bardziej ekspresywna, odrobinę mniej realistyczna, pozbawiona detali i zupełnie inaczej kolorowana. A to wprowadza dysonans, bo obaj artyści wymieniają się co kilka zeszytów. Nie jest to jakiś olbrzymi problem, ale zastanawiam się, co powoduje, że Marvel tak często nie jest w stanie zapewnić swoim seriom spójnej estetyki – nawet jeśli praca nad komiksem wymaga więcej niż jednego rysownika, to przecież da się ich dobrać w taki sposób, by operowali podobnymi stylami. 

Nie jest to zły komiks – to typowy kulturowy artefakt wyjęty pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Nie jest to rzecz, którą znać trzeba, nie jest to nawet rzecz, którą znać warto, ale jako niezobowiązująca rozrywka po godzinach sprawdza się stosunkowo dobrze. Szczególnie dla osób interesujących się komiksami z kosmicznego zakątka uniwersum Marvela, bo to zdecydowanie najlepsza rzecz z tego worka. Fanów kinowej inkarnacji Strażników Galaktyki może zainteresować materiał źródłowy, bo to na bazie tego właśnie komiksu powstała adaptacja – warto przekonać się, jak niewiele w sumie James Gunn zaczerpnął z komiksu, poza niektórymi postaciami i lokacjami.

piątek, 25 grudnia 2020

RECENZJA: Wydział 7

 

fragment okładki

Wydział 7 to rzadki klejnot na naszym rynku komiksowym. Jest to ukazująca się od dwa tysiące osiemnastego roku regularna seria komiksowa rozgrywająca się w Polsce, w głębokim PRLu i opowiadająca o tajnej komórce SB powołanej do istnienia celem rozwiązywania problemów o paranormalnej naturze. Komiks stanowi mieszankę kryminału, thrillera, urban fantasy, komiksu historycznego i horroru – w różnych i płynnie zmieniających się proporcjach. Brzmi jak dokładnie taki konwencyjny śmietnik, jaki lubię.

Póki co, wydawnictwo Ongrys opublikowało sześć zeszytów plus jedną historię poboczną, skupiającą się na przedstawionej w głównej serii postaci epizodycznej. Niecałe dwa lata temu miałem okazję zrecenzować dwie pierwsze historie. Dziś, wracając do tego tekstu, skłonny jestem przyznać, że potraktowałem Wydział 7 trochę nieuczciwie, bo zamiast skupić się na analizie samej serii, większość notki poświęciłem jej szerszemu kontekstowi – temu, że wydaje ją niszowa oficyna publikująca komiksy dla specyficznej, wąskiej grupy kombatantów polskiego rynku komiksowego. Dlatego, gdy kilka tygodni temu scenarzysta serii zaproponował mi dostęp do pozostałych egzemplarzy recenzenckich, postanowiłem naprawić ten błąd. Bo Wydział 7 – mimo kilku mniejszych i większych problemów oraz generalnie nierównego poziomu – naprawdę jest czymś interesującym.

Przede wszystkim jest dość unikalny, głównie z uwagi na jego bezpretensjonalną polskość. Bohaterowie egzystują w bardzo specyficznej sytuacji polityczno-społecznej, w konkretnym czasie i miejscu. Polski lat sześćdziesiątych XX wieku nie da się sprowadzić do kwestii kosmetycznych – to był inny świat, o unikalnej modzie, obyczajowości, sytuacji politycznej, norm społecznych i poziomie technologicznym. Scenariusze Wydziału 7 nie tylko tego nie ignorują, ale eksplorują ten motyw i czynią go jednym z mocniejszych punktów programu. W swoich działaniach bohaterowie muszą bowiem mierzyć się nie tylko z nadprzyrodzonymi zjawiskami, ale też z naiwną zaściankowością polskiej wsi, z tarciami kulturowymi na tle etnicznym (romski tabor odgrywa w jednej z historii stosunkowo istotną rolę – o tym jednak trochę więcej za moment), z aparatczykami Związku Radzieckiego dyszącymi w kark głównym bohaterom… amerykański, francuski czy japoński komiks może mi dać ładniej narysowane ilustracje albo lepiej napisane fabuły – ale nie da mi czegoś dokładnie takiego. Jest w polskim komiksie pewien trend ścigania zachodnich wzorców, ale Wydział 7 cały czas jest ostentacyjnie lokalny. I bardzo dobrze, że to robi, bo w tym tkwi jego siła.

Nie tylko w tym jednak. Nie wiem, na ile był to zamierzony motyw, ale wiele fabuł tego komiksu opiera się na kontrastach i na tarciach, które te kontrasty powodują. Na pierwszym poziomie mamy bazowy punkt wyjścia – twardy, naturalistyczny socrealizm Polski Rzeczpospolitej Ludowej w który wkracza Nieznane. Często lokalne, rodem z legend, podań i opowieści, czasami niemal pulpowe. Na drugim poziomie politycznym – przemocowa, narzucona władza partyjna, wokół której większość bohaterów musi nawigować, a której jest bezwarunkowo poddana. Na trzecim poziomie mamy tarcia kulturowe i społeczne. Nie tylko z sowietami czy ze wspomnianą już mniejszością romską, bo komiks zabiera nas kilka razy aż na drugi koniec świata. Kontrasty są czymś dobrym, bo generują konflikty, a znaczący konflikt jest duszą opowieści. I twórcy Wydziału 7 zdają sobie z tego sprawę, bo umiejętnie korzystają z tych konfliktów, by uczynić poszczególne fabuły ciekawszymi.

Główni bohaterowie często znajdują się w samym centrum tych starć. I to działa, przynajmniej na poziomie tematycznym. Dobrym przykładem jest ksiądz Jakub, jeden z agentów Wydziału Siódmego, przeżywa na przestrzeni trzeciego i czwartego zeszytu kryzys wiary spowodowany doświadczaniem nadprzyrodzonych zjawisk, których nie jest w stanie wytłumaczyć ani religia ani nauka – oraz kryzys lojalności, którą musi dzielić między Wydziałem i Watykanem. Czyni to Jakuba interesującą postacią, z którą łatwo się empatyzuje i której kibicuje się od początku do końca. Nawet jeśli wątek jego ewolucji charakterologicznej momentami był nieczytelny i trochę zbyt łatwo… nawet nie rozwiązany, co zakończony w finale czwartego zeszytu.

To jest z kolei jedną z większych bolączek komiksu – posiada potencjał, który nie zawsze wykorzystuje. Posłużę się pewnym przykładem. Na samym początku trzeciego zeszytu, który rozgrywa się w Santo Domingo, dostrzegamy kobietę czczącą Loa (bóstwo wywodzące się z religii voodoo) Ezilí Dantor, która w lokalnej ikonografii ma postać Czarnej Madonny. Haitańczycy zapożyczyli ten wizerunek z ikonografii chrześcijańskiej najprawdopodobniej dzięki polskim żołnierzom, którzy wspierali ich w ich działaniach niepodległościowych na przełomie XVIII i XIX wieku. Na następnej stronie, gdy akcja przenosi się do Polski, widzimy grupkę mieszkańców wsi stawiających kapliczkę przy źródełku z wodą mającą cudowne właściwości lecznicze.

To jest absolutnie zajebiste. Kontny (i współpracujący przy procesie tworzenia fabuły Turek) kreśli tu paralelę tematyczną, która potencjalnie napakowana jest znaczeniami i stanowi znakomity punkt wyjścia do rozważań o tym, jak przenikają się kultury, jak chrześcijaństwo stanowi kontekstową nakładkę na znacznie starsze wierzenia tradycyjne i ludowe, jak duchowość nawet bardzo odległych i odmiennych kultur funkcjonuje w podobny sposób. Byłem zachwycony, gdy dostrzegłem ten motyw i nie mogłem się doczekać, w jaki sposób i pod jakim kątem będzie on eksplorowany w komiksie.

Niestety, odpowiedź brzmi – w żaden i pod żadnym. Fabuła nigdy nie wraca do tej paraleli, a akcja w całości skupiona jest na bardzo standardowej opowieści w stylu Z Archiwum X oraz bardzo pulpowym finałem. Byłem naprawdę mocno rozczarowany. Jasne, Wydział 7 to przede wszystkim sensacyjny komiks fantasy, a nie traktat o religii, kulturze czy postkolonializmie, ale w momencie, gdy komiks już na samym początku historii sugeruje mi, że będzie odrobinę głębszy, a potem porzuca intrygujący punkt wyjścia, to rozczarowuje.

Jeśli mam się jeszcze czegoś… może nie „czepić”,  ale, powiedzmy, „poruszyć złożony i potencjalnie problematyczny temat”… tym czymś byłoby wykorzystywanie różnych grup etnicznych oraz ich wierzeń i obyczajów jako elementów narracyjnych. Na pierwszych kartach trzeciego numeru dostajemy bardzo obrazową i bardzo niekomfortową w lekturze scenę transformacji czarnoskórej ludności Haiti w monstra i ich późniejszą masakrę. Ludność romska również przedstawiona jest w stereotypowy sposób, w dodatku jedyna istotna bohaterka należąca do mniejszości romskiej – Helena – czasami przedstawiana jest na rysunkach w sposób ocierający się o fanserwis, nawet w sytuacjach, gdy fabularny kontekst nie uzasadnia takiej optyki. ZWŁASZCZA w historii pobocznej, w której jest główną bohaterką. Nie wiem na ile twórcy Wydziału 7 są na bieżąco z Dyskursem na temat seksualnej fetyszyzacji kobiet przynależącej do etnicznych grup mniejszościowych i, ogólnie, motywu „magicznego dzikusa z niebiałej cywilizacji” w kulturze popularnej. Nie wiem też, na ile ten Dyskurs w ogóle ich interesuje.

Spieszę jednak zapewnić, że nie jest aż tak źle, jak to może się wydawać na pierwszy rzut oka. Jeśli mam być szczery, to na ogół stereotypowe ujęcie innych kultur bardzo szybko zostaje poddane subwersji (czyt. pozornie stereotypowe ujęcie przedstawione jest w bardziej złożonym świetle). Wspomniana wcześniej Romka – nie ujawniając za wiele - okazuje się mieć bowiem głębię charakterologiczną i narracyjną podmiotowość nie mniejszą niż główni bohaterowie. A i wspomniana masakra w najgorszym razie czyni Haitańczyków poszkodowanymi w ich wewnętrznych starciach społeczno-religijnych.  Jako skrajny lewak i zaciekły wojownik politycznej poprawności mam na te tematy dość wyostrzony radar, jednak w tym wypadku skłonny jestem uznać, że na ogół Wydział 7 wychodzi obronną ręką z tego typu zabaw. Czytałem wiele ZNACZNIE bardziej problematycznych pod tym względem komiksów tworzonych w znacznie bardziej różnorodnych kulturowo i etnicznie krajach.

Dla równowagi dodam, że postacie kobiece generalnie traktowane są w Wydziale 7 podmiotowo, jako kompetentne, aktywne uczestniczki wydarzeń posiadające wykształcone osobowości, własne unikalne cechy charakteru i role w fabule. Poza Heleną (właściwie to powinienem mocno podkreślić, że mimo wspomnianych wcześniej problemów, tak dobre przedstawianie niebiałej postaci kobiecej w polskim komiksie to prawdziwy unikat i to należy docenić) mamy panią Fiszer, bardzo konkretną i bardzo pryncypialną naukowczynię głęboko wierzącą w socjalistyczną myśl naukową, która nie daje sobie w kaszę dmuchać i która z miejsca została moją ulubioną postacią całego komiksu. Nie jest to w żadnym razie komiks feministyczny czy nawet feminizujący – to po prostu kompetentne scenopisarstwo.

Co jeszcze? Ujęły mnie detale. Przedstawienie realnych wydarzeń z kart historii Polski Ludowej (jak na przykład przymusowe osiedlenia Romów albo zaistnienie miejskiej legendy o czarnej wołdze) jako rezultatów wydarzeń z komiksu sprawiło, że kilka razy uśmiechnąłem się z uznaniem, bo bardzo lubię tego typu zabiegi w fikcji historycznej. Bardzo podobało mi się, że w dodatku do piątego numeru, w „archiwalnym” dokumencie słowo „poza” (jak w „poza granicami kraju”) zapisane jest oddzielnie „po za”, bo taka forma zapisu akceptowalna była w polszczyźnie jeszcze sześćdziesiąt lat temu. Wiem, że ten drobny szczególik prawdopodobnie umknął większości czytelników, ale mnie – jako filologowi z wykształcenia i humaniście z serca – naprawdę to zaimponowało.

Najlepsza wiadomość jest taka, że Wydział 7 z każdym kolejnym numerem robi się coraz lepszy. Scenarzysta wyraźnie czuje się coraz bardziej komfortowo w wykreowanej przez siebie rzeczywistości, postacie nabierają głębi, sytuacja komplikuje się i powoli – o ile dobrze odczytuję znaki ostrzegawcze – zaczyna krystalizować się wątek główny, wokół którego koncentrowały się będą dalekosiężne działania postaci. To dobrze wróży na przyszłość, bo pokazuje, że komiks jest wart tego, by w niego inwestować, kupując kolejne odsłony. Na niekorzyść serii działa bardzo powolny tryb wydawniczy, bo cztery zeszyty rocznie to nie jest zabójcze tempo. Z drugiej strony, jeśli dzięki temu twórcom uda się je utrzymać – a wszystko na to wskazuje – z czasem Wydział 7 może wyrobić sobie renomę, która pozwoli utrzymać mu się na rynku potencjalnie przez lata. Bardzo mu w tym kibicuję.

piątek, 25 września 2020

Cień cisheta


fragment okładki


Zanim zacznę pisać o Tęczowych i fantastycznych – pierwszym w historii polskiej fantastyki tematycznym zbiorze opowiadań poświęconym LGBTQIAA+ – najpierw napiszę o czym ta notka nie będzie. Przede wszystkim nie będzie to recenzja. Nie mam zamiaru oceniać literackiej czy merytorycznej jakości antologii, z przyczyn, o których napiszę już za moment. Po drugie, nie będę skupiał się na poszczególnych tekstach. Z góry przepraszam autorów, autorki i osoby autorskie, bo wiem, że to właśnie one najgłębiej będą wczytywały się w tę blognotkę. Gdybym miał napisać choćby parę słów o każdym tekście, szybko przybrałaby ona gargantuiczne rozmiary, a gdybym wyróżnił tylko kilka konkretnych, czułbym, że wyrządzam krzywdę wszystkim pozostałym. Po trzecie w końcu – nie będę pisał o swoim własnym opowiadaniu, które również dostało się do zbiorku. To jest również powód, dla którego nie będzie to recenzja – czuję, że mam tu zbyt trochę wielki konflikt interesów. 

Dlatego skupię się na własnych przemyśleniach, refleksjach i obserwacjach związanych z Tęczowymi i fantastycznymi. Luźnych, nie zawsze skonkretyzowanych rzeczach, które wyłapałem i zapamiętałem w trakcie lektury. Przypomnę jeszcze, że zbiorek jest darmowy i można go pobrać w tym miejscu, do czego oczywiście gorąco zachęcam. Jego znajomość nie będzie kluczowa dla zrozumienia mojej blognotki, ale jeśli ktoś chce wyrobić sobie własną opinię przed jej lekturą – ma taką możliwość. Ostrzegam jednak, że antologia jest dość obszerna, bo liczy ponad osiemset stron.

Myślę, że słowo „bogactwo” jest kluczowe dla Tęczowych i fantastycznych i powinno paść w tym tekście możliwie najszybciej. Antologia zawiera w sobie nie tylko konwencjonalną prozę, ale również publicystykę, poezję, komiks, setting do gier fabularnych, scenariusz i kilka eksperymentów z formą. Najdłuższe teksty są niemal mikropowieściami, najkrótsze można przeczytać na jednym wydechu. Autorzy, autorki i osoby autorskie są ludźmi w różnym wieku, o różnych statusach społecznych, wykształceniu, płciach, orientacjach psychoseksualnych. Niektórzy są pisarkami ze sporym dorobkiem literackim, dla innych jest to debiut. 

Treść tekstów jest równie różnorodna. Mamy horror, fantasy, realizm magiczny, fantastykę naukową we wszelkich odmianach i wiele gatunkowych hybryd. Nie wszystkie mi odpowiadały, ale też nigdy w trakcie lektury nie miałem poczucia, że któryś znalazł się tam przez pomyłkę albo był niepotrzebny. W żadnym razie – każdy dodawał coś do równania, unikalną perspektywę, język, pomysł, ideę. Długo mógłbym jeszcze pisać o tym, co te teksty dzieli, ale znacznie bardziej interesuje mnie fakt, iż wiele z nich łączy.

A łączy niemało. W toku lektury zauważyłem kilka motywów regularnie przewijających się w kolejnych opowiadaniach. Była to dość pouczająca analiza, ponieważ zarysowała pewne spektrum doświadczeń współdzielonych przez osoby nie-cishetero. Choć prawdopodobnie powinienem był napisać – spektrum doświadczeń współdzielonych przez osoby nie-cishetero żyjące w Polsce i interesujące się fantastyką. W zdecydowanej większości opowiadań te trzy tożsamości – queerowa, polska i fantastyczna – nakładają się i przenikają w różnych proporcjach i kombinacjach. Czyni to zbiorek naprawdę unikalnym, ponieważ nie jest to perspektywa, którą mamy szansę obserwować często i chyba nigdy do tej pory w takim stężeniu i przy tak ogromnej różnorodności podejść.

Zauważyłem, że wiele tekstów w ten czy inny sposób stara się zakotwiczyć queerowe doświadczenia w historii, czy to poprzez rekontekstualizację legend lub podań, czy to przez osadzenie fabuły w starożytności lub wczesnym średniowieczu. Gdybym miał się pokusić o jakąś teorię – a czemu by nie? – powiedziałbym, że przebija się przez to potrzeba historycznej walidacji, uprawomocnienia własnej egzystencji jako osoba queerowa poprzez obecność podobnych do nas bohaterów i bohaterek u samych korzeni rodzimej (i nie tylko rodzimej) kultury. Do bardzo niedawna historia osób nieheteronormatywnych była powszechnie wymazywana, czasami z powodu obyczajowości historyków i kronikarzy, czasami interpretacje zapisków historycznych z punktu wykluczające możliwość istnienia osób innych niż cishetero.

Jakiś czas temu znajoma lesbijka przysłała mi mema przedstawiającego podręcznik historyczny otwarty na stronie z reprodukcją średniowiecznej ilustracji wizualizującej dwie kobiety leżące w łóżku. Podpis pod tym obrazkiem głosił – parafrazując – „nie wiadomo czemu te dwie kobiety zostały przedstawione w ten sposób”. No cóż za tajemnica! – kpiła moja znajoma w konwersacji, którą odbyliśmy zaraz potem – Zagadka, której zapewne nigdy w życiu nie uda nam się rozwiązać!

Ta anegdotka dość dobrze obrazuje problem z interpretacją historii – ten proces zawsze ograniczany będzie perspektywą interpretujących. Osobie redagującej podręcznik historyczny z tamtego mema najprawdopodobniej nie przyszło nawet do głowy, że reprodukcja może przedstawiać kobiety homoseksualne. Dla mojej znajomej było to odruchowe założenie i konfuzja autorów podręcznika rozbawiła ją z tego właśnie powodu. Czy kobiety z ilustracji były homoseksualne? Nie wiemy – ale nie jest to niemożliwe. Po prostu dla ludzi badających historię do tej pory często było niewyobrażalne. 

Specyficzne doświadczanie upływu czasu to dla wielu nienormatywnych osób coś powszechnego. Heteronorma dostarcza wygodnego kulturowego wzorca – randki, małżeństwo, założenie rodziny, wychowanie dzieci. Osoby niewpisujące się w heteronormę – szczególnie w kraju, który od lat odmawia im prawa do zawierania rozpoznawanych przez prawo związków – mają do wyboru unieszczęśliwianie się próbą wpisywania się w ten schemat albo życie bez planu, w płynnym stanie niekończącej się niepewności, narażone za zabrnięcie do różnych życiowych ślepych uliczek, bez wyraźnych i rozpoznawalnych granic pomiędzy jednym i drugim etapem życia. 

Ponadto, niektóre osoby trans zwracają uwagę na to, że proces tranzycji czasami przypomina powtórne dorastanie, zarówno w mentalnym jak i czysto fizycznym sensie. Życie bez planu, który mógłby być punktem odniesienia oznacza, że czasami się spóźniamy, a czasami przybywamy za wcześnie. Odbicie tego stanu możemy zaobserwować również i wielu opowiadaniach ze zbiorku. Bohaterowie wielu opowiadań doświadczają czasu na różne niezwykłe sposoby, niektórzy dosłownie podróżują w czasie, inni odkrywają tajemnice z przeszłości zmieniające to, w jaki sposób rozumieją teraźniejszość albo patrzą w przyszłość…

Zaskoczyło mnie nieco, że niemal wszystkie opowiadania zawarte w Tęczowe i Fantastyczne są pozbawione scen seksu, a te, które je posiadają na ogół sprowadzają opisy fizycznych uniesień do najbardziej wysmakowanej, łagodnej i waniliowej wersji. Zastanawiam się, na ile jest to kwestią zbiegu okoliczności, a na ile tego, co na własny użytek nazywam „cieniem cisheta”.

W jednym z odcinków amerykańskiego serialu animowanego Boondocks główny bohater, Huey (czarny dziesięciolatek), spotyka (białego) tajnego agenta CIA posługującego się pseudonimem „Biały Cień”. Serial sugeruje nam, że Biały Cień nie jest realnie istniejącą osobą, elementem wyobraźni chłopca, który jest mocno zaangażowany emocjonalnie w działalność emancypacyjną czarnej mniejszości USA. Biały Cień jest w serialu symbolem presji wynikającej społecznej percepcji Afroamerykanów. Czarni mieszkańcy USA zdają sobie sprawę, że każde ich zachowanie będzie odbierane jako potwierdzenie albo zaprzeczenie ustalonego zestawu (najczęściej krzywdzących) stereotypów, co skutkuje wyrobieniem sobie wewnętrznego cenzora kontrolującego każde zachowanie mogące być odebrane jako negatywne. 

Myślę, że cień cisheta funkcjonuje w bardzo podobny sposób dla społeczności LGBTQIAA+. Ten nieustanny cały czas obserwujący i oceniający wzrok normalnej większości wisi nad nami przez cały czas, niczym miecz Damoklesa, zmusza do ważenia każdego słowa, kontrolowania każdego zachowania w relacjach społecznych. Ta świadomość, że możemy być pierwszym albo nawet jedynym wyoutowanym członkiem społeczności, z którą styka się jakaś osoba, musimy więc zachowywać się nienagannie, niestereotypowo, cierpliwie i wyrozumiale, kładzie na nasze barki odpowiedzialność, o którą żadne z nas nigdy nie prosiło. To jedna z najbardziej wyrazistych demonstracji przywileju w działaniu – jeśli członek większości zachowa się paskudnie, jedynie on jest za to oceniany. Jeśli osoba z nieuprzywilejowanej grupy mniejszościowej zachowa się paskudnie, nagle odpowiedzialność w jakiś sposób ponosi za to cała grupa, na którą rzutuje to zachowanie. To męczy, prowadzi do frustracji i paranoi.

Stereotyp mówiący o seksualnej rozwiązłości osób niehetero (propagowany często przez heteryków uwielbiających chwalić się na Twitterze swoimi bogatymi kolekcjami kadrów z hardkorowych gejowskich filmów porno) może wpływać na „waniliowość” tekstów zawartych w antologii albo przynajmniej być jednym z czynników. Po prostu queerowe doświadczanie świata jest znacznie bogatsze i bardziej różnorodne, rozciągające się na takie rzeczy jak tworzenie specyficznych kręgów towarzyskich, siatek samopomocowych, radzenia sobie z samotnością i poczuciem zaszczucia czy po prostu niepewnością życiową. 

Opowiadania ze zbioru Tęczowe i Fantastyczne ubierają tę inność w różne metafory, czasami bardzo wyraziste, czasami mocno subtelne – i wszystko pomiędzy. Jest w nich wiele szczerości i ta szczerość często wynagradza niedoświadczenie pisarskie albo warsztatowe niedoróbki osób uczestniczących w projekcie. Nie chciałbym jednak, by zabrzmiało to tak, jakbym sugerował, że poziom zbioru jest niski – nie jest. Znajdziecie tam opowiadania znakomite, dobre i bardzo dobre.

Tekst powstał w ramach współpracy z producentem czytników książek elektronicznych PocketBook.

piątek, 24 lipca 2020

RECENZJA: Moon Knight

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Moon Knight zawsze był bohaterem, który z tych czy innych powodów wymykał się z radaru moich zainteresowań. W sumie sam nie wiem czemu – to przecież jedna z tych nieco bardziej niszowych, mniej popularnych postaci wydawnictwa Marvel, a do takowych miałem i nadal mam ogromny sentyment. Dlatego gdy tylko Egmont zapowiedział publikację zbiorczego wydania serii z tym bohaterem, od razu zaklepałem sobie egzemplarz do recenzji, by w końcu nadrobić tę zaległość.

Historia Marka Spectora sięga lat siedemdziesiątych, a konkretnie – komiksowej serii Werewolf by Night. Były to czasy gdy Marvel dość mocno eksperymentował z konwencją, więc obok klasycznych superbohaterów oferował czytelnikom wycieczki w inne rejony, takie jak fantastyka naukowa, western czy horror. Na tej inspirującej przestrzeni nakładających się na siebie estetyk wyrósł Moon Knight – najemnik i były żołnierz sił amerykańskiej marynarki wojennej, który w czasie wizyty w Egipcie opętany został przez starożytne lunarne bóstwo imieniem Konshu, które obdarowało go witalnością i które od tamtej pory egzystuje w osobliwej symbiozie z Spectorem.

Późniejsi scenarzyści dopisali Moon Knightowi nieskonkretyzowane zaburzenie dysocjacyjne, przez które bohater czasami ma problem z odróżnieniem rzeczywistości od halucynacji albo które jego alter ego jest prawdziwe (bo ma ich kilka, z których część to superbohaterskie pseudonimy, jak Moon Knight czy Mister Knight, a część to fikcyjne tożsamości będące rezultatem jego kariery najemnika, jak Steven Gerber, multimilioner). Twórcy komiksów z Moon Knightem, z tego co udało mi się wyczytać, lubią zagrywać tą niejednoznacznością, często podważając różne elementy mitologii tego superbohtera i poddając w wątpliwość na ile Konshu jest realnie istniejącą nadprzyrodzoną siłą, a na ile rezultatem postępującej choroby Moon Knighta.

Posiadam zdecydowanie za małą wiedzę o zaburzeniach dysocjacyjnych, by ocenić czy jest to pozytywna reprezentacja osób z chorobami psychicznymi (ponieważ pokazuje taką, która mimo wszystko walczy ze złem i na ogół jest w tej walce skuteczna) czy negatywna (bo trywializuje realne problemy realnych ludzi wykorzystując je jako tani wytrych fabularny) dlatego nie mam zamiaru komentować tego aspektu komiksu. Jeśli jakaś osoba z większym doświadczeniem w tym zakresie będzie chciała się wypowiedzieć na ten temat, z przyjemnością jej wysłucham.

Piszę tu o tym wszystkim ponieważ wydany przez Egmont komiks cały opiera się na tej niejednoznaczności i nieustannie każe czytelnikowi zgadywać, na ile prezentowane wydarzenia są halucynacjami głównego bohatera, a na ile działaniami Konshu, który próbuje mieszać w głowie Markowi. Akcja rozpoczyna się w szpitalu psychiatrycznym i początkowo toczy się dwuwarstwowo – percepcja bohatera zmienia się czasami z kadru na kadr, prezentując alternatywny wygląd postaci i otoczenia i przerzucając go do jakiejś upiornej wersji Nowego Jorku zdominowanej przez piasek, piramidy i egipskie demony. Z czasem sytuacja komplikuje się jeszcze mocniej i aż do samego końca nie jesteśmy pewni prawdziwej natury wydarzeń z komiksu.

Początkowo jest to naprawdę intrygujące. Bałem się, że moja nieznajomość postaci w połączeniu z nieoczywistą naturą fabuły szybko doprowadzi do pogubienia, ale Jeff Lemire (scenarzysta serii) prowadzi narrację w na tyle precyzyjny sposób, by nie było to problemem. Niestety mniej więcej w połowie historia wytraca pęd, grzęźnie w kolejne halucynacje głównego bohatera – od jego życia jako producent filmu o Moon Knighcie po pulpową historię science-fiction, o eskadrze kosmicznych komandosów walczących z wilkołakami z kosmosu – o których wiemy, że nie mogą być prawdą, więc cała niejednoznaczność idzie w diabły i oglądamy wyłącznie zapychacze, które do niczego nie prowadzą. Zapychacze całkiem efektowne, muszę przyznać, bo mnogość konwencji daje rysownikom pretekst do zabawy różnymi estetykami, ale mimo wszystko niepotrzebne.

W sumie, jak tak teraz o tym myślę, to jest właśnie mój problem z komiksami Jeffa Lemire – zwykle mają fantastyczny, intrygujący punkt wyjścia, ale z czasem zaczynają grzęznąć w banałach, fabularnych kliszach albo kręcić się w kółko bez wyraźnego celu. Taki był Łasuch, takie były rozmaite odpryski Czarnego Młota, które miałem okazję czytać, taki jest też, do pewnego stopnia, Moon Knight. To frustrujące, bo Lemire nie jest jakimś fatalnym scenarzystą – potrafi operować dynamiką i dialogami na tyle sprawnie, by lektura nie był drogą przez mękę. W miniseriach, gdzie wymusza na sobie kompresję fabuły i punkt kulminacyjny, do którego dąży sprawdza się zdecydowanie lepiej.

Na szczęście po zakończeniu tego zdecydowanie zbyt długiego podwątku seria wraca na stosunkowo stabilne tory, zaczyna eksplorować historię i psychikę Marka i aż do samego końca robi się coraz ciekawiej. Ostatecznie zakończenie nie udziela definitywnej odpowiedzi na prawdziwą naturę wydarzeń z komiksu, ale same wydarzenia się na tyle sensownie poskładane do kupy, że lekturę kończy się z satysfakcją. Ze wszystkich znanych mi komiksów autorstwa Lemire ten, mimo nieszczególnego środka, podoba mi się najbardziej.

Warstwa graficzna wygląda naprawdę świetnie. Podstawą oprawy wizualnej są semi-realistyczne rysunki Grega Smallwooda i sprawdzają się znakomicie. Są na tyle czytelne, by nie utrudniały czytania i zarazem na tyle wyraziste, by podkreślały surrealistyczną fabułę. Rysownicy towarzyszący, odpowiedzialni za ilustrację niektórych środkowych segmentów komiksu też dobrani są znakomicie. Spójna kolorystyka sprawia, że nic się ze sobą nie kłóci i wszystko wygląda na miejscu. 

Z niejakim zdumieniem muszę napisać, że… polecam ten komiks. Jako punkt wejścia w złożoną i nieustannie nadpisywaną oraz retconowaną mitologię Moon Knighta sprawdził się w moim przypadku znakomicie, w dodatku jest konsekwentnie realizowaną opowieścią, która ma temat przewodni i która dąży do określonej konkluzji. Nie wiem czy Marc Spector trafi na moją prywatną listę ulubionych bohaterów wydawnictwa Marvel, ale po przeczytaniu tego wydania zbiorczego naprawdę mam ochotę dać mu na to szansę i sięgnąć po inne komiksy z Moon Knightem.

Egzemplarz recenzyjny dostarczyło wydawnictwo Egmont

piątek, 17 lipca 2020

RECENZJA: Doktor Strange – tom 2

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Pod względem subtelności komiksy Jasona Aarona często przypominają uderzenie pięścią w twarz. Trochę tego nie rozumiem – chociaż nie jestem jakimś wielkim fanem tego scenarzysty, to czytałem kilka rzeczy jego autorstwa, które takie nie były. Nie jakoś wybitnie wiele, ale jednak tyle, by zdawać sobie sprawę, że potrafi być w swojej pracy znacznie bardziej powściągliwy. Narzekałem na tę tendencję w mojej recenzji pierwszego tomu wydania zbiorczego komiksowej serii Doktor Strange i będę to robił po raz kolejny, prawdopodobnie jeszcze bardziej. O ile bowiem pierwszy tom posiadał jakąś spójną narracyjną linię, która dawała poczucie fabularnego progresu, o tyle ten jest już tylko bałaganem. Przeraźliwym bałaganem. 

W Doktor Strange – tom 1 magia uniwersum Marvela została… wydaje mi się, że właściwe słowo brzmi „zrestartowana”… przez grupę czcicieli nauki, którą w finale tamtego tomu udało się powstrzymać głównemu bohaterowi. Drugi tom opowiada o powolnym odrastaniu magii we Wszechświecie i dziwacznych wydarzeniach, które towarzyszą temu procesowi. Części etatowych wrogów doktorka udało się zachować swoją magiczną potęgę i postanowili wykorzystać chwilowe osłabienie odwiecznego rywala, by raz na zawsze się z nim rozprawić. Jakby tego było mało Męka – dziwna, mroczna istota, która powstała jako skutek uboczny działań Doktora Strange’a celem uniknięcia negatywnych konsekwencji używania magii – ponownie zaczyna krzyżować szyki głównemu bohaterowi. Poza tym w komiksie pojawia się Man-Thing, Thor Gromowładna, postrzelony mag, który amputował sobie głowę i wszył na jej miejsce oko martwego Watchera oraz nazistowskie wampiry ninja. Tja. 

Z rozdziału na rozdział cała ta szamotanina ma coraz mniej sensu. Potężne postacie pojawiają się i znikają próbując zrobić Strange’owi krzywdę, on – osłabiony i zdezorientowany – poświęca wszystkie swoje siły, by się uratować. Gdyby nie strony z reprodukcjami okładek, ciężko byłoby nawet wypatrzeć gdzie kończy się jeden rozdział, a zaczyna drugi. Wydarzenia nie mają żadnej podbudowy napięcia, spokojniejszych momentów czy wyciszenia po jakimś szczególnie istotnym punkcie kulminacyjnym. Wszystko po prostu dzieje się w jednym, bardzo szybkim tempie. Doktor Strange – tom 2 jest w miarę lekką, stuprocentowo niezobowiązującą rozrywką, która niczego nie wymaga i niczego (poza zajęciem kilku kwadransów) nie oferuje w zamian. 

Czy to oznacza, że ten komiks jest zły? No cóż… nie, nie mogę tego napisać. Doskonale rozumiem, do jakiej grupy odbiorców jest on skierowany i wydaje mi się, że doskonale zaspokaja jej oczekiwania. Nie każdy tekst kultury musi być mądry, wyważony i subtelny. Czasami surowy urok przesady i campu jest tym, czego człowiek potrzebuje po długim, wymagającym dniu. W tym wymiarze drugi tom Doktora Strange’a ma pewną wartość. Aaron nie jest słabym scenarzystą i potrafi poskładać do kupy nawet jeśli nie sensowną opowieść to na pewno angażujące doświadczenie. Główny bohater nie przechodzi tu żadnej znaczącej przemiany, wprowadzona w poprzednim tomie postać bibliotekarki służy już raczej za tło, a akcja nie prowadzi czytelników w żadnym znaczącym kierunku. Tym niemniej… 

…tym niemniej po zakończeniu lektury zamknąłem komiks w stanie pewnej konfuzji, ale bez poczucia zmarnowanego czasu. I nie potrafię do końca wytłumaczyć – nawet samemu sobie – właściwie czemu? Wydaje mi się, że ujęła mnie rozbrajająca szczerość tego komiksu. Aaron doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że pisze serię, która nigdy nie wyląduje na szczytach list najlepszych komiksów wszech czasów. Wie też z całą pewnością, że gdyby jednak tak się stało, to i tak wszystkie profity zgarnie wydawca trzymający licencję na postać i mający prawa własności do wszystkiego, co stworzył scenarzysta. Dlatego się bawi – dorzuca do równania kolejne elementy, niespecjalnie przykładając wagę do tego czy i jak pasują do całości. To bezwstydny strumień świadomości twórcy, który dysponuje na tyle dużym talentem i doświadczeniem, by uszło mu to na sucho. 

piątek, 3 lipca 2020

RECENZJA: Mister Miracle

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Hauntologia to dość złożony termin z zakresu filozofii i teorii kultury, o którym pisałem na blogu już wiele raz i prawdopodobnie napiszę o nim jeszcze wielokrotnie. W ekstremalnie skondensowanej formie zdefiniować go można jako coś w rodzaju odwróconej nostalgii – tendencji do tworzenia nowych tekstów kultury w taki sposób, by możliwie najbardziej przypominały stare, zarówno treści w jak i formie. Według popularyzatora tego terminu, Marka Fishera, wiele nakładających się na siebie czynników społecznych (takich jak bezprecedensowo swobodny dostęp do archiwów kultury, dynamika Internetu oraz neoliberalna ekonomia wymuszająca sięganie po sprawdzone już wzorce i strategie kosztem ryzykownych, eksperymentalnych przedsięwzięć) doprowadziło do sytuacji, w której – kolektywnie, jako cywilizacja – bardziej interesuje nas ponowne przeżywanie przeszłości, głównie tej lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, niż wymyślanie czegoś prawdziwie nowego.

Piszę o tym wszystkim ponieważ Mister Miracle jest modelowym przykładem takiego podejścia. Ten dwunastozeszytowy komiks autorstwa Toma Kinga (scenariusz) oraz Mitcha Geradsa (rysunki) wygląda niczym kulturowy artefakt, który wypadł z dziury w czasoprzestrzeni prowadzącej do siedziby wydawnictwa Vertigo w latach osiemdziesiątych. Komiks opowiada o obdarowanym supermocami artyście scenicznym, mistrzu ucieczek, kimś w rodzaju prestidigitatora. Prawdziwym prestidigitatorem jest tu jednak Tom King, któremu najwyraźniej udało się wmówić wszystkim, że jest jednym z najciekawszych artystów młodego pokolenia, choć jego jedyną sztuczką jest naśladowanie mistrzów anglosaskiego komiksu sprzed trzydziestu, czterdziestu lat.

Mamy tu bowiem wszystko, czym tylko mogliśmy się zachwycać w takich komiksach jak Sandman, Watchmen czy Powrocie Mrocznego Rycerza. Kontrast klasycznej, idealistycznej wersji postaci z jej pseudorealistyczną, psychologicznie pogłębioną współczesną wersją? Jest. Dekonstrukcja polegająca na straumatyzowaniu głównego bohatera? Jest. Repetycje, żonglowanie wyrazistą symboliką i używanie samej struktury medium do demonstrowania nastroju głównego bohatera? Jest. Metakomentarz odnośnie natury komiksowego medium? Jest. Podzielenie każdej strony na siatkę dziewięciu kadrów i łamanie tej kompozycji w kluczowych momentach? Jest. Mógłbym ciągnąć tę wyliczankę jeszcze długo, bo King kopiuje w zasadzie każdy narracyjny, kompozycyjny czy treściowy wybieg od swoich poprzedników. I nie robi absolutnie niczego więcej.

Problem polega na tym, że oni robili to w czasach, gdy takie rzeczy były nie do pomyślenia – w mądry, odważny sposób rozwinęli komiksowe medium dając swoim następcom bardzo szeroki komplet nowych narzędzi i przecierając im nieznane wcześniej szlaki. I naprawdę nie ma niczego złego w tym, że Tom King skwapliwie z tego wszystkiego korzysta. Problem pojawia się w momencie, gdy taki hauntologiczny artefakt stawiany jest jako przykład tego, że komiks to Sztuka. Widziałem mnóstwo rankingów „najlepszych komiksów ostatnich lat” na których Mister Miracle zajmuje wysokie – czy nawet pierwsze – miejsce. Jeśli to naprawdę jest koronny przykład na to, że komiksowe medium stanowi prężnie rozwijającą się gałąź sztuki, to oznacza, że mamy poważne kłopoty, bo medium nie rozwija się od jakiegoś ćwierćwiecza.

Mister Miracle wygląda tak, jak wygląda, ponieważ kanony tego, co w tym medium uchodzi za elitarną, ekskluzywną sztukę ustalili w zeszłym tysiącleciu Frank Miller, Allan Moore i Neil Gaiman i nie zmieniły się one do dnia dzisiejszego. Na pewno nie ma zamiaru zmieniać ich King bo niby czemu miałby to robić, skoro te same sztuczki działają od trzech dekad? Wydaje mi się, że właśnie to najmocniej drażni mnie w tym komiksie i, szerzej, w całym dorobku artystycznym Kinga. Jego najbardziej prestiżowe projekty pisarskie – Vision, Mister Miracle, Omega Man – stanowią jedynie wtórne przeżywanie estetyk i tematów dominujących w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Żadna rewolucja, nawet nie ewolucja, jedynie powielanie schematów, zagrań, wybiegów i tematów.

Znamienne jest również to, że wszystkie te komiksy – i większość innych spod pióra Kinga, jak choćby jego Batman – opowiadają o standardowych białych heteroseksualnych mężczyznach. Nawet Vision, który jest robotem i doznaje z tego powodu opresji to jedynie abstrakcyjna figura mniejszościowa, która nie posiada żadnego skonkretyzowanego kontekstu kulturowej opresji. I nie, nie chodzi mi o jakiś idiotyczny tokenizm czy inną polityczną poprawność. Chodzi mi o to, że tylu latach interesującego dyskursu kulturowego i politycznego, jaki rozgrywał się wokół komiksów, po eksplozji niezależnych tytułów eksplorujących tematy rasy, płci, struktury społecznej czy kulturowych tarć, po eksploracji nowych struktur narracyjnych, eksperymentach w formą i treścią najlepsze, co jest nam w stanie zaoferować mainstream to… Sandman po raz drugi. I wszyscy to łykają. To niemożebnie frustrujące.

W dodatku to nawet nie jest jako specjalnie udany komiks. Mister Miracle ma tak wielką obsesję na punkcie własnej symboliki, że kompletnie zapomina użyć tej symboliki do powiedzenia czegoś znaczącego o głównym bohaterze, jego sytuacji, moralności, kwestiach tożsamościowych czy właściwie czymkolwiek. Te tylko pusta gratyfikacja dla czytelnika rozumiejącego, że czarne panele z napisem „Darkseid jest” ze strony na stronę coraz gęściej pokrywające więcej kadrów oznaczają, iż Miracle jest coraz bardziej przytłoczony paranoją i osaczającą go sytuacją, która dosłownie odbiera mu przestrzeń do życia. Osoba, która wychwyci i to zrozumie – co nie jest wybitnie trudne – w samozadowoleniu poklepie się po plecach, że udało się jej dostrzec zmyślną symbolikę i będzie z siebie tak dumna, że zapomni o tym, iż symbolika powinna służyć czemuś więcej niż samej sobie.

W dodatku fabuła, gdy obedrze się ją z całego tego pretensjonalizmu, jest niesamowicie miałka. Główny bohater jest całkowicie pasywny i wyprany z charyzmy, jego relacje z małżonką i innymi postaciami wypadają wyjątkowo nieorganicznie, a cały konflikt jest tak mocno scentrowany na nim samym, że reszta postaci to służą jedynie poruszaniu się po orbitach wokół niego i nie mają szans rozwinąć indywidualnych wątków, które pogłębiłyby historię. główny dylemat, przed którym staje Scott – dylemat, którego podbudowę stanowiło dobre dwie trzecie serii – nie jest nawet specjalnie zniuansowany czy nieoczywisty. To trolley problem. W dodatku rozwiązany metodą „trzeciej drogi”, która pozwala głównemu bohaterowi uniknąć znaczącej ewolucji charakteru, a scenarzyście – prawdziwie znaczącej eksploracji poważnych tematów związanych z ponoszeniem odpowiedzialności za życiowe decyzje.

 Komiks jest całkowicie zarżnięty przez repetycje. Kopiowanie symboliki, motywów, linii dialogowych czy nawet całych kadrów to użyteczne narzędzia, jeśli chce się nadać komiksowi odpowiednią dynamikę i rytm – o ile używa się ich w odpowiedni sposób. King używa ich tak często i tak intensywnie, że praktycznie niewiele miejsca pozostawia na cokolwiek innego. Wszystko powtarzane jest tak często i tyle razy, że w pewnym momencie zmienia się w autoparodię.

Uporczywe trzymanie się układu siatki kadrów trzy na trzy było kolejnym gigantycznym błędem. Ta struktura ma swoje plusy, jest czytelna, pozwala na sprawne operowanie narracją i ułatwia zabawy z łączeniem poszczególnych kadrów w większą, całościową kompozycję. Cały Watchmen się na tym opiera. Problem polega na tym, że Moore i Gibbons rozumieli ograniczenia idące za tą strukturą i robili wszystko, by albo zmienić je w mocne punkty albo rezygnowali z nich w kluczowych momentach. Ważna była też kolorystyka – najczęściej parzyste kadry Watchmen były utrzymane w innej (kontrastowej) palecie barw niż nieparzyste, dzięki czemu nie męczyły oka i pozwalały na łatwiejszą identyfikację tego, co dzieje się na stronie.

Pod tym względem Mister Miracle wszystko robi źle. Długie sceny walk na siatce trzy na trzy szybko zaczynają wyglądać jak pozbawiony dynamiki rysunek techniczny. Szczególnie jeśli nie są kontrapunktowane różnicami barw tła (a nie są). Wiele ilustracji jest nonsensownie podzielonych linią kadru, byle tylko nie łamać siatki, choć znacznie lepiej wyglądałyby, gdyby twórcy pozwolili sobie na więcej elastyczności. W połączeniu z kopiowaniem i wklejaniem bez przerwy tych samych teł (a często nawet i całych kadrów) Mister Miracle wizualnie robi się po prostu nieznośny. A szkoda bo zarówno kreska, jak i kolory są naprawdę niezłe.

W trakcie lektury, od samego początku do samego końca, towarzyszyła mi mieszanka znudzenia i irytacji. Ze szczyptą zażenowania, że moje ukochane medium najwyraźniej utknęło w hauntologicznym limbo. To jest dokładnie tego typu dekonstrukcja, z której (po części autoironicznie) nabijał się Warren Ellis w Planetary. Dwadzieścia lat temu. Opinia Alana Moore’a o współczesnym komiksie superbohaterskim często jest karykaturalizowana, a on sam sprowadzany do mema starego człowieka krzyczącego na chmurę. Jeśli jednak Mister Miracle naprawdę jest najlepszym, co ma nam do zaoferowania współczesny amerykańskich główny nurt komiksowy, to oznacza, że Moore ma całkowitą rację – medium ugrzęzło w miejscu i nie potrafi się poruszyć ani znacząco rozwinąć.

Egzemplarz recenzyjny dostarczyło wydawnictwo Egmont

piątek, 26 czerwca 2020

RECENZJA: Potężna Thor - tom 3

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Trzeci tom polskiego wydania zbiorczego serii Potężna Thor – komiksu opowiadającego o Jane Foster, która przyjęła na siebie rolę bogini gromów z całym dobrodziejstwem inwentarza, jednocześnie zmagając się z zabijającą ją powoli chorobą nowotworową – jak w soczewce skupia w sobie wszystkie problemy, jakie mam z Jasonem Aaronem, scenarzystą tego komiksu. Aaron zawsze był popularnym twórcą, ale w czasach, w których powstawała Potężna pełnił rolę niemal architekta sporej części uniwersum Marvela oraz odpowiadał za pisanie głównej serii komiksowej na licencji Star Wars. To z kolei sprawia, że Egmont, w ramach nadrabiania coraz mniejszych zaległości z głównego nurtu komiksowego w USA, intensywnie publikuje w naszym kraju mnóstwo komiksów tego scenarzysty. 

Do Jasona Aarona mam bardzo specyficzny stosunek, bo nie jest to w żadnym wypadku scenarzysta słaby. Czytałem mnóstwo jego komiksów i wiem, że w momencie, gdy odpowiada mu jakaś konwencja, jest w stanie dostarczyć naprawdę świetnych historii. Jego dwunastoczęściowy run komiksu Conan Barbarzyńca to jedna z najlepszych rzeczy, jakie miałem przyjemność czytać w zeszłym roku i, gdy tylko Egmont zapowiedział jego publikację, z miejsca postanowiłem, że nabędę ten komiks, bo po prostu chcę go mieć na półce – nie tylko jako fan Conana, ale również jako fan dobrego komiksu. Pozostałe jego rzeczy są jednak… dziwne. Nie, żeby była to wada w taśmowo produkowanym komiksie superbohaterskim, w którym absurd często jest jedyną podtrzymującą uwagę rzeczą, ale Aaron zdaje się nie znać umiaru i przesadza z absolutnie wszystkim w stopniu, w którym przestaję się już łapać na ile jest to umyślna autoparodia, a na ile nieironiczne szarżowanie w ramach konwencji. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar, o której mowa w tej notce zdaje się utrzymywać mniej więcej pośrodku Aaronowego spektrum campu. Wydanie zawiera w sobie dwie opowieści kontynuujące wątki z poprzednich albumów. W pierwszej z nich Thor staje na czele drużyny do zadań specjalnych złożonej z przedstawicieli i przedstawicielek wszystkich światów z thorowego zakątka uniwersum. Prowadzi to oczywiście do nieufności i tarć w drużynie, z którą musi radzić sobie główna bohaterka. Druga, dłuższa historia, opowiada o pojedynku z parą bogów wyznawanych przez kosmiczną rasę Shi’Ar, w który wmanewrowana została Thor. W tle przewijają się wątki przewodnie całej serii, jak walka Jane Foster z nowotworem oraz wojna z elfami. 

Obie historie są bardzo sztampowe i napędza je niemal wyłącznie barwna akcja. Nie ma tu znaczącego rozwoju postaci czy interesującego budowania zależności między frakcjami. To komiks czysto rozrywkowy, który bawi, bo to jego jedyna ambicja. I naprawdę nie ma w tym niczego złego, od tego jest przecież kolorowa superbohaterszczyzna, by na kilka kwadransów oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć w świecie, w którym wszystkie problemy można rozwiązać odpowiednio mocnym uderzeniem przeciwnika albo wykazaniem dostatecznej determinacji. I w tej roli Potężna Thor sprawdza się doskonale. Dzieje się dużo, akcja pędzi na złamanie karku i nie zatrzymuje się aż do samego końca. Co więc jest nie tak? 

Jane Foster. Nie sama bohaterka, która pisana jest nieco na autopilocie, ale na tyle umiejętnie, bym nie mógł się czepić niczego konkretnego. Chodzi mi o jej wątek. Wyjściowy pomysł na postać Thor była tragedia postaci – doktor Foster cierpi na raka i walczy o życie. Za każdym razem gdy dokonuje transformacji w potężną Thor wszystkie działania mające na celu przejście przez chorobę – środki przeciwbólowe, chemioterapia – resetują się. Im częściej dokonuje transformacji, tym bardziej maleją jej szansę na przeżycie choroby, bo gdy wraca do swojego ciała wszystko trzeba zaczynać od początku. 

Kontrast wiotkiej, wyniszczonej chorobą Jane i witalnej, zdrowej, potężnej Thor działa jako fajny kontrapunkt, a walka z nowotworem w sytuacji, gdy bohaterka musi kalkulować swoje szanse na wyzdrowienie przez pryzmat tego, co dzieje się wokół niej potencjalnie dodaje całej tej zabawie większego dramatyzmu… niestety tylko potencjalnie. Rak jest straszliwą chorobą, zabijającą powoli i boleśnie. Wiąże się on z długim i wyniszczającym cierpieniem i olbrzymimi obciążeniami psychicznymi. W jaki sposób ogrywa to komiks? 

W bardzo nijaki. Motyw raka funkcjonuje tu na zasadzie niemal gimmicka, któremu poświęcone jest absolutne obligatoryjne minimum uwagi i zaangażowania. Nie twierdzę, że cała seria o Thor powinna być kroniką gaśnięcia pod kroplówką, bo nie po to czytamy głównonurtowe komiksy od Marvela, by się dołować albo przeżywać intymne studium emocjonalne. Skoro jednak wprowadzono już taki wątek do historii postaci, w dodatku jako istotną jej część, wypadałoby odnieść się do niego w jakiś znaczący sposób. Tego niestety, póki co, w tym komiksie brakuje. To daje rezultat w postaci dziwnego dysonansu, nie jestem przekonany czy umyślnego. 

Ilustracje są natomiast znakomite i wydaje mi się, że to właśnie one są główną atrakcją tej serii – soczyste, dynamiczne kadry, żywa kolorystyka i umiejętne operowanie narracją graficzną. To pewien standard tej serii i jedna z tych rzeczy, za które zawsze będę ją chwalił. Szczególnie podobały mi się ilustracje wątku boskiej wojny z Shi’Ar, w których rysownik dokonywał małych cudów kreatywności by należycie zaprezentować konflikt między tak potężnymi siłami. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar to kolejny komiks Jaona Aarona zawierający w sobie całe to cudowne bezguście przesady, z którego znany jest ten twórca. Tylko tyle albo aż tyle. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...