Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-Men. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-Men. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 października 2017

Gifted, odcinek pierwszy

fragment grafiki promocyjnej, całość tutaj.

X-Men,
jako metafora prześladowanej mniejszości to coś, co unika bardzo wielu pułapek, w jakie aż nazbyt często wpadają tego typu narracje – komiksy o mutantach Marvela nie boją się nawiązywać do realnie istniejących prześladowań i wykorzystywać intersekcjonalność jako metodę płynnego i nieoczywistego opowiadania o problemach dyskryminacji. Wiele postaci z tego worka to osoby niebiałe oraz homoseksualne. Magneto, oprócz bycia mutantem jest również Żydem. Storm, oprócz bycia mutantką, jest również czarnoskórą kobietą. Iceman, oprócz bycia mutantem, jest również – bardzo długo ukrywającym swoją orientację – gejem. Inkluzywność X-Men jest realna, posiada długą tradycję i sprawia, że komiksowi mutanci nie są jedynie fantazją białych, heteroseksualnych ludzi o byciem prześladowanym i romantycznej walce o własną emancypację. Sprawia to z kolei, że X-Men są bardzo pojemną, elastyczną metaforą – poręcznym naczyniem narracyjnym, w które utalentowani twórcy mogą wlać bardzo wiele bardzo odmiennych rzeczy bez obaw, że dojdzie do skwaszenia takiej mikstury. Oczywiście, jest to miecz o obosiecznym ostrzu, a mutancka metafora nie jest bynajmniej doskonała – żadna nie jest – jednak jako popularna narracja równościowa przez większość czasu sprawdza się całkiem nieźle. Najnowszy serial adaptujący tę gałąź marvelowego uniwersum, The Gifted, ma niemałą szansę zostać kolejnym ogniwem tego łańcucha.

Po obejrzeniu pilota, jestem dobrej myśli – choć serial wyraźnie stawia na dynamiczną akcję i silne utylizowanie wątków sensacyjnych, w żadnym razie nie trywializuje aspektu dyskryminacyjnego. Przeciwnie, starannie go podkreśla dualizmem dwóch początkowo odseparowanych wątków, które w finale pierwszego odcinka w dość dramatycznych okolicznościach się splatają. Pierwsza gałąź fabularna opowiada o nieformalnej – i nielegalnej – organizacji mutantów, którzy nie chcą poddać się sankcjom prawnym wymuszonym przez amerykański rząd i w miarę swoich skromnych możliwości zapewniają bezpieczeństwo swoim pobratymcom. Większość bohaterów tego wątku to osoby niebiałe – mamy Amerykankę chińskiego pochodzenia, Rdzennego Amerykanina oraz młodego mężczyznę o niesprecyzowanej grupie etnicznej (Elipse, grany przez Seana Tealea, brytyjskiego aktora mieszanego pochodzenia). Jedyną białą osobą z tej gromadki jest kobieta – Polaris, która w komiksach była córką Magneto. Ta grupa wiedzie żywot wywołańców ukrywających się w slumsach. 

Drugi wątek przedstawia kontrastowo odmienną sytuację – życie Struckerów, mieszkającej na przedmieściach białej rodziny z dwojgiem dorastających dzieci. Ich życie przewraca się do góry nogami w chwili, gdy manifestują się moce Andy’ego, a jego starsza siostra „wychodzi z szafy”, ujawniając, że sama również jest mutantką. Co interesujące – ojciec rodzeństwa, Reed, jest urzędnikiem rządowym zajmującym się przesłuchiwaniem schwytanych przez policję mutantów. Mamy więc do czynienia z interesującą sytuacją, w której osoba uprzywilejowana – biały, heteroseksualny mężczyzna z wyższej klasy średniej – postawiony jest w sytuacji, w której musi sprzeciwić się systemowi, którego istnienie wspierał własną pracą, by chronić swoją rodzinę przed rozpadem. I robi to bez wahania. W filmach i komiksach o X-Men bardzo częstym jest wątek odepchnięcia młodego mutanta przez uprzedzonych rodziców – w The Gifted mamy do czynienia z interesującym odwróceniem tej sytuacji. Reed bez najkrótszego bodaj momentu zawahania postanawia uciec ze swoją rodziną z kraju i w żadnym momencie nie mamy sugestii, że jego stosunek do syna i córki zmienił się po tym, gdy wyszło na jaw, że oboje są mutantami.

Sytuacja Struckerów nieźle obrazuje iluzję bezpieczeństwa rzekomo zapewnianego przez konserwatyzm. W sytuacji Andy’ego i Lauren serial kreśli kilka subtelnych paralel do homoseksualności – Lauren w jednym momencie zapewnia nawet brata, że It gets better i gdy minie początkowa konfuzja, chłopak zacznie czuć się znacznie bardziej komfortowo ze swoją tożsamością. Ich szczególny status uderza w całą rodzinę – mając do wyboru lojalność w stosunku do własnej profesji i w stosunku do swoich bliskich Reed wybiera to drugie, skazując samego siebie na gwałtowny upadek na sam dół społecznej drabiny – ściganego przez rząd przestępcy. I w tym momencie oba wątki się ze sobą łączą, co daje znakomity punkt wyjścia do dalszego rozwoju fabuły. Interakcje między obiema grupami z pewnością będą interesującym elementem serialu – Struckerowie przywykli do relatywnie wysokiego standardu życiowego, który, z oczywistych względów, został im odebrany i już w pierwszym odcinku widzimy, że jest to dla nich stresująca sytuacja (Lauren i Andy narzekają na stan ciężarówki, którą uciekają przed policją), więc starcia na tym tle z nawykłymi do niewygód „dzikimi” mutantami wydają się nieuniknione – Struckerowie zmuszeni będą uświadomić sobie swój dotychczasowy przywilej w dość bolesny sposób.

Czy to wszystko będzie podstawą do fabularyzowanego moralitetu na temat różnych odcieni uprzedzeń i dyskryminacji? Wątpię – serial zdaje się być daleko bardziej zainteresowany wartką fabułą i dynamicznymi zwrotami akcji, elementy mutantów jako metafory prześladowań mniejszości traktując w sposób obligatoryjny. Jednak „obligatoryjny” nie znaczy jeszcze „niewłaściwy” – pilot The Gifted radzi sobie z tematem bardzo kompetentnie i dobrze wróży na przyszłość. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jakiś stricte superbohaterski serial zrobił na mnie aż tak dobre pierwsze wrażenie – mam nadzieję, że nie będzie ono złudne.

środa, 27 marca 2013

Dobry, zły i zmutowany

fragment grafiki autorstwa Charlene Wienhold, całość tutaj.

Tak więc zaczęło się od ninedin i jej listy bohaterów popkulturowych, których blogerka darzy ponadprzeciętną atencją. Sam pod wpływem tej listy miałem napisać miłosną odę do GLaDOS jedynej popkulturowej kobiety, w jakiej tak naprawdę się zakochałem (co samo w sobie jest dość przerażające na bardzo wielu poziomach), ale zaniechałem i zamiast tego odniosę się do sprawy, jaka wykwitła na marginesie. Generalnie rozchodzi się o X-Men: First Class i tezę ninedin, którą przytoczę tu w całości, bo jest naprawdę ciekawa i, choć będę z nią tutaj polemizował, to jednak sama interpretacja bardzo, ale to bardzo mi się podoba:

"[X-Men: First Class - przyp. MP] to jest historia o dobrym człowieku, który ląduje po ciemnej stronie, i o człowieku płytkim i złym, w sumie, który ląduje po jasnej."

Gdzie tym dobrym człowiekiem jest Eric Lensherr, a tym złym – Charles Xavier. Na ten patent wpadła ponoć Rusty Angel, jednak sama oskarżona nie przyznaje się do winy, stanęło więc na tym, że to ninedin rozwinęła zaczątki interpretacji, jakie Rusty umieściła w swojej recenzji filmu. Ale do rzeczy. Kiedy w komentarzach pod jedną z notek wyraziłem swoje zdziwienie, autorka natychmiast pospieszyła z wyjaśnieniami:

„(…)wyjściowo masz dwóch facetów: jeden jest bubkowatym, antypatycznym paniczykiem-czarusiem z klasy wyższej, nie bardzo godzącym się z faktem, że ludzie mogą być inni, niż jemu się wydaje, facetem, który ma wszystko (talent, odpowiednie urodzenie, pieniądze, urodę, pałac), łącznie z tym, że jego specjalnego talentu nie widać i jakby co, na pierwszy rzut oka za mutanta go nikt nie weźmie. Ciężko mu idzie radzenie sobie z faktem, że nie wszyscy widzą świat tak, jak on, i nie wszyscy chcą się jego wizji podporządkować. Z drugiej masz chłopaka po przejściach, który od początku życia miał ciężko. Który, w odróżnieniu od poprzedniego, rozumie, że ludzie bywają bardzo różni i że trzeba im dać być tym, czym są i pozwolić im być dumnym z tego, czym są, a nie kazać się podporządkowywać mądremu guru, który wie lepiej - bo guru, mając takie doświadczenia, jakie ma, NIGDY nie zrozumie, tak naprawdę, co to znaczy być widocznie innym, co to znaczy nie wpasowywać się w społeczeństwo, co to znaczy być prześladowanym.”

Jak pisze dalej ninedin:

„No i teraz: może to trzeba było powiedzieć inaczej, może że WYJŚCIOWO to jest taka historia. Bo, oczywiście, nasz paniczyk od pewnego momentu budzi w sobie poczucie odpowiedzialności za innych, co go trochę [podkreślenie autorki – przyp. MP] uczy empatii i zrozumienia; a nasz survivor II wojny daje się ogarnąć takiej nienawiści, od której nie ma już ucieczki, i w jakiś tam sposób staje się ostatnią ofiarą swoich oprawców, bo jak oni zaczyna wierzyć w istnienie nadludzi. Obaj się zmieniają, los - trochę własne decyzje, oczywiście, ale trochę też los i fatalne wydarzenia w Zatoce Świń - sprawia, że każdy z nich ląduje po stronie, po której nie do końca by się można było spodziewać, bo przecież byłoby łatwo sobie wyobrazić Xaviera jako milionera a la czarne charaktery z Bonda, knującego przejęcie władzy nad światem, a Magneto jako aktywistę legalnej walki o prawa mutantów...”

No i ja mam właśnie z tą hipotezą szereg problemów. Specjalnie przed podjęciem tej polemiki odświeżyłem sobie film, oglądając go właśnie pod kątem potencjalnej dyskusji – podczas oglądania robiłem sobie nawet notatki, ale teraz nie mogę ich nigdzie znaleźć, więc będzie z głowy. Podkreślę jeszcze raz, że sama interpretacja ninedin bardzo mi się podoba – doceniam jej elegancję i generalnie spokojnie i bez zastrzeżeń jestem w stanie przyjąć fakt, iż ktoś ten film interpretuje w taki właśnie sposób. Sam jednak jestem zdania, że sprawa jest trochę bardziej skomplikowana.

Przede wszystkim – nie umiałbym nazwać Charlesa wyjściowo złym. Na ekranie od samego początku (przygarnięcie Raven) Xavier jawi nam się jako idealista z bardzo wysoko rozwiniętym poczuciem moralności. Już w jego dziecięcej wersji widać zaczątki wielkiego humanisty i reformatora snującego dalekosiężne plany. Jeszcze co do otwarcia filmu – interesujący jest fakt, iż widzimy jak już w dzieciństwie zaczynają się kształtować postawy Erica i Charlesa. Droga Xaviera zaczyna się w chwili, gdy zyskuje on bliską osobę, droga Erica – gdy traci bliską osobę. Ale na razie skupmy się na Xavierze. Otóż nie zauważyłem u niego żadnej płytkości i podskórnego zła. Przeciwnie, nawet w pierwszej części filmu przyszły Profesor X ryzykuje życiem, by uratować obcego sobie człowieka (skacze do wody, by powstrzymać Erica przed bezskutecznymi próbami wyciągnięcia łodzi podwodnej Sebastiana Shawa). Nieco później poświęca chwilę (choć czas i okoliczności są naglące) na uśpienie radzieckiego żołnierza, który cierpi z powodu obrażeń, jakie Eric zadał mu drutem kolczastym. Ta scena szczególnie dobrze pokazuje, że Xavier ma głęboko wdrukowany humanitaryzm i poczucie odpowiedzialności. Fakt, czasem bywa irytująco pryncypialny, ale ta pryncypialność wynika raczej z faktu dorastania w arystokratycznym etosie, niż jakichś negatywnych cech charakteru.

Myślę, że ninedin tak negatywnie odebrała postać Charlesa, ponieważ w ani jednej scenie w całym filmie nie miał on okazji, by jednoznacznie określić i skonkretyzować swoją wizję stosunków ludzko-mutanckich. Z widocznych na ekranie przesłanek istotnie można wynieść wrażenie, że Xavierowi zależy na tym, by „nie obnosić się” ze swoją mutanckością i nie niepokoić swoją odmiennością „normalnych” ludzi. Dla niego jest to łatwe, ponieważ jego mutacja nie nosi żadnych fizycznych znamion, dla Raven czy Hanka rzecz jest już znacznie bardziej kłopotliwa. Eric zdaje się rozumieć to lepiej (choć też jego mutacja nie jest otwarcie stygmatyzująca), z racji swoich drugowojennych przeżyć. Myślę, że zarówno Eric, jak i Charles mają (na danym etapie swojego życia) błędne podejście do kontaktów homo superior z homo sapiens. Charles chce całkowitej asymilacji, Eric – równie totalnej alienacji. Pod koniec jednak Xavier uczy się cynicznego pragmatyzmu charakterystycznego dla Erica (tak rozumiem scenę, w której Xavier wymazuje wspomnienia Moirze), zaś Eric przejmuje część poglądów i sposobów działania Charlesa (odbicie Emmy z więzienia). I znów następuje pewna ciekawa klamra fabularna – pod koniec filmu role się odwracają i Xavier traci bliską osobę, zaś Magnetu zyskuje nowego członka budowanej przez siebie drużyny.

Ninedin ma bogatszą wyobraźnię, niż ja – nie umiałbym sobie wyobrazić Charlesa jako bogatego niegodziwca w stylu starobondowskim, ponieważ od samego początku do samego końca jest to postać o wielkim sercu, nawet jeśli trochę błądzi i nie dostrzega wszystkich odcieni problemu. Dla mnie to nie jest opowieść o potencjalnie dobrym, który stał się zły i potencjalnie złym, który okazał się być dobrym. To raczej historia dwóch ludzi, którzy się mylą – każdy na swój sposób. Eric pragnie dla swoich pobratymców poszanowania i możliwości godnego realizowania własnego indywidualizmu, jednak za narzędzie mające doprowadzić do tego celu wybrał najgorszą możliwą drogę – terroryzm. Tymczasem Charles pragnie pokojowego współistnienia, nawet kosztem bardzo daleko posuniętych kompromisów (nieobnoszenie się). Pod koniec filmu obaj bohaterowie zmuszeni są do przewartościowania swoich idei. W jakim stopniu im się to udało - dowiemy się najprawdopodobniej dopiero w sequelu.

I jeszcze jedna sprawa – umknął mi moment, w którym Eric przeistacza się z samotnego mściciela w wielkiego przywódcę. Przez cały film ani razu nie ujawnił takich inklinacji i nagle – bum, scena na plaży, postrzelenie Charlesa, umarł Eric, niech nam żyje Magneto. Ta metamorfoza jest wyjątkowo nędznie uargumentowana i stanowi jeden z większych minusów filmu. Chyba, że coś mi umknęło.

PS: Podczas wybierania ilustracji do tej notki uderzyło mnie, jak wiele jest fanartów (osobliwie w mangowej stylistyce, pasującej do tych bohaterów jak pięść do nosa) obraca się wokół erotycznej fascynacji obojga. Nie wiem, sleszowanie jest dla mnie obszarem mało znanym i niezbadanym, ale... poważnie?

niedziela, 9 września 2012

Na lewo od Xaviera

http://desmond.imageshack.us/Himg513/scaled.php?server=513&filename=astonishingxmen51cover.jpg&res=landing
fragment grafiki autorstwa Dustina Weavera, całość tutaj.

Trochę ponad rok temu przez blogi TTDKN-u przetoczyła się nieco ekstrawagancka polemika dotycząca domniemanej prawicowości komiksowych superbohaterów. Dyskusję przeczytałem z umiarkowanym zainteresowaniem, odnotowując sobie niektóre rzeczy, do poruszenia w ewentualnej własnej notce na ten temat. Notka, koniec końców, nie powstała, ale podczas ostatniej lektury komiksu Astonishing X-Men: Gifted (wydanego w naszym kraju aż dwa razy w relatywnie niedługim odstępie czasu – raz przez Muchę, drugi raz przez Hachette, w o wiele przystępniejszej cenie) po której naszła mnie pewna refleksja – o ile w większości zgadzam się z opiniami TTDKN-owskich dyskutantów co do prawicowego smrodku* unoszącego się wokół konceptu superbohaterstwa (z zastrzeżeniem, że komiksowa mitologia nie była raczej świadomie kreowana pod wpływem prawicowej ideologii, po prostu jakoś „samo tak wyszło”), o tyle dyskutantom umknęła pewna, bardzo duża i bardzo znacząca grupa superbohaterów, która została ufundowana na tak wyraźnie lewicowym podłożu, że aż dziw, że nikt z TTDKN tego nie wyłapał (przynajmniej ja tego nie zauważyłem).

Mutanci, oczywiście. Cała koncepcja homo superior od samego zarania swojego istnienia egzystowała jako uproszczone, popkulturowe studium mniejszości społecznej (w tym wypadku – gatunkowej) i jej interakcji z „normalną” większością. Początkowo ta metafora tyczyła się przede wszystkim mniejszości etnicznych, z biegiem czasu coraz bliżej było X-Manom do mniejszości seksualnych. Nieprzypadkowo pierwszy gejowski ślub superbohaterów Marvela pokazany był pięćdziesiątym pierwszym numerze Astoshining X-Men. W ogóle, im dłużej o tym myślę, tym więcej znajduję analogii – choćby wrogowie X-Manów to między innymi republikańscy politycy (senator Robert Kelly, wedle słów Chrisa Claremonta, wzorowany na postaci Josepha McCarthy’ego) i ekstremistyczne grupy religijne (Purifiers) czyli główni oponenci środowisk LGBT w naszej rzeczywistości. Ale wróćmy do lewicowości.

Głównymi zarzutami pod adresem „prawicowych” superbohaterów są ich jednostkowość, załatwianie problemów społecznych (czyli na ogół przestępczości) w sposób często sprzeczny z obowiązującym prawem, leczenie objawów zamiast przyczyn choroby społecznej jaką są przestępstwa, etc. Społeczność mutantów jest w dużej części tych cech pozbawiona. Umyślnie piszę „społeczność” bo sami X-Men są już niestety grupą po trosze tego samego sortu, co Avengers czy inni Defenders – co chwila wdają się w bójki z kosmitami, ignorując fakt, że istnieje rządowa organizacja, która, przynajmniej w teorii, powinna być za to odpowiedzialna. Sama społeczność jednak jest bardzo silnym punktem programu. Będący – przynajmniej przez większość czasu – jej rzecznikiem Charles Xavier wyznaję ideę pokojowego współistnienia dwóch gatunków ludzkich w duchu wzajemnej tolerancji i poszanowania, walcząc z takimi konserwatystami jak Kelly czy Magneto (który jest tym samym wektorem, co Kelly, tylko o przeciwnym zwrocie).

Ciekawą sprawą jest też fakt, że w przepastnych szeregach X-Men (plus grupy satelickie) przewija się bardzo dużo postaci wywodzących się z klas robotniczych i środowisk o niskim statusie społecznym. Wielu tam emigrantów (Nightcrawler, Colossus), osób o wątpliwej reputacji (Wolverine, Gambit), zreformowanych przestępców (Emma Frost). To nie Avengers, będący w istocie elitarnym klubem zblazowanych multimilionerów, wojskowych i naukowców, do którego wstęp mają jedynie zaproszeni. Ci sami Avengers, dla których walka z szeroko pojętym złem jest środkiem do zaspokojenia egoistycznych w sumie potrzeb uspokojenia sumienia albo zwyczajnie dobrą zabawą. Batman od pół wieku oczyszcza Gotham z przestępców, ci wciąż się jednak tam lęgną – a Bruce Wayne przez pięćdziesiąt lat nie zadał sobie pytania, dlaczego mimo jego wysiłków jego walka z przestępczością nie przynosi wymiernych rezultatów? Kołek do zawieszenia niewiary łamie się z trzaskiem, gdy to sobie uświadomimy.

X-Men jako grupa superbohaterów test taką raczej bojową Paradą Równości, która wysyła do społeczeństwa czytelny przekaz – „patrzcie, nie jesteśmy tacy źli, bronimy was przed inwazjami z kosmosu i szalonymi superłotrami”, w ten sposób starając się zmienić świadomość społeczną. Nie jest to zresztą jedyny przejaw chęci przełamania bariery stereotypów. Mutanci pracują u podstaw, na przykład urządzając pokojowe demonstracje. Jak możemy przeczytać w streszczeniu komiksu Dark Avengers/Uncanny X-Men: Utopia zamieszczonym na stronie polskich fanów Marvela.

Market Street, San Francisco. Marsz przeciwników mutantów zorganizowany przez Simona Traska i jego Humanity Now!, który rozpoczął swoją wędrówkę od Sacramento, dociera wreszcie do swojego celu. Na drodze do ratusza staje im grupa zwolenników homo superior, wśród których jest kilkoro X-Men. Beast mówi, że podobnie jak Trask, oni również mają prawo do zgromadzeń i będą musieli ich ominąć w drodze do ratusza. Kiedy ludzie Simona zaczynają obrzucać mutantów wyzwiskami, ten prosi ich, aby się uspokoili. Nagle do akcji wkraczają Hellion, Pixie, Rockslide i Glob Herman, którzy zachowują się wrogo wobec demonstrantów. Trask udaje panikę, krzyczy, że to zmowa i X-Men otoczyli jego ludzi, po czym zaczyna się bójka między dwoma grupami. Beast próbuje uspokoić przeciwników, ale jego słowa nie przynoszą efektu. Hank zauważa, że Pixie została uderzona butelką i rusza jej na pomoc, ale zostaje obezwładniony przez wezwanych na miejsce zdarzeń policjantów. Ci wkrótce radzą sobie z powstrzymaniem bitwy, która się kończy, gdy bijący Traska Hellion zostaje pokonany przez stróżów prawa.

Gdyby lekko przeredagować ten tekst, brzmiałby on niczym relacja z Kolorowej Niepodległej. Swoją drogą, zastanawiam się, czy zabetonowani konserwatyści naprawdę patrzą na mniejszości seksualne i etniczne jak komiksowi antymutanci na homo superior. Czy dla nich ktoś taki to przerażająca, niepojęta istota, która może wysadzić się w autobusie albo naświetlić niewinne dziecko promieniami pedalstwa? Oczywiście, mutanci jako mniejszości społeczne to metafora w najlepszym razie kaleka, bo mutanci istotnie są potencjalnym zagrożeniem, a nie – jak w przypadku emigrantów czy homoseksualistów – w dużej mierze urojonym. ale cóż – takie prawidła kultury popularnej. Czasem spójność analogii ustępuje efekaciarstwu.

_____________
*wiem, że w tym momencie sam kręcę na siebie bata, ale ja naprawdę nie mam w tym tygodniu innego pomysłu na notkę. Z tej też nie jestem specjalnie zadowolony, bo tylko liznąłem temat, ale...

niedziela, 20 maja 2012

Oda do Laury

http://desmond.imageshack.us/Himg585/scaled.php?server=585&filename=nyx3y.jpg&res=landing
fragment grafiki autorstwa Joshuy Middletona, całość tutaj.

Zainspirował mnie ostatnio blogowy wpis Zwierza, którego to bloga staram się raczej omijać szerokim łukiem, a to z powodu irytującej maniery autorki, przez którą pisze ona o sobie w trzeciej osobie liczby pojedynczej, jakby miała do czynienia z jakimś przeciwieństwem tego tostera z SCP (poważnie, denerwuje mnie to niemożebnie, jeśli ktoś przyjdzie do mnie na bloga z taką manierą, to będę kasował komentarze bez litości, choćby tam były powypisywane nie wiadomo jakie mądrości i będzie na cenzurowanym, dopóki nie nauczy się wyrażać jak człowiek, który opuścił już jaskinię). Notka opowiadała o kobiecych postaciach w serialach, ale w komentarzach szybko obróciła się w korowód truizmów i ignorancji blogerki oraz części dyskutantów, a dyskusja rozrosła ponad miarę. Nie mam zamiaru wplątywać się w tego typu przepychanki – a przynajmniej nie na swoim blogu – jednak dyskusja o miejscu kobiet w kulturze popularnej przypomniała mi historię X-23 – komiksowej postaci, którą można w dwóch słowach skrzywdzić określeniem „klon Wolverine’a”. Dlaczego skrzywdzić, skoro X w jak najbardziej dosłownym sensie jest klonem szponiastego X-Mana? Ponieważ Laura Kinney, tak bowiem naprawdę nazywa się główna bohaterka, stała się dla mnie modelowym przykładem, jak wiele mogą dać mainstreamowi zarówno kobiece bohaterki, jak i kobiety-scenarzystki. Ale po kolei. Z góry ostrzegam nie tyle przed spoilerami, co przed potężną dawką komiksowego nerdyzmu, który dla nieprzygotowanego umysłu może okazać się zabójczy. Ale zapewniam, że warto, bo poniższa opowieść jest zaiste pasjonująca.

X-23 przydryfowała do świata komiksów z kreskówki „X-Men: Evolution”. Nie jest to praktyka bardzo częsta, aczkolwiek takie migracje zdarzają się od czasu do czasu, gdy na ekranie bohater radzi sobie na tyle dobrze, by z powodzeniem móc go zaadaptować do regularnego uniwersum. Historia tej postaci – w dużej mierze snuta przez ceniony duet scenarzystów Craig Kyle i Chris Yost – rozpoczyna się w laboratoriach organizacji Facility, będącej niejakim spadkobiercą niesławnego Weapon X, czyli kanadyjskiego projektu, który eksperymentował na pewnym owłosionym, niewysokim mutancie imieniem Logan, chcąc uczynić z niego zabójcę idealnego. Każdy, kto przebrnął przez film „X-Men Origins: Wolverine” wie, czym to się skończyło. Wiele lat później organizacja, o której pisałem wyżej przejęła próbkę DNA Logana, usiłując – bez powodzenia – wykorzystać ją do nadania innym ludziom niesamowitych mocy regeneracji, jakimi charakteryzuje się szponiasty mutant. Przełom nastąpił dopiero po dołączeniu do kadry pracujących nad tym naukowców dr Sary Kinney, która uzgodniła, że najlepszą metodą na osiągnięcie oczekiwanych rezultatów będzie sklonowanie obiektu. Jako, iż odzyskany od Wolverine’a chromosom Y był uszkodzony, stworzenie męskiego klona było niewykonalne. Chromosom X był jednak nienaruszony…

Eksperyment się udał – dziewczynka oznaczona numerem kodowym X-23 (poprzednie dwadzieścia dwa obiekty nie przetrwały implementacji genów Logana) przejęła właściwą pierwowzorowi mutację, łącznie ze szponami (które zostały trochę inaczej rozmieszczone – po dwa w dłoniach i po jednym w stopach). W toku projektu Laura – jak nazwała X-23 doktor Sarah, jej „matka” – poddana została morderczemu treningowi kondycyjnemu i taktycznemu, wszystko w jednym celu – stworzyć idealną maszynę do zabijania. By zapewnić sobie całkowitą kontrolę nad poczynaniami X-23 stworzono specjalną substancję, na zapach której Laura reaguje wybuchem niekontrolowanej agresji. Dziewczynka oddelegowana została skrytobójczych zadań, jakie zlecali Facility rozmaici zbrodniarze pokroju Kingpina. Jako, że jej powierzchowność była doskonałym kamuflażem dla jej prawdziwej natury, odnosiła na tym polu sukcesy, przynosząc duży zysk swoim twórcom. Nie trwało to długo. Na wskutek machinacji niektórych członków Facility X-23 miała zostać zabita, jednak dzięki pomocy jej „matki” dziewczynce udało się uciec, nim jednak do tego dochodzi, Laura zabija Sarę na wskutek kontaktu tej ostatniej z substancją wyzwalającą szał X-23. Dziewczyna w stanie bliskim katatonii ucieka z Facility. Można o tym poczytać w miniserii X-23: Innocence Lost.

Dziewczyna ląduje w Nowym Jorku, gdzie trafia pod „opiekę” sutenera Big Daddy’ego. Z tej matni wyrywa się dzięki pomocy grupy bezdomnych nowojorskich mutantów, do której dołącza na pewien czas. Te wydarzenia rozgrywają się na łamach miniserii NYX autorstwa Joe’go Queasdy, którą bardzo lubię, choć generalnie oceniana jest jako średnia.

Fakt, iż Laura po raz pierwszy w życiu trafia gdzieś, gdzie inni traktują ją po ludzku sprawił, że dziewczyna wyrywa się z otępienia i rusza na spotkanie z siostrą doktor Kinney, której kiedyś pomogła, ratując jej córkę z rąk pedofila (oczywiście, nie z własnej inicjatywy, a dlatego, że takie „zlecenie” dostała od Sary). „Ciocia” i „kuzynka” przygarniają ją pod swój dach Laurę, sielanka nie trwa jednak zbyt długo, ponieważ Facility przypominają sobie o X-23 i wysyłają za nią Kimurę, jedną ze swoich agentek. Sytuacja ponownie staje na krawędzi, tym razem jednak obywa się bez ofiar wśród bliskich Laury. Dziewczyna rozumie jednak, dlaczego nie może zostać w domu Debbie i Megan, ostatecznie trafia więc tam, gdzie powinna – do Instytutu Xaviera Dla Uzdolnionej Młodzieży. To wszystko przeczytać można – i należy – w miniserii X-23: Target X.

W szkole sielanka dziewczyny też nie trwa zbyt długo, ciągle prześladują ją bowiem demony przeszłości. Jakby tego było mało, jej pobyt w Instytucie przypadł na okres po M Day, czyli po brzemiennym w skutkach wydarzeniu, na wskutek którego niemal wszyscy mutanci na całym świecie stracili swoje moce, zaś nowi homo superior przestali się rodzić. Jednak generalnie rzecz biorąc, życie Laury przebiegało lepiej, niż kiedykolwiek, choć do szkoły trafiła w czasie potężnej nagonki na mutantów ze strony fanatyków religijnych Purifiers, który urządzili w Instytucie mutancki holokaust. Laura przebywała w szkole dla mutantów do czasu wydarzeń z eventu Messiah CompleX, którego założenia przedstawiały się następująco – rodzi się pierwszy mutant od czasów Dnia M. Nagle wszystkim bardzo zależy, by do niego dotrzeć, przez co X-Men, X-Factor, X-Force, Cable, Purifiers, Marauders, Predator X i diabli wiedzą, kto jeszcze miotają się na wszystkie strony w szaleńczym wyścigu po główną nagrodę – nowonarodzonego mutanta. Podczas owego kryzysu X-23 zostaje wcielona do doraźnie powołanej grupy X-Force, mającej na celu odzyskać dziewczynkę z łap Marauders i przewodzącego im Mr. Sinistra.

Po zakończeniu MC Laura, na wskutek rozkazów największego badassa w szeregach X-Men, Cyclopsa,* X-Force nie zostaje rozwiązane, przeciwnie – staje się tajną grupą mutantów od mokrej roboty, gdzie – choć trudno w to uwierzyć – Laura naogląda się rzeczy gorszych, niż wszystko, co przytrafiło się jej do tej pory. Po wyjściu na jaw istnienia tej grupy, co dzieje się w czasie eventu Second Coming kończącego wątki zapoczątkowane w Messiah CompleX. Po raz pierwszy w życiu Laura nie musi walczyć, nie ma nad sobą bezdusznych naukowców, alfonsa ani Cyclopsa, który wykorzystywać ją będzie w ten czy inny sposób, jako narzędzie pozbawione wolnej woli. I tu dochodzimy do właściwej części notki.

Do tej pory Laura była w rękach mężczyzn – opisywaniem jej perypetii zajmowali się scenarzyści, którzy narządy płciowe mają na zewnątrz, nie zaś w środku. Wychodziło im to bardzo dobrze, bo zarówno Kyle, jak i Yost są znakomitymi scenarzystami, a Quesada… cóż, Quesada, podczas pisania NYX miał akurat zwyżkę formy. Jednak pierwsza regularna, długofalowa seria skupiająca się na postaci X-23 została napisana przez kobietę – Marjorie Liu, popularną pisarkę urban fantasy i romansów paranormalnych oraz komiksową scenarzystkę. Podejrzewam, że w chwili czytania słów „romansów paranormalnych” niektórym z Was od razu narzucił się krzywdzący stereotyp „popłuczyny po Meyer”. No cóż. Nie czytałem książek pani Liu (choć w naszym kraju wyszło kilka pozycji jej autorstwa), ale o jej dokonaniach scenopisarskich wypowiadam się w dość jednoznaczny sposób. Jednoznacznie dobry.

Liu w solowej serii o X-23 wykreowała postać zaskakująco złożoną, zarazem rozwijając te jej cechy charakteru, które opisywali poprzedni scenarzyści zajmujący się tą postacią, jak i dodając własne pomysły. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania – otrzymaliśmy historię nadzwyczaj oryginalną, inteligentną, nietuzinkową oraz zaskakująco odmienną od tego, do czego przyzwyczaił nas na maksa mainstreamowe Marvel. W swojej solowej serii komiksowej Laura zostaje postawiona przed dylematem „Co ja mam ze sobą właściwie zrobić?”. Wojna się skończyła, przyjaciele ze szkoły odwrócili się od niej, rozczarowani tym, że nie ufała im na tyle, by zdradzić im istnienie X-Force. Nie ma już miejsca, w którym mogłaby się odnaleźć maszyna do zabijania, jaką jest ciemnowłosa małomówna nastolatka, toteż wyrusza ona w podróż mającą umożliwić jej – jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało – odnalezienie samą siebie. Co ważne, na szlaku nie jest sama. Towarzyszy jej Gambit, popularny onegdaj członek X-Man, na którego od dawien dawna nikt nie miał pomysłu, przez co ta ciekawa, sympatyczna postać przez większość czasu robiła za tło. I to był fabularny strzał nie w dziesiątkę nawet, a w setkę – obie postaci tworzą niesamowity duet, którego wzajemne relacje to istny majstersztyk. Remy LeBeau towarzyszy w Laurze w podróży niezupełnie jako mentor, kompletnie nie jako obrońca (bo kto jak kto, ale Laura nie potrzebuje obrony), a raczej jako przyjaciel, opiekun, trochę nauczyciel – bo dziewczyna wiele musi się nauczyć o sobie, o innych, o tym, jaka naprawdę jest, o tym co straciła i o tym, co ze zniszczonego dzieciństwa może jeszcze odzyskać. O tym, że – wbrew temu, co myślą i sądzą inni – nie jest maszyną, jest świadomą swoich postępków, czującą ludzką istotą. Zresztą, nie jest to relacja jednostronna, bo i sam Gambit w toku wspólnej podróży zmuszony jest pod wpływem Laury zrewidować część swoich poglądów na życie. Ten nietypowy w komiksie superbohaterskim duet owocuje wieloma wspaniałymi scenami, choćby tą, w której Remy opowiada śpiącej Laurze o swojej ulubionej książce – jeszcze nigdy nie widziałem, by tak mało statycznych kadrów niosło ze sobą tak duży ładunek emocjonalny. To właśnie stanowi o wyjątkowości tej serii.

Seria – mimo charakterystycznego dla superhero dynamizmu – jest bardzo introspektywna, momentami ociera się nawet o metafizykę i nie jest to metafizyka w duchu „zabij demona, który siedzi ci w głowie”, a przynajmniej – nie tylko na takim poziomie. Laura nie ratuje świata, kolejne jej potyczki z demonami przeszłości (a niekiedy i demonami czasów obecnych) nakierowują ją raczej na deklarację niezależności, podejmowanie własnych decyzji, a nie wykonywanie poleceń innych. Gambit zawsze jej dopinguje i służy pomocą, jednak rozumie, jak ważne jest, by dziewczyna nauczyła się indywidualizmu. Dlatego też seria bardzo luźno trzyma się w ramach tego, co zwykliśmy nazywać kanonem amerykańskiego mainstreamu komiksowego. Ale to dobrze. Seria skończyła się na dwudziestym pierwszym numerze. Stało się to z powodu delikatnej korekty strategii marketingowej Marvela, która pociągnęła za sobą śmierć kilku całkiem ciekawych, lecz niedostatecznie dobrze sprzedających się serii – między innymi X-23.

Był w komiksowym mainstreamie taki czas, gdy rynek zabrnął w ślepy zaułek – popularność komiksów spadła, scenarzyści nie byli w stanie zdobyć się na choćby minimum kreatywności, tłukąc bez przerwy te same motywy i wątki. Tonącej barce z trykociarzami na pomoc przyszli scenarzyści z Wysp Brytyjskich, którzy wprowadzili superhero w nową erę, odświeżając i reorganizując kanon. Dziś, choć trudno w to uwierzyć, rynek komiksowy jest w podobnej kropce – fani skarżą się, że ekranizacje przygód ich ulubionych bohaterów są lepsze fabularnie, niż obecne komiksy superbohaterskie. Trudno się z nimi nie zgodzić – od jakiejś dekady komiksy krążą od jednego „Epickiego, zmieniającego wszystko” eventu do drugiego, co powoduje zrozumiały przesyt. Kryzys, zamiast ograniczyć liczbę wydawanych serii na rzecz ich jakości przyniósł trend odwrotny – rynek jest zalewany komiksami jakości, delikatnie rzecz biorąc, wątpliwej. Co mogłoby tym razem podźwignąć rynek z marazmu? Może kobiety?

Kobiety to raczej niewielka grupa nabywcza tradycyjnych komiksów superbohaterskich. A szkoda, bo im więcej kobiet czytałoby komiksy, tym więcej kobiecych scenarzystek pisałoby regularne serie superbohaterskie, a to zrobiłoby dobrze całemu rynkowi. Jeśli już jakaś kobieta chwyta za scenopisarskie pióro, to raczej w ramach projektu raczej ambitniejszego, niż rozrywkowy komiks o ludziach w pelerynach noszących majtki na wierzchu. I tu mi zaczyna świtać, że jakiś komiksowy parytet mógłby okazać się zbawienny, ale rozumiem, że wygłaszanie takich opinii może się skończyć linczem, toteż skończę w tym miejscu. A komiksy o X-23 polecam wszystkim - Zwierzowi też. Zwłaszcza serię regularną.


______________
*wiem, że ta notka i tak się już kwalifikuje do tl;dr, ale jestem u siebie, więc mi wolno. W każdym razie – jeśli kogoś dziwi słowo „badass” w kontekście Cyclopsa, już tłumaczę. Otóż do dowódca X-Men nigdy nie był postacią zbyt wyrazistą. Przeciwnie – nikt nie bardzo wiedział, co z nim począć, charakterologicznie miotał się pomiędzy harcerzykiem, a kijem od szczotki. Taki był m.in. w klasycznej kreskówce o X-Men z lat dziewięćdziesiątych (pokolenie Fox Kids, zgłoście się!). Próby podpakowania tej postaci spalały na panewce i spełzały na niczym, aż w końcu mutanci trafili pod skrzydła Jossa Whedona – tak, tego Jossa Whedona. Whedon z Cyclopsa zrobił prawdziwego kozaka, twardziela prowadzącego swoją drużynę jak wojsko, władającego X-Men żelazną ręką, nieznoszącego sprzeciwu, zdecydowanego i ze skłonnościami do brawury oraz odważnych, epickich akcji. Fanom mutantów zgodnie opadły szczęki i głośno zakrzyknęli, że takiego Cyclopsa to oni chcą więcej, toteż inni scenarzyści podłapali ten trend. Nie mieli jednak tyle literackiego wyczucia co Whedon, więc przesadzili. Fani zaczęli się zatem śmiać, że Scottowi nie dość, że urosły cojones, to jeszcze nabrały rozmiarów równych jąder Galactusa. Żarty z cojones Cyclopsa to popularny inside joke wśród marvelowych nerdów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...