Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fabryka Słów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2019

RECENZJA: Epoka Antychrysta

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.


Epoka Antychrysta – satyra społeczna przebrana za fantastykę naukową autorstwa dziennikarza, tłumacza, eseisty, byłego redaktora naczelnego gazety Rzeczpospolita oraz obecnego redaktora naczelnego pisma Do Rzeczy Pawła Lisickiego ukazała się w dwa tysiące osiemnastym roku nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Fabuła przenosi nas do XXIII wieku i obraca się wokół pontyfikatu nowego papieża wprowadzającego do instytucji Kościoła Rzymskokatolickiego szereg radykalnych reform. W toku fabuły poznajemy życie papieża, który ostatecznie zdecydował się przyjąć imię Judasz, jego pochodzenie, środowisko, w którym się wychował, drogę do kapłaństwa oraz brzemienny w wydarzenia pontyfikat.

Publikacja odbiła się głośnym, choć krótkim echem w mediach zarówno głównego nurtu, jak i  niszy polskiej fantastyki. Witold Mrozek z Gazety Wyborczej napisał: „Epokę Antychrysta Pawła Lisickiego czyta się jak odjechane komentarze prawicowego trolla o upadku Kościoła i treningu seksualnym dzieci”. Portal, który prawdopodobnie już zawsze znany będzie głównie z reklamowania parówek, opublikował recenzję autorstwa Bartosza Świderskiego, który książkę podsumował w taki sposób: „Oczywiście twórczość artystyczna nigdy nie powinna mieć ograniczeń. Najwięksi artyści często sięgali po obrazoburstwo., ale tego typu narzędzi trzeba używać umiejętnie. Pawłowi Lisickiemu się to nie udało, gdyż wzbudza głównie zażenowanie czytelnika swoim stylem.” Oko.press opublikowało swoją recenzję – „Lisicki nie rozumie ani lewicy, ani idei równości, boi się ich, a swoje fobie – podszyte fascynacją – wylał na trzysta stron powieści.” Monika Białkowska z Przewodnika Katolickiego stwierdziła natomiast, że „Lisicki przestał być publicystą, z którym się można zgadzać lub nie. W Epoce Antychrysta pokazał przerażającą twarz: wulgarną, wyuzdaną, pełną nienawiści – i myśl daleką od katolickiej. Nic, co napisał wcześniej i co napisze kiedyś, nie może być już być czytane w oderwaniu od tego kontekstu”. Na tę ostatnią recenzję odpowiedział redaktor Do Rzeczy, Tomasz Kolanek w ten sposób „Epoka Antychrysta to przede wszystkim przestroga dla nas, co będzie, jeśli nie zatrzymamy tego szaleństwa i nie wrócimy do tego, co przez prawie 2000 lat budowało fundament Kościoła Katolickiego.”

Epoka Antychrysta to jednak nie tylko satyra polityczna – to również, przynajmniej nominalnie, fantastyka naukowa. Polski fandom fantastyki, co przyjmuję z zerowym zaskoczeniem, podszedł do powieści Lisickiego w znacznie mniej krytyczny sposób. Kinga Tator ze strony Konwenty Południowe napisała o książce tak: „Poleciłabym ją (…) wszystkim tym, którzy nie boją się tematów tabu. Osobom, które szukają czegoś całkowicie nowego i świeżego oraz komuś, kto uwielbia klimat dystopii i nie boi się zobaczyć całkiem odmiennego świata, w którym wszystkie prawa przestały obowiązywać. Serdecznie polecam ją także tym, którzy po obejrzeniu filmu Kler czują zawód i chcieliby większej ilości wrażeń”. Adrianna Dworzyńska z Bestiariusza miała nieco bardziej wyważoną opinię: „Jest to książka trudna i niepozbawiona wad. Niektórzy znajdą w niej potwierdzenie swoich obaw, inni zaś zirytują się, obserwując groteskową hiperbolizację obecnie panujących tendencji na świecie, które, z głoszenia tolerancji i szacunku do jednostki, niezależnie od poglądów, pochodzenia czy orientacji, zamieniają się w upodlenie całego świata i upadek chrześcijaństwa na rzecz ludzkich „widzimisię”, a z kolei każdy przejaw niezgody uznawany jest za mowę nienawiści (sarkazm pisarza czy obśmianie walki z hejtem?).” przyznając książce idealnie symetryczną ocenę dwóch i pół gwiazdki na pięć możliwych. Na tym tle wyłamuje się Roman Ochocki z Katedry: „Epoka Antychrysta jest powieścią dla przekonanych i chyba autor nie pretenduje (na poważnie) do tego, aby kogoś z przeciwnego „obozu” nią przekonać do czegokolwiek innego poza stwierdzeniem, że religijny fundamentalista to albo zagrożenie, albo pajac. Jest to bardzo krzywdzące dla tych wszystkich, którzy swoją wiarę, także w bardzo ścisłym przywiązaniu do jej zasad, wyznają i według niej żyją. Tak naprawdę Lisicki nie wystawia żadnego świadectwa liberalizmowi (prostacko go przedstawiając), tylko sobie i jemu podobnym, którzy myślą takimi obskuranckimi kategoriami.”

Powadzę bloga już od niemal dekady i dość dobrze znam swoich czytelników. Zdaję więc sobie sprawę, że wśród osób, które kliknęły w link wiodący do tej blognotki znajdują się takie, które liczą na coś w rodzaju festiwalu szyderstw przeplatanych najbardziej mięsistymi cytatami z powieści. Byłoby to wyjątkowo proste, bo Epoka Antychrysta stworzona została przez autora z gatunku, który Wojciech Orliński ochrzcił (no pun intended) niegdyś mianem „brodaczy”. Chodzi o konserwatystów z pokolenia urodzonego i wychowanego w PRLu, często katolików o przedsoborowej wrażliwości, głęboko nieufnych wobec przemian technologicznych, społecznych i obyczajowych, wykorzystujących fantastykę jako platformę do głoszenia swoich poglądów. Łatwo jest robić sobie jaja z ich twórczości, bo zazwyczaj nie jest ona zbyt wysokich lotów, a eksplorowane w niej idee są na ogół zbyt egzotyczne, by dało się je traktować poważnie. Pisałem już tego typu prześmiewcze teksty i wiem, że cieszyłby się dużą popularnością – pośmialibyśmy się, po czym rozeszlibyśmy się w poczuciu samozadowolenia.

Osoby, które liczą na przebojową imprezę w loży szyderców muszę jednak już na samym wstępie rozczarować, bo tym razem planuję coś zupełnie innego. Nie chcę Lisickiego obrażać ani z niego drwić. Chcę zrozumieć, co się dzieje w głowie polskiego konserwatysty. Tak, wiem, nie każdy konserwatysta podziela wszystkie poglądy autora Epoki i wielu z nich może poczuć się urażonych faktem, że ktoś wrzuca ich do jednego worka z Lisickim. Spieszę więc doprecyzować, że chodzi mi o ten szczególny, konkretny rodzaj „brodatego” konserwatysty. Jak powiedziała kiedyś filozofka i wideoeseistka Natalie „ContraPoints” Wynn (notabene osoba jakby żywcem wyjęta z kart Epoki Antychrysta), prawdziwa empatia musi opierać się na prawdziwym zrozumieniu. Nie wiem, czy po zakończeniu tej recenzji będę chciał z Lisickim w jakimkolwiek stopniu empatyzować, ale jeśli mam wyciągnąć z lektury jego powieści – a wy z lektury mojej blognotki – cokolwiek wartościowego, muszę przynajmniej spróbować potraktować go poważnie.

Są przecież precedensy, nawet na tym blogu. Lektura niesławnego opowiadania innego brodacza, Jarosława Grzędowicza, Weekend w Spestreku (recenzja tutaj) sprawiła, że szyderczy śmiech ugrzązł mi w gardle, gdy uświadomiłem sobie, że tego typu twórczość często jest próbą oswojenia strachu przed nieznanym i niezrozumianym. Jasne, nie sprawia to, że Weekend stał się w moich oczach opowiadaniem lepszym literacko czy choćby mniej toksycznym w kwestii przekazu, ale przynajmniej potrafię myśleć o nim na mniej powierzchownym poziomie niż wcześniej i może nawet jestem w stanie nawiązać jakąś jednostronną emocjonalną nić porozumienia z autorem. Nam na lewicy często zarzuca się (czasami nie bez powodu) deficyt empatii, a empatia jest istotnym elementem mojego indywidualnego kręgosłupa moralnego, więc… zobaczymy, czym to się skończy.

Zacznę może od tego, że czytanie tej powieści to proces ciężki i mozolny. Z wielu względów. Całość przypomina kombinację eseju z reportażem skupionym na osobie nowo wybranego papieża Judasza, jego życiu oraz pontyfikacie. Przynajmniej w pierwszej części książki, która zajmuje ponad jedną trzecią jej objętości i stanowi dość trudny test cierpliwości nawet dla najbardziej wyrozumiałych czytelników. W drugiej w końcu dostajemy nieco bardziej konwencjonalny wątek skupiający się na transpłciowej kardynałce Bigośnicki będącej prawą ręką nowego papieża, która dostała raka i przed śmiercią zainicjowała proces obalenia dogmatu o zmartwychwstaniu chrystusowym. Czego Watykan dokonał fabrykując doczesne szczątki Jezusa przy ścisłej współpracy z rządem światowym (pamiętajcie, XXIII wiek) i wielkim biznesem… co jest konceptem niedorzecznym na tylu poziomach, że nawet nie wiem od czego zacząć rozbierać go na części pierwsze. W każdym razie to dość dobry przykład wewnętrznej logiki świata przedstawionego. W trzeciej obserwujemy rezultaty tych działań, w czwartej dochodzi do biblijnego końca świata. Całość gęsto poprzetykana jest nonsensownymi wywodami nieudolnie symulującymi lewicową mowę-trawę oraz przebogatymi opisami przykładów moralnego zepsucia mieszkańców świata przedstawionego.

O ile kuszące jest sprowadzenie Lisickiego do simpsonowskiego memu o starym człowieku krzyczącym na chmurę, postanowiłem jednak spróbować określić, co konkretnie autor stara się krytykować w Epoce Antychrysta. Nie jest to łatwe, bo przez większość czasu jego satyra przypomina młócenie pięściami na oślep w całkowicie losowych kierunkach. No dobrze – niezupełnie losowych, bo wyraźnie próbuje trafić w jakiś określony, choć trudny do opisania cel. Przesłanie książki można dość łatwo streścić w następujący sposób: „Sobór Watykański II i idące za nim reformy Kościoła Rzymskokatolickiego doprowadziły do rozprężenia jego doktryn i zapoczątkowały drogę wiodącą ku całkowitej erozji tego wyznania, skonsumowania go przez progresywne, postmodernistyczne, zeświecczone, nihilistyczne i seksualnie rozpasane profanum będące w istocie sposobem, w jaki Szatan chce doprowadzić do końca świata.” Końcówka tego zdania to nie są moje wygłupy – Epoka Antychrysta naprawdę kończy się literalną apokalipsą sprowadzoną na nasz świat przez demonicznego papieża-antychrysta. Uwierzcie mi, nawet gdybym bardzo się starał, nie byłbym w stanie sprowadzić tej książki ad absurdum.

Jak już pisałem, ciężko jest znaleźć jakieś spójne przesłanie Epoki Antychrysta, bo autor atakuje w tej książce mnóstwo niepowiązanych ze sobą rzeczy – od filozofii kontynentalnej, poprzez „Kościół otwarty”, rewolucyjne ruchy społeczne, antifę, progresywny liberalizm, neoliberalny kapitalizm, feminizm, obowiązek szczepień, edukację seksualną – traktując to wszystko jako część większego procesu, którego głównym celem zdaje się być zniszczenie Kościoła Rzymskokatolickiego. Na użytek tej recenzji postanowiłem nazwać to „krytyką postmodernizmu”, bo to chyba jedyny termin-parasol na tyle szeroki, by jakoś zmieściły się pod nim wszystkie wymienione wyżej rzeczy. Prawie wszystkie, bo na przykład feminizm nie jest powszechnie uznawany za element postmodernizmu, ale w jednym momencie fabuły bohaterowie negatywni z pogardą wyrażali się o ideach oświeceniowych, a postmodernizm powstał jako reakcja na kryzys oświeceniowych metanarracji, więc… jakby pasuje? Choć przyznam, że działam tu trochę po omacku, bo cokolwiek chciał przekazać autor, pozostaje dla mnie wybitnie nieczytelne.

Postmodernizm sam w sobie jest terminem stosunkowo nieostrym i przez to (oraz przez pewnego kanadyjskiego pop-intelektualistę na ogół kojarzonego z homarami oraz sprzątaniem swojego pokoju) często źle rozumianym. Generalnie rzecz biorąc, w najprostszym ujęciu postmodernizm jako postawa filozoficzna sprowadza się do idei, że nie istnieje jedna odpowiedź na Wielkie Pytanie o Życie, Wszechświat i Całą Resztę – a i Wielkich Pytań jest prawdopodobnie znacznie, znacznie więcej niż jedno. Dopiero nakładając na siebie wiele różnych perspektyw i sposobów myślenia jesteśmy w stanie uzyskać nawet jeśli nie odpowiedź, to przynajmniej jakiś funkcjonalny konsensus. Prawdopodobnie. Czasami.

Albo inaczej. Postmodernizm można – w tym szczególnym kontekście – sprowadzić do odejścia od myślenia o świecie w kategoriach wielkich narracji (metanarracji). Gdy we wczesnej młodości po raz pierwszy usłyszałem o „wielkich narracjach” w kontekście postmodernizmu skonfundowało mnie to, bo wyobraziłem sobie coś w stylu rezygnacji z długich form narracyjnych, takich jak obszerne cykle powieściowe czy liczące wiele sezonów seriale telewizyjne, czyli coś, co przecież w postmodernizmie cieszy się nieustającą popularnością. Wielkie narracje oznaczają coś innego – idee tak obszerne, że dominują wizję świata osoby, która te idee wyznaje. Opowieści o świecie, którym ludzie podporządkowują swoją moralność, postrzeganie świata i zachowania. Jeśli zapytacie kogoś, jakie ma poglądy, na ogół w odpowiedzi ta osoba będzie starała się Wam opisać tę albo inną wielką narrację.

Przykładem takiej idei może być religia, która określa moralność jej wyznawcy, daje mu życiowe wskazówki, mówi co jest dobre, a co złe, wymaga poświęceń i prowadzi przez życie aż do śmierci. Innym przykładem wielkiej narracji może być marksizm, który na postrzeganie ludzkiego życia nakłada optykę walki klas. Inną wielką narracją jest faszyzm, wymagający od swoich wyznawców oczyszczenia swojego społeczeństwa z ludzi uznanych za gorszych, kult siły i powrót do idealizowanej, niezepsutej jeszcze przeszłości. W żadnym wypadku nie porównuję tu religii (którejkolwiek), faszyzmu i marksizmu, po prostu staram się podać najbardziej wyraziste i różnorodne przykłady tego, co oznacza ten termin. To dlatego „postmodernistyczny neomarksizm”, którym od kilku lat straszeni są młodzi mężczyźni rozczarowani własnymi ojcami na tyle, by szukać substytutu w Internecie, ma mniej więcej tyle sensu co „sucha woda” albo „subtelny film Michaela Baya”. Wyżej wspomniałem również, że feminizmu generalnie nie utożsamia się z postmodernizmem – bo feminizm jako myśl społeczna również jest wielką narracją, a przynajmniej wyczerpuje znamiona definicji.

Postmodernizm rozwinął między innymi w reakcji na fakt, że w Europie pierwszej połowy XX wieku dominujące wielkie narracje w ten czy inny sposób uległy kompromitacji albo marginalizacji. Faszyzm przyniósł nam wojnę tak straszną, że wiele zadanych przez nią ran do dziś się nie zagoiło. Próby wdrożenia idei marksizmu przyniosły rezultat w postaci nieudanych rewolucji i powstania nowych autorytaryzmów. Jeden z dziadków postmodernizmu, Jean-François „Cieszę Się, Że To Blognotka, A Nie Podcast I Nie Muszę Próbować Wymawiać Tego Nazwiska Na Głos” Lyotard, który zresztą po raz pierwszy użył terminu „wielkie narracje”, był marksistą dogłębnie rozczarowanym komunizmem w praktyce. Postępująca laicyzacja znacznie zmniejszyła rolę chrześcijaństwa w codziennym życiu większości europejskich społeczeństw. Wszystko to otworzyło kontynentalnych dwudziestowiecznych intelektualistów na ideę (którą dziś nazywamy postmodernizmem), że jedna opowieść o świecie dająca drogowskazy życiowe na każdą okazję to za mało, a sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana.

W takim ujęciu chrześcijaństwo – przynajmniej to w wyobrażeniu Lisickiego – jest z postmodernizmem niekompatybilne, bo jako ideologia sprowadza się do konkluzji, że Bóg jest odpowiedzią na wszystkie pytania, a wszelkie próby poszukiwania odpowiedzi gdzie indziej nie są nawet błądzeniem – są częścią większego planu zniszczenia Kościoła. W momencie, w którym odrzuca się bardziej zniuansowane spojrzenie na rzeczywistość, pozostają tylko dwie opcje. Albo coś jest potwierdzeniem wiary albo jej zaprzeczeniem i przez to próbą jej pognębienia. Nie ma trzeciej drogi. Zaznaczę może, że doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, iż nie wszyscy katolicy podzielają tak radykalną wizję świata – staram się analizować tę konkretną wizję, którą autor zarysował na kartach (czy, w moim przypadku, na ekranie czytnika) tej konkretnej książki.

Wydaje mi się, że to jest właśnie klucz do zrozumienia Epoki Antychrysta. Lisicki nie próbuje tu przybliżyć współczesności z jej problemami, ani procesów, które wyśmiewa, karykaturuje i przed którymi ostrzega. Jeśli nie wpisują się w chrześcijaństwo – jego chrześcijaństwo, jego wielką narrację – są złe z natury. W powieści pojawia się wiele prognoz tego, czym rzekomo skutkuje akceptowanie różnych przemian społecznych. Rozluźnienie norm obyczajowych i swobodniejsze podejście do przygodnego seksu autor uznaje za pierwszy krok wiodący do subkultury ekshibicjonistów nieustannie kopulujących na placu Świętego Piotra. Wyświęcanie kobiet na księży i małżeństwa kapłanów – coś, co wiele odłamów chrześcijaństwa praktykuje od bardzo dawna i świat się od tego, o ile mi wiadomo, nie zawalił – ukazane jest jako kolejny krok ku zniszczeniu Kościoła. Edukacja seksualna wiedzie do uczenia dzieci kamasutry, legalizacja prawa do godnej śmierci – do przymusowej eutanazji staruszków i tak dalej.

Czasami odnoszę wrażenie, że w opinii konserwatystów jeśli liberalizm odrzuca niektóre tradycyjne normy społeczne, to oznacza, że odrzuca je wszystkie z zasady i bez wyjątku. Co oczywiście nie może być dalsze od prawdy. Liberalizm nie odrzuca tradycji społecznych dlatego, że nie są nowoczesne, ale dlatego, że niektóre z tych tradycji powodują niepotrzebne i łatwe do uniknięcia ludzkie cierpienie. Zresztą, z czysto postmodernistycznego punktu widzenia, Derrida pisał o dekonstrukcji binarności, a podział „tradycjonalizm – progresywizm” sama w sobie jest binarnością, w dodatku bardzo łatwą do dekonstrukcji, jeśli weźmiemy pod uwagę to, (znów Derrida) że binarności mają tendencję do wzajemnego podtrzymywania się i wzmacniania oraz to w jaki sposób wiele idei progresywnych jest takimi wyłącznie z nazwy, bo ich początek sięga wiele setek, o ile nie tysięcy lat wstecz, poza tym... i w tym momencie zmuszony jestem przerwać swój wywód, albowiem właśnie uświadomiłem sobie jakim jestem beznadziejnym nudziarzem. Nic dziwnego, że nikt nie lubi postmodernistów. Wróćmy więc do Lisickiego.

Żadna z kreślonych przez niego prognoz nie jest specjalnie mądra, a autor przeważnie nawet nie próbuje zarysować jakiegoś kontinuum między obecną sytuacją, a jej przyszłościowym ekstremum. Nie ma żadnych podstaw do przewidywań, że edukacja dzieci odnośnie ich płciowości skończy się tym, co sobie wydumał (i opisał w wyjątkowo odrażający sposób) Lisicki. Wystarczy zajrzeć do programów edukacyjnych tego typu zajęć, by przekonać się, że służą one wyłącznie zapoznawaniu dzieci z ich własną płciowością w stopniu i w sposób przystosowany do ich rozwoju emocjonalnego, uczenia procesów, które zachodzą albo w bliskiej przyszłością będą zachodziły w ich ciałach, przygotowania ich na nie oraz rozpoznawania, kiedy ktoś przekracza granice ich autonomii. W żadnym kraju, w którym tego typu zajęcia znajdują się w programie zajęć w szkołach publicznych (w niektórych są tam obecne już od ponad stu lat) nie doprowadziło to do mutacji edukacji płciowej w orgie dla nieletnich. Nie ma żadnych podstaw, by przewidywać, że to się kiedykolwiek stanie.

Podobnie jak – również wieszczone i obrazowo opisywane w Epoce Antychrysta – zmuszanie heteroseksualistów do przekonstruowania swojej płciowości wypada niedorzecznie biorąc pod uwagę, że w wielu krajach, które od dekad cieszą się równością małżeńską dla wszystkich (pełnoletnich i świadomych swoich czynów) obywateli nie zachodzą tego typu procesy. Przeciwnie, sam fakt, że środowiska LGBTQ+ skupiają się na takich postulatach jak prawo do zawierania małżeństw i adopcji dzieci pokazuje, że nie chcą zastępować heteronormatywności homonormatywnością (jakkolwiek miałoby to wyglądać), tylko wtopić się w istniejący kształt społeczeństwa na funkcjonujących już zasadach. I nie jest to refleksja dla konserwatystów (nawet polskich) nie do osiągnięcia – Piotr Kaszczyszyn, redaktor naczelny Klubu Jagiellońskiego, napisał niedawno artykuł, w którym był w stanie poprawnie zinterpretować te aspiracje.

Ale – jak już pisałem – to nie ma dla Lisickiego żadnego znaczenia. Jeśli jakikolwiek element rzeczywistości nie służy obronie Kościoła Rzymskokatolickiego, służy jego zniszczeniu. Nie ma innej opcji. Gdy w swojej skrzynce z narzędziami ma się tylko młotek, wszystko wokół wygląda jak gwóźdź. W takim ujęciu nie trzeba podejmować prób logicznego przewidywania następstw różnych procesów społecznych – jeśli kłócą się z dogmatami, to są złe i na pewno doprowadzą do zła. Nawet jeśli niekoniecznie takiego, jakie opisał Lisicki, to na pewno do jakiegoś, więc nie ma potrzeby wchodzenia w szczegóły. Nie trzeba wkładać wysiłku w próby udowadniania, że te procesy zachodzą czy wiarygodnego przedstawiania skutków i przyczyn, po prostu tak jest. I tyle w tym temacie. Jeśli papież Franciszek, „kościół otwarty”, a niewykluczone, że i pan Kaszczyszyn z Klubu Jagiellońskiego nie służą rozwiązaniu problemu, to oznacza, że są jego częścią. Jeśli patrzy się na świat jak na metafizyczne pole walki dobra ze złem, nie ma w nim miejsca na odcienie szarości.

Najzabawniejszy jest w tym wszystkim fakt, iż Epoka Antychrysta jest bardzo otwarcie (subtelność jest Lisickiemu rzeczą całkowicie obcą – papież Judasz jest następcą kilku z kolei papieży Franciszków, z których każdy reformował Kościół coraz bardziej) wymierzona w satyrę na obecnie sprawującego funkcję papieża Jorge’a Maria Bergoglia. Pontyfikat tego papieża charakteryzuje się co prawda wieloma symbolicznymi gestami skierowanymi w stronę bardziej liberalnej części wiernych, ale ani teraz, ani w okresie wydania powieści Lisickiego nie nastąpiła żadna znacząca reforma Kościoła Rzymskokatolickiego – na pewno nic kalibru choćby porównywalnego z czymkolwiek z Epoki Antychrysta. Obecna polityka Watykanu konsekwentnie idzie szlakiem wyznaczonym przez poprzednich papieży. Tym, co odróżnia obecny pontyfikat jest raczej sprzyjająca mediom forma, nie treść. Tak samo jak legalizacja małżeństw gejów i lesbijek nie doprowadzi do otwarcia burdeli ze zwierzętami dla zoofilów (znów – to koncept z samej powieści, nie moja próba parodiowania treści Epoki Antychrysta), bo nie zachodzi tu żadne wynikanie, lekka zmiana sposobu komunikacji z mediami nie skończy się Armagedonem, czy czegokolwiek symbolem ma być apokaliptyczny finał książki.

Jednym z powracających motywów w Epoce Antychrysta jest przekonanie, że rozwodniona duchowo i ideologicznie współczesność cierpi z powodu braku sensu życia. Jest to rzecz o tyle interesująca, że… to coś, z czym niekoniecznie się nie zgadzam. Jednym z największych wyzwań postmodernizmu jest ryzyko, że bez jednej unifikującej wizji świata ludzie zatracą poczucie jasno określonego celu życiowego. Z przyjemnością przeczytałbym jakąś przytomną krytykę współczesności przeprowadzoną pod tym właśnie kątem, nawet – zwłaszcza! – z pozycji konserwatywnych czy stricte religijnych. Według Lisickiego następstwem tego stanu rzeczy będzie hedonizm, całkowita destrukcja norm moralnych i upadek społeczeństwa. W samej treści książki pozostaje to całkowicie nieuzasadnione. Nie wspominając już o tym, że współcześnie zachodzi raczej odwrotny proces, związany z tworzeniem nowych (polityka tożsamościowa, ruchy społeczne odpowiadające problemy współczesności), powrotem do dawnych (rosnąca popularność ruchów faszystowskich ORAZ ruchów odwołujących się do tradycji lewicowych wśród młodych ludzi) albo wzmacnianiem istniejących już struktur społecznych (narodowe szowinizmy USA, Wielkiej Brytanii i wielu innych państw). Nie upieram się, że to trwały i dominujący trend, ale jeśli Lisicki – albo ktokolwiek inny – chce mi wmówić, że dążymy do moralnej i etycznej zagłady tylko z powodu domniemanej liberalizacji Watykanu, to naprawdę chciałbym przeczytać jakąś spójną, precyzyjną i dobrze uzasadnioną analizę na ten temat. Autora Epoce Antychrysta zdaje się to jednak nie interesować – znacznie więcej czasu i miejsca zajmuje mu bardzo drobiazgowe opisywanie aktów seksualnych i groteskowości wyglądu przewijających się przez powieść bohaterów i bohaterek.

To kolejna kwestia. Epoce Antychrysta wypełniona jest pornograficznymi opisami aktów seksualnych, opisami odpychającej ludzkiej cielesności czy przedstawianie osób fizycznie nienormatywnych w możliwie odczłowieczający sposób. Nie dziwi mnie to specjalnie. Część z Was na pewno kojarzy szokujące zdjęcia z Parad Równości w Polsce i na świecie, które później okazują się fotomontażami, zdjęciami z zamkniętych imprez albo plaż nudystów. To dość powszechna taktyka utożsamiania różnych grup społecznych (w tym wypadku feministek i osób LGBT+) z rzeczami i zachowaniami możliwie najbardziej odrażającymi na tym intuicyjnym, biologicznym poziomie wyzwalającym odruchowe poczucie dyskomfortu. W ten sposób łatwiej traktować takie mniejszości nie jako ludzkie istoty z własną podmiotowością, tylko sprowadzać je do tych konkretnych aktów i reagować na nich tak, jak na te akty – odrazą. Nie jest to taktyka nowa, ani nawet właściwa wyłącznie konserwatystom. My na lewicy – co z stwierdzam z ubolewaniem – również czasami to robimy, choć na ogół w minimalnie subtelniejszej formie, zarzucając wyborcom konserwatywnych partii prymitywizm, niskie IQ, zatrzymanie się w rozwoju ewolucyjnym, porównywanie do ludzi pierwotnych i inne podobne rzeczy.

U Lisickiego występuje to jednak w takim stężeniu i tak karykaturalnej formie, że mina, którą próbował tu podłożyć wybuchła mu prosto w twarz. Istnieje pewna granica poza którą rzeczy odpychające zaczynają być najzwyczajniej w świecie zabawne. To jak z wieloma filmami gore, gdzie obrazowanie przemocy jest tak przerysowane, że nie sposób brać ich na poważnie. To sprawia, że Epoka Antychrysta nie przypomina jadowitej, krwistej krytyki liberalizmu, lewicowości, ponowoczesnego pędu do samozniszczenia czy czegokolwiek miałaby być krytyką (bo wciąż nie jestem pewien) tylko wygłup lewicowego trolla próbującego skarykaturować „brodatą” fantastykę. Nie będę tu cytował poszczególnych fragmentów (recenzja oko.press jest nimi gęsto poprzetykana, więc zainteresowane osoby odsyłam właśnie tam), ale Lisicki od samego początku strzela z grubej amunicji i nigdy nie pozwala sobie na jakiekolwiek subtelności. Przypomina trochę rozemocjonowanego gimnazjalistę, który próbuje obrzucić kogoś obelgami, ale z braku wyczucia jego tyrada budzi raczej zażenowanie niż oburzenie.

Jeśli rozważacie sięgnięcie po Epokę dla zdrożnej przyjemności czytania literatury tak złej, że aż na swój sposób przyjemnej to… Szczerze? Darujcie sobie. To prawda, że jedna bzdura zastępuje następną na tyle szybko, by powieść nie mordowała całej cierpliwości czytelnika (w każdym razie nie od razu), ale ten korowód bezeceństw z czasem mocno powszednieje, w dodatku poprzetykany jest bełkotliwą próbą parodiowania lewicowego dyskursu przez kogoś, kto taki dyskurs zna tylko z drugiej ręki. To sprawia, że jeszcze przed końcem pierwszej części książki wszystko zaczyna nużyć i dalsza lektura idzie bardzo opornie. Nie sztuką jest pisać o filozofii w usypiająco nudny sposób – czego sam zresztą dowiodłem nie dalej jak kilka akapitów temu – ale pisać orgiach osób trans i homoseksualnych ekscesach tak, by czytelnik umierał z nudów? To już coś na swój sposób godnego podziwu.

Chciałbym zakończyć ten tekst jakąś pozytywną puentą i chyba taką znalazłem. Paweł Lisicki, najwidoczniej wciąż szybujący na skrzydłach weny, stworzył tematyczny i konwencyjny follow-up do Epoki Antychrysta – zbiór opowiadań noszący tytuł Nowa Wspaniała Przyszłość. Nie, samo w sobie to zdecydowanie nie jest pozytywna puenta – jest nią jednak fakt, że zamiast Fabryki Słów, która odpowiedzialna była za wydanie Epoki jest Wydawnictwo M, oficyna znacznie mniejsza i szczycąca się publikacją takich pozycji jak Matrix III Rzeczpospolitej: Pozory wolności; Ludzie Czerwonego Mroku: Rewolucja Październikowa czy Biblia: Komiks. Jeśli więc nawet Fabryka Słów nie chce już publikować Lisickiego, to znaczy, że jego twórczość nie trafiła w gusta nawet tych odbiorców, do których wyraźnie była kierowana. Znajduję to pocieszającym.

Tekst powstał w ramach współpracy z portalem Legimi oraz producentem czytników książek elektronicznych PocketBook

piątek, 9 marca 2018

Weekend w strachu

fragment grafiki, całość tutaj.

Za każdym razem gdy zdarza mi się pomstować na polską fantastykę (czyli regularnie) jak bumerang powraca pytanie – a czytałeś Weekend w Spestreku Grzędowicza? Do tej pory zmuszony byłem odpowiadać, że nie, nie czytałem – prozę Grzędowicza znajduję niestrawną nawet w przypadku tych jego dzieł, które powszechnie uznaje się za udane i godne polecenia. Za którymś jednak razem uznałem, że najwyższa pora w końcu zmierzyć się z tym niesławnym opowiadaniem. Nie zostałem porażony – prawdopodobnie dlatego, że opinie osób, które opowiadały mi o tym tekście przygotowały mnie na to, co otrzymam, poza tym, znałem twórczość autora już na tyle dobrze, by mniej-więcej wiedzieć, czego się spodziewać. Ujmując sprawę w ten sposób, nie rozczarowałem się ani trochę – dostałem opowiadanie reprodukujące większość charakterystycznych dla Grzędowicza motywów w charakterystyczny dla Grzędowicza sposób skonstruowane i poplątane ideologicznie.

Wiedziałem czego się spodziewać – satyry na liberalny, lewicowy styl zawiadowania społeczeństwem. Problem polega jednak na tym, że Weekend z satyrą ma bardzo niewiele wspólnego, bardzo wiele natomiast – z fantazją. W umyśle Grzędowicza PRL ze wszystkimi jego absurdami, niedorzecznościami, przeładowaną zasadami i niepotrzebną papierkologią biurokracją miesza się z tęczowym terrorem politycznej poprawności, radykalnym feminizmem, wymuszoną pluralizacją religijną, a wszystko to przy akompaniamencie tupotu ciężkich, policyjnych buciorów i strzelania z bata. Nie koloryzuję tu – nie da się koloryzować Weekend w Spestreku. Fantazja o byciu prześladowanym objawia się w niemal pornograficznych scenach, w których główny bohater zostaje zwyzywany – po niemiecku! – i zaatakowany przez feministyczne bojówki oraz ocalony przez białych, heteroseksualnych mężczyzn, ostatnią ostoję spokoju i bezpieczeństwa w tytułowym Spestreku. Ale to niejedyna, choć pewnie najbardziej efektowna fantazja tej opowieści. Mamy tu bowiem jeszcze kapitalistyczną utopię, kontrastowo przeładowaną dobrobytem i wolnością, w której półki supermarketów uginają się pod ciężarem zróżnicowanych, smacznych i niezdrowych potraw, a ciężka praca, uczciwa przynosi równie uczciwą płacę, zaś sukces jednostki ludzkiej uzależniony jest wyłącznie od jej zaangażowania i determinacji. Jest to także – przede wszystkim? – fantazja o byciu bogatym wujkiem z Ameryki, który przywozi krewnym z komunistycznego Piekła cudowne podarunki z kapitalistycznego Raju.

Wspomniałem, że Weekend niewiele ma wspólnego z satyrą, mimo że w jakimś tam stopniu wpisuje się w definicję tego gatunku – wyostrza cechy krytykowanego zjawiska poza granice absurdu. Problem polega jednak na tym, że istnieje pewna granica takiego wyostrzania, która oddziela wyśmianie danego procesu od prezentacji własnych fobii z tym procesem związanych. To granica płynna i miejscami mocno zatarta, ale nie da się dyskutować z faktem, że Grzędowicz bezsprzecznie ją przekracza. Mamy szpetne, szkaradne feministki z bronią w ręku wyzywające (po niemiecku!) białych, heteroseksualnych mężczyzn i wegan terroryzujących mięsożernych członków rodziny. Mamy tabletki kastracyjne, które muzą łykać mężczyźni, byle tylko w Spestreku mieć szansę na jakąkolwiek godną egzystencję. Chyba wszystkie konserwatywne mity i fobie odnośnie liberalnego, lewicowego społeczeństwa Zachodu są tu podkręcone do maksimum, przefiltrowane i przedstawione z pełną powagą w tym sensie, że zaprezentowane je jako prawdziwe, realne zagrożenie.

Po odrzuceniu całej tej próby satyry społecznej z tego opowiadania wyłania się… strach. I to jest, przynajmniej dla mnie, najbardziej niepokojąca i depresyjna strona Weekendu w Spestreku – nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Grzędowicz się boi. I tu naprawdę odchodzi mi cała ochota do śmiechu z absurdalnie przeszarżowanej fantazji, bo wszystko wskazuje na to, że jest ona rezultatem strachu, a ja naprawdę nie czuję się komfortowo nabijając się z czyjegoś lęku, niezależnie od tego, jak bardzo jest on irracjonalny i oderwany od faktycznego stanu rzeczy. Ten lęk wydaje mi się charakterystyczny dla pewnego określonego pokolenia polskich pisarzy fantastyki – jego echa dostrzegam w niektórych wątkach Kuzynek i Wędrowycza pióra Andrzeja Pilipiuka, opowiadaniach Rafała Ziemkiewicza czy Requiem dla Europy Kempczyńskiego (choć w tym wypadku „echo” jest raczej niedopowiedzeniem). Weekend jest tekstem wyjątkowym, ponieważ tutaj ten strach jest nazwany i określony, a jego nazwanie i określenie jest w zasadzie meritum tekstu, bo opowiadanie nie ma niczego innego do zaoferowania pod względem fabularnym. Strach sprzyja czarno-białemu postrzeganiu rzeczywistości oraz tworzeniu przynoszących komfort psychiczny narracji – narracji, w której jak w zwierciadle odbijają się fobie osoby fantazjującej.

Mamy w Weekendzie w Spestreku bardzo bogatą kronikę lęków – strach przed zmieniającą się w niezrozumiały sposób rzeczywistością, która nagle i niepodziewanie zaczęła stawiać nowe oczekiwania (na przykład pytanie partnerki o zgodę na seks, co zostało zaprezentowane jako kolejny przejaw spestrekowej dekadencji), strach przed zmianą. To fantazja, w której feminizm i ruchy emancypacyjne dokonują brutalnych i niesprowokowanych aktów przemocy na białych heteroseksualnych mężczyznach, co moralnie legitymizuje zbrojny, przemocowy opór w stosunku do tych grup – pozwala fantazjować o biciu feministek i gejów bez żadnych wątpliwości natury etycznej. To fantazja przerażająca – jak przerażających jest wiele rzeczy będących rezultatem lęku. Są w Spestreku i (przynajmniej pozornie) mniej przerażające fantazje. Jak choćby postać Marianny, która – ten i dalsze cytaty pochodzą bezpośrednio z tekstu – „Była naprawdę przeraźliwie, uderzająco piękna. Chyba jasne, że postanowiła zostać modelką”. Niestety, „Trafiła w moment, kiedy kreatorzy mody postawili na nowy typ urody. Potrzebowali bladych, anorektycznych blondynek o rozmaślonym spojrzeniu i chudych palcach. Smagła, wysoka, śródziemnomorska piękność o migdałowych oczach, otulona w sięgający pośladków płaszcz czarnych włosów i królewski majestat, nie wzbudziła najmniejszego zainteresowania” co skazało ją na jałową i depresyjną egzystencję w tytułowym Spestreku. W fantazji Grzędowicza nie ma bowiem miejsca dla kobiet, która mają do zaoferowania cokolwiek poza swoim wyglądem.

Lęk to emocja – nie da się dyskutować z emocjami, można tylko próbować je zrozumieć. Dziennikarz i admirator prozy Stanisława Lema, Wojciech Orliński w typowy dla siebie, prześmiewczy sposób określa pisarzy pokroju Grzędowicza mianem „brodaczy”, który to termin zaczerpnął z Kongresu futurologicznego. Pisze więc Orliński:

 "Najważniejsze cechy formacji polskich brodaczy to (…) strach przed światem i strach przed nowoczesnością. (…) Chętnie uprawiają dystopie skonstruowane na zasadzie „Unia Europejska przyszłości - feminazistki bezkarnie mordują katolickich księży”. Drugim rodzajem są zaś utwory typu: „Obuty w waciak i walonki mieszkaniec wsi Mała Zadupna samodzielnie rozwiązuje tajemnice bytu”. (…) Definiuje go (…) strach przed światem i strach przed nowoczesnością, prowadzące do ekscentrycznych i skrajnych poglądów politycznych.”


Dziennikarz zatrzymuje się tu na wskazaniu, opisaniu, nazwaniu i wyśmianiu zjawiska oraz jego przedstawicieli nie poświęcając uwagi głębszej analizie problemu. Ja również z brodaczy do tej pory głównie się śmiałem, bo kreowana przez nich wizja rzeczywistości była tak odległa od mojej percepcji świata, że nie byłem w stanie w żaden sposób brać jej na poważnie. Weekend jest pod tym względem wyjątkowy. Myślałem, że mnie poirytuje, urazi albo rozśmieszy. Tymczasem sprawił, że ogarnęło mnie współczucie. Jak bardzo trzeba bać się przemian społecznych, by widzieć je tak, jak widzi je Grzędowicz?


piątek, 15 grudnia 2017

Uniżony sługa

fragment okładki, całość tutaj.
Mój powrót do Cyklu Inkwizytorskiego autorstwa Jacka Piekary okazał się… interesującym doświadczeniem. Pierwsze opowiadania czytałem jeszcze w czasach gimnazjalno-licealnych – należę bowiem do tego pokolenia, które wychowało się na książkach publikowanych przez Fabrykę Słów i o ile z perspektywy czasu tę szczególną edukację literacką mogę oceniać różnie, o tyle sam fakt pozostaje faktem i nie mam zamiaru się tego wypierać. Zważywszy na moje obecne literackie (i ogólnie kulturowe) fascynacje, przeczuwałem, że lektura będzie dla mnie czymś raczej żenującym, dlatego pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że Sługa Boży (plus kilka wybranych opowiadań z następnych tomów, do którym miałem dostęp przed napisaniem tej notki) jak na polską fantastykę początku XXI wieku trzyma się… wcale nie tak źle. 

Piekara nie jest grafomanem (nawet jeśli czasem o grafomanię niebezpiecznie się ociera) pokroju, dajmy na to, Szyndlera. Jako twórca posiada stosunkowo wyrobiony warsztat i w swojej kategorii wagowej radzi sobie bardzo dobrze. Nieobce mu są sprawdzone sposoby na rozdmuchanie tekstu do pożądanej objętości – ale też nigdy nie przesadza w tym na tyle, by położyć fabułę, najczęściej niewymyślną, ale też nie ordynarnie prostą. Kontekstualizacja konwencji noir w mrokach późnego, alternatywnego średniowiecza wypada dobrze, nawet jeśli mało oryginalnie. Jeśli spodziewacie się, że będę w tej notce autora jakoś specjalnie ganił, to niestety muszę was rozczarować – czego bym o samym Piekarze nie myślał, jego inkwizytorski cykl nie jest literacką katastrofą i intelektualna uczciwość zabrania mi sugerowania podobnych rzeczy. Żadnym arcydziełem również nie – to pulpa na poziomie dostatecznie wysokim, by od czasu do czasu sięgnąć po kolejny tom, nawet jeśli nie na tyle, by poświęcić jej jakieś emocjonalne zaangażowanie. 

Wydaje mi się, że sporą rolę w popularności całego cyklu odegrała postać głównego bohatera, Mordimera Madderdina. Piekara – intencjonalnie lub przypadkowo – zaprojektował ją w sposób przemawiający do docelowego czytelnika na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim Mordimer jest bardzo atrakcyjnym typem antybohatera reprezentującego głęboką szarość w świecie wszechogarniającej czerni. Autor stworzył rzeczywistość skrajnie nieprzyjazną i odpychającą, w której chrześcijańską moralność miłości do bliźniego zastąpiła jej upiorna wersja odpowiadająca lokalnej wersji ukrzyżowania. Wszystkie postaci posiadające jakąkolwiek realną władzę nad bliźnim (czy to potężny biskup czy to strażnik pilnujący więźnia) bezustannie i bez skrupułów tej władzy nadużywają, czy to dla osobistych korzyści czy to ze zwykłego poczucia bezkarności. Z kolei postaci pozbawione władzy są zawsze tak bierne i niezdolne do podjęcia inicjatywy, że w większości przypadków ciężko im nawet współczuć. Na tym tle Mordimer, mimo wszystkich swoich wad i skaz charakteru, może wydawać się jedyną osobą posiadającą jakikolwiek moralny pion i sprawczość pozwalającą mu ten pion w jakimś wymiarze zachować. 

Po drugie – Mordimer, choć jego pozycja społeczna gwarantuje mu domyślny respekt większości osób, z którymi wchodzi w interakcję, nadal nie stoi zbyt wysoko na drabinie społecznej. Jego los w znacznej mierze pozostaje zależny od kaprysów przełożonych (głównie biskupa). Pieniądze, jakie dostaje za swoją pracę wystarczają mu na bardzo skromne życie. Choć posiada realną władzę i umiejętności, dzięki którym skutecznie wypełnia rolę power fantasy dla czytelnika, nadal jest everymanem nękanym problemami, z którymi większość czytelników była w stanie łatwo się utożsamiać. W takim ujęciu wady Mordimera – oportunizm, hipokryzja, skrajny egoizm – stają się pozytywnymi cechami, które umożliwiają inkwizytorowi pozyskiwanie dodatkowych zleceń lub manipulowanie innymi w sposób, który przyniesie mu korzyści. To coś, co w ciągu kilkunastu ostatnich lat słyszeliśmy (i nadal słyszymy) z wielu stron – musisz być elastyczny, dopasować się do rynku pracy. Inkwizytor jest bohaterem na miarę czasów, w których powstał. Nic zatem dziwnego, że przemówił do tylu czytelników i tak dobrze rezonował z ich doświadczeniami. 

To dla mnie fascynujące, ponieważ Mordimer jest – znów, nie wiem na ile jest to umyślny zabieg literacki – doskonałym przykładem banalności zła. Bez trudu jestem w stanie wyobrazić sobie jego postać jako jednoznacznego antagonistę w jakimś trochę bardziej konwencjonalnym cyklu opowiadań… chociaż nie, od typowego antagonisty odróżnia go brak jakichkolwiek motywacji. Mordimer nie jest reformatorem, który chce zmienić świat – na lepsze albo na gorsze. Jest skorumpowany, cyniczny, czasami zdarza mu się dręczyć innych tylko i wyłącznie dla samej przyjemności dręczenia. Jest wierny swoim (elastycznym) zasadom, przynajmniej o ile pozwalają mu na to czynniki zewnętrzne, ponieważ w gruncie rzeczy jest dość pragmatyczny. Jest również fanatykiem religijnym – choć, z uwagi na fakt, że spirytualizm w świecie Mordimera nierzadko potrafi przybrać bardzo realną i niebezpieczną postać dla śmiertelników, może to być po prostu kolejną oznaką pragmatyzmu. 

Przede wszystkim jest jednak hipokrytą. Gdybym miał określić jedną cechę definiującą tego bohatera, byłaby nią właśnie hipokryzja. Mordimer wymaga od innych przestrzegania standardów moralnych, do których sam nie aspiruje, regularnie pozwala sobie na bardzo dalekie moralne kompromisy (szczególnie w perspektywie zarobku), jednocześnie bardzo pryncypialnie podchodząc do sytuacji, w których czynią tak inni. Często nadużywa władzy płynącej z jego pozycji. W machinie inkwizycyjnej jest zaledwie trybikiem, tak samo skorumpowanym i niemoralnym, jak wszystkie inne. Nie mamy żadnego powodu, by mu kibicować, ponieważ jest to postać całkowicie spętana swoją hipokryzją – do tego stopnia, że nie ma dla niej żadnego miejsca na rozwój charakterologiczny. Żadna z jego wad charakteru nie ma żadnego wpływu na przebieg fabuły – jeśli Mordimer napotyka jakieś przeszkody na swojej drodze, są one wyłącznie rezultatem działań osób trzecich. Jego hipokryzja, fanatyzm i egoizm nigdy nie mają negatywnego wpływu na komfort życiowy bohatera, przeciwnie – to właśnie te cechy pozwalają mu na zachowanie względnego komfortu życiowego. To przerażająco wręcz nihilistyczne ujęcie tematu – świat jest zły, okrutny i bezkompromisowy, dlatego jedyną działającą strategią jest bycie równie złym, okrutnym i bezkompromisowym. 

Mordimer się nie zmienia – jest jak Jakub Wędrowycz, inna postać ze stajni Fabryki Słów albo howardowski Conan, o którym zresztą Piekara napisał pod pseudonimem fanfika – postacią jednej idei i jakakolwiek znacząca transformacja osobowościowa naszego uniżonego sługi nie wchodzi w grę. Zresztą, nawet Conan posiadał jakieś określone, wyartykułowane na przestrzeni opowiadań co najmniej kilka razy marzenie – rządzenie jednym z zachodnich mocarstw i ewentualna budowa imperium – które nadawało jego przygodom poczucia jakiejś celowości i które zrealizował na jesieni swojego życia. Inkwizytor natomiast nie ma żadnej wyrażonej czy zasugerowanej w tekście aspiracji. Choć zdarza mu się narzekać na swój los, to jednak koniec końców wydaje się z nim całkowicie pogodzony i na swój sposób usatysfakcjonowany z miejsca, jakie zajmuje w ustalonym porządku rzeczy. 

Opowiadania cyklu Inkwizytorskiego czytać można w zasadzie w dowolnej kolejności, co jest ewenementem, ponieważ Piekara mimo wszystko stara się budować swojej postaci jakąś spójną mitologię, wtłaczać ją w mesjanistyczne narracje, których konkluzji mieliśmy doczekać w niewydanej wciąż jeszcze Czarnej Śmierci. Problem polega na tym, że jedno bez drugiego jest raczej mało możliwe. Piekara chce zjeść ciastko – czyli mieć konwencjonalną opowieść z jasno określonym kierunkiem, do którego będzie ona zmierzać – i mieć ciastko – czyli zaskrzepioną postać literacką do wiecznej utylizacji w kolejnych opowiadaniach. Nie jestem pewien czy tak się da. Póki co cykl zastygł w rozkroku, z którego – tak to zaczyna wyglądać – autor nie wie, jak wybrnąć. W ostatnim opowiadaniu tomu Łowcy Dusz stawił swojego bohatera na prostej drodze do finału i od tamtego czasu nie zdecydował się popchnąć go tą drogą ani o krok. Zamiast tego tworzy kolejne tomy prequeli, poruszając się w odwrotnym kierunku, w przeszłość zarówno samego Mordimera, jak i całego świata przedstawionego. Nie sposób nie odnieść zatem wrażenia, że Piekara sam siebie zapędził w kozi róg i jeśli kiedyś doczekamy się w końcu zamknięcia cyklu, to najrozsądniej będzie nie mieć zbyt wysokich oczekiwań.

czwartek, 27 czerwca 2013

Sztampą malowany

fragment grafiki autorstwa Laureen K. Cannon, całość tutaj.

Przyznam, że do Malowanego Człowieka pióra Petera V. Bretta podchodziłem w dużej mierze uprzedzony. Z wielu powodów. Bo fantasy. Bo Fabryka Słów. Bo na nocie z tyłu okładki pierwszego tomu poleca ją Jarosław Grzędowicz, zaś drugiego – Czarny Iwan z CD-Action. To sobie wydawca wybrał autorytety, że ho ho. Jeden lepszy od drugiego. Mimo tego wszystkiego, koniec końców okazało się, że Malowany Człowiek nie jest złą powieścią. To znaczy, jak na standardy pulpowej fantasy czytanej dla zabicia czasu, która generalnie jest na ogół bardzo, bardzo złą literaturą.

Podejrzewam, że z dużą dozą prawdopodobieństwa jestem w stanie odtworzyć proces, w ramach którego powstała ta powieść. Debiutant Brett miał pewien pomysł, który postanowił przekuć na epicką sagę fantasy. W tym celu udał się do najbliższej księgarni i wykupił wszystkie możliwe podręczniki typu Jak napisać epicką sagę fantasy w dziesięciu prostych krokach, przeczytał wszystkie wywiady z twórcami udzielającymi wskazówek młodocianym amatorom pióra, pracowicie wynotował wszelkie przydatne wskazówki, po czym zabrał się do pracy. Wskutek tego postała powieść naprawdę udana rzemieślniczo – tego zanegować nie mogę – ale też na wskroś sztampowa, nieoryginalna, drętwa i niezaskakująca.  

Najpaskudniejszą rzeczą, jaką może człowiekowi zrobić powieść fantasy jest pozwolenie mu, by zaczął myśleć. Malowany Człowiek nie potrafił powstrzymać mnie od kombinowania i zadawania pytań odnośnie praw rządzących światem przedstawionym. Otóż opisaną przez Bretta rzeczywistość każdej nocy nawiedza nieprzebrana horda żądnych krwi żywiołaków, które palą, mordują i niszczą wszystko, co stanie im na drodze. No więc założenie bardzo ciekawe, nie powiem – ale mam z nim szereg problemów. Skala ataków tej apokaliptycznej sfory sugeruje, że świat przedstawiony powinien przypominać postapokaliptyczne pustkowia rodem z Fallouta, a nie pseudośredniowieczne fantasy. Tymczasem w Malowanym Człowieku dziczyzna biega po bujnych lasach, wszystko kwitnie, pachnie i straszy alergików maści wszelakiej. A przecież choćby jeden opisywany przez Bretta Otchłaniec ognia dałby radę spopielić cały gigantyczny las w jedną noc. A ta regularna inwazja trwa już bez mała kilka stuleci. Wprawdzie autor stara się pod koniec powieści jakoś tłumaczyć to także walką pomiędzy demonami, które temperują się nawzajem, ale kupy trzyma się to raczej średnio.

Ale dajmy spokój – to przecież fantasy, czyli arbitralne założenia magii pozwalają przełknąć dowolną bzdurę. To przecież nieambitne pulpowe czytadło (notabene wspomniany wyżej Czarny Iwan przyrównał Malowanego Człowieka do cardowskich Opowieści o Alvinie Stwórcy, czym niezwykle poprawił mi humor na cały dzień), w dodatku pod względem kreacji świata przedstawionego całkiem oryginalne. Autor zaprojektował świat nękany conocną plagą niemalże niepokonanych upiorów, co wymusiło na nim kilka interesujących rozwiązań fabularnych, pokazujących, jak ludzie przystosowali się do takiego porządku rzeczy. Co prawda oryginalność fabularna kończy się tylko na specyficznej kreacji uniwersum, bo sama opowieść jest rażąco sztampowa, ale i tak na tle innych pulpowych maszkarek Malowany Człowiek prezentuje się bardzo udanie.

Głównych bohaterów mamy troje i są dosyć zróżnicowani, acz wszyscy wyjątkowo archetypowi i nakreśleni bardzo grubymi kreskami. I znów – mimo tego bohaterowie spełniają swoje role i wypadają na ogół autentycznie (oczywiście, jeśli pamiętamy od konwencji Malowanego Człowieka). Nie obyło się bez wpadek – jedna z bohaterek książki zostaje w pewnym momencie brutalnie zgwałcona, wskutek czego odczuwa bardzo silną traumę… przez jakieś pół dnia. I zaraz potem rzuca się w objęcia nowopoznanego mężczyzny. Takich kwiatków nie ma może zbyt wiele, ale niekiedy potrafią mocno zirytować. Największy problem z postaciami jest taki, że w ogóle nie mają charakterów. Owszem, są napędzani pewnymi ideami i imperatywami, zachowują się logicznie – ale brak im jakichś cech indywidualizujących. Cała trójka to bystre jak na swój wiek dzieciaki, do tego szlachetne, ale potrafiące postawić na swoim. I tyle. Nie są jacyś, po prostu są i w ramach powieści wypełniają przeznaczone im role. Nieumiejętność budowania interesujących  sylwetek charakterologicznych jest najlepiej widoczna w postaciach drugoplanowych, które są bardzo drętwe i bardzo topornie skomponowane.

Największą bolączką tej powieści (wspominałem, że Malowany Człowiek stanowi pierwszy tom cyklu powieściowego?) jest to, że zwiastuje ona bardzo mało interesujący ciąg dalszy. Zarysowane w pierwszym tomie wątki pokazują klasyczną wręcz „ścieżkę bohatera”, zaś wszystko staje się kompletnie jasne w chwili, w której pada pierwsza wzmianka o legendarnym Wybawicielu mającym przywrócić równowagę. Wiem, że szkielet fabularny oparty na wyświechtanej do cna konwencji nie jest w literackiej pulpie niczym złym. Ale czy to naprawdę musi być aż tak archetypowe? Nie sięgnę po kolejne tomy, jeśli już w pierwszym mam przekonanie, że wiem, jak to się mniej-więcej skończy. Brett nie potrafił mnie zaintrygować – choć start miał naprawdę udany, głównie za sprawą oryginalnego uniwersum. Szkoda. Mimo wszystko, odczuwam do tej powieści tyle sympatii, że nie mogę jej uznać za jednoznacznie złą. Ot - czytadło. Przy takim podejściu można się przy Malowanym Człowieku naprawdę nieźle bawić. 

Jeszcze słówko o polskim wydaniu, które, jak na Fabrykę, jest naprawdę udane. Charakterystycznych dla tego wydawnictwa literówek nie wyłapałem, a nawet błędów interpunkcyjnych było jakby mniej i rzadziej rzucały się w oczy. Cały pierwszy tom cyklu podzielono za to na dwie oddzielne, autonomicznie wydane księgi. Pachnie to bardzo brzydko – sztucznym rozdmuchiwaniem objętości w celu naciągnięcia klienta, by płacił więcej za mniej. Pominąwszy ten mankament jest jednak naprawdę nieźle. Czyli jednak Fabryka Słów potrafi wydać książkę w sposób niebudzący zażenowania u nabywcy. 

niedziela, 26 sierpnia 2012

Zapolemizuj z brodaczem

http://desmond.imageshack.us/Himg641/scaled.php?server=641&filename=sdccyearofthewriterbyjd.jpg&res=landing
fragment grafiki autorstwa Julie Dillon, całość tutaj.

Ostatnio nie czytam w ogóle polskiej literatury fantastycznej. Z wielu względów. Dlatego, że to najczęściej bardzo zła literatura (nie tylko w sensie bad, ale też czasem wręcz evil i zdecydowanie zbyt często po prostu so wrong) zaś wyłapywanie nielicznych pereł ze strumienia kozich bobków nie jest, moim przynajmniej zdaniem, grą wartą ryzyka zapaskudzenia sobie rąk. Poza tym – patologicznie komercyjna sytuacja, jaką wywołała hegemonia Fabryki Słów oraz gloryfikacja powieści dramatycznie wręcz słabych. Na jednej z analizatorni (dla nieoblatanych w tych sprawach – chodzi o blogi, których autorzy lub autorki poddają analizom publikowane w Internecie przejawy radosnej twórczości wszelakiej, w szczególności fanfikowej) opublikowano niedawno długi tekst rozkładający na części pierwsze (i, przy okazji, na łopatki) pierwszy tom cyklu Achaja pióra Andrzeja Ziemiańskiego, w pełni ukazujący ogrom głupot i absurdów zawartych w tej, tak powszechnie zachwalanej, powieści. Achai nigdy nie czytałem (wyjąwszy niewielkie fragmenty publikowane w jednym, upadniętym już, piśmie fantastycznym) i to chyba bardzo dobrze. Tekst, choć długi, polecam – gwoli ostrzeżenia i śmiechawki. Zazwyczaj nie popieram działalności rozmaitych analizatorni (bo – powiedzmy sobie szczerze – jechanie po internetowej twórczości domorosłych pisarzy w wieku gimnazjalno-licealnym to po prostu kopanie leżącego), ale w tym przypadku była ona w stu procentach słuszna. Z niemałą trwogą dołączam Achaję do książek, które powinny, wzorem wyrobów tytoniowych, być opatrzone stosownym ostrzeżeniem: „Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ostrzega – czytanie tej książki może prowadzić do śmierci szarych komórek i ogólnego zidiocenia”.

Innym powodem, dla którego po polską fantastykę sięgam rzadko i z oporami jest typowa dla niej zaściankowość, mizoginizm, homofobia, ciasnota umysłowa i idiotycznie pojmowany patriotyzm tej najbardziej znaczącej części autorów (red. Orliński, nawiązując do lemowskiego Kongresu Futurologicznego nazywa ich brodaczami). Jako iż przytoczone wyżej cechy są mi, oględnie mówiąc, wstrętne, zaś ogólny poziom twórczości „brodaczy” nie motywuje do użerania się z bucowatymi autorami, najczęściej po prostu olewam rodzimy rynek literatury fantastycznej. Myślę, że gdyby zaczepić przeciętnego konwentowicza na Polconie i zadać mu pytanie „Jakich możesz wymienić najpopularniejszych obecnie polskich pisarzy fantastycznych?” to w przytłaczającej większości przypadków podałby nazwiska „brodaczy” właśnie. Daruję sobie przytaczanie tu konkretnych przykładów, każdy mniej więcej wie, o kogo chodzi, bo nasi rodzimi trubadurzy (czy też raczej – błędni rycerze) nieraz prezentowali wachlarz swoich poglądów, czy to przemycając odautorskie przemyślenia do swoich dzieł, czy to pisząc sążniste felietony do któregoś z magazynów parających się fantastyką, czy to osiadając na jakimś forum internetowym, gdzie, otoczeni wianuszkiem domorosłych pisarzy i fanów spijających słowa z ich ust, podbudowują sobie własne ego. Dodajmy do tego jeszcze kilometry żenująco słabej fantastyki kompensacyjnej (a jest to odmiana, która żenadę niejako ma wpisaną w definicję, jak disco polo) i… już mi się nie chce ciągnąć tej wyliczanki. Podsumowując – cały mikroklimat tego środowiska wybitnie nie służy mojemu zdrowiu, toteż preferuję raczej zagraniczne terytoria. Jest jeszcze jedna rzecz, która niebywale irytuje mnie w przypadku polskich autorów fantastycznych. Tą rzeczą jest wybitnie cienka skóra autorów, którzy lubią wdawać się w polemiki z recenzentami krytykującymi ich książki. A to już jest głupota czystej wody.

Ostatni tego typu przypadek odbił się głęboką czkawką na sympatycznym skądinąd portalu esensja.pl. Poszło o recenzję autorstwa Beatrycze Nowickiej debiutanckiego zbiorku opowiadań Zima mej duszy autorstwa Marcina Pągowskiego. Szybki gugiel mówi o tej książce więcej, niż recenzja Nowickiej, ale – napiszmy to sobie szczerze – chyba nikt nie czyta recenzji Nowickiej po to, by dowiedzieć się czegoś o recenzowanej pozycji, bo Beatrycze Nowickiej bliżej jest jednak do przywoływanych już analizatorni (które bardzo często popadają w grzech nadmiernego czepialstwa, byleby tylko wyzłośliwić się w możliwie najbardziej prześmiewczy sposób), niż do tradycyjnej formy krytyki. Może to niektórych denerwować, ja od czasu do czasu śledzę krytyczne dokonania autorki – gwoli rozbawienia i zdrożnej rozrywki.

Tym razem jednak trafiła kosa na kamień. Przeczytawszy prześmiewczą recenzję Nowickiej autor nie wytrzymał i napisał przeraźliwie długą polemikę, która z jakiegoś powodu* wylądowała na Esensji. Polemika w zamierzeniu miała zapewne pełnić rolę sprostowania pewnych nieścisłości zawartych w kontrowersyjnej recenzji, w praktyce zmieniła się jednak w festiwal niskich lotów złośliwości pod adresem Nowickiej przeplatanych z mało odkrywczymi dygresjami odnośnie powtarzalności motywów w literaturze fantasy. Wiedziony szczerym oburzeniem Pągowski przeoczył fakt, że tym tekstem wyświadczył sobie niedźwiedzią przysługę – jak zresztą każdy autor, który stara się polemizować z krytykami. Personalny atak na recenzentkę i charakterystyczne dla debiutantów przeświadczenie o własnej nieomylności sprawiły, że repeta autora bardziej, niż intelektualny dialog twórcy z krytykiem przypomina internetową pyskówkę. A to szkodzi samej książce, której autor, własną osobą, robi piękną antyreklamę na jednym z najstarszych i najbardziej znanych portali fantastycznych w naszym kraju. Szczególnie, że gra tak naprawdę nie jest warta świeczki – patrząc po opublikowanych w sieci fragmentach Zimy mej duszy (swoją drogą – czyż można wymyślić bardziej pretensjonalny tytuł?) książka okazuje się po prostu kolejną pulpową fantasy w klasycznym, jak ja to określam, standardzie fabrycznym. To po prostu kolejny mało ambitny komiks bez obrazków pokroju inkwizytorskiego cyklu Piekary czy Achai Ziemiańskiego. Nie wiem, jak z fabułą, ale językowo nie wybija się to ponad fabryczną średnią. Dialogi, zgodnie z recenzją Nowickiej, faktycznie rażą drętwością. Oczywiście, nie podejmuję się oceny książki po przeczytaniu dwóch króciutkich fragmentów opublikowanych na stronie wydawcy, ale wątpię, by chciało mi się przeczytać całość. Nie dlatego, że jest jakoś spektakularnie grafomańska – bo nie jest. Po prostu inni robią to lepiej, sprawniej, z większym wyczuciem.

Autor wdający się w dyskusję z recenzją – choćby i kłamliwą, nieudolnie napisaną i pełną przekłamań – stoi na z góry przegranej pozycji, bo wygląda to tak, jakby się usprawiedliwiał. A skoro się usprawiedliwia, to ma sobie coś do zarzucenia, ergo – coś w tej recenzji musi być. Albo jeszcze gorzej – prezentuje postawę typu „Nie, nie, zupełnie nie o to mi chodziło. Zaraz wytłumaczę ci, co miałem na myśli, a wtedy zrozumiesz i na pewno zmienisz zdanie”. Ewentualnie zachowuje się jak Pągowski w wyżej opisanym przypadku i ostatecznie zraża do siebie ewentualnych czytelników, którym autor mówi, coś takiego: „Jeśli ktoś zarzuca mi drętwe dialogi czy złą kreację postaci, cóż, to jest jego problem. Jednym się podobają, innym nie. Takie życie.” Otóż nie, panie Pągowski. Pozwolę tu sobie udzielić panu przyjacielskiej rady – to jest pański problem, bo pisze pan pulpowe fantasy, które ma za zadanie przede wszystkim się sprzedać, więc musi się podobać odpowiednio dużej liczbie odbiorców. A jeśli wydaje się panu, że pisze pan wzniosłą literaturę dla wybranych, która przełamie granice gatunku i na stałe zapisze się w świadomości czytelników, to ma pan rację – wydaje się panu. Skąd to wiem, skoro nie czytałem pańskiej książki? Z prostego faktu, iż wydała ją Fabryka Słów, która nigdy nie splamiłaby się wydaniem czegokolwiek, co wybija się ponad tę casualową przeciętność. I dlatego – to dalsza część mojej przyjacielskiej porady – warto czasem włożyć dumę do kieszeni, wyłapać najbardziej merytoryczne uwagi i wciągnąć je na listę rzeczy do dopracowania w następnej książce.

Takie życie.

______________
*czymś trzeba sobie nabić klikalność.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Dukaj to za mało


fragment grafiki autorstwa Piotra Cieślińskiego, całość tutaj.

Pamiętacie mój zeszłoroczny tekst o zbawiennym wpływie oficyny wydawniczej Fabryka Słów na polską literaturę fantastyczną? Ja tak. Z perspektywy czasu, wydaje mi się on mocno naiwny i idealistyczny, ale cóż, rok temu Fabryka obchodziła swoje dziesięciolecie, a na urodzinach, wiadomo – choćbyśmy delikwenta niespecjalnie lubili, trzeba zacisnąć zęby, dać prezent, pogratulować sukcesów, życzyć kolejnych, po czym szybko ulotnić się w okolice poczęstunku, a najlepiej tej jego części, która zawiera w sobie jakieś procenty. Ale tak poważnie – przez ten rok moje podejście do fabrycznej oferty trochę się zmieniło, a status quo narzucone przez lubelskie wydawnictwo nie wydaje mi się już tak pozytywne.

Kiedy czytam współczesne polskie powieści (tudzież opowiadania, mikropowieści, zbiory opowiadań i tak dalej), nie tylko zresztą te wydawane przez Fabrykę, uderza mnie ich fabularna miałkość i powtarzalność. Rok temu porównywałem fabryczne książki z komiksowymi seriami made in Marvel albo DC. I faktycznie, analogii jest co niemiara. Fabryka, zdaje się, wypromowała osobliwy model cyklu wydawniczego opartego na regularnym wydawaniu zbiorów opowiadań połączonych osobą głównego bohatera (Wędrowycz, Inkwizytor, Loki). Taki cykl przypomina nieco standardy współczesnych seriali telewizyjnych czy komiksowych serii właśnie. I nie byłoby w tym nic złego – ostatecznie Sapkowski w podobnym standardzie spisywał się najlepiej – gdyby model ten był wykorzystywany należycie. A nie jest. Wędrowycz to przypadek ekstremistyczny, gdzie autor kompletnie już zajeździł postać wojsławickiego cywilnego egzorcysty-alkoholika każąc mu w kółko przeżywać te same przygody, ale gdzie indziej też nie jest lepiej. U Piekary postać naszego uniżonego sługi spisuje się bardzo tak sobie, opowiastki z cyklu inkwizytorskiego to generalnie średnio udane rzeczy. Najbardziej boli brak jakiejkolwiek wyraźniejszej ewolucji postaci i mało pomysłowe fabuły będące w zasadzie tylko pretekstem do mądrzenia się głównego bohatera dramatu. Ćwieka nie skomentuję, bo zwyczajnie na przekór wszystkim gorąco polecającym zaparłem się rękami i nogami, że „Kłamcy” czytać nie będę i już.

W „standardzie fabrycznym” irytuje mnie też jedna rzecz – bardzo nachalny i oczywisty komercjalizm. Książki są grube (olbrzymia czcionka i szerokie akapity robią swoje), by klient widział za co płaci, kiczowate okładki… No właśnie, to mnie w dużej mierze zainspirowało do napisania tej notki. Na Kwejku wisi sobie mały przegląd okładek „sfabrykowanych” książek z iście demotywatorową konkluzją „Jak można nie czytać książek z takimi okładkami?!” No cóż, mój pierwszy egzemplarz Gry Endera miał okładkę tak paskudną, że od dłuższego wpatrywania się w nią można było dostać wysypki. Ale wracając do rzeczy – przyciągające wzrok format i okładka to zaledwie opakowanie. Jak jest z zawartością? No cóż, różnie. Tu nie ma co generalizować, ostatecznie dla Fabryki pisze wielu mniej lub bardziej utalentowanych autorów. Oferta jest bogata – science-fiction, fantasy (zarówno klasyczna, jak i „udziwniona”), opowieści z dreszczykiem. Pozornie jest w czym wybierać. Pozornie.

Do tego właśnie zmierzałem przez całą notkę – Fabryka produkuje książki miałkie fabularnie, nastawione na rozrywkę, przeznaczone dla współczesnego nastoletniego odbiorcy gier komputerowych i filmów sensacyjnych. Twórcy tłuką kolejne odcinki prowadzących donikąd sag, bo zwyczajnie ten model jest najprostszy i najefektywniejszy. Czytelnik przyzwyczaja się do bohaterów, autor nie musi zdobywać się na choćby minimum kreatywności, nie musi wymyślać nowych światów, bohaterów, sytuacji – ma luksus tłuczenia w kółko tych samych schematów. Nie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem rozmaitych serii, cyklów czy sag. Przeciwnie – bardzo je lubię, właśnie z powodów, jakie przed chwilą wymieniłem. Nie podoba mi się wszakże sytuacja, w której autor, rozpoczynając tasiemcową historię, nie ma najmniejszego pojęcia, dokąd ona zmierza. Jestem zwolennikiem zasady głoszącej, iż przed przystąpieniem do tworzenia fabuły twórca winien, choćby w przybliżeniu, wiedzieć jak to się wszystko skończy i konsekwentnie do tego zakończenia zmierzać. I owszem, można argumentować, że Stephen King, rozpoczynając pisanie sagi o Mrocznej Wieży nie miał najmniejszego pojęcia, jak ją zakończy, że dla David Lynch, kończąc pisanie pilotowego odcinka Miasteczka Twin Peaks nie był mądrzejszy od telewidzów w kwestii sprawcy morderstwa Laury Palmer. Tyle, że do takich zabiegów potrzeba geniuszu formatu Kinga lub Lyncha – a taki geniusz trafia się niezmiernie rzadko.

Nie smęciłbym, gdyby Fabryka Słów była niszą, a nie – ciągle i mimo upływu lat – głównym graczem na rynku narzucającym swoje zasady całemu rynkowi. To właśnie w tej sytuacji upatrywałbym się odpowiedzi na pytanie „Czemu w Polsce nie ma więcej autorów pokroju Jacka Dukaja?”. Ponieważ nie mają tu odpowiednich warunków lęgowych. Sytuacja ta wymusiła określone zabiegi marketingowe na innych wydawnictwach – choćby Runa, która na początku swojej działalności zdawała się być przeciwwagą dla mainstreamowej Fabryki dziś ściga się z nią o klienta. No cóż, twarde prawa rynku są twardymi prawami rynku i byłbym bez serca, gdybym rzucał przez to w Runę kamieniami. Ale jednak to boli.

Brakuje mi w polskiej fantastyce literackiej jakiejś, choćby niewielkiej, oficyny specjalizującej się w ambitniejszej fantastyce. Takiej, która mniej skupia się na tabelach przychodów i rozchodów, a bardziej na poszukiwaniu nowych ścieżek w sposobie pisania fantastyki. W publikowaniu rzeczy ciekawych, ale i mądrych. Budzących dyskusje, kontrowersje i wątpliwości. Literatury dojrzałej, nietuzinkowej, może nawet undergroundowej, ocierającej się literacką alternatywę. I takiej, której okładki nie będą tak okrutnie kiczowate. W interesie nas wszystkich jest, by takich tytułów pojawiało się jak najwięcej. Ostatecznie, to już utarty schemat kulturowy – ze sztuki niezależnej i wysokiej idee i pomysły „skapują” do mainstreamu, napędzając go i nadając mu świeżość. Na dzień dzisiejszy, polski mainstream fantastyczny napędza sam siebie. Mnie się ta sytuacja średnio podoba. Że mogło być gorzej? To nie jest argument. Jeden Dukaj to trochę mało jak na tak bogaty i różnorodny rynek, jaki mamy obecnie w Polsce. O wiele za mało.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Fabryczny standard


fragment grafiki autorstwa Piotra Cieślińskiego, całość tutaj.

Wykopaliska internetowe to rzecz tyleż przyjemna, co sprawiająca niekiedy nieoczekiwane i bardzo przyjemne niespodzianki. Podczas jednej z takich ekspedycji stosunkowo niedawno trafiłem na wiekowy, jeśli patrzeć pod kątem publikacji internetowych, wywód trzech uznanych pisarzy fantastycznych – Jacka Dukaja, Łukasza Orbitowskiego oraz Wita Szostaka – dotyczący niezmiernie ciekawego zjawiska.

Mamy rok 2011 i zapewne niejakim zaskoczeniem będzie dla Was fakt, że wydawnictwo Fabryka Słów liczy sobie już okrągłe dziesięć lat. Dla mnie jest, bo zadziałał u mnie „syndrom YouTube” który – podobnie jak FS – wywarł na nas tak wielki wpływ, że instynktownie uznajemy iż serwis ten powstał równo z Internetem. Podobnie Fabryka Słów – bez niej trudno wyobrazić sobie współczesną polską fantastykę. Przez dekadę swojego istnienia lubelskie wydawnictwo zapanowało nad rządem czytelniczych dusz i stało się synonimem lekkiej prozy fantastyczno-przygodowej do kibelka i poduszki.

Zaczęło się od kultowego Pilipiuka i nie mniej kultowego Wędrowycza, który to stanowi właściwie kwintesencję „standardu fabrycznego”. Prosty – bardzo prosty – język, brak ozdobników czy innych niepotrzebnych prozie rozrywkowej popierdówek. Fabuła prosta, na ogół trzymająca w napięciu, przerysowani bohaterowie, szczątkowe (lub nieistniejące) pogłębienie psychologicznych sylwetek postaci. Tak scharakteryzować można niemalże każdy produkt, jaka wyszła spod fabrycznej sztancy. Produkt, nie książkę. Fabryka – jak sama nazwa wskazuje – książki wytwarza. Mają być lekkie, proste, niewymagające myślenia. Pisarze lubelskiej oficyny dopasowują się do tego schematu w swoich utworach drylując język do granic możliwości. Biorąc do ręki kolejną książkę Dębskiego czy innego Komudy dość trudno mi wskazać charakterystyczne cechy stylu. Spokojnie można by pomieszać nazwiska autorów na okładkach i pewnie nikt by się nie połapał (a jeśli już, to tylko tropem „Przecież Piekara nie pisze o Wędrowyczu”).

Czy to źle? Na pewno nie – dzięki takiemu ujęciu polska fantastyka jest atrakcyjniejsza dla czytelnika pozagettowego. Zresztą, getto rozpadło się dobre dziesięć lat temu, wraz z powstaniem Fabryki właśnie. Teraz wszyscy czytają Wędrowycza, tak jak wszyscy oglądają „Mam Talent”. Fantastyka – ta fabryczna – stała się mainstreamowa na maksa i to bardzo dobrze! Na każdą setkę fanów emerytowanego egzorcysty z Wojsławic przypadnie dwóch czy trzech, którzy pójdą dalej, pogrzebią głębiej, będą szukać czegoś ponad. To dobrze rokuje rodzimej prozie fantastycznej.

Z kolejnych plusów „standardu fabrycznego” trzej łebscy pisarze wymieniają także bardzo pozytywny trend umieszczania akcji powieści w Polsce, robienia z głównych bohaterów Polaków lub choćby czerpanie z polskiej kopalni memetycznej. Onegdaj, w czasach gdy polscy autorzy musieli przybierać obco brzmiące pseudonimy, by mieć szansę na godziwy zysk, coś takiego byłoby strzałem w stopę. Dziś ciężar przeniósł się na drugą stronę, co jest zjawiskiem ciekawym i bardzo mnie cieszącym. Z innych plusów można wymienić oryginalność światów przedstawionych. Rzadko kiedy Fabryka wydaje książki zaliczane do nurtu high fantasy, w większości przypadków autorzy starają się nadać kreowanym uniwersom nowatorskie cechy. I to się chwali.

Orbitowski zwraca uwagę na kolejną sprawę – rozbudowę cykli książkowych, które są niejako znakami rozpoznawczymi autorów. Wiadomo – Pilipiuk to Wędrowycz, Piekara to Inkwizytor i tak dalej. Ja wyciągnąłbym z tego pewien wniosek, otóż Fabryka Słów jest w naszym kraju tym, czym w USA wydawnictwo Marvel lub – trochę bliżej – francuskie Soleil. Tak, to w rynkach komiksowych powinniśmy szukać analogii dla lubelskiego potentata. W naszym kraju komiks nigdy nie cieszył się dużą popularnością, dlatego rolę bezrefleksyjnego czytadła przejęły książki. A produktom fabrycznym bliżej jest do pulpowych komiksów właśnie, niż do czegokolwiek innego.

Tym niemniej, dobrze, że taka Fabryka istnieje i produkuje kolejne książki. Cieszy mnie, że fantastyka przedarła się doi szerszej świadomości czytelniczego ogółu, nawet jeśli większość utworów spod znaku Fabryki Słów to pozycje – oględnie mówiąc – nie najwyższych lotów. Bo przecież każdy z nas lubi czasem rozerwać się przy niewymagającej myślenia, zgrabnie poprowadzonej fabułce rozgrywającej się w oryginalnym na ogół uniwersum. Niech nam Fabryka Słów pracuje kolejne dziesięć lat!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...