niedziela, 23 września 2012

Efekt Frugo

















fragment grafiki autorstwa Dustina Nguena, całość tutaj.

Wyobraźcie sobie objazdową budkę z fast foodem, która krąży sobie po całym świecie – od Nowego Jorku po Wiedeń. W każdym miejscu, w którym się zatrzymuje, budzi raczej umiarkowane zainteresowanie – ot, wagonik z hamburgerami, frytkami, tudzież innym, ociekającym tłuszczem, śmieciowym jedzeniem. Czasem ktoś podejdzie, coś kupi, coś zje, zagada do sprzedawcy, który przyzwyczajony jest do takiego, a nie innego zachowania klientów. Normalka. A teraz wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby taka budka teleportowała się do Etiopii, zaparkowała gdzieś nieopodal średniej wielkości wioski, odsłoniła rolety, wywiesiła menu, a po okolicy zaczął roztaczać się zapach smażonego na patelni mięsa. Wyobrażacie sobie te tabuny nie tylko z najbliższej, ale i ze wszystkich okolicznych wiosek szturmujące nieszczęsną budkę i domagającą się wydania jak największej ilości pokarmu. Nieszczęsny sprzedawca z przerażeniem obserwuje szamanów, tam-tamami zawiadamiających kolejne wioski o niepojętym zjawisku, jakie pojawiło się w okolicy. Imaginujecie sobie, jak taki sprzedawca musiałby się czuć? Ja nie, wy pewnie też nie – ale naczelna polskiego oddziału wydawnictwa Hachette ma pewnie całkiem niezłe wyobrażenie.

Wszystko zaczęło się nieco ponad miesiąc temu, gdy na facebookowym profilu komiksowego magazynu internetowego KZ pojawiło się info o tym, że ktoś rzekomo coś gdzieś usłyszał o wydanym w twardej oprawie komiksie ze Spider-Manem w roli głównej, który ot tak, leżał sobie na sklepowej półce, jak gdyby nigdy nic. Komentujący – oczywiście – zaczęli wyrażać swój sceptycyzm, przechodząc przez pełne spektrum od pobłażliwego pukania się w czoło do otwartego roftlowania. No bo jak – Marvel? W Polsce? W kiosku? Komuś coś zdecydowanie musiało się pomerdać. To trochę tak,  jakby przez Marszałkowską pewnego dnia przemaszerował  sobie T-Rex. Tak absurdalne, że aż nie warto o tym dyskutować. Przez ciężką chmurę pesymizmu przebijały się nieśmiałe promienie przekazywanych z drugiej ręki, ale mimo wszystko – konkretów. Ponoć komiks wydaje niezwiązane dotychczas z przemysłem komiksowym wydawnictwo Hachette specjalizujące się w wszelkiej maści produktach kolekcjonerskich. Nie mam tu na myśli dopalaczy, a rozmaite broszurki pokroju „złóż własnoręcznie Messerschmitta w skali 1:1! W pierwszym numerze fragment śmigła i statecznik tylko za 9,99 złotych!”. Analogiczna kolekcja wychodziła też Wielkiej Brytanii i paru innych krajach z tego bardziej cywilizowanego zakątka naszej planety. Gdzieś mignęło zdjęcie tego legendarnego egzemplarza zrobione telefonem komórkowym, ale przekonało doświadczonych komiksiarzy mniej więcej równie skutecznie, co doświadczonego astrologa zrobione komórką zdjęcie latającego spodka albo specjalistę od żyjątek wodnych fotka Nessie.

Znalazła się jednak zaskakująco spora grupka zapaleńców, która następnego dnia rano gromadnie wyległa na ulice i pielgrzymowała w kierunku najbliższych punktów sprzedaży prasy drukowanej z bijącym sercem oraz nadzieją (i obłędem) w oczach molestując kioskarki pytaniem „Czy są komiksy?”. Starsi z pątników przeżyli nielichego nostalgia-trpia, albowiem kilkanaście lat temu, kiedy mieli zdecydowanie mniejsze mięśnie piwne, zdecydowanie więcej włosów i zdecydowanie mniej życiowych problemów na głowie robili dokładnie to samo, wypatrując nowych TM-Semiców przez kioskową szybkę.

Rezultat był ambiwalentny, choć mocno zaskakujący. O ile większość z poszukiwaczy wróciła do domów z pustymi rękami, o tyle niektórzy z nich odnieśli spektakularny sukces – na kioskowych półkach, niczym miniaturowe Arki Przymierza, czekały na nich oprawione w folie, przyczepione do barwnego kartonika tomiszcza z Człowiekiem Pająkiem na okładce. Za piętnaście złotych! Ponoć na ten widok któryś ze starszych delikwentów w województwie lubelskim doznał zawału i trzeba było nieszczęśnika karetką na sygnale odwozić do szpitala. Okazało się, że ów komiks faktycznie, namacalnie istnieje w naszej czasoprzestrzeni.

Kiedy już opadł kurz wzniecony przez stopy fanów obrazkowych opowieści wracających do domów z połowu, w Sieci pojawiły się pierwsze relacje. Komiks jest, ale tylko w niektórych miejscach. Z licznych świadectw wystukiwanych w klawiaturę przez podekscytowanych komiksiarzy wywnioskować było można, że z jakiegoś powodu jedynie ściana wschodnia została pobłogosławiona pierwszym od bodaj dziesięciu lat komiksem made in Marvel szeroko rozpowszechnianym w naszym kraju. Ktoś napisał o tym na forum, ktoś inny na blogu, posypały się komentarze i zrobiło się gigantyczne zamieszanie porównywalne chyba tylko z pożarem w burdelu. W redakcji Hachette zaczęły się urywać telefony. Miła, ale najwyraźniej słabo zorientowana w sytuacji pani udzielała okruchów informacji, które potem zgodnie mielone były we wszystkich dostępnych miejscach przez olbrzymi sztab znawców meandrów polskiego rynku komiksowego. Tak, kolekcja idzie na całą Polskę. Nie, to nie jest żadne testowanie rynku. Tak, szeroko zakrojona kampania reklamowa pojawi się już lata dzień. Tak, strona internetowa dedykowana kolekcji także będzie już za chwileczkę, już za momencik. Znamienne jest, że żadna z tych informacji, podanych przecież z pierwszej ręki, nie była prawdziwa… ale nie uprzedzajmy wypadków.

Siłą mediów społecznościowych informacja wykipiała poza getto komiksowe. Każde forum internetowe, niezależnie od tego, czy dedykowane literaturze, murarce czy szydełkowaniu synchronicznemu miało swój temat o tej kolekcji. Na Facebooku ludzie wymieniali się linkami i informacjami. W wielu szarych zjadaczach chleba, którzy komiksy zarzucili na etapie Kaczora Donalda uśpiony miłośnik kolorowych zeszytów obudził się, ziewnął rozdzierająco, przeciągnął się i bacznie przyjrzał zastanej sytuacji. Środowiska gimbusiarskie brandzlujące się internetowymi memami z „Ewendżersów” i „Spajdermana” masowo lajkowały wstawioną na pewnym popularnym wśród młodzieży gimnazjalnej portalu propagującym sztukę plebejską informację o kolekcji.

Tymczasem w samym komiksowie wrzało. Mimo zapewnień ze strony wydawnictwa, kolekcja wciąż pozostawała dostępna tylko w bodaj dwóch województwach. Snuto rozmaite teorie spiskowe – drukarnie się nie wyrobiły? Ktoś okadził hurtownie kilometrem sześciennym helu, coby pracownicy pogubili się we mgle? A może ciężarówka dowożąca egzemplarze kolekcji z drukarni do magazynów uderzyła w brzozę? A – któż to wie? – może wbrew twierdzeniu miłej pani z Hachette ta kolekcja jest jednak tylko testem rynku? Spekulacjom nie było końca – zarówno na forach internetowych, jak i Alledrogo, gdzie co bardziej przedsiębiorczy fani komiksu wstawiali zakupione w kioskach egzemplarze, oczywiście z kilkukrotnym przebiciem. Obok tego – trzeba oddać sprawiedliwość – kwitła też koleżeńska siatka życzliwych komiksiarzy, którzy w miarę możliwości pomagali tym kolegom z fandomu, którzy, jakkolwiek groteskowo by to nie brzmiało, mieli nieszczęście mieszkać poza obszarem Polski B.

A płonący burdel trwał w najlepsze. Infolinia Hachette co i rusz podawała nowe informacje, bo obiecywanej strony internetowej  jak nie było, tak nie było (i nie ma dalej). Pierwszy numer był promocyjny, dlatego taki tani. Kolejny będzie już nieco droższy, a trzeci kosztować będzie cztery dychy bez jednej złotówki – i na takiej cenie zatrzyma się licznik. Drogo? Żyjemy w kraju, w którym komiksy o analogicznej objętości (trochę ponad 120 stron) i standardzie (twarda oprawa, kredowy papier, dodatki) cenowo sięgają sum trzycyfrowych. Trzydzieści dziewięć złotych za porządnie wydany komiks to, wbrew pozorom, cena iście bajeczna. Dobre samopoczucie psuła jedynie wysoka częstotliwość ukazywania się nowych tomów (co dwa tygodnie) która zdecydowanie nie jest kompatybilna z przepustowością portfela statystycznego Kowalskiego. 

Ludzie zaciskali zęby, wierząc zapewnieniom, że problemy z dostępnością to bolączka tylko pierwszego numeru, że od drugiego kolekcja idzie na cały kraj – a pierwszy numer bezboleśnie będzie można dokupić sobie wysyłkowo, archiwalnie. I wszyscy to łyknęli – mimo potężnej wtopy zaliczonej na starcie cała rzesza ludzi wciąż trzymała kciuki za wydawaną przez Hachette kolekcję. Niektórzy kręcili nosem na fakt, iż przez kolekcję przewija się sporo wydanych już u nas wcześniej komiksów. Spider-Man: Powrót do domu, który otwiera całą kolekcje wyszedł u nas wcześniej już dwa razy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że na grzbietach wydawanych w ramach kolekcji tomów znajdują się fragmenty obrazka, które, złożone do kupy, mają prezentować spektakularną grafikę. No i fajnie, tyle tylko, że esteci, którzy zdecydowani byli kupować jedynie wybrane pozycje (bo resztę albo już posiadają, albo im zwisa) mieli do wyboru czarny flamaster, okleinę albo rezygnację z zakupów. Co dziwne, wielu z nich wybrało bramkę numer trzy. No cóż, nigdy nie byłem estetą, więc nie bardzo rozumiem, ale niech im tam będzie. Poza tym, wielu kolekcjonerów z dłuższym stażem, wiedzionych wieloletnim doświadczeniem, zaczęło obstawiać cyniczne zakłady, ile numerów seria pociągnie, zanim zdechnie, więc kwestia obrazka na grzbietach tak czy inaczej jest dla nich czysto akademicka.

Tymczasem coś się zaczęło psuć. Na forach i profilach Facebookowych gruchnęła wiadomość, że pierwszy numer kolekcji, owszem, będzie można dokupić archiwalnie… ale za cenę czterech dych, nie zaś, jak to było w przypadku dystrybucji kioskowej, niecałych trzech piątaków.  W międzyczasie wyszedł drugi tom kolekcji – i powtórzyła się sytuacja z pierwszego podejścia. W dniu premiery w całym kraju ludzie ruszyli do kiosków i najczęściej wracali do domów z kwitkiem i gorzkim rozczarowaniem, dając upust swej goryczy wewnętrznej na blogach i forach. Okazało się bowiem, że komiks ponownie wylądował tylko we wschodniej Polsce. Jeśli ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tej sprawie, szybko musiał się ich wyzbyć. Wielka Kolekcja Marvela od Hachette okazała się być, przynajmniej na razie, testem sensowności takiego przedsięwzięcia na szeroką skalę. Dodajmy, że testem, który powiódł się w stopniu znacznie przekraczającym założenia badaczy. Testem, który, niczym monstrum Frankensteina, ruszył w świat przewracając go do góry nogami, a nad którym testujący, zdaje się, utracili w pewnym momencie kontrolę. Z drugiej strony barykady docierały bowiem echa plotek mówiących o iście dantejskich scenach rozgrywających się w polskiej siedzibie Hachette – o szefowej w trybie natychmiastowym ściągniętej z urlopu, by ogarnąć niespodziewany kryzys, o ekspresie do kawy, którego awaria zaważyła na kluczowych decyzjach w wydawnictwie, o podejmowanych zbyt pochopnie decyzjach, które głęboką czkawką odbijają się fanom komiksów do teraz. Co robić, jak żyć?

W chwili, w której piszę te słowa ukazał się właśnie trzeci numer kolekcji – oczywiście wypuszczony tylko w niektórych miejscach. Wydany ładnie, zawiera w sobie przyzwoitą historię o Iron Manie, ale ma jedną denerwującą wadę – śmierdzi. Hachette brnie w zaparte i upiera się, że „to nie jest żadne badanie rynku”, choć oczywiście nikt już wydawnictwu nie wierzy. W oczach fanów komiksu Hachette nierzetelnością zaczyna wygrywać z legendarnym Manzoku, a to już sztuka, bo Manzoku upada i zmartwychwstaje więcej razy, niż Kenny z South Parku. Na zdrowy rozum wygląda to tak, że pierwsze cztery tomy kolekcji istotnie są testem rynku, a dopiero po ich wydaniu i podliczeniu sobie zysków (lub strat) zapadnie decyzja o ewentualnym „oficjalnym” wpuszczeniu na rynek Wielkiej Kolekcji Marvela, tym razem już na cały kraj, ze stosowną pompą, reklamami w telewizji i tak dalej. Jak to będzie wyglądać dla ludzi, którzy już teraz zamówili sobie prenumeratę – pojęcia nie mam.

Być może zaskoczył was prześmiewczy ton niniejszej notki – jako, że przez większość czasu na Mistycyzmie Popkulturowym jestem rzeczowy i konkretny, niczym właściciel zakładu pogrzebowego w westernie – ale zwyczajnie, pisząc o tej sprawie, nie jestem w stanie zachować powagi, bo każde kolejne info w tej sprawie budzi mój pusty śmiech. Cała afera Hachettegate pokazała jednak kilka bardzo ciekawych rzeczy na rodzimym poletku komiksowym i nawet, jeśli kolekcja zdechnie po tych zapowiedzianych czterech numerach, to i tak jej pojawienie się na naszym rynku dało nam ciekawy obraz wycinka polskiego światka komiksowego.

Po pierwsze – Marvel, a sprawa polska. Przez ostatnie kilkanaście lat wykształciło się u nas silne przeświadczenie, że w Polsce po prostu nie da się sensownie wydawać komiksów superbohaterskich w szerszej dystrybucji. Na przestrzeni ostatniej dekady próbował to robić Egmont, próbowała Mandragora, próbował Dobry Komiks! (eksperyment Axel Springer Polska) i jakoś się to nie powodziło. Egmont leciał z albumami pokroju Daredevil: Diabeł Stróż, Fantastic Four 1234 czy Inhumans. Kołodziejczak stwierdził jednak, że to się nie opłaca i wydawnictwo zaprzestało wydawania amerykańskiego superhero. Jedynym wyjątkiem byli Eternals wydani przed czterema laty, ale to wyjątkowa sytuacja, bo komiks nie został wydany na zasadzie „rzecz od Marvela” tylko „rzecz od Neila Gaimana”.

Ciekawym przypadkiem była z kolei Mandragora. Z perspektywy dzisiejszych czasów ich spuerbohaterskie zeszyty nie miały prawa się sprzedawać – osiem złotych za jeden, dwudziestostronicowy zeszycik, to jest jednak o wiele za dużo. A jednak wydawnictwo przez długi okres czasu (siedem lat) z powodzeniem funkcjonowało na polskim rynku komiksowym, zaopatrując go nie tylko w amerykański mainstream (m.in. długa seria wydawnicza o Punisherze od Gartha Ennisa i liczne miniserie z Wolverinem w roli głównej), ale też mangi oraz komiksy polskich autorów. „Mandra” odpowiedzialna jest za (nieudaną niestety) próbę wskrzeszenia marki Kapitana Żbika czy wydanie bardzo sympatycznego Odmieńca Oleksickiego, który to rysownik od jakiegoś czasu podbija zachodnie rynki. Po drodze coś się jednak zaczęło psuć, kluczowym dla upadku wydawnictwa momentem było dorwanie się do sterów niejakiego Pawła „Nurka” Nurzyńskiego. Osobnik ów okryty jest w polskim komiksowie wieczystą niesławą – najpierw rozpieprzył Mandragorę, potem przeszedł do wydawnictwa Taurus Media, a okres jego pracy w tej oficynie jakoś tak dziwnie zbiegł się z długą przerwą w wydawaniu przez Taurusa komiksów. Potem Nurek zanurkował do polskiego ramienia Mucha Comics, skąd po paru latach został wyrzucony na zbity pysk za doprowadzenie wydawnictwa na skraj bankructwa, czego skutki Mucha odczuwa do dzisiaj. Ale wracając do Mandragory – zdechła nie tylko ze względu na Nurka. Początkowo radziła sobie świetnie, momentami pod względem sprzedawalności wyprzedzając nawet Egmont. Błędem była próba przeszczepienia amerykańskiego modelu wydawniczego na polski rynek. Wyglądało to tak – najpierw wydajemy zeszyty, a potem wydania zbiorcze gromadzące to, co wcześniej puściliśmy w zeszytach. Polak głupi nie jest i pomyśli sobie „Po kiego grzyba mam kupować zeszyty, skoro i tak później będzie trejd?”. Albo odwrotnie – „Skoro mam już zeszyty, po cholerę mi wydanie zbiorcze?”. Siłą rzeczy sprzedawalność padła, do tego nałożyły się pewne wewnętrzne problemy (czyli Nurek) i dyskretna ewakuacja z wydawnictwa osób stanowiących człon redakcji. Na końcu Mandragorę wykupił Demart, czym przypieczętował upadek świetnie prosperującej oficyny.

Dobry Komiks! był natomiast eksperymentem – Axel Springer chciał szturmem wejść na rodzimy rynek komiksowy, ale zrobił to z gracją słonia w składzie porcelany. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się być w porządku – przyzwoita cena (pięć złotych za czterdzieści osiem stron), niezła jakość wydawnicza, szeroka dystrybucja. Tyle tylko, że Axel, zdaje się, nie bardzo się orientował w prawidłach polskiego rynku komiksowego i popełnił kilka kardynalnych błędów. Przede wszystkim, obok pozycji naprawdę ciekawych – jak Ultimate X-Men, Spectacular Spider-Man czy New X-Men Morrisona – wydawał koszmarki pokroju Silent Hill czy Soul Saga. Z tego wynika drugi kardynalny błąd, czyli zadławienie rynku zbyt wielką ilością napoczętych serii, co przekładało się na ich sprzedawalność. W końcu Axel machnął ręką i dał sobie spokój, bo przedsięwzięcie nie generowało spodziewanych zysków. Do dziś można dostrzec w kioskach komiksy z charakterystycznym logiem DK! podoczepiane do magazynów o grach, bo oficyna nie ma co robić z zalegającymi w magazynach zeszytami.

Nie wspomniałem tu jeszcze o Fun Media, czyli pogrobowcu kultowego TM-Semica, który był odpowiedzialny za wprowadzenie Marvela do naszego kraju, ale tu naprawdę nie ma o czym mówić, bo wydawnictwo szybko upadło, wypuściwszy zaledwie parę numerów Ultimate Spider-Mana. No cóż…

Wróćmy jednak do staus quo mówiącego, że w Marvel i Polska to coś, co się ze sobą gryzie. Dziś komiksy Marvela wydaje tylko Mucha Comics, ale robi to w taki sposób, że tak zwany normalny czytelnik nie da rady ich kupić, bo są po prostu zbyt kosztowne. Mucha wydaje przepięknie – twarda oprawa, duży format, kredowy papier, szyto-klejone strony – ale wydaje też ekstremalnie drogo, bo celuje w stosunkowo wąską grupę kolekcjonerów. Kołodziejczak natomiast od całej dekady niemal tłukł nam do głów, że Marvela w Polsce się nie da, bo się nie da i tyle. Wytworzyła się w ten sposób patologiczna sytuacja, bo Dom Pomysłów przeżywa ostatnio czwartą młodość, tym razem za sprawą ekranizacji swoich komiksowych marek, a żaden z wydawców dotąd nie odważył się choćby spróbować wypuścić do szerszego czytelnika jakiegoś marvelowego zeszytu na przykład przy okazji premiery Avengers, na którą także w naszym kraju waliły tabuny ludzi. Właśnie przez ten mem o niekompatybilności kolorowych zeszytów okołomarvelowych z rodzimym rynkiem komiksowym.

Znane powiedzenie mówi, że jeśli chcemy dokonać czegoś niemożliwego, to skłońmy do próby kogoś, kto nie wie, że to coś jest niemożliwe. Hachette nie wiedziało – nie jest w końcu wydawnictwem komiksowym, tylko kolekcjonerskim. Wykazało się jednak godną pochwały przezornością, wypuszczając na początku wersje testową. Kiedyś podobnie uczyniła z próbą wprowadzenia na rynek kolekcji komiksów z serii Kapitan Kloss, które początkowo wychodziły tylko w okolicach Łodzi, ale nie cieszyły się zbytnią popularnością i, koniec końców, kolekcja się nie ukazała. W przypadku Wielkiej Kolekcji Marvela można było założyć podobną sytuację, ale…

No właśnie, ale. Ale ludziom brakowało taniego Marvela w kioskach. Regularnie dopominający się o tego typu rzeczy byli przez wydawców olewani i traktowani jak hałaśliwa mniejszość, dopiero nieznająca rynkowych uprzedzeń oficyna Hachette zdołała ich potrzeby w jakiejś mierze zaspokoić. Piszę „w jakiejś mierze” bo trudno za tani uznać komiks kosztujący czterdzieści złotych bez ogona, ale w tym przypadku takie postawienie sprawy jest akurat sensowne, wziąwszy pod uwagę średnie ceny komiksów o analogicznej objętości i standardzie wydawniczym publikowanych w naszym kraju. Zbieranie komiksów to drogie hobby, ale Hachette zrobiło jednak niemały krok w dobrą stronę. Czytelnicy natomiast, robiąc szum wokół kolekcji, która nie miała absolutnie żadnej reklamy, dali czytelny sygnał – chcemy tego. Tomek Kołodziejczak zakłamujący rzeczywistość słowami, że pragnienie superbohaterskich zeszytów  to tylko wrzaski kilku internetowych roszczeniowców (z faryzeuszostwem wydający dwa komiksowe magazyny dla fanów Star Wars) ma dziś pewnie o czym myśleć.

Hachette też ma o czym myśleć. Ich test się nie udał. To znaczy – teoretycznie owszem, wynika z niego, że mają w Polsce potężną bazę czytelników spragnionych komiksów od Marvela. Hachette jest doświadczonym wydawnictwem, które niejedną – zdawałoby się nierentowną – kolekcję na polski rynek wprowadziła. W tym jednak przypadku trafiła kosa na kamień, bo, jako się rzekło, polski rynek komiksowy to anomalia na skalę co najmniej galaktyczną. I Hachette nie czuje się w tym przypadku zbyt pewnie, bo co najmniej raz się już przejechało (wyżej wspomniany Kloss). Tymczasem drogą mediów społecznościowych testowa wersja kolekcji „wyciekła” poza obszar jej kontrolowanej detonacji – ludzie jeździli na Lubelszczyznę, prosili mieszkających tam przyjaciół o podkupienie egzemplarza, spekulowali nimi w Internecie… Mała dostępność towaru okazała się działać stymulująco na fanów komiksu. I pokazała, że ludziom zależy. Naprawdę zależy. Przy okazji, ma się rozumieć, rozregulowując hachettowy test.

Cała sprawa pokazała jeszcze jedną ciekawą rzecz, którą dla wygody nazywam „efektem Frugo”. Wyżej napisałem o ludziach, którzy biegali od kiosku do kiosku z pytaniem, czy pierwszy tom komiksu aby przypadkiem nie zahaczył o ten punkt sprzedaży. Ci sami ludzie dwadzieścia lat wcześniej robili dokładnie to samo, wypatrując przez kioskową szybkę komiksów od TM-Semica. Idę o zakład, że fala nostalgii porwała niejednego „uśpionego” fana komiksów. Coś podobnego działo się jakiś czas temu z napojem Frugo, który był promowany właśnie za pomocą nostalgii. O ile koncern stojący za przywróceniem legendarnego napoju zrobił to z rozmysłem, o tyle Hachette wyszło to przypadkiem.

Nie wiem, co się w końcu stanie z Wielką Kolekcją Marvela w naszym kraju. Zapowiedzianych jest sześćdziesiąt tomów, wydawanych w trybie dwutygodniowym. Na moje oko (i kieszeń) to zbyt często, kupować będą jedynie nieliczni kolekcjonerzy których stać i ci, którym naprawdę zależy. Nie wydaje mi się, by ta grupa zdołała uciągnąć sprzedawalność na odpowiednim poziomie. Ale chciałbym się mylić, choćby z tego powodu, żeby nie dawać Kołodziejczakowi kolejnego dowodu na to, że się nie da. Bo ja, mimo wszystko, uważam, że się da. I trzymam kciuki, żeby się dało.

16 komentarzy :

  1. Ja akurat porwałam się na komiksy Muchy (na razie "House of M", ale czaję się na "5 koszmarów"), tylko jak sam wspomniałeś, kasa - a ja jestem w sytuacji komfortowej, stały dochód, klasa średnia, itp. Nie wyobrażam sobie np. studentów kupujących ich komiksy.

    A Hachette samo sobie w stopę strzela IMHO. Choć cena zdecydowanie bardziej zachęcająca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hachette wyda House of M (o ile seria wydawnicza dożyje tego momentu). A Pięciu Koszmarów nie polecam, bo kiszka.

      Usuń
    2. O, to właśnie mi zaoszczędziłeś sporo pieniędzy. Chyba w zamian kupię Lost Girls.

      Usuń
    3. Nieporównywalnie lepszy wybór.

      Usuń
    4. Nie słuchaj Misiaela. "Pięć koszmarów" to zdecydowanie jeden z najlepszych komiksów z człowieka z żelaza w roli głównej :)

      Usuń
    5. Popieram przedmówcę, "Pięć koszmarów" to jeden z najlepszych komiksów z Iron Manem - bardzo filmowy i na czasie, zresztą komiks ten dostał nawet nagrodę Eisnera.

      Usuń
    6. Well, są różne gusta. Dla mnie jest to przede wszystkim komiks Matta Fractiona, co mówi samo za siebie.

      Usuń
  2. Przeczytałem z zainteresowaniem, bo ja właśnie z tych zdziadziałych wychowanych na TM-Semic. W trzech czy czterech kioskach nie znalazłem, na Allegro pojawiły się ze słoną przebitką, a ja nie lubię zasilać kieszeni polskim wąsatym cwaniakom.

    Co do poprzednich historii, to większość z nich obserwowałem z przykrością - kolejne upadki, Mandragora, którą nie raz zasiliłem pieniążkiem, Dobry Komiks! (odczep się od Soul Saga, dobrze?), który teraz stał się synonimem tandety, i kolega Kołodziejczak, który tłumaczy że "se ne da". O Nurku nie wiedziałem, aż tak światka komiksowego nie śledzę.

    A jeśli idzie o polski rynek komiksu, to z czasem poddałem się i komiksy po prostu kupuję z Amazona, ładnie wydane, w sensownej cenie, w bonusie szlifowanie angielskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "W trzech czy czterech kioskach nie znalazłem, na Allegro pojawiły się ze słoną przebitką, a ja nie lubię zasilać kieszeni polskim wąsatym cwaniakom."

      I w wyniku tego nie mam żadnego komiksu od Hachette, czego jakoś nie napisałem expressis verbis.

      Usuń
    2. @Barts
      "(odczep się od Soul Saga, dobrze?)"

      Ale to ci się poważnie podobało? Przecież ten komiks to kwintesencja złego smaku. Nie wiem, chyba pójdę do piwnicy, wyciągnę go z kartonu i przeczytam raz jeszcze...

      Usuń
    3. To nie było arcydzieło treści intelektualnej, to fakt, ale za to było ładnie rysowane i miało fajny klimat techno-fantasy. W przypadku gier, komiksów i filmów czasem jestem w stanie wybaczyć nędzny scenariusz czy inne problemy, jeśli są ładne wizualia. Case in point: Prince of Persia, ten cel-shadingowy. Soul Saga u mnie się łapie w kategorii eye-candy w klimacie lekko kojarzącym się z Mutant Chronicles, do których mam słabość.

      Usuń
    4. Eye-candy? Poważnie? Każdy bohater wygląda jak choinka, rysownik jest na bakier z anatomią (ja wiem, że to nie plecy konia, ale i tak kreska zalicza mocne wahania w obrębie całości), postaci przyjmują pozy będące na bakier z tradycyjnie pojmowanym kręgosłupem, zbliżenie na tyłek/cycki jednej z bohaterek mamy na każdej stronie, na której się ona pojawia. Całość wygląda jak żywcem wyjęta z komiksowych najntinsów spod znaku Roba Liefielda. Jedyne, co mi się w tym komiksie podobało, to kolory - świetnie dobrane i nasycone.

      Usuń
    5. To znacz - owszem, nie wykluczam, że to wszystko może komuś nie przeszkadzać i rysunkowo komiks będzie dla niego ok, ale ja tu żadnych rewelacji nie widze, a eye-candy (plus na ogół znakomita fabuła!) to szukam raczej u Andreasa.

      Usuń
    6. KJP, czyli Każdemu Jego Porno. Mój wewnętrzny nastolatek piszczał jak dziewczynka przy lekturze Soul Saga. Andreas, well, ładna i artystyczna rzecz, ale na przyklad aż tak mi nie podeszło.

      Usuń
  3. Paranoja. Kolekcja - z tego co widzę - jest całkiem porządna, większość z tych tomów ktoś, gdzieś, kiedyś mi polecał i byłbym gotów je kupić. "Extremis" mi się podobał, nie był spektakularny, ale porządnie zrobiony i po prostu miło się na niego patrzyło, a po "Astonishing X-Men" Whedona miałem sięgnąć po skończeniu lektury wcześniejszych zeszytów Morissona.

    Dzięki za tekst, nie wiedziałem o tym nic, bo w polskim fandomie nie siedzę, a w komiksy dopiero nurkuję. Dobrze, że zainteresowałeś mnie sprawą nawiązaniem do niej na JS. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę. Zapraszam częściej.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...