![]() |
fragment grafiki autorstwa Sergio Dmongueza, całość tutaj. |
To będzie jedno z tych wstydliwych wyznań – nie lubię
Batmana.
No i proszę. Napisałem to. Wszechświat się nie zawalił, piorun
mnie nie strzelił, szlag mnie nie trafił. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia
potencjalnego rezultatu tej deklaracji – niewykluczone, że po opublikowaniu niniejszej notki zacznę dostawać groźby, na mojej wycieraczce będę odnajdywać różne
nieprzyjemne rzeczy, a ludzie na ulicy będą pluć na mój widok. Nie wspominając
już o tym, że nastąpi lawinowy odpływ czytelników mojego bloga, co byłoby
oczywiście znacznie gorsze, niż plucie, groźby i smrodliwe obiekty na pod
drzwiami.
Nigdy nie lubiłem Batmana. Właściwie nie wiem, czemu (wiem,
czemu nie lubię teraz, ale do tego za chwilę dojdziemy), ale chyba od zawsze
dość ostentacyjnie omijałem wszystko, co związane z najsłynniejszym superbohaterem
wydawnictwa DC. Niech świadczy o tym fakt, że nigdy nie obejrzałem żadnego
filmu o Mrocznym Rycerzu z Gotham – ani tych nolanowskich, ani tych
burtonowskich. W gry też za bardzo nie grałem. Komiksy o Batmanie przeczytałem
w swoim życiu całe trzy – jeden randomowy zeszyt z TM-Semic we wczesnym
dzieciństwie, Arkham Asylum (w ramach
zapoznawania się z klasyką absolutną) w wieku nastoletnim oraz crossover z moim
ukochanym Planetary, stosunkowo
niedawno. Oczywiście oglądałem
kultową kreskówkę z lat dziewięćdziesiątych oraz jej cyberpunkową mutację, ale
i to bardzo fragmentarycznie i w sumie niewiele z nich pamiętam. Jasne, jako
człowiek świadomy popkulturowo musiałem, choćby przez osmozę, nabyć podstawową
wiedzę o mitologii i dziejach Batmana i w sumie na tej podstawie będę wysuwał w
tej notce swoje wywrotowe tezy, więc istnieje spora szansa, że bredzę – ale nie
wątpię, że w takim wypadku pojawi się mnóstwo komentatorów, którzy dobitnie mi
to uświadomią. Możliwe też zresztą, że wcale nie odkrywam tu Ameryki (ani nawet
koła) i moje prowokacyjne tezy wcale takie prowokacyjne nie są… ale zobaczymy.
Aha – obecnie oglądam też emitowany obecnie serial Gotham, co będzie miało znaczenie dla meritum niniejszej notki. Bo
właśnie podczas lektury Gotham uświadomiłem
sobie, jak bardzo popieprzoną postacią jest Bruce Wayne i jak – na pewnym
szczególnym, ale bardzo interesującym mnie poziomie – postać Batmana jest
odpychającym konstruktem.
Napiszę to od razu – Bruce Wayne to szajbus z
nieprzepracowaną traumą po śmierci rodziców, który swoją szajbę racjonalizuje
za pomocą głupiej, cynicznie nieudolnej „walki” z ogólnie pojętym złem. Uchodzi
mu to na sucho, ponieważ jest milionerem, czyli członkiem tego jednego procenta
społeczeństwa, które żyje w ekonomicznym i społecznym matriksie, co zapewnia mu
właściwie nietykalność. Batman może więc traktować Gotham jako osobliwe safari
pełne przestępców, na których poluje w ramach swojego hobby i dorabiać do tego
jakąś kretyńską ideologię o „oczyszczaniu miasta ze zła”. I ten
super-inteligentny facet, ten World’s
Greatest Detective nigdy nie pomyśli nad tym, czemu Gotham nie jest jeszcze
miastem praworządności, skoro ma przecież takiego wspaniałego anioła stróża
działającego już od trzech ćwierćwieczy.
Nie da się zmienić świata, piorąc go po mordzie i okazyjnie
dawać spore datki charytatywne na wystawnych przyjęciach. Czemu Bruce Wayne nie
wspiera ruchów społecznych, nie lobbuje za większym pakietem socjalnym, rozwinięciem
infrastruktury wspierającej najuboższych, opieką społeczną, podatkiem
progresywnym? Oczywiście, takie rozwiązanie jest czasochłonne, nie tak
efektowne jak „Batman way” i z
rezultatami rozłożonymi w czasie (co jest jednak lepsze, niż brak rezultatów
rozłożony w jeszcze większym czasie). Tak, wiem, w tym momencie przemawia
przeze mnie wstrętny lewak, ale od pewnego czasu po prostu nie umiem patrzeć na
Batmana inaczej, niż przez pryzmat polityczny. To znaczy, oczywiście umiem i
doceniam wiele aspektów tyczących się tej postaci, ale ten konkretny obrzydza
mi Batmana dokumentnie. Kiedyś Dorkly opublikowało zabawną animację, w której
Batman próbuje rozmawiać z przedstawicielami Occupy Wall Street. Filmik jest
zabawny, dopóki nie uświadomimy sobie, że nie ma w nim krzty przesady.
Popatrzmy na przywoływany już Gotham i tego, jakich złoczyńców możemy tam zobaczyć. Największą
grupą są typowi dla uniwersum Batmana szaleńcy opętani jakąś konkretną obsesją,
której podporządkowują całą swoją osobę (oraz zmysł estetyczny). Poza nimi
widzimy jednak prostych ludzi, którzy biorą prawo w swoje ręce, ponieważ widzą,
że nikt inny go nie trzyma – ani skorumpowani politycy, ani zdemoralizowana
policja. Trzecią grupą są oligarchowie, tak już zblazowani, że – jak widzimy w
jednym odcinku – dla zdrożnej uciechy każą tłuc się o ochłapy ze stołu
pańskiego tym podludziom, zwanym powszechnie ich pracownikami. Batman będzie walczył
z takimi właśnie ludźmi – zwalczał objawy choroby, nie myśląc nawet o tym,
gdzie tkwi jej źródło. I nigdy nie będzie w stanie tego zrozumieć.
A gdzieś w tle mamy młodego panicza Bruce’a, którego wierny
lokaj Alfred uczy, że przemoc to właściwy sposób na uzyskanie szacunku i
poczucia własnej wartości (epizod z zegarkiem i szkolnym łobuzem). Zastanawiam
się, czy twórcy Gotham zdają sobie
sprawę z tego, że pokazując nam kulisy „narodzin” Mrocznego Rycerza, pokazują w
istocie, jak odstręczającą jest on postacią, jeśli się chwilę nad tym
zastanowić.