Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spider-Man: Into The Spider-Verse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spider-Man: Into The Spider-Verse. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2019

Spiderverse VII - Zakończenie

fragment grafiki z filmu

Dziewiątego września dwa tysiące dziewiątego roku miała miejsca kinowa premiera 9 w reżyserii debiutującego na wielkim ekranie wówczas twórcy Shane’a Ackera. Film był pełnometrażową animacją trójwymiarową opowiadającą o postapokaliptycznym świecie, w którym ludzkość została zmieciona z powierzchni ziemi. Jedynymi świadomymi istotami, które pozostały przy życiu (dla dyskusyjnej definicji „życia”) są szmaciane kukiełki stworzone przez tego samego naukowca, który odpowiedzialny był za powołanie do istnienia maszyny, która ostatecznie doprowadziła do wyginięcia ludzkości. Film był bardzo mroczny – choć nie lała się w nim krew, sceny bardzo brutalnej przemocy i obrazowej śmierci były normą, tematy poruszane w ramach fabuły, takie jak posłuszeństwo autorytetom, wojna, trauma, odpowiedzialność, poruszane były w poważny i bezpośredni sposób. 9 był też wizualną perełką, bardzo zdyscyplinowanym kolorystycznie obrazem o unikalnym stylu i dużej wadze przyłożonej do tekstur. 

9 okazał się finansową klapą. Okazało się, że stereotyp animacji jako medium ekskluzywnie kierowanego do dzieci i wczesnej młodzieży jest zbyt silny, by dało się taki film skutecznie reklamować szerszej publiczności i mieć nadzieję na zysk. 9 przywołuję tu, bo to symptomatyczny przykład tego, jak trudno jest poczynić jest istotną zmianę w jakimś medium, jeśli grupa konsumencka przywykła do innej wrażliwości. 9 miał wszystko – bardzo dobry marketing, gwiazdorską obsadę (w tytułowej roli wystąpił Elijah Wood) i wysoką jakość produkcji. Bardzo lubię ten film i jeśli jakaś osoba czytająca ten cykl do tej pory o nim nie słyszała, naprawdę zachęcam do jego obejrzenia. Nie jest bez wad, ale jest naprawdę dobry. Jego porażka zależna była nie od jakości filmu, ale od tego, że na rynku zdominowanym przez Disneya, Pixara i DreamWorks na taką osobliwość po prostu nie było miejsca. Producenci i reżyser zaryzykowali wiele i choć to ryzyko opłaciło się w wymiarze artystycznym – film po prostu nie był w stanie zgromadzić na tyle wielkiej publiczności, by opłacił się w wymiarze materialnym. 

Minęło dziesięć lat i w gruncie rzeczy niewiele zmieniło się na rynku wysokobudżetowych animacji w trójwymiarze. Waniliowe opowieści o gadających zwierzętach, przedmiotach i księżniczkach biorących udział w sentymentalnych przygodach (z małym twistem tu i ówdzie) nadal są obowiązującym paradygmatem. Jeśli cofnęlibyśmy się w czasie do dwa tysiące dziewiątego roku i puścili takiej osobie Frozen 2 czy How To Train Your Dragon: The Hidden World, to – może poza lepszą jakością animacji – ta osoba nie miałaby wrażenia, że ogląda coś z innej dekady. Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę lubię waniliowe filmy familijne z lekkim humorem i barwnymi postaciami, które bezwstydnie wyciskają łzy w dramatycznych finałach. Problem polega na tym, że ta jedna konwencja na wiele lat całkowicie zdominowała przemysł wysokobudżetowej animacji. 

Być może 9 był skazany na porażkę. Nie oznacza to jednak, że Spider-Man: Into The Spider-Verse był skazany na zwycięstwo. Był to, choć trudno w to uwierzyć, pierwszy w historii animowany film kinowy o Spider-Manie – postaci, która w ciągu ostatniej dekady zdążyła się przejeść sporej części widzów. Nieustanne restarty jej aktorskiej wersji powoli zaczęły zlewać się w jedną niewyraźną plamę. Nie był to film aż tak ciężki jak 9, ale liczba ofiar śmiertelnych i ciężkich tematów znacznie przekracza tam disnejowską średnią. Na szczęście dla nas wszystkich eksperyment się powiódł – Spider-Man: Into The Spider-Verse zarobił mnóstwo pieniędzy (trzysta siedemdziesiąt pięć i pół miliona dolarów przy budżecie dziewięćdziesięciu milionów), zdobył Oskara i pokazał, że da się inaczej. Pytanie tylko – co to oznacza dla rynku animacji? 

Nie wiadomo. Od premiery Spider-Man: Into The Spider-Verse minął rok. Filmy, które powstaną w reakcji na sukces tego obrazu są dopiero w fazie preprodukcji i żeby przekonać się, w jaki sposób (jeśli w ogóle) historia Milesa Moralesa przemodeluje rzeczywistość kinowej animacji musimy poczekać jeszcze co najmniej dwa, trzy lata. Przez ten czas wiele może się jeszcze wydarzyć, bo i wiele wydarzyło się w tym roku. Choćby premiera animowanego remake’u The Lion King, który to film Disney bardzo agresywnie reklamuje jako live-action. Może to jest właśnie kierunek, w którym pójdzie animowane kino – hiperrealizm i udawanie konwencjonalnych filmów aktorskich w nadziei, że osoby, które słysząc „animacja” całkowicie tracą zainteresowanie dadzą się oszukać. A może wszystko zostanie po staremu i waniliowa formuła okaże się jedyną, która jest w stanie przerwać. Nie znam odpowiedzi na to pytanie i nie śmiałbym nawet dywagować, jak to będzie wyglądało w przyszłości. 

Jest jednak kilka ciekawych rzeczy, które mogę napisać już teraz. 

Tworzenie pełnometrażowych filmów animowanych to niesamowicie kompleksowe przedsięwzięcie, w którym udział biorą dziesiątki, jeśli nie setki, utalentowanych artystów i artystek z różnych dziedzin. Wiele z tych osób zachowuje wypracowane przez siebie materiały produkcyjne i – jeśli studio pozwala na takie rzeczy – upublicznia je po premierze filmu, najczęściej w swoim portfolio i/albo prowadzonych przez siebie mediach społecznościowych. Nie jest to powszechna praktyka i większość osób nie zawraca tym sobie głowy, ale często można w ten sposób dobrać się do jakichś smaczków z procesu produkcyjnego. Często, pisząc o jakimś filmie animowanym, przeszukuję Internet w nadziei na złowienie storyboardów albo testowych animacji albo grafik koncepcyjnych upublicznionych w taki sposób. Rezultaty są różne i zależą od wielu czynników, ale jeszcze nigdy nie widziałem czegoś, co nastąpiło po premierze Spider-Man: Into The Spider-Verse. Moją twitterową ścianę po prostu zalały wszelkiej maści materiały wewnętrzne. Trwało to kilkanaście tygodni i dało mi to okazję do poznania i polubienia mnóstwa nieznanych mi wcześniej osób z branży (z jednym czy dwoma nawiązałem nawet bezpośredni kontakt) oraz dowiedzenia się wielu nowych rzeczy o procesie powstawania tak złożonego projektu. Cały ten cykl tekstów wyglądałby pewnie zupełnie inaczej – a prawdopodobnie w ogóle by nie powstał – gdyby nie ten entuzjazm osób odpowiedzialnych za produkcję. 

Według mnie to niesamowicie znaczące. Przemysł animacji jest usiany wieloma patologiami, o których nie chcę w tym momencie szerzej rozwodzić – dość powiedzieć, że niepłatne nadgodziny, złe warunki pracy, nadużywanie własnej pozycji przez zwierzchników i niskie gaże są tam czymś na porządku dziennym. Wiele osób pracujących w tym przemyśle nie chce się chwalić swoimi osiągnięciami w Internecie nie z wrodzonej skromności, ale między innymi dlatego, że cała duma z wykonywanej przez siebie pracy została w nich uśmiercona. Często udział w tym czy innym projekcie może skończyć się traumą na wiele miesięcy. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak przesada, ale fatalne standardy pracy animatorów są czymś, z czego sam nie zdawałem sobie sprawy dopóki nie zainteresowałem się tematem głębiej i nie zacząłem rozmawiać o tym z osobami z branży. 

Twórcy Spider-Man: Into The Spider-Verse są dumni ze swojej pracy. Nie tylko producenci i reżyserzy, pierwsi w kolejce do odpytywania w mediach, ale również osoby pracujące bezpośrednio nad tworzeniem modeli postaci, zaangażowane w proces animacji, dobór kolorów, projektów i tak dalej… gdy czytałem ich posty w mediach społecznościowych, głównie na Twitterze, biła z nich niesamowita duma i radość z tego, że mogły być zaangażowane w to przedsięwzięcie. Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś podobnego – nie na taką skalę. I wydaje mi się, że jest w tym znacznie więcej niż tylko lepsze niż zwykle warunki pracy (choć to oczywiście również jest istotne). Wydaje mi się, że kluczowe jest coś innego – większość osób pracujących przy Spider-Man: Into The Spider-Verse chciała zrobić ten film. Nie „jakiś” film, ale ten konkretnie – i dlatego włożyli w to tyle serca i talentu. 

Przemysł animacji nie dostarcza zbyt wielu okazji do pracy przy tak unikalnych projektach. Człowiek szkoli się w dziedzinie przez wiele lat, ma swoje pomysły i aspiracje, a po ukończeniu studiów idzie do pracy przy tworzeniu reklam płatków śniadaniowych albo, jeśli mają szczęście, animowaniu postaci Sonica z tej nieszczęsnej ekranizacji gry viedo, a potem robić to od nowa, gdy Internet kolektywnie wyśmieje narzucony przez producentów projekt postaci. Spider-Man: Into The Spider-Verse jest w porównaniu czymś z zupełnie innej bajki – okazją do wyszalenia się, eksperymentowania, testowania nowych rzeczy albo wykorzystywania umiejętności, których do tej pory nikt nie wymagał. Jakimś cudem to nie jest film zrobiony dlatego, bo ktoś uznał, że da się w ten sposób wyciągnąć od widowni pieniądze (choć, nie oszukujmy się, taki był plan od samego początku), ale dlatego, bo wiele kreatywnych osób naprawdę pragnęło go zrobić. I w tym tkwi właśnie wyjątkowość Spider-Man: Into The Spider-Verse. To film zrobiony przez artystów, którym dano przestrzeń do realizacji własnych aspiracji i stosunkowo wolną rękę. W żadnym razie nie jest to gwarantem sukcesu – ale zawsze jest to szansą na coś ciekawego. I jeśli miałbym zakończyć ten cykl w jakiś znaczący sposób napisałbym – i to właśnie zrobię – że życzę sobie, by taką lekcję przemysł animacji wyciągnął z sukcesu Spider-Man: Into The Spider-Verse.

czwartek, 19 grudnia 2019

Spiderverse VI - Dziewczyny mają problem

fragment grafiki z filmu

Obiecałem, że porozmawiamy o Gwen. Zanim zacznę pisać o problemach z integracją tej postaci z resztą struktury narracyjnej Spider-Man: Into The Spider-Verse najpierw chcę podkreślić jedną, kluczową rzecz – uwielbiam Gwen Stacy w tym filmie. Jej postać ma niesamowitą charyzmę, jej uniwersum utopione jest w jaskrawych, neonowych barwach, które sprawiają, że niemal żałuję, iż film nie miał okazji zabrać nas tam na dłużej. Gwen jest świetna, ponieważ stanowi tożsamościowy pomost między starym, doświadczonym Peterm B. i młodym, dopiero uczącym się bycia Spider-Manem Milesem. Uwielbiam sposób, w jaki animowane są jej ruchy i akrobacje, ma bardzo charakterystyczny sposób poruszania się, przypominający nieco taniec. Uwielbiam niesamowitą energię bijącą z tej krótkiej sceny pokazującej Gwen grającą na perkusji. Bardzo podoba mi się jej ewoluująca w naturalny sposób relacja z Milesem. 

Problem polega na tym, że ze wszystkich głównych postaci pozytywnych filmu – za takie uważam Gwen, Milesa i Petera B. – ona wydaje mi się wkomponowana do filmu w najmniej organiczny sposób. Fakt, że chodzi do tej samej szkoły, co Miles (wytłumaczony bzdurnym „pajęczy zmysł mi to podpowiedział”) jest bardzo naciągany i szyty grubymi nićmi. Jej osobisty wątek powtórnego otwierania się na innych ludzi po tym, jak zginął jej najlepszy przyjaciel prowadzony jest wyłącznie przez dwie albo trzy słowne ekspozycje. To też jest zresztą przegapioną szansą na pogłębienie osobowości tej bohaterki, bo Gwen w żaden zauważalny sposób nie reaguje na spotkanie z alternatywną wersją swojego najlepszego przyjaciela. Tak jakby fakt, że znajduje się w towarzystwie mężczyzny, którego odpowiednik był najważniejszą osobą w jej życiu zupełnie nie robił na niej wrażenia. 

Najbardziej boli fakt, że Gwen właściwie nie miała ani jednej sceny, w której obserwowalibyśmy wydarzenia z filmu wyłącznie z jej perspektywy, co dałoby nam głębszy wgląd w postrzeganie świata przez tę bohaterkę. Peter B. miał co najmniej dwie takie sceny – wspomniana w poprzednim tekście rozmowa z Mary Jane oraz pierwsze spotkanie z ciocią May z alternatywnej (dla niego) rzeczywistości. Gwen została tu bardzo zaniedbana, a ta bohaterka ma tak silną osobowość i tak ogromną charyzmę, że zasługuje na o wiele więcej. Cieszy mnie tylko – i niewykluczone, że nagrabię tu sobie u niektórych osób – że scenarzyści zaniechali pomysłu zaangażowania Gwen w romantyczną relację z Milesem, bo wtedy jej rola naprawdę zrobiłaby się niebezpiecznie paprotkowa. 

Skoro już o tym mowa… okej, do tej pory powinno być już jasne, że kocham ten film jak mało który, mógłbym rozmawiać o nim całymi dniami i zawsze będę stawiał go ja przykład tego, co można zrobić z animacją, jeśli tylko pozwoli się artystom na rozprostowanie skrzydeł. Nie znaczy to jednak, że kocham go bezkrytycznie. Spider-Man: Into The Spider-Verse ma wady i jedna z nich jest dla mnie szczególnie uciążliwa – na tyle, bym nie mógł jej zignorować. Chodzi mi mianowicie o to, w jaki sposób film traktuje postacie kobiece. Przysięgam, że nie chcę być czepialskim marudą, zdaję sobie sprawę, że w innych tekstach kultury bywa z tym znacznie gorzej, nie sposób jednak nie zauważyć pewnego trendu. 

To nie jest coś, co od razu rzuca się w oczy. Sam zauważyłem ten wzorzec dopiero w trakcie tworzenia tego cyklu i pisania o tym, jak postać Gwen jest mniej organicznie wkomponowana w fabułę, a jej rozwój postaci potraktowany powierzchownie w porównaniu do innych bohaterów pierwszoplanowych. Na Gwen to się jednak nie kończy. Olivia (lokalna wersja Doktora Octopusa) jest niesamowicie fajną postacią, ale jej motywacja nigdy nie zostaje wyjaśniona. Jest co prawda sugestia, że pomaga Fiskowi dla samej szansy zabawy nowymi osiągnięciami nauki i technologii, ale poza tym to tyle. Nie licząc Prowlera jest ona najlepiej rozwiniętą postacią ze służącej Kingpinowi galerii łotrów, co oczywiście cieszy – tak samo jak fakt, że twórcy zdecydowali się zmienić płeć tej postaci w stosunku do jej komiksowego pierwowzoru – niestety nie rozwiązuje problemu. Fandom lubi dopatrywać się w tym filmie romansu Olivii z ciocią May. O ile nie jest to hipoteza pozbawiona podstaw – w komiksach Doc Ock miał romans z May, a ilmowa ciocia May zwraca się do Olivii „Liv”, co sama zainteresowana wcześniej deklaruje jako spieszczenie zarezerwowane tylko dla przyjaciół – o tyle w żadnym wypadku nie jest to wyrażone wprost i już na pewno nie uczyniono z tego wątku. A szkoda. 

Ciocia May ma kilka fajnych scen, pewną szorstką naturalność w mentorowaniu pajęczym przybłędom, które zgromadziły się pod jej dachem, ale jej optyka na całą tę sytuację nigdy nie jest eksplorowana. A przecież nagle, niespodziewanie dla siebie miała szansę porozmawiać z Peterem Parkerem – co prawda nie swoim Peterem, ale Peterem bardzo podobnym. Zamiast tego dostała żart z aplikacją randkową – bardzo przyjemny sam w sobie, ale raczej trywializujący jej postać niż rozwijający ją w znaczący sposób. Od razu wytłumaczę – nie, dojrzała kobieta z aktywnym profilem na aplikacji randkowej nie jest trywializowaniem postaci. Jest nim sugerowanie, że dojrzała kobieta potrafiąca obsługiwać zaawansowaną technologię Spider-Mana i wybudować oraz skalibrować wyrzutnie sieci dla Milesa nie potrafi zaktualizować sobie profilu na aplikacji randkowej. 

Vanessa Fisk byłaby podręcznikowym przykładem kobiety w lodówce, gdyby istniał podręcznik takich rzeczy. Oczywiście, w tym konkretnym wypadku jest ona obligatoryjną funkcją narracyjną i bez śmierci Vanessy oraz jej syna cały, bardzo dobrze poprowadzony, wątek emocjonalnej bezradności Kingpina nie mógłby zaistnieć, ale… film ukazał się w dwa tysiące osiemnastym roku. Mamy za sobą dwie dekady (strona internetowa Women in Refrigerators stworzona przez amerykańską scenarzystkę komiksową Gail Simone powstała w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku) dyskusji o eksploatacji motywu śmierci kobiet jako motywacji dla postaci męskich. Nie jest to nic nowego, do tej pory wszyscy już zdają sobie sprawę, ile niefortunnych implikacji niesie ze sobą wykorzystywanie tego zabiegu. Nawet jeśli tutaj był konieczny do opowiedzenia danej historii – według mnie był – to przez swoją obecność w filmie, tylko podkreśla niedoskonałość w reprezentacji reszty żeńskiej części obsady. 

Rio Morales, mama Milesa ma nieproporcjonalnie małą rolę w stosunku do roli męża. Animatorzy nie dali jej nawet modelu postaci w cywilnych ubraniach – we wszystkich scenach, w których widzimy Rio, ma na sobie ten sam uniform pielęgniarki. O ile wiemy, co Miles ma z ojca, a co z wuja, o tyle nigdy nie dowiadujemy się, co przejął od matki. Rio ma może cztery, może pięć scen z Milesem, żadna z nich nie trwa dłużej niż kilkanaście sekund. W trakcie większości jej czasu antenowego jest po prostu zatroskana. Spider-Man: Into The Spider-Verse jest w dużej mierze filmem o ojcostwie – o dorastaniu do ojcostwa (Peter B.), o mierzeniu się z problemami związanymi z ojcostwem (Jefferson Morales), o nieumiejętności poradzenia sobie z utratą syna przez ojca (Kingpin). Matki są w tym filmie albo martwe (Vanessa) albo uwiązane do archetypu (Rio). 

Oczywiście, że ten film jest niemal przeładowany postaciami i motywami. Oczywiście, że coś trzeba było stonować, coś wyciąć, coś przemontować, coś zignorować, by film zachował sensowną długość i nie stał się galimatiasem przekrzykujących się wzajemnie wątków. Problem polega na tym, że raz po raz, we właściwie każdym wypadku to „coś” okazywało się znikać kosztem rozwoju i ekspozycji postaci kobiecych. Na pewno nie było to intencjonalne zagranie, na pewno mogło być pod tym względem dużo gorzej (seksualizacja Gwen była tym, czego bałem się przed premierą tego filmu najbardziej, na szczęście do niczego takiego nie doszło), ale… ten film miał dwóch scenarzystów i trzech reżyserów. Wszyscy byli mężczyznami. Naprawdę Spider-Man: Into The Spider-Verse mógłby jedynie zyskać, gdyby te proporcje nie były aż tak… nieistniejące. Nie chodzi mi o parytet, tylko o to, że różnorodność w perspektywie pozwala uniknąć takich potknięć. Nie psuje mi to odbioru filmu, ale po twórcach Spider-Man: Into The Spider-Verse mogę oczekiwać czegoś nieco lepszego niż „nie zrobiliśmy z Gwen laleczki”. 

Uwielbiam wszystkie bohaterki tego filmu, dlatego tym bardziej żałuję, że twórcy filmu dali im tak niewiele (w porównaniu do męskich bohaterów) szans na eksplorację ich osobistych historii, a nawet gry dali, przeprowadzane to było w sposób powierzchowny (Gwen), pozbawiony jakiejkolwiek podbudowy (Penni) albo iluzoryczny (Olivia). One wszystkich zasługują na znacznie więcej. Widzki i fanki komiksów superbohaterskich również.

środa, 18 grudnia 2019

Spiderverse V - Wielkie nadzieje

fragment grafiki z filmu
Wielkie nadzieje (ang. Great Expectations) to XIX-wieczna brytyjska powieść autorstwa Charlesa Dickensa. Pierwotnie publikowano ją w odcinkach w tygodniku „All the Year Round”, w latach 1860-1861, niedługo później ukazała się drukiem w formie książkowej. Powieść snuje losy Pipa, chłopca (później młodego mężczyzny) wychowanego na nizinach społecznych, który niespodziewanie otrzymuje pieniądze umożliwiające mu naukę w renomowanej londyńskiej szkole. Po pewnym czasie dowiaduje się, że – wbrew wcześniejszym podejrzeniom – tajemniczym darczyńcą nie jest zdziwaczała stara panna samotnie wychowująca adoptowaną córkę (w której podkochuje się główny bohater), ale więzienny zbieg, którego Pip przed laty poratował odrobiną jedzenia i pomógł uciec straży, a który później dorobił się małej fortuny w Australii. Dickens, w typowy dla siebie sposób wykorzystuje sensacyjno-obyczajową konwencję, by poruszyć wiele ważkich zagadnień społecznych związanych głównie z klasą i pochodzeniem. 

Wielkie nadzieje to powieść, na bazie której Miles musi napisać wypracowanie w ramach kary za próbę oszustwa na teście. Chłopak celowo wybierał wyłącznie błędne odpowiedzi, by za złe wyniki w nauce usunięto go ze szkoły, w której nie czuł się komfortowo. Milesa i Pipa łączy wiele. Obaj doświadczają gwałtownego awansu społecznego oraz związanej z tym procesem z tym alienacji. Obaj wiele zawdzięczają osobie, która okazuje się kryminalistą i u obu budzi to niekomfortowe, niełatwe pytania o ich własną naturę. Obaj osobę, która nieodwracalnie odmieni ich los spotykają na cmentarzu. W obu wiele osób z ich otoczenia pokłada, cóż, wielkie nadzieje. 

„Widzę w tobie tę iskrę”, mówi Milesowi jego ojciec, czarnoskóry policjant mieszkający w ciasnym mieszkaniu z żoną-pielęgniarką i utalentowanym synem, do którego uśmiechnęło się szczęście i który – można mieć nadzieje – dzięki ukończeniu dobrej szkoły zajdzie o wiele dalej, niż kiedykolwiek byli w stanie jego rodzice. Problem polega na tym, że Miles w nowej szkole czuje się źle. Na samym początku filmu widzimy jak chłopak w drodze do szkoły pozdrawia przechodzące obok osoby, przybija piątki znajomym, rozkleja wlepki… tam jest u siebie, pośród ludzi, którzy go znają i rozumieją i których on zna i rozumie. Po wejściu na szkolny korytarz próbuje tego samego – tylko po to, by odbić się od ściany pełnej dyskomfortu ciszy i zdyscyplinowanej, pełnej wyższości atmosfery elit. 

Nauczycielka, która podsunęła Milesowi Wielkie nadzieje doskonale zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę. I właśnie dlatego karą za próbę oszustwa było napisanie wypracowania o tej książce – by chłopak ją przeczytał i odnalazł w jej fabule odniesienia do własnej sytuacji oraz nie popełnił błędów, które popełnił jej główny bohater. I Wielkie nadzieje wyraźnie przemówiły do Milesa. Tytuł powieści był podstawą graffiti, które namalował w kanałach w towarzystwie Aarona, a egzemplarz książki widzimy w wielu scenach. Spider-Man: Into the Spider-Verse ma wielu dosłownych bohaterów i bohaterek, ale dla mnie, osobiście, największą bohaterką i absolutnie ulubioną postacią całej animacji jest właśnie ta nauczycielka. Może to dlatego, że sam miałem taką nauczycielkę w gimnazjum, która w odpowiednim momencie była w stanie popchnąć mnie w słusznym kierunku w bardzo podobny sposób – proponując lektury, które w danym momencie życia przemówiły do mnie najmocniej. 

To dość dziwny sposób na otwarcie tekstu o fabule tego filmu, ale już na wstępie chciałem zaznaczyć pewną unikalną dla Spider-Man: Into The Spider-Verse rzecz. By cieszyć się głębszym zrozumieniem, powiedzmy, Iron Man 3, należy przeczytać komiks Iron Man: Extremis, na fabule którego luźno bazuje ten film. By cieszyć się głębszym zrozumieniem Spider-Verse, należy przeczytać klasyczną dla literatury światowej powieść Dickensa. I – to już tak zupełnie na marginesie – naprawdę warto to zrobić, bo powieść warta jest uwagi sama w sobie. Dobrodziejstwa domeny publicznej sprawiają, że powieść, zarówno w oryginale, jak i pierwszym polskim tłumaczeniu, można legalnie i za darmo pobrać z Wikipedii. To Charles Dickens, przez lekturę płynie się od samego początku do samego końca. 

Nie chodzi mi o to, że nawiązywania do literatury są w jakiś sposób lepsze od nawiązywań do komiksów, ale o coś nieco innego. Większość ekranizacji komiksów superbohaterskich – i większość wysokobudżetowych adaptacji w ogóle – ma tendencję w umieszczania w treści fanserwisowych smaczków, które wyłapią jedynie najwięksi fani. Takie smaczki rzadko kiedy są komukolwiek do szczęścia potrzebne i gdyby kompletnie je usunąć, w żaden sposób nie wpłynęłoby to na samą jakość filmu. Spider-Man: Into The Spider-Verse wplotło w fabułę Wielkie nadzieje nie dlatego, by osoby, które czytały tę książkę mogły się pochwalić, że rozpoznały tytuł, ale dlatego, że film czerpie z tej powieści jej motywy i niektóre wątki. Podejmuje z nią kulturowy dialog i znajomość obu tekstów w znaczącym sensie wpływa na odbiór ich obu. Nie chcę tu oczywiście nikomu wmawiać, że Spider-Man: Into The Spider-Verse to jakiś scenariuszowy majstersztyk, który kompleksowością rywalizuje z Rękopisem znalezionym w Saragossie, tylko że scenarzyści Spider-Verse operują odniesieniami do kultury na znacznie głębszym poziomie niż zwykliśmy tego oczekiwać po kinie superbohaterskim. Oczywiście konwencjonalny fanserwis również się w tym filmie pojawia, po prostu nie jest jedynym sposobem pogłębienia i tematycznego zróżnicowania opowieści. 

Tworzenie scenariusza Spider-Man: Into The Spider-Verse musiało przypominać żonglowanie pochodniami i naprawdę nie zazdroszczę ekipie scenopisarskiej tego wyzwania. Mamy tu bowiem dziewięcioro Spider-People (siedmioro, jeśli pominąć scenę po napisach), z których aż czwórka ma kluczowe znaczenie dla fabuły, z czego dwóch – blond Peter Parker i Peter B. Parker – to swoje bezpośrednie alternatywne odpowiedniki. Prawie każda z tych postaci musiała zostać odpowiednio przedstawiona i choć po tylu rebootach serii filmów aktorskich widzowie prawdopodobnie świetnie zdają już sobie sprawę, o co chodzi z całym tym Spider-Manem, różnic jest na tyle wiele, że nieodzowny jest choćby telegraficzny skrót wydarzeń i przypadków, by dało się nadążyć za kontekstem. Problem ten rozwiązano w ciekawy sposób – za każdym razem gdy na arenę wkracza nowa, niewidziana wcześniej wariacja na temat Spider-Mana film na moment przebija czwartą ścianę i pokazuje nam garść animowanych kadrów fikcyjnego komiksu z daną postacią w roli głównej. Trwa to zwykle kilka, kilkanaście sekund, opatrzone jest żartobliwą narracją i znakomicie uatrakcyjnia ekspozycję. W ten sposób twórcy zmienili problem – konieczność dostarczenia widzowi dużej porcji informacji, których nie da się naturalnie wpleść w dialogi – w sposobność do zabawy animowanym medium. 

Najważniejsza postacią filmu jest oczywiście Miles Morales. Wokół niego obraca się cała narracja i jego droga od pogubionego dzieciaka do pełnoprawnego superbohatera. Gdy poznajemy Milesa, chłopak ugina się pod ciężarem oczekiwań ze rodziny i otaczającego go środowiska. Pierwszą, naturalną reakcją jest próba ucieczki. I Miles ucieka – do Aarona swojego wujka, czarnej owcy rodziny i, jak się później okazuje, kryminalisty na usługach Kingpina. To bardzo frapujący, bardzo ciekawy wątek, bo przez długi czas paradoksalnie Aaron jest jedyną postacią, w towarzystwie której Miles czuje się komfortowo. Chłopak rozumie się z wujkiem znacznie lepiej niż z ojcem – Aaron traktuje go poważnie, ale jednocześnie jak równego sobie, nie zrzuca na jego plecy kolejnego stosu oczekiwań, tylko daje chłopakowi przestrzeń komfortu i eksplorowania własnych aspiracji. Tkwi w tym paradoks, ponieważ Aaron jest tą samą osobą, która poluje na Milesa, gdy chłopak stara się realizować w roli nowego Spider-Mana. To ważny etap na drodze do dorosłości głównego bohatera – uświadomienie sobie, że źli ludzie mogą robić dobre rzeczy, a dobrzy ludzie złe i ludzka moralność jest naprawdę skomplikowana. Szczególnie, że Miles jest pod wieloma względami bardzo podobny do Aarona, obaj współdzielą pasje i zainteresowania, świetnie się rozumieją. Miles zawdzięcza Aaronowi bardzo wiele – a jednak jego wuj jest przestępcą, gotowym zabić dziecko, dopóki nie zorientował się, że to konkretne dziecko jest jego ukochanym bratankiem. 

Chłopak odrzuca zło, które zdefiniowało i ostatecznie doprowadziło do śmierci Aarona, ale nie odrzuca jego samego. Gdy w finale Miles zadaje Kingpinowi decydujący cios, robi to za pomocą manewru, którego nauczył go Aaron. Gdy oddaje nauczycielce wypracowanie o Wielkich nadziejach, na karcie tytułowej widnieje reprodukcja graffiti, które na początku filmu stworzył pod okiem wujka i przy jego pomocy, a wraz z ojcem tworzy kolejne graffiti poświęcone zmarłemu już Aaronowi. Skoro wróciliśmy już do Wielkich nadziei – Pip, gdy dowiedział się, że jego edukacja opłacana jest przez kryminalistę, również zmuszony był do zmierzenia się z własnymi założeniami co do klasy społecznej i moralności. W Spider-Man: Into The Spider-Verse niemal wszystko się ze sobą łączy na poziomie narracyjnym i tematycznym w bardzo przemyślany sposób. Nie jestem w stanie wyrazić, jak bardzo uwielbiam tę tematyczną dyscyplinę. A to przecież dopiero wierzchołek międzywymiarowej góry lodowej. 

Jak wiele niebiałych dzieciaków z nizin społecznych, Miles ma gorszy start w dorosłość. Tutaj jest to dość dobitnie symbolizowane faktem, że zamiast ukochanego przez wszystkich, doskonałego pod każdym względem Petera Parkera z jego własnego świata chłopakowi mentoruje jego rozlazły, życiowo przegrany substytut. Porozmawiajmy przez chwilę o Peterze B. Parkerze, bo to druga po Milesie najważniejsza postać filmu. Jego wyidealizowany odpowiednik (nie wiemy czy naprawdę był tak doskonały jak odmalowały go media i opinia publiczna, ale też nie ma to zbyt wielkiego znaczenia) był figurą aspiracyjną. Peter B. Parker jest postacią skrajnie inną – i wcale niewykluczone, że gdyby pierwszy Peter nie zginął z rąk Kingpina, zmieniłby się właśnie w Petera B. Parkera. Film nie sygnalizuje tego w przesadnie wyrazisty sposób, ale rozlazły Peter nie stał się taki sam z siebie, a wskutek kombinacji kilku bardzo dotkliwych życiowych ciosów – utrata wszystkich oszczędności po pechowej inwestycji, śmierć cioci May, rozwód z Mary Jane. 

Mimo metrykalnej dorosłości Peter B. nadal jest emocjonalnie niedojrzały, co jest zresztą główną przyczyną jego fatalnego stanu życiowego. Widać to choćby na przykładzie wzmianki o tym, że przyczyną rozwodu z Mary Jane była jego niechęć do zostania ojcem. Nie, nie oznacza to, że każda osoba, która decyduje się nie mieć dzieci jest emocjonalnie niedojrzała, bo taka decyzja może być motywowana wieloma różnymi czynnikami. U Petera, w jego konkretnym przypadku, tym czynnikiem jest strach przed wzięciem odpowiedzialności za siebie oraz innych. Widzimy to w jego początkowej niechęci do szkolenia Milesa. Z biegiem czasu, gdy między oboma Spider-Manami zawiązuje się mentorsko-uczniowska więź, Peter B. z przyjemnym zaskoczeniem orientuje się, że lubi i chce zaangażować się w tego typu relacje, bo okazało się, że to nie tylko ciężar odpowiedzialności za czyjeś zdrowie i życie, ale również – przede wszystkim – radość i satysfakcja z obserwacji, jak pod jego okiem młody człowiek rozkwita i staje się kimś lepszym.

Kolejnym ważnym elementem jego ewolucji jest rozmowa z owdowiałą Mary Jane tuż przed finałowym starciem filmu, gdy Peter B. podaje się za jednego z kelnerów na przyjęciu zorganizowanym przez Kingpina. Konfrontacja z tą wersją Mary Jane – która nieodwracalnie, raz na zawsze straciła swojego Petera – musiała podziałać na niego jak kubeł zimnej wody. Nic dziwnego, że tak strasznie panikował w trakcie tej sceny (dostarczając nam przy okazji kilku naprawdę zabawnych linii dialogowych). „Jego” Mary Jane też przecież straciła swojego Petera – ale dlatego, że okazał się za mało bohaterem, nie za bardzo. Pod koniec filmu widzimy krótką scenę, w której Peter B. próbuje pojednać się ze swoją byłą żoną i choć konkluzja tego wątku pozostawiona została w niedomówieniu, film pozwala nam mieć nadzieję, że wszystko potoczyło się pomyślnie. 

Trzecią najważniejszą postacią w tym filmie jest… Kingpin. Założę się, że spora część z Was miała przekonanie, że będzie chodziło o kogoś innego. Spokojnie, o Gwen porozmawiamy następnym razem, nie myślcie sobie, że o niej zapomniałem. O roli Kingpina w strukturze narracyjnej nie pisze się zbyt wiele, a szkoda, bo to bardzo istotny element Spider-Man: Into The Spider-Verse. Pozornie jego rola wydaje się raczej obligatoryjna – ostatecznie film musi mieć jakiegoś superzłoczyńcę, który napędzałby wydarzenia i prowokował konflikty oraz tworzył problemy, które trzeba rozwiązać. Wilson Fisk to właśnie robi, ale jest przy okazji bardzo dobrym kontrapunktem dla postaci pozytywnych. Główną motywacją tej postaci jest chęć odzyskania rodziny, którą Fisk utracił w tragicznym wypadku po tym, jak jego żona odkryła, że jej małżonek jest królem lokalnej przestępczości. Kingpin nie chce pogodzić się z tą stratą. Częściowo z pewnością z powodu traumy, częściowo jednak dlatego, że jest, cóż, Kingpinem i nawykł, że jeśli czegoś pożąda, to w taki albo inny sposób to sobie weźmie, łamiąc po drodze prawa ludzkie i nawet prawa fizyki, jeśli zajdzie taka potrzeba. 

Tuż po śmierci Aarona Spider-People z innych rzeczywistości pomagają Milesowi uporać się z traumą i poczuciem winy. „Nie macie pojęcia jak to jest”, krzyczy do nich w żalu i smutku. „Jesteśmy jedynymi osobami na całym świecie, które wiedzą”, słyszy w odpowiedzi i wie, że to jest prawda. Każde ze Spider-People straciło kogoś bliskiego i dla każdego z nich było to impulsem do stania się kimś lepszym. Kilka miesięcy temu napisałem blognotkę o komiksie Power Rangers: Beyond the Grid oraz serialu Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D., w której przybliżyłem pojęcia społeczeństwa siły i społeczeństwa słabości. Te pierwsze są z reguły wykluczające – bo prawie nikt z nas nie jest silny – a te drugie solidaryzujące – bo wszyscy czasami jesteśmy, byliśmy albo będziemy słabi. Spider-People w filmie budują swoje relacje na płaszczyźnie słabości. Rozumieją się nawzajem, ponieważ są w stanie przyznać się do własnego bólu, bo są skłonni nieść ten ból przez życie i wykorzystać jako motywację do czynienia dobra – by nikt więcej nie musiał już znosić takiego bólu jak oni. 

Kingpin tego nie potrafi. Nie jest w stanie oswoić bólu i traumy po stracie bliskich, ponieważ w jego czysto materialistycznym rozumieniu świata każdą stratę da się odzyskać. Jeśli ma się to stać kosztem zdrowia i życia setek tysięcy osób – cóż, nie będzie to jego strata, więc czemu miałby się tym przejmować? Najciekawsze jest jednak w tym wszystkim to, nawet przez moment nie miałem najmniejszych wątpliwości, że Fisk naprawdę kochał żonę i syna, bardzo żałuje ich śmierci i na swój własny, pokręcony sposób próbuje naprawić swój błąd. Jego miłość jest jednak niedojrzała i egoistyczna – jednokierunkowa. Nie obchodzi go, że inne wersje Vanessy i Richarda zostaną wyrwane ze swojej własnej rzeczywistości i przetrzymywane wbrew swojej woli. Fisk nie bierze pod uwagę uczuć innych osób – jedynie swoje własne. Gdyby jego plan się powiódł, prawdopodobnie reagowałby furią, że odzyskana żona i syn nie zachowują się zgodnie z jego oczekiwaniami. Wskazówki widzimy przecież w trakcie finałowej walki z Milesem, gdy Kingpin na moment spotyka alternatywne wersje swoich zmarłych bliskich… a one reagują na jego obecność paniką i strachem. To jest ostateczna tragedia Wilsona Fiska – jego filozofia siły, jak to zwykle bywa, okazała się destrukcyjna dla wszystkich, z nim samym włącznie. 

Tekst powstał w ramach współpracy z producentem czytników książek elektronicznych PocketBook

wtorek, 17 grudnia 2019

Spiderverse IV - Jedynki, dwójki, trójki...

fragment grafiki z filmu

Estetyka Spider-Verse jest najzwyczajniej w świcie zbyt złożona, bym był w stanie opisać wszystkie jej elementy w jednej blognotce. Nie tylko dlatego, że składa się na nią całe mnóstwo elementów odróżniających ten film od współczesnej mu pixarowo-dreamworksowej pastelowej wanilii, ale też dlatego, że aby w pełni pojąć ogrom bizantyjskiej pracy nad każdą klatką tego filmu, trzeba dysponować wiedzą branżową. Ja takiej wiedzy nie posiadam, jestem tylko stosunkowo dobrze poinformowanym amatorem animacji, dlatego postaram się skupić na najistotniejszych sprawach. A i tak będę upraszczał, ponieważ by wytłumaczyć wiele rzeczy, musiałbym równolegle udzielać tu kursów podstaw animacji. 

Na przykład wymienione w tytule notki jedynki, dwójki i trójki. W jednej sekundzie konwencjonalnego materiału video mieszczą się dwadzieścia cztery klatki filmowe – dwadzieścia cztery minimalnie różniące się od siebie obrazki, które wyświetlane są nam po kolei w taki sposób by nasz mózg połączył je i wytworzył podświadomą iluzję ruchu. W animacji oznacza to, że twórcy muszą stworzyć dwadzieścia cztery różniące się od siebie kadry, by zyskać sekundę materiału dobrej jakości. Fachowo nazywa się to animacją na jedynkach. To standard dla wysokobudżetowych kinowych filmów animowanych, jednak produkcje telewizyjne – operujące zwykle mniejszymi budżetami i krótszym procesem produkcyjnym – na ogół nie są w stanie utrzymać takiej jakości. Dlatego używają one animacji na dwójkach, gdzie na jedną sekundę przypada dwa razy mniej klatek (dwanaście), a by wypełnić puste miejsca między nimi każdą klatkę wstawia się dwukrotnie. Animacja wygląda wtedy zauważalnie mniej płynnie, ale niekoniecznie gorzej. Pomyślcie o klasycznych kreskówkach z serii Looney Tunes z Królikiem Bugsem i Kaczorem Daffym w reżyserii Chucka Jonesa – one zazwyczaj kręcone były na dwójkach, co pozwoliło przyspieszyć ich produkcję i nadać im oryginalnej dynamiki. Istnieje również animacja na trójkach, co – jak się już pewnie domyślacie – oznacza tworzenie jedynie co trzeciej klatki. Wiele anime tworzonych jest na trójkach. Głównie dlatego, że budżety japońskich animacji są znacznie mniejsze od amerykańskich, a rynek znacznie bardziej przesycony, co sprawia, że wiele filmów i seriali tworzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni ma relatywnie małe budżety i nie stać ich na nic więcej. Wszystko poniżej animacji na trójkach przekracza już barierę, za którą kreskówka zmienia się w pokaz slajdów, choć oczywiście istnieją twórcy starający się eksperymentować z niższą liczbą klatek na sekundę. 

Co ważne – rzadko kiedy jest tak, że cały film, w każdej scenie od początku do końca kręcony jest wyłącznie na jedynkach, dwójkach albo trójkach. Choćby wspomniane wyżej anime – dynamiczne sceny walk często animowane są na jedynkach albo dwójkach (co konsumuje większość budżetu), a cała reszta ujęć na trójkach. Często to nie pieniądze decydują, który typ animacji wykorzystać w tej czy innej scenie, ale arbitralne decyzje animatorów. Czasami niektóre sceny lepiej działają przy niższej liczbie klatek na sekundę, czasami większa liczba zwyczajnie nie ma sensu, bo animuje się statyczne, nieruchome ujęcie… wszystko zależy od masy różnych czynników – czasu, mocy przerobowych studia, obranej konwencji, jakości ilustracji, typu sceny i tak dalej. Mógłbym zagłębiać się w to jeszcze bardzo długo, ale myślę, że rozumiecie już, o co mi chodzi. 

Spider-Man: Into The Spider-Verse od początku przyciągał uwagę swoistym brakiem płynności ruchów postaci w niektórych scenach. Prawdopodobnie myślicie, że napiszę teraz, iż to dlatego, że powstawał na dwójkach, prawda? No więc… nie do końca. Owszem, ruchy Milesa i pozostałych bohaterów czasami animowane były w taki sposób, by wyglądały jak tworzone przy niższej liczbie klatek na sekundę… ale, jeśli zwrócicie na to uwagę, kamera zawsze porusza się na jedynkach. Twórcy świadomie, ze względów czysto stylistycznych wybrali pozornie mniej idealny sposób obrazowania postaci. Czemu? W wywiadzie udzielonym portalowi WIRED, Josh Beveridge, artysta odpowiedzialny za animację postaci wytłumaczył, że punktem wyjścia, któremu podporządkowana została cała estetyka filmu była ambicja wykorzystania jak największej ilości środków estetycznych charakterystycznych dla medium komiksu. Oznacza to, że postacie powinny wyglądać, przynajmniej częściowo, tak, jakby zostały narysowane, nie wymodelowane w środowisku 3D. 

Po części ten efekt udało się uzyskać dzięki nakładaniu na modele postaci fragmentarycznych obrysów twarzy, nosa, szczęki i tak dalej, co tworzy iluzję postaci rysowanej ręcznie. Animacja na dwójkach wzmacnia to wrażenie – przywykliśmy do tego, że filmy animowane w trójwymiarze są znacznie płynniejsze niż ich rysunkowe odpowiedniki, więc by podtrzymać iluzję, nazwijmy to „rysunkowości” obniżona liczba klatek na sekundę sugeruje naszym mózgom, że mamy do czynienia z klasyczną animacją. Takie podejście bardzo łatwo może odbić się rykoszetem, o czym dość boleśnie przekonali się twórcy netfliksowego serialu The Dragon Prince, który próbował osiągnąć taki efekt za pomocą podobnych zabiegów, ale rezultat okazał się wyjątkowo marny, z rwaną animacją momentami przypominającą pokaz slajdów. 

Dlaczego w Spider-Verse taki zabieg wypalił, a pierwszego sezonu The Dragon Prince praktycznie nie da się oglądać? Narzucającą się odpowiedzią jest „budżet”, ale sprawa jest w tym przypadku trochę bardziej skomplikowana. Widzicie, twórcy kreskówek od zawsze korzystali z różnych sztuczek, dzięki którym można uczynić animację bardziej płynną, nawet jeśli liczba klatek na sekundę jest relatywnie niska. Jedną z takich sztuczek jest tak zwany smear – metoda wstawiania w ujęcia przejściowe zniekształconych klatek, które „udają” wrażenie pędu i oszukują mózg widza, wmawiając mu, że – powiedzmy – postać wykonała zamaszysty ruch ręką, ale zamiast animować każdy etap tego gestu, pomiędzy jego początkiem i końcem wstawiono klatkę z rozmazaną ręką. Bardziej szczegółowo pisałem o tym w mojej blognotce o filmie animowanym Dover Boys, który spopularyzował ten styl animacji, zainteresowane osoby odsyłam właśnie tam. Inną, podobną metodą jest blur, w którym postacie są na niektórych klatach nieco rozmazane w taki sposób, by ich wygląd sugerował dynamikę, jakiej nie oddaje liczba klatek na sekundę. Twórcy Spider-Verse umiejętnie korzystali z obu tych sztuczek (oraz kilku innych, jak choćby "przełączanie się" na jedynki w scenach, których nie dało się uzyskać pożądanego efektu przy niższej liczbie klatek), by wygładzić animację. Oczywiście, mogliby zrobić wszystko od początku do końca na jedynkach i nie zawracać sobie głowy całym tym galimatiasem, ale wtedy film nie wyglądałby tak wyjątkowo. Twórcy The Dragon Prince zatrzymali się na animowaniu całości niższą liczbą klatek na sekundę i nie zadbali o wszystkie te wygładzacze i przejściowe zniekształcenia, przez co pierwszy sezon ich serialu (w drugim zmieniono nieco sposób animacji, niwelując problem) to raczej nieudany eksperyment. 

Uff… tyle wyjaśniania, a to przecież dopiero początek. Rozumiecie już pewnie, o co mi chodziło, gdy pisałem wcześniej, że będę starał się wszystko możliwie upraszczać. Na animowaniu postaci na dwójkach dopiero zaczyna się cała zabawa z komiksową estetyką filmu. Animatorzy całą filozofię tworzenia Spider-Verse oparli na zabawę komiksowymi środkami przekazu artystycznego. Takimi jak choćby bloki tekstów – w scenie, w której Miles spanikowany wybiega ze szkoły widzimy jak po drodze mija charakterystyczne żółte bloki wypełnione tekstem symbolizującym jego myśli. Albo linie symbolizujące gwałtowny ruch. Albo onomatopeje – wystylizowane graficznie wyrazy dźwiękonaśladowcze, które w komiksach reprezentują rozmaite głosy i odgłosy. Wszystkie te elementy są podstawą języka komiksu. Film nie potrzebuje bloków tekstu, ponieważ ma głównego bohatera, który może dostarczyć takiej narracji samodzielnie. Linie kierunkowe reprezentujące ruch również nie są potrzebne w animacji, która – inaczej niż komiks – rusza się sama. Tak samo onomatopeje – wyrazy dźwiękonaśladowcze są niepotrzebne w medium, które dysponuje dźwiękiem. 

Wszystkie te elementy słowno-graficznego języka komiksu – i wiele, wiele innych – znajdują się w Spider-Man: Into The Spider-Verse, nie dlatego, że są tam niezbędne, ale dlatego, że przydają filmowi unikalnego komiksowego stylu. Choć Spider-Man znany jest większości ludzi głównie z filmów i kreskówek, właściwie wszyscy zdają sobie sprawę, że jest postacią rdzennie komiksową. Aktorskie adaptacje zwykle starają się tonować komiksowy rodowód, ale Spider-Man: Into The Spider-Verse robi coś zupełnie przeciwnego – integruje nie tylko konwencję, ale i również samą formę. Robi to jednak niesamowicie mądrze, nigdy nie zapominając, że jest przede wszystkim filmem animowanym, a nie puszczonym w ruch komiksem. W rezultacie otrzymujemy unikalną fuzję dwóch mediów, która po prostu zachwyca na poziomie wizualnym. 

Zwróćcie choćby uwagę na takie drobiazgi jak kolory. Spider-Man: Into The Spider-Verse stosuje bardzo wyrafinowaną formą skupiania uwagi widza na poszczególnych elementach scenerii. Jeśli przyjrzycie się uważnie, z pewnością zauważycie, że tła prawie zawsze mają odrobinę wtrąconą z ram linii kolorystykę. W scenie, w której tata Milesa wiezie go do szkoły i radiowóz mija uliczny wyświetlacz pokazujący informacje, wszystko poza ramami monitora jest lekko rozsynchronizowane kolorystycznie. Nie na tyle, by świadomie zwrócić na to uwagę, ale na tyle, by struktura ujęcia dyskretnie przekierowała oko widza właśnie na wyświetlacz, gdzie obraz jest najostrzejszy. To w tym filmie bardzo powszechny zabieg. 

Albo rastry. W poligrafii stosowano rastry w procesie druku, w czasach gdy technologii nie radziła sobie jeszcze z półtonami (przejściami odcieni kolorów) nakładano na płaskie kolory obszarowo gęstniejącą siateczkę kropek, dzięki którym można było nadać ilustracjom wrażenie płynnych przejść między odcieniami. Gdy dostatecznie zaawansowany druk upowszechnił się na tyle, by umożliwić drukowanie półtonów w normalny sposób, komiksy i prasa porzuciły rastry jako półśrodek celem osiągnięcia wymaganego efekty kolorystycznego i zaczęły używać ich do nadania ilustracjom określonej estetyki. Spider-Man: Into The Spider-Verse używa rastrów w stężeniu, z którego nie zdajemy sobie sprawy, jeśli nie poświęcamy szczególnej uwagi na zauważenie tego faktu. Praktycznie każdy światłocień ma siateczkę rastrów – najłatwiej zauważyć to chyba na krawędziach garnituru Kingpina. 

Uwielbiam to. Mógłbym jeszcze bardzo długo pisać o tych szczegółach, których albo się nie zauważa albo trzeba mieć głębszą wiedzę o medium komiksu i/albo animacji, by je wyłapać… więc będę jeszcze długo o tym pisać. Przyjrzyjcie się choćby barwnej, bąblowatej energii, która odpowiedzialna jest za przenoszenie postaci między rzeczywistościami. Jej wygląd nie jest przypadkiem – to bezpośrednie nawiązanie do tak zwanych kropek Kirby’ego – komiksowego zabiegu estetycznego, w którym nadnaturalna energia reprezentowana jest właśnie w postaci gromad tłustych kropek tuszu. To znak rozpoznawczy Jacka Kirby’ego, jednej z największych legend amerykańskiego komiksu. 

Uwielbiam fakt, że retrospekcja ukazująca śmierć rodziny Kingpina ma zupełnie inną, akwarelową estetykę – co też nie jest przypadkiem, bo nawiązuje do Billa Sienkiewicza, amerykańskiego rysownika operującego tym właśnie stylem. Wiecie czemu zwalista, niemal monstrualna sylwetka Kingpina tak bardzo różni się od wszystkich innych postaci filmu? Bo wzorowana jest właśnie na tym, jak Kingpina rysował Sienkiewicz w komiksie Daredevil: Love and War. Twórcy filmu musieli stworzyć zupełnie nową estetykę i sposób animacji dla jednej sekwencji, która trwa może kilkanaście sekund. 

Uwielbiam to, że Penni Parker animowana jest na trójkach, jak na postać z anime przystało. Uwielbiam fakt, że twórcy niemal stawali na głowie, by umiejętnie emulować dwuwymiar Spider-Hama. Uwielbiam jak ruchy Milesa w trakcie bujania się na siebie są nieco nieskoordynowane, chłopak wymachuje rękami, cały czas poprawia swoją pozycję, koryguje tor lotu i generalnie widać, że nie jest jeszcze oswojony z całym tym superbohaterstwem. Uwielbiam każdą sekundę wyrazistej, neonowej estetyki otaczającej Spider-Gwen. 

Uwielbiam to, jak wygląda ten film.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Spiderverse III - Jak tkała się sieć

fragment grafiki z filmu

O tym, że jakiś – z naciskiem na jakiś – pełnometrażowy film animowany ze Spider-Manem w roli głównej dowiedzieliśmy się ze słynnego już wycieku poufnych informacji Sony Pictures w listopadzie dwa tysiące czternastego roku. Pierwotnie miała to być dość standardowa komedia skierowana do młodszych widzów, coś na kształt Emoji Movie, poprzedniego filmu animowanego od Sony, o którym wszyscy w Sony desperacko starają się dziś zapomnieć. Już wtedy wiadomym było, że produkcją filmu zajmie się duet Phil Lord i Christopher Miller i wydaje mi się, że powinienem zwrócić na to Waszą uwagę. Ten film powstawał – z tego co wiemy – bez większych zgrzytów, roszad na kluczowych stanowiskach czy niespodziewanych, radykalnych zmian. To wcale nie jest tak powszechne we współczesnym Hollywood – przypomnijcie sobie takie produkcje jak na przykład Justice League, Solo: A Star Wars Story, Fant4stic, Suicide Squad czy kilka innych blockbusterów ostatnich lat, które nękane były tego typu problemami, przez co rezultat okazywał się niesatysfakcjonujący albo wręcz katastrofalny. Przy produkcji tak złożonych przedsięwzięć jak pełnometrażowe filmy kluczowa jest spójność wizji, czym ma właściwie być dany obraz. Lord i Miller mieli tę wizję i – co ważne – dostali szansę, by zrealizować ją od początku do końca. 

Oficjalna zapowiedź filmu nastąpiła w kwietniu, dwa tysiące piętnastego roku, a ukazać miał się w lipcu dwa tysiące osiemnastego roku. Oficjalnie potwierdzono, że za produkcję odpowiedzialni będą Lord i Miller, którzy zajmą się również scenariuszem. Oprócz nich funkcje producentów pełnić mieli Avi Arad (dyrektor kreatywny Marvel Entertainment), Matt Tolmach (jeden z prezesów Sony Pictures) i Amy Pascal (współprzewodnicząca Sony Pictures), przy czym warto zaznaczyć, że wpływ ostatniej trójki na kształt filmu miał być minimalny. „Producent” jest w Hollywood bardzo płynnym określeniem osoby sprawującej nadzór nad powstawaniem filmu i może wahać się od bardzo dużego zaangażowania w proces twórczy do przyklejenia swojego nazwiska w napisach. Tom Rothman, prezes Sony utrzymywał, że powstający właśnie film animowany potencjalnie będzie częścią rozszerzonego uniwersum, które studio próbowało wówczas zbudować wokół postaci Spider-Mana, ale jeśli sięgniecie pamięcią wstecz, przypomnicie sobie, że Sony miało wtedy bardzo… dziwną politykę w tej kwestii. Jako przykład narzuca tu się choćby słynna próba przyklejenia Venoma do Marvel Cinematic Universe przez Amy Pascal – ku widocznej konfuzji Kevina Feige przysłuchującego się tym rewelacjom. 

Lord i Miller błyskawicznie przystąpili do pracy. Wedle słów Petera Ramseya, Lord zajmował się scenariuszem już na początku dwa tysiące piętnastego roku. Warto zaznaczyć, że ten film powstał piorunem. Zazwyczaj animacje o takim budżecie i kompleksowości mają cykl produkcyjny trwający od czterech do nawet pięciu lat. Tymczasem Spider-Man: Into The Spider-Verse powstał w przeciągu zaledwie trzech. Film miał trzech reżyserów. Wspomniany już Ramsey miał na swoim koncie stworzenie dwóch bardzo sympatycznych, ale mimo wszystko dość niszowych produkcji – halloweenowy Monsters vs. Aliens: Mutant Pumpkins from Outer Space oraz bożonarodzeniowy Rise of The Guardians. Dwaj inni reżyserzy, Robert Persichetti i Rodney Rothman byli natomiast debiutantami na tym polu. Obaj mieli oczywiście wcześniejsze doświadczenia w pracy nad wysokobudżetowymi filmami animowanymi, ale raczej jako scenarzyści i/albo storyboardziści. Był to dość ryzykowny ruch – osadzenie na kluczowym stanowisku osób o relatywnie niewielkim doświadczeniu – ale historia pokazała, że całkowicie się opłacił. Twórcy podzielili się zadaniami w taki sposób, by każdy operował w granicach indywidualnej artystycznej strefy komfortu. Ramsey odpowiadał za sceny akcji, Rothman za sekwencje komediowe, a Persichetti skupił się na nadaniu całości określonej atmosfery. 

Lord i Miller za punkt honoru obrali sobie stworzenie filmu posługującego się graficznym językiem komiksu tak, jak nie byłyby w stanie tego zrobić produkcje aktorskie. Animatorzy przez cały rok pracowali nad dziesięciosekundową sceną, która oddałaby wszystkie estetyczne niuanse całego projektu i później filmowcy traktowali tę sekwencję jako punkt odniesienia. Unikalny wygląd Spider-Man: Into The Spider-Verse zawdzięcza w dużej mierze projektantowi produkcyjnemu, Justinowi K. Thompsonowi. Artysta ten pracował już wcześniej z Lordem i Millerem przy jednym z ich poprzednich filmów animowanych, Cloudy with a Chance of Meatballs. Sara Pichelli i Brian Michael Bendis, twórcy postaci Milesa Moralesa również brali aktywny udział w produkcji filmu jako konsultanci. Z innych ciekawych nazwisk – przy filmie pracował między innymi Alex Hirsch (gość od Gravity Falls), który dołożył swoje trzy grosze do scenariusza, Erik Larsen (twórca komiksowej postaci Savage Dragona i wieloletni rysownik serii The Amazing Spider-Man), który zaprojektował kilka grafik na użytek filmu, Shiyoon Kim (były animator Disneya mający w swoim portfolio prace przy Zootopii, Tangled i Big Hero 6), który odpowiadał za projekty postaci i wiele, wiele innych utalentowanych, doświadczonych w swoim fachu osób. W międzyczasie zaszła drobna roszada na stanowiskach producentów – Tolmacha zastąpiła Christina Steinberg, która współpracowała wcześniej z Peterem Ramseyem przy Rise of The Guardians. 

Ostateczną datę premiery filmu ustalono w kwietniu dwa tysiące siedemnastego roku – przesunięto ją wtedy z dwudziestego pierwszego na czternastego grudnia dwa tysiące osiemnastego roku. Przy budżecie wynoszącym dziewięćdziesiąt milionów dolarów film zarobił sto dziewięćdziesiąt milionów samym USA i prawie tyle samo poza granicami tego kraju, spotykając się z entuzjastycznym przyjęciem zarówno ze strony publiczności, jak i krytyków. Spider-Man: Into The Spider-Verse zdobył również Złoty Glob oraz Oskara w kategorii Najlepszego Filmu Animowanego. W kwestii Oskarów był to pierwszy od siedmiu lat (i szósty w ogóle) przypadek, gdy tę nagrodę uzyskał niedisnejowski (i niepiksarowski) film animowany. Sony bardzo szybko zamówiło sequel filmu, trwają również prace nad jego spin-offem oraz telewizyjną inkarnacją marki nawiązującą do Spider-Man: Into The Spider-Verse. Po tylu latach szamotania się i wyciskania coraz mierniejszych soków z Człowieka-Pająka, zupełnie nieoczekiwanie studio produkcyjne stworzyło nie tylko najlepszy film o Spider-Manie w historii, ale również jeden z najlepszych filmów animowanych, jaki miał okazję zagościć na kinowych ekranach.

niedziela, 15 grudnia 2019

Spiderverse II - Poznajcie Milesa (i spółkę)

fragment grafiki z filmu
Miles Morales jako koncept narodził się w połowie dwa tysiące ósmego roku. Był to rok wyborów w USA i kampanii prezydenckiej Baracka Obamy, zakończonej jego zwycięstwem. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej głową państwa została osoba niebiała. Ówczesnego redaktora naczelnego wydawnictwa Marvel, Axela Alonso, przekonało to, że skoro Ameryka dojrzała do wyboru czarnoskórego prezydenta, nadszedł czas na nieco poważniejsze przedefiniowanie jednej z najbardziej rozpoznawalnych ikon wydawnictwa. Oczywiście zastąpienie oryginalnego Petera Parkera z głównego uniwersum nie wchodziło w grę – próbowano już tego w latach dziewięćdziesiątych i rezultaty były katastrofalne. Dlatego Alonso postanowił przeprowadzić ten eksperyment na tkance uniwersum Ultimate, które w międzyczasie powoli traciło na popularności i desperacko potrzebowało czegoś, co na nowo je rozrusza.

Taką rzeczą miał być event komiksowy Ultimatum spinający wszystkie serie świata Ultimate i radykalnie zmieniający status quo całej linii wydawniczej. Początkowo Miles miał zadebiutować właśnie w tym momencie – komiks zawierał nawet wątek domniemanej śmierci Petera Parkera ze świata Ultimate – ale wydawnictwo uznało, że postać nie jest jeszcze na tyle dopracowana, by wrzucić ją w cały ten bałagan. Bo Ultimatum koniec końców okazało się niestety straszliwym bałaganem, który zamiast odświeżyć całe uniwersum stał się jednym z największych gwoździ do jego trumny. Co prawda linia wydawnicza funkcjonowała jeszcze jakiś czas po zakończeniu eventu, ale ten okres był już jedynie łabędzim śpiewem uniwersum. I właśnie w trakcie tego śpiewu zadebiutował Miles. 

Gdy Brian Michael Bendis, twórca i scenarzysta komiksu Ultimate Spider-Man zdecydował się w końcu przedstawić Milesa publiczności, silnie inspirował się aktorem i piosenkarzem Donaldem Gloverem. Jako punkt przełomowy scenarzysta wskazał pierwszy odcinek drugiego sezonu serialu Community, w którym Troy (postać grana przez Glovera) pojawia się w piżamie wyglądającej jak kostium klasycznego Spider-Mana. Glover prowadził wówczas internetową kampanię celem zdobycia głównej roli w restarcie kinowej serii The Amazing Spider-Man. I choć jego starania się nie powiodły – nieco później do Internetu wyciekły wewnętrzne wytyczne Sony mówiące, że filmowy Peter Parker musi być biały i heteroseksualny – to Donald Glover pośrednio mocno wpłynął na postać Spider-Mana. Po prostu nie tego, o którym myśli większość osób. Aktor pojawił się zresztą w małej rólce w Spider-Man: Homecoming, kolejnym restarcie kinowego Spider-Mana, a historia zatoczyła koło, gdy gościnnie wcielił się w postać Milesa w kreskówce Ultimate Spider-Man. 

Milesa wiele łączyło z Peterem Parkerem. Obaj wychowali się w środowisku klasy robotniczej, obaj zyskali bardzo podobne nadprzyrodzone moce dzięki ukąszeniu pająka, obaj w bardzo młodym wieku wzięli na siebie olbrzymią odpowiedzialność. Miles nigdy jednak nie był pustą odbitką Petera, ale raczej tematycznym dialogiem z tą postacią. Ich droga do oswojenia się ze swoją nową rolą przebiegała w odwrotnych kierunkach. Peter był zachłyśnięty nowymi możliwościami w takim stopniu, że stał się zbyt pewny siebie i dopiero śmierć jego ukochanego wujka, za którą pośrednio odpowiadał, sprawiła, że bohater spokorniał. Miles natomiast był w tej sytuacji całkowicie przytłoczony i dopiero śmierć jego ukochanego wujka, za którą pośrednio odpowiadał, sprawiła, że chłopak zmuszony był wziąć się w garść, nabrać pewności siebie i chwycić życie za rogi. 

Miles – w przeciwieństwie do Petera – miał też pełną rodzinę, co jednocześnie dawało mu siłę i motywację do działania oraz wprowadzało dodatkowe problemy (jego ojciec był uprzedzony do mutantów i rozciągał to uprzedzenie na wszystkie osoby z mocami), co wrzuciło nowego bohatera w trochę inną sytuację życiową. Milesa dręczył również dylemat odnośnie jego własnej inherentnej natury – jego wujek był bowiem kryminalistą i w ostatnich słowach przed śmiercią powiedział Milesowi, że obaj są tacy sami. O ile postać Bena była dla Petera figurą aspiracyjną, autorytetem i wzorem do naśladowania, Aaron dla Milesa był ostrzeżeniem, mroczną figurą, którą chłopiec może się stać, jeśli nie będzie ostrożny. Ostatnią kluczową różnicą jest oczywiście fakt, że Miles to następca Petera. Peter nie był niczyim następcą – był pierwszym i, przez długi czas, jedynym Spider-Manem, a jakąkolwiek reputację sobie wyrabiał, wyrabiał ją sam i na własny rachunek. Gdy Miles po raz pierwszy wyszedł na ulice miasta w kostiumie Petera, postronni ludzie zaczęli zwracać mu uwagę, w jak złym guście jest coś takiego. Miles zawsze działał w cieniu swojego poprzednika, ze świadomością, że będzie do niego porównywany. 

Pierwsza seria przygód Milesa spotkała się ze stosunkowo ciepłym przyjęciem krytyków, jednak jej sprzedaż nie była zadowalająca. Z pewnością nie pomogły typowe dla Marvela wygłupy związane z numeracją i restarty serii, by złapać możliwie wiele osób na kupienie kolejnej „jedynki” - pierwsze numery komiksowych serii z oczywistych powodów sprzedają się znacząco lepiej niż kolejne. Ostatecznie jednak Miles okazał się jedną z najpopularniejszych postaci uniwersum Ultimate i jedną z bardzo niewielu, która przetrwała zamknięcie tej linii wydawniczej (postać „przerzucono” do głównego uniwersum Marvela) i od tamtej pory cieszy się znaczącą popularnością zarówno w komiksach, jak i adaptacjach. Eksperyment Axela Alonso się powiódł – okazało się, że przedstawienie nowej, młodszej i należącej do grupy mniejszościowej wersji ikonicznej białej postaci ma sens i jest sensownym sposobem na odświeżenie komiksowej formuły. Miles okazał się jaskółką zwiastującą deszcz tego typu bohaterów i bohaterek – Kamala Khan, Robbie Reyes, Riri Williams i wiele innych postaci podążyło przetartym przez Spider-Mana szlakiem. 

Pozostałe inkarnacje Spider-Mana występujące w tym filmie są już nieco mniej znaczące dla komiksowej mitologii, ale też na tyle ciekawe, by warto było o nich wspomnieć. Spider-Gwen i Peni Parker debiutowały w komiksowym evencie Spider-Verse z dwa tysiące piętnastego roku, na którym luźno – bardzo luźno – bazuje ten film. Te pierwsza bohaterka cieszyła się na tyle dużą popularnością, że jej postać wystąpiła w kolejnym evencie komiksowym – Secret Wars – po czym otrzymała własną solową serię komiksów i wszystko wskazuje na to, że Spider-Gwen (czy też Ghost-Spider, jak brzmi jej oficjalny komiksowy pseudonim) zostanie z nami na dłużej. Co do Peni, to komiksowy pierwowzór tej postaci znacząco różnił się od bohaterki, którą mamy okazję oglądać w filmie – w treści i formie bliżej jej było do Neon Genesis Evangelion. 

Ze Spider-Hamem sprawa jest już nieco bardziej interesująca, bo ten bohater powołany został do istnienia w latach osiemdziesiątych i wiąże się z tym pewna anegdota. Zaczęło się – podobno – od niezależnego komiksu fantasy Cerebus the Aardvark, w którym jedna z postaci była otwartą parodią wielu różnych superbohaterów i przez kilka numerów pojawiała się na okładce tego komiksu w stroju Wolverine’a. Marvelowi bardzo się to nie spodobało i doszło do pewnych tarć między wielkim wydawnictwem i twórcą małego komiksu niezależnego. Ostatecznie sprawa rozeszła się po kościach, ale niedługo później Marvel opublikował komiks ze Spider-Hamem, który wygląda bardzo podobnie do głównego bohatera Cerebus the Aardvark ubranego w kostium Spider-Mana. Dave Sim, autor Cerebusa utrzymuje, że to coś w rodzaju odwetu za całą tę aferę z parodią Wolverine’a i o ile zgranie czasowe tych wydarzeń wydaje się pasować do tej hipotezy, twórca postaci Spider-Hama zaprzecza, by ten bohater miał cokolwiek wspólnego z Cerebusem, bo Peter Porker powstał jako próba stworzenia postaci pod licencje na pluszowe zabawki dla dzieci. Jak to z tym naprawdę było – nie bardzo wiadomo. Dość rzec, że Spider-Ham od swojego debiutu sporadycznie przewijał się przez komiksy Marvela i zawsze cieszył się małą, bo małą, ale jednak popularnością. 

Spider-Man Noir jest z kolei postacią wywodzącą się z linii wydawniczej Marvel Noir z dwa tysiące dziewiątego roku. Było to alternatywne uniwersum, w którym ikoniczne postacie Marvela osadzono w konwencji czarnego kryminału. Lubiłem komiksy z tej linii wydawniczej – nie jestem jakimś ogromnym fanem konwencji noir, ale osadzenie w niej takich postaci jak Wolverine, Spider-Man czy Daredevil okazało się strzałem w dziesiątkę i przyjemnie śledziło się odświeżone w ten sposób archetypy postaci. Komiksowy Spider-Man Noir różni się od tego z filmu – przede wszystkim nie jest czarno-biały, zamiast płaszcza i fedory nosi kostium lotnika z czasów I Wojny Światowej, a moce uzyskał dzięki pajęczemu totemowi, nie wskutek ugryzienia przez napromieniowanego pająka. 

Spider-Man ze sceny po napisach wywodzi się z linii wydawniczej Marvel 2099. Analogicznie do Marvel Noir, w tym przypadku bohaterowie zostali osadzeni w konwencji cyberpunku. Spider-Man 2099 cieszył się na tyle dużą popularnością, że przetrwał zamknięcie tej linii wydawniczej i okazyjnie przewijał się w różnych miniseriach i crossoverach. Towarzyszący mu w ostatniej scenie filmu rysunkowy Spider-Man był głównym bohaterem campowej kreskówki z lat sześćdziesiątych, dziś znanej głównie z internetowych memów, do których zresztą nawiązuje cała scena po napisach.

sobota, 14 grudnia 2019

Spiderverse I - Wstęp

fragment grafiki z filmu

Miles Morales po raz pierwszy pojawił się w moim życiu gdy byłem na studiach. Był to, jak możecie się domyślać, konfundujący, nieoczywisty etap mojego życia, rodzaj ostatniego przystanku przed dorosłością, gdy nie miałem jeszcze pojęcia, jak potoczy się ono dalej. Mój komiksowy gust powoli kończył się wówczas kształtować – stopniowo porzucałem regularne śledzenie komiksów Marvela na rzecz nieco ambitniejszych serii, miniserii i albumów z mniejszych wydawnictw. Męczyły mnie ciągnące się w nieskończoność, wiodące donikąd tasiemce, w których działo się wiele, ale nie zmieniało się prawie nic. Nawet uniwersum Ultimate – stosunkowo niewielka linia wydawnicza prezentująca uwspółcześnione wersje X-Men, Avengers, Fantastycznej Czwórki i Spider-Mana egzystujące wspólnie w nowym świecie przedstawionym – które przez bardzo długi czas trzymało wysoki poziom i unikało największych grzechów głównego uniwersum ostatecznie przeskoczyło rekina i zapadło się w sobie pod ciężarem niepotrzebnego crossovera, który uśmiercił sporą część kluczowych postaci i nieodwracalnie zmienił status quo. 

Wyjątkiem był Ultimate Spider-Man, jeden z ostatnich marvelowych tytułów, który wciąż jeszcze śledziłem. To był świetny komiks – w moim osobistym rankingu nadal pozostaje jedną z najlepszych serii od Marvela. Lubiłem nowego Petera, podobało mi się odświeżenie jego postaci i przystosowanie jej do nowych realiów, mądre wkomponowanie w ten uwspółcześniony świat klasycznych przeciwników oraz soczyste dialogi. Fabuła nie zawsze była satysfakcjonująca, ale generalnie serii udawało się utrzymać zadowalający poziom. Fakt, że komiks bardzo długo powstawał za sprawą jednego zespołu twórczego – pierwsza zmiana rysownika nastąpiła dopiero po stu jedenastu(!) zeszytach regularnego cyklu wydawniczego, scenarzysta od początku do końca pozostał natomiast ten sam – pomógł w zachowaniu artystycznej i koncepcyjnej spójności serii. W chwili, w której piszę te słowa komiks ukazuje się właśnie w naszym kraju za sprawą wydawnictwa Egmont i jeśli ktoś ma ochotę na poznanie komiksowego pierwowzoru tej znanej z kina i telewizji postaci (albo po prostu przeczytać coś fajnego), naprawdę zachęcam do sięgnięcia po Ultimate Spider-Man. 

Gdy Brian Michael Bendis, scenarzysta tego komiksu, ujawnił, że zamierza uśmiercić postać Petera Parkera, uznałem, że na tym koniec – dotrwam do końca tej linii wydawniczej, po czym ostatecznie dam sobie spokój z uniwersum Ultimate, które i tak zaczynało wówczas zmieniać się w parodię samego siebie. Spider-Man zginął w bardzo przewidywalny, ale satysfakcjonujący sposób – o ile może istnieć coś takiego jak satysfakcjonująca śmierć lubianej postaci. Peter dosłownie rzucił się na kulę, która przeznaczona była dla Kapitana Amerykę, ratując mu w ten sposób życie i spełniając swoją największą życiową aspirację – stać się bohaterem godnym członkostwa w Ultimates (lokalny odpowiednik Avengers) i zostać docenionym przez Kapitana. Uderzyła mnie ta śmierć tak, jak uderzyć powinna. Doceniłem gorzkie zamknięcie opowieści i przeczytałem nawet epilog, z łamiącymi serce reakcjami przyjaciół i ukochanych Petera oraz wzruszającą sceną pogrzebu. 

I wtedy właśnie poznałem Milesa Moralesa. 

Nie planowałem sięgać po serię z „tym nowym” Spider-Manem, który miał zastąpić Petera w uniwersum Ultimate. Nie chodziło o kolor skóry Milesa – przynajmniej nie mnie, bo Internet przechodził wówczas małą burzę z tego powodu, jak się okazało, pierwszą z wielu znacznie większych – tylko o sam fakt, że pojawia się jakiś kolejny bohater mający zastąpić Petera. Nowy człowiek w nowym kostiumie robiący mniej więcej to samo. Nie interesowało mnie to, może nawet nieco drażniło. Z tych czy innych powodów sięgnąłem jednak po pierwszy numer serii Miles Morales: Ultimate Spider-Man. Nie byłem zachwycony, ale magia potoczystego bendisowskiego dialogu zadziałała i sięgnąłem po kolejny zeszyt. A potem po kolejny. I jeszcze jeden. I następny. Nie jestem w stanie wskazać jednego momentu, w którym coś kliknęło i zacząłem naprawdę lubić Milesa, ale chyba jestem w stanie podać powód, dlaczego ostatecznie go polubiłem niemal na równi z jego poprzednikiem. 

Miles był zagubiony. 

Bendis wrzucił tego bardzo młodego niebiałego chłopaka ze środowiska klasy robotniczej do elitarnej szkoły i dodatkowo zrzucił na jego barki jeszcze większy ciężar – nadprzyrodzone moce i wiążące się z tym problemy w postaci kłopotliwego, nieco przypadkowego dziedzictwa po Peterze Parkerze. Którego tożsamość – dodajmy – znana była już publicznie, a on sam opłakiwany przez tysiące nowojorczyków, którzy nadal nie byli w stanie pogodzić się z utratą ukochanego przyjaciela z sąsiedztwa. Ta niesamowicie skomplikowana sytuacja życiowa sprawiła, że nie sposób było nie współczuć temu trzynastolatkowi i nie sposób było z nim nie sympatyzować. Szczególnie w sytuacji, gdy samemu było się w podobnie nieoczywistym punkcie własnego życia, gdy oczekiwania otoczenia i własne aspiracje ciążyły na barkach równie mocno. Miles pojawił się w moim życiu dokładnie w tym momencie, w którym go potrzebowałem. 

Nie na tyle, by przeczytać całą jego serię. Po kilkunastu zeszytach z tych czy innych powodów porzuciłem lekturę tego komiksu. Ostatnim komiksem z tym bohaterem w roli głównej z którym miałem styczność była chyba miniseria Spider-Men, w której Miles spotyka Petera Parkera z oryginalnego uniwersum. Zdaję sobie sprawę, że powyższe akapity brzmią trochę tak, jakby Miles był jedną z moich ukochanych postaci, których historię śledzę po dziś dzień – ale tak nie jest. Nowy Spider-Man był dla mnie dość ważny przez moment, ten moment jednak w końcu minął i na długie lata zapomniałem o tej postaci. Aż do czasu, gdy pojawił się pierwszy trailer filmu animowanego Spider-Man: Into the Spider-Verse. Obejrzałem go i opadła mi szczęka – zwiastun obiecywał bowiem niesamowicie wysmakowaną, odważną w formie animację trójwymiarową w oszczędnym, biseksualnym oświetleniu i z fenomenalnymi ujęciami, na czele ikonicznym już „spadaniem w górę” głównego bohatera. Trailer miał jednak coś jeszcze. W ostatniej scenie przed kartą tytułową Spider-Man ściąga maskę, łapie oddech, unosi kącik ust i bardzo cicho śmieje się sam do siebie, z mieszaniną dumy, szoku, zaskoczenia i satysfakcji. Ta króciutka scena idealnie oddała charakter postaci Milesa o sprawiła, że na moment przeniosłem się w przeszłość, do czasów gdy czytałem o tym dzieciaku starającym się udźwignąć gigantyczną odpowiedzialność, którą zrzucił na niego los. 

O tym, że powinienem obejrzeć ten film wiedziałem dzięki wcześniejszym sekwencjom trailera, który zapowiadał animację, jakiej w masowym kinie jeszcze nie było. Odważne decyzje w rodzaju animowania postaci na dwójkach (jeden obraz na dwie klatki filmowe), wystylizowane ujęcia, cięższa atmosfera, komiksowe przebitki i takie drobiazgi jak siateczka rastrów wkomponowana w światłocienie… wszystko to niesamowicie współgrało ze sobą. Gdy na fanpage’u Mistycyzmu Popkulturowego rozpływałem się nad tym zwiastunem opisując poszczególne elementy, jeden z komentatorów napisał coś w rodzaju „To niezwykłe widzieć, że się czymś tak bardzo cieszysz”. Ten trailer naprawdę wlał w moje serce radość i napełnił mnie entuzjazmem. 

O tym, że muszę go obejrzeć wiedziałem dopiero gdy zobaczyłem ten uśmieszek Milesa. 

Czemu dopiero teraz o tym piszę? Cóż, dopiero po całym roku po premierze filmu byłem w stanie pozbierać szczękę z podłogi na tyle, by poświęcić Spider-Man: Into the Spider-Verse serię blognotek. Tak, to będzie bowiem seria, w której zamierzam rozłożyć na części pierwsze zarówno film, jak i wszystkie towarzyszące mu elementy. Od dziś przez cały kolejny tydzień publikował będę jeden tekst dziennie. Najpierw porozmawiamy o samym Milesie Moralesie i pozostałych bohaterach oraz bohaterkach filmu, później procesie powstawania tego filmu, później o oprawie wizualnej, fabule i tak dalej. Zajmie nam to sporo czasu, ale ta animacja naprawdę na to zasługuje. 

Na długo przed pojawieniem się Spider-Man: Into the Spider-Verse w kinach wieszczyłem temu filmowi, że zajmie poczesne w historii animacji i podtrzymuję tę prognozę. To naprawdę jest coś formatu Fantasia, Who Framed Roger Rabbit czy Toy Story – nie tylko kamień milowy w rozwoju całego medium, ale też game-changer, który kompletnie przedefiniował standardy jakościowej wysokobudżetowej animacji 3D. Zapraszam o lektury. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...