Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Droga Białego Wilka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Droga Białego Wilka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2019

Droga Białego Wilka 13 – Coś więcej

fragment grafiki autorstwa AfricAShoX, całość tutaj.
Coś więcej jako część wiedźmińskiej narracji miało do spełnienia kilka funkcji. Z jednej strony kończyło cykl opowiadań, doprowadzając do zakończenia pewnych wątków i konkluzji jednego z etapów życiowej drogi Geralta z Rivii. Z drugiej strony, służyć miało jako fundament do pięcioksięgu – cyklu powieściowego, którego akcja rozgrywa się po wydarzeniach z opowiadań i stanowi ich kontynuację. Z trzeciej strony – i przyznam, że ta strona interesuje mnie najbardziej – musiało być również indywidualnym tekstem posiadającym własny charakter, fabułę i stematyzowany motyw przewodni, by w jakimś stopniu bronić się nie tylko jako część większej całości, ale również całość sama w sobie. Całe szczęście ze wszystkich tych zadań wywiązuje się znakomicie. Obserwując różne rankingi popularności poszczególnych tekstów autorstwa Sapkowskiego zauważyłem, że Coś więcej raczej nieczęsto przebija się do ich czołówki. Prawdopodobnie jest to spowodowane epilogicznym charakterem tego opowiadania – wiele osób nie patrzy na nie jak na odrębny tekst, ale raczej zbiór nakładających się na siebie konkluzji wątków, jakie autor napoczął w poprzednich utworach. Co jest tylko częścią prawdy. Tak, Coś więcej zdecydowanie dokonuje fabularnego rozliczenia z dotychczasowym wiedźmińskim metatekstem i – równie zdecydowanie – ustawia narrację w wygodnym punkcie wyjścia dla pięcioksięgu, ale sam w sobie jest po prostu fenomenalnym opowiadaniem, jednym z najlepszych z wiedźmińskiego cyklu – o ile nie najlepszym. 

Coś więcej w dużej mierze opiera się na kontrastach i to przez pryzmat kontrastów najlepiej patrzeć na ten tekst. Fabuła rozpoczyna się emocjonującą sceną walki z gromadą potworów – jednak reszta opowiadania jest bardzo statyczna. Przez większość czasu Geralt znajduje się na granicy życia i śmierci, niemal umierając od obrażeń poniesionych w walce – ale przez cały tekst przewija się motyw Belleteyn, majowego święta płodności i życia. W jednym momencie pojawia się nawet sama pani Śmierć, ale zamiast kostuchy przybiera ona postać młodej, atrakcyjnej dziewczyny. Te kontrasty są mocne, ale nigdy nie przekrzykują się wzajemnie strasząc dysonansami – raczej dopełniają się i wzmacniają, służąc motywowi przewodniemu opowieści, którym jest, jakkolwiek górnolotnie i pretensjonalnie by to nie zabrzmiało, sens życia. 

Wiedźmin, jak dowiadujemy się z późniejszych retrospekcji, zrezygnował z roszczeń do Dziecka Niespodzianki. Jakiś czas później Cintra została najechana przez wojska Nilfgaardu, zaś Ciri najpewniej zginęła, co dla Geralta było druzgocącym ciosem. Pamiętajmy, że Geralt rozpaczliwie szuka jakiegokolwiek sensu życia. Przez jakiś czas szukał go w związku z Yennefer, ale – jak pokazuje samo to opowiadanie oraz w zasadzie wszystkie ich wcześniejsze interakcje – przynajmniej w tym momencie ich relacja nie jest w stanie dostarczyć żadnemu z nich szczęścia i spełnienia. Poza doraźnym emocjonalnym i seksualnym komfortem, który jednak na dłuższą metę im nie wystarcza do podtrzymania tego związku. Czegokolwiek na danym etapie swojego życia szuka Geralt, Yennefer nie jest w stanie mu tego zapewnić. Tytułowe „coś więcej” odnosi się właśnie do sensu ludzkiej egzystencji. 

Większość ludzi nie jest w stanie istnieć wyłącznie celem zaspokajania własnych potrzeb egzystencjalnych i podstawowych popędów – do szczęścia potrzebne jest coś więcej, określony cel. Może to być religia, ideologia, rodzina, aspiracje sportowe lub artystyczne albo cokolwiek innego. Dla Yennefer tym celem jest biologiczne macierzyństwo – jedyna rzecz, która została jej odebrana. Dla Geralta tym celem jest poczucie przynależności. Dowiadujemy się o tym w trakcie retrospekcji z obchodów święta Belleteyn, gdy Geralt i Yennefer wpadają na siebie i rozmawiają ze sobą. To kolejna scena oparta na kontrastach – Belleteyn jest bowiem świętem witalności, rozkwitu i cyklicznego trwania. Yennefer z powodu bezpłodności, czuje się wykluczona z tego cyklu, a więc pośrednio i z całej społeczności. Geralt współdzieli to wykluczenie, ponieważ od dziecka wychowywany był jako narzędzie do walki z potworami, do tego został przystosowany i sazany na taką, a nie inną egzystencję. I w Coś więcej musi rozliczyć się z tą predestynacją. 

Robi to, co interesujące, nie w toku filozoficznej dysputy z jakimś mędrcem, magiczką czy szlachcicem, z którym mógłby przerzucać się inteligentnymi, sarkastycznymi ripostami. Cały ten proces zachodzi pod opieką prostego, niewykształconego kupca z nizin społecznych. Yurga jest znakomitą postacią. Odnoszę wrażenie, że polskiej fantasy, nazwijmy to, paraśredniowiecznej, osoby z gminu niemal zawsze prezentowane są jako moralnie i intelektualnie zwyrodniałe monstra służące, w najlepszym wypadku, jako element komiczny. Sapkowski od czasu do czasu korzystał z tego toposu, równie często jednak przedstawiał nam osoby z niższych klas społecznych takie jak Yurga właśnie – uczciwe, obdarzone inteligencją emocjonalną, proste, ale nie głupie. Z drugiej strony nie popada autor w chłopomanię fetyszyzującą osoby z gminu niemal do skali lokalnej wersji „szlachetnego dzikusa”, co też się czasem zdarza niektórym autorom literatury polskiej, niekoniecznie fantastycznej. To zresztą kolejny kontrast – przeciążonemu moralnymi wątpliwościami i egzystencjalnym kryzysem Geraltowi towarzyszy osoba o mocnym kręgosłupie moralnym (opatrzył dogorywającego wiedźmina) i wyraźnie zarysowanym celu życiowym (powrót do rodziny). Ponownie – te kontrasty dopełniają się. Cynizm wiedźmina topnieje w obliczu prostodusznej szlachetności i mądrości życiowej kupca. 

Jednym z istotniejszych elementów tego procesu jest historia grupki magów, którzy oddali życie, by ochronić mieszkańców Sodden. Nie musieli tego robić – mogli uciec i nikt nie byłby w stanie zmusić ich do pozostania i wzięcia udziału w krwawym starciu z wojskami Nilfgaardu. Nie mieli powodu tego robić – magowie tradycyjnie wolą pozostawać w cieniu i dyskretnie pociągać za polityczne sznurki, nie angażując się bezpośrednio w konflikty zbrojne. Jak zauważa Yurga, czarodzieje, jako osoby żyjące z przywilejem długowieczności, mieli też więcej do stracenia. A jednak z jakiegoś powodu grupka magów zdecydowała się wziąć udział w bitwie, zaryzykować – i ostatecznie poświęcić – własne życie w obronie słabszych. I dzięki temu zostali zapamiętani przez mieszkańców Sodden i Zarzecza, którzy uhonorowali poległych pomnikiem i własną pamięcią – rokrocznie paląc ognie na ich cześć w trakcie święta Belleteyn. 

Tak... To my tam, wszyscy z okolicy, kwiaty tam teraz nosimy, na to wzgórze, a majową porą, na Belleteyn, zawsze tam ogień płonie. I po wiek wieków płonąć będzie. I wiecznie żyć oni będą w pamięci ludzi, owych czternastu. A takie życie w pamięci to przecie... To... coś więcej! Więcej, panie Geralt!

Kolejny dopełniający się kontrast – zmarli czczeni w ramach święta życia. Yennefer się myli, przynajmniej częściowo. To, że ktoś nie jest w stanie dołączyć do cyklu reprodukcyjnego, nie oznacza, że nie jest częścią cyklu życia i śmierci. To nie biologia determinuje uczestnictwo w społeczeństwie – to nasze wybory i zachowania, wpływ, jaki mają na nas inni ludzie i jaki my mamy na nich. To szlachetność Yurgi, który nie pozostawił na pewną śmierć wiedźmina i szlachetność czternastu magów ze wzgórza Sodden, którzy nie zostawili na pewną śmierć mieszkańców przygranicznych obszarów królestwa. Koniec końców to się właśnie liczy – to jest „czymś więcej”, czego każdy człowiek potrzebuje do życia. Odrobina człowieczeństwa. 

W opowiadaniu pojawia się również matka Geralta – czarodziejka i uzdrowicielka Visenna, której ścieżka na moment krzyżuje się ze ścieżką wiedźmina. Nie jest to bohaterka tak zupełnie nowa, ponieważ pojawiła się wcześniej w opowiadaniu Droga, z której się nie wraca, które pod wieloma względami stanowiło prototyp wiedźmińskiego cyklu i początkowo nie było z nim w żaden sposób powiązane. Powrót Visenny spowodował zatem „kanoniczne stopienie się” obu tych uniwersów. Tego typu wykorzystanie istniejącej już postaci w innym kontekście nie jest niczym nowym i rozumiem ten zabieg. Autor miał już w głowie w pełni ukształtowaną charakterologicznie Visennę i dzięki temu był w stanie w bardziej przemyślany sposób manewrować tą postacią w trakcie emocjonalnego starcia z Geraltem. 

Bo to było emocjonalne, nawet jak na to opowiadanie. Powrót Visenny sygnalizowany był już w trakcie retrospekcji z Cintry, gdy Geralt opowiada Calanthe o swojej matce. Visenna pojawia się w kluczowym momencie, ratuje wiedźminowi życie oferując fachową pomoc medyczną, przez moment z nim rozmawia, po czym… znika. Nie dostajemy czułego pojednania, melodramatycznego padanie sobie w ramiona, przeprosin – jedynie bardzo krótką, ale też bardzo znaczącą rozmowę. Geralt ma do Visenny pretensje o to, że go porzuciła – oddała go na wychowanie wiedźminom, skazując tym samym na życie wyalienowanego emocjonalnie i społecznie wyrzutka oraz syndrom porzucenia, który w sporej mierze ukształtował go jako osobę. Wiemy przecież (i to właśnie z tego opowiadania), że rivski akcent Geralta nie jest naturalną naleciałością językową spowodowaną wychowaniem w Rivii, ale sfabrykowanym sposobem mówienia, wyćwiczonym właśnie po to, by mieć choćby iluzoryczne poczucie symbolicznego połączenia z jakimś miejscem. Kaer Morhen nie jest miejscem, z którego Geralt pochodzi – jest miejscem, do którego trafił. Ale trafił skąd? Dla wiedźmina ma to olbrzymie znaczenie. 

Czemu Visenna zrobiła to, co zrobiła? Została zmuszona czy sama podjęła tę decyzję? Jeśli to drugie, to z jakich powodów? Nie poznajemy odpowiedzi na żadne z tych pytań ani teraz, ani nigdy w przyszłości. Czarodziejka nie chce o tym rozmawiać – nie widzi sensu. Nie daje Geraltowi tego, czego wyczekiwał przez wiele lat, szansy rzucenia w twarz w swojej matce pytania o to, czemu go zostawiła. Mimo wszystko jednak ten wątek doczekuje się emocjonalnego zamknięcia – ale nie takiego, jak można sobie wyobrażać. Visenna esencjonalnie mówi Geraltowi „Przestań żyć przeszłością”. Uwiązanie do tego, co było wcześniej jest jedną z kotwic, które nie pozwalają Geraltowi na osiągnięcie pełni szczęścia – i teraz ta kotwica zostaje zerwana. Nie dlatego, że wiedźmin rozliczył się z przeszłością – ale dlatego, że musiał się w końcu pogodzić z faktem, iż nigdy nie będzie w stanie tego zrobić. Życie po prostu nie działa w taki sposób. Czasami trzeba po prostu zacisnąć zęby i iść dalej, przestać oglądać się za siebie i zacząć patrzeć do przodu. W tym momencie opowiadania Geralt przestaje zażywać halucynogeny, którymi wcześniej wspomagał swój proces rekonwalescencji, co pokazuje, że przyjął tę radę do serca i przestał wymuszać na swoim umyśle nieustanne odtwarzanie przeszłych porażek. 

Kolejnym istotnym epizodem tego opowiadania jest rozrachunek z własną śmiertelnością. Znów kontrast – uosobienie Śmierci, z którym Geralt prowadzi rozmowę w krótkim sennym majaku, przybiera postać młodej, niebieskookiej dziewczyny w lnianej sukience. Tak, jak konfrontacja z matką pozwoliła mu pogodzić się z przeszłością, tak konfrontacja ze Śmiercią pomaga mu pogodzić się z przyszłością, z nieuchronnością śmierci. Moment tej rozmowy następuje tuż przez tym, jak wiedźmin dowiaduje się, że Yennefer nie była jedną z poległych na wzgórzu Sodden – a takie przekonanie żywił aż do samego końca. Ten fatalizm to kolejna z rzeczy, z którą Geralt musi się poukładać. Tak, wiedźmin kiedyś umrze, ale paraliżujący strach przed śmiercią jest tym, co uniemożliwia mu życie. I to z tym strachem staje twarzą w twarz, zakładając (niesłusznie) śmierć Yennefer. 

Dopiero po tym wszystkim, godząc się zarówno z przeszłością jak i z przyszłością – dopiero teraz przeznaczenie pozwala mu pojednać się z Ciri w jednej z najbardziej przejmujących, poruszających emocjonalnie scen w historii polskiej fantastyki. Można oczywiście dywagować, na ile w narracyjnej przestrzeni tego opowiadania (czy całej wiedźmińskiej serii) działa Przeznaczenie jako nadprzyrodzona siła kierująca losami bohaterów wedle ustalonego wzorca a na ile – jak w naszym świecie – jest ono koncepcją filozoficzną. Biorąc pod uwagę całe mnóstwo zbiegów okoliczności, które musiały się na siebie nałożyć, by w końcu doprowadzić do ponownego spotkania Ciri i Geralta moją osobistą odpowiedzią na pytanie jest miękkie „raczej Przeznaczenie przez Wielkie P”. Choć niezbyt lubię tę koncepcję predestynowanej ścieżki bohatera (bo ma tendencję do kwestionowania sprawczości postaci), to jednak w tym przypadku trudno jest mi uwierzyć, by aż tak fortunny łańcuch szczęśliwych zbiegów okoliczności mógł nastąpić bez interwencji jakiejś wyższej, nadprzyrodzonej siły. 

Ale czy ma to jakieś specjalne znaczenie? No cóż… nie, nie sądzę. Esencjonalnie, wszystkie decyzje podejmowane przez postaci, wszystkie losowe wydarzenia i zbiegi okoliczności dzieją się w tym opowiadaniu za sprawą określonej siły wyższej – Andrzeja Sapkowskiego, który próbował opowiedzieć pewną historię przy użyciu określonych środków. I jest to historia wybitna. Coś więcej sprawdza się na wszystkich płaszczyznach. Jako la grande finale ciągnącej się przez dwa zbiory opowiadań metanaracji dostarcza satysfakcjonującego, bardzo kameralnego zamknięcia, które rozwiązuje najważniejsze wątki fabularne, przywołuje najistotniejsze wydarzenia i postacie oraz odprowadza osobistą drogę głównego bohatera do jej punktu zwrotnego. Jako wstęp do wiedźmińskiego pięcioksięgu otwiera przestrzeń dla nowej opowieści, wciąż silnie umocowanej w fundamencie opowiadań, ale będącej czymś indywidualnym. Jako odpowiadanie samo w sobie stanowi natomiast poruszającą emocjonalną transformację Geralta, który zmuszony jest stoczyć kilka najcięższych walk w swoim życiu – nie z potworami, nie z ludźmi, ale z własnymi lękami.

piątek, 24 maja 2019

Droga Białego Wilka 12 – Miecz Przeznaczenia

fragment grafiki autorstwa Michała Rychtyka, całość tutaj.

Miecz Przeznaczenia jest przedostatnim opowiadaniem z cyklu wiedźmińskiego i ważnym punktem zwrotnym w ogólnej narracji wiedźmińskiej sagi pióra Andrzeja Sapkowskiego. Przedstawiony w nim zostaje Brokilon, narracyjnie jedna z istotniejszych lokacji świata przedstawionego, do której Geralt powróci jeszcze w przyszłości, w dość zresztą dramatycznych okolicznościach. Po raz pierwszy pojawia się również Ciri, której istotności tłumaczyć, mam nadzieję, nie muszę – bohaterka ta stanie się bowiem deuteragonistką cyklu powieściowego. Póki co była jednak wyłącznie obietnicą, Dzieckiem Niespodzianką przyobiecanym Geraltowi w Kwestii Ceny. Tutaj poznajemy ją w końcu nie jako konstrukt narracyjny popychający do przodu wątek emocjonalnego dojrzewania Geralta, ale jego pełnoprawną bohaterkę, dopiero rozpoczynającą własną podróż. 

Swoim zwyczajem inkorporuje Sapkowski do świata przedstawionego nawiązanie do jakiejś klasycznej baśni. Tym razem padło na Die sechs Schwäne braci Grimm, stosunkowo mało znaną baśń o królu, który zgubił się w lesie (co było, jak się wydaje, główną funkcją możnowładców z tamtego okresu, przynajmniej według braci Grimm) i, w zamian za pomoc w odnalezieniu drogi powrotnej, zgodził się poślubić córkę mieszkającej w gęstwinie wiedźmy. Córka była kobietą wyjątkowej urody, jednak król żywił w stosunku do niej głęboki lęk. Ten lęk spowodował, że wysłał swoje dzieci z poprzedniego małżeństwa – sześciu synów i jedną córkę – do opuszczonego zamku, by ukryć je przed swoją nową małżonką. Ta jednak dowiedziała się o ich istnieniu i rzuciła na nich klątwę, przez którą bracia zmienili się w łabędzie i odlecieli w siną dal. Ich siostrze udało się jednak z nimi porozumieć i dowiedzieć, że istnieje sposób na zdjęcie tej klątwy, ale będzie to wymagało od ich siostrzyczki poświęcenia sześciu lat na uszycie sześciu koszul z zielska. W międzyczasie nie wolno jej było się uśmiechać ani z kimkolwiek rozmawiać. 

Dziewczyna podjęła się tego wyzwania, w międzyczasie jednak zakochał się w niej książę, który – oczywiście – zgubił się w lesie i przypadkiem wpadł na nią przedzierając się przez haszcze. Niewiele się namyślając, postanowił ją poślubić. Dziewczyna z oczywistych względów nie mogła wytłumaczyć sytuacji, w jakiej się znalazła. Jakby tego było mało, matka królewicza znienawidziła synową od pierwszego wejrzenia i robiła wszystko, by zmienić jej życie w koszmar. Posunęła się nawet do wykradzenia dziecka młodej pary i oskarżenia niemogącej się bronić księżniczki o dzieciobójstwo. Na szczęście tuż przed egzekucją minęło równe sześć lat od momentu, w którym dziewczyna zaczęła pracę nad koszulami, zdążyła więc ocalić swoich braci od dokonania żywota pod postacią łabędzi (choć jeden dostał wybrakowaną koszulę, przez co jego transformacja do postaci ludzkiej była niepełna – zamiast ręki zostało mu skrzydło) oraz samą siebie przed stosem. Królowa matka została uśmiercona przez wkurzonego całą tą sytuacją syna i, ogólnie rzecz biorąc, wszyscy żyli długo i szczęśliwie. 

Sapkowski wykorzystał dość okrojoną (i, po sapkowskiemu, obśmianą) wersję tej baśni jako historię Freixeneta, rycerza ujętego przez driady i sprowadzonego do Brokilonu w charakterze, jak sam to barwnie ujął, rozpłodowca. Wydaje mi się jednak, że przywołanie tej konkretnej baśni w opowiadaniu ma trochę głębsze znaczenie, bo zarówno Die sechs Schwäne jak i Miecz Przeznaczenia współdzielą kilka motywów. Oba teksty mówią o dzieciach porwanych przez jakąś magiczną siłę, magicznie przemienionych w coś innego, ale mimo to zachowujących swoją pierwotną naturę. W obu mieszkająca w głębokim lesie, obdarzona potężnymi czarodziejskimi mocami kobieta podejmuje decyzję, która ma kluczowy wpływ na rodzinę królewską. Oba opowiadają również o poświęceniu dla najbliższych – choćby nawet to poświęcenie okupione było bardzo wysoką ceną. 

Najciekawszym, przynajmniej dla mnie, motywem Miecza Przeznaczenia jest jednak sytuacja geopolityczna. Geralt odnajduje bowiem Ciri jedynie przypadkiem – jego pierwotną misją było dyplomatyczne pośredniczenie między ludzkim królestwem Brugge, a skrajnie izolacjonistyczną społecznością driad zamieszkujących Brokilon, gęsty las oddzielony od Brugge rzeką Yarugą. Po raz kolejny mamy więc do czynienia z motywem koegzystencji ludzi i innych ras rozumnych… i po raz kolejny wypływają tu na wierzch poglądy autora na to, jak ta koegzystencja powinna wyglądać w sytuacji optymalnej. Już dawno temu zauważyłem tę właściwość (zainteresowane osoby odsyłam do moich wcześniejszych blognotek z tego cyklu). Sapkowski ma dość jasno sprecyzowane poglądy odnośnie napięć kulturowych. Na etapie Krańca świata mogłem to jeszcze uznać za anomalię, ale po Wiecznym ogniu i, teraz, Mieczu przeznaczenia nie jestem w stanie zignorować tego wzorca. Nie jest to zarzut jako taki, po prostu coś, co należy zasygnalizować i wziąć pod uwagę, szczególnie w nieustannych dyskusjach o tym, jak autor przedstawia problematykę napięć międzykulturowych i międzyrasowych. Pisałem już o tym wcześniej, więc prawdopodobnie będę się powtarzał, ale… zacznijmy może od dokładniejszego przeanalizowania tego wątku. 

Brokilon jest zamieszkanym przez driady państwem, na które – ciężko jest mi ująć to w jakikolwiek inny sposób – urządzane są nieprzerwane najazdy, próby podboju i zagarnięcia znajdujących się w nim zasobów naturalnych (drewna z olbrzymich brokilońskich drzew). To z kolei wymusza na driadach bardzo agresywne strzeżenie granic swojego królestwa. Nieustanne patrole i zabijanie kogokolwiek, kto zignoruje ostrzeżenie i będzie próbował dostać się do Brokilonu bez zaproszenia brzmią jak przesada, jednak z samego tekstu dowiadujemy się, że nie zawsze tak było:


Dawniej, pomyślał Geralt, zanim strzeliły, by zabić, ostrzegały dwa razy. Nawet trzy.
Dawniej, pomyślał, ruszając w dalszą drogę. Dawniej.
Cóż, postęp. 


Niesie to ze sobą implikację, że w przeszłości Brokilon nie był aż tak brutalny w egzekwowaniu własnej autonomii. To ekspansja terytorialna sąsiadów – co najmniej kilku ludzkich królestw – zmusiła driady do bardziej stanowczych działań. Z przeprowadzonej przez Geralta rozmowy z Eithn, władczynią Brokilonu, wiemy, że ludziom udało się już zająć kilka obszarów wcześniej przynależących do driad. 


– Jeśli będzie trzymał się z dala od Brokilonu, nie popłynie ani kropla krwi.
– Dobrze wiesz… – Geralt uniósł głowę. – Dobrze wiesz, że to nie tak. Zabijano ludzi na Wypalankach, na Ósmej Mili, na Sowich Wzgórzach. Zabijano ludzi w Brugge, na lewym brzegu Wstążki. Poza Brokilonem.
– Miejsca, które wymieniłeś – odrzekła spokojnie driada – to Brokilon. Ja nie uznaję ludzkich map ani granic.


To bardzo ważne, by pamiętać, iż konflikt Brokilonu z państwami ościennymi – w tym konkretnym przypadku z Brugge – jest geopolityczny. Nie rasowy. Mamy tu do czynienia z królestwem otoczonym przez wrogie mu mocarstwa, które od co najmniej dwustu lat próbują dobrać się do jego zasobów naturalnych. To autor cały czas próbuje patrzeć na ten konflikt przez pryzmat napięć międzygatunkowych, co… decydowanie czyni ten wątek problematycznym, bo ujawnia pewne podwójne standardy, o których za moment opowiem. 

Wiedźmin przybywa do Eithn z poselstwem. Nie poznajemy szczegółów, nie bezpośrednio, ale władczyni Brokilonu odgaduje jego treść, a Geralt nie protestuje (narrator zaznacza nawet, że nie ma nic do dodania), co oznacza, że jej przewidywania są co najmniej bliskie prawdy: 

Przecież ja doskonale wiem, czego chce król Venzlav. Do tego bynajmniej nie potrzeba proroczych zdolności. Chce, bym oddała mu Brokilon, zapewne aż po rzeczkę Vdę, którą, jak mi wiadomo, uważa, lub chciałby uważać za naturalną granicę pomiędzy Brugge a Verden. W zamian, jak przypuszczam, oferuje mi enklawę, mały i dziki zakątek lasu. I zapewne gwarantuje królewskim słowem i królewską opieką, że ten mały i dziki zakątek, ten skrawek puszczy, będzie należał do mnie po wieki wieków i że nikt nie ośmieli się niepokoić tam driad. Że tam driady będą mogły żyć w pokoju. Co, Geralt? Venzlav chciałby zakończyć trwającą dwa stulecia wojnę o Brokilon. I aby ją zakończyć, driady miałyby oddać to, w obronie czego giną od dwustu lat? Tak po prostu – oddać? Oddać Brokilon?

Wyobraźmy sobie przez moment, że zamiast Brokilonu mamy do czynienia z jakimś ludzkim królestwem, na terytorium którego znajdują się jakieś istotne zasoby naturalne – kopalnie zasobne w kruszec, żyzna ziemia, cokolwiek. Jak brzmiałoby poselstwo analogiczne do tego, jakie król Venzlav przedstawił Eithn? „Oddajcie nam cały swój kraj, a w zamian pozwolimy wam zachować małą dzielnicę, gdzie możecie upchnąć swoją populację i obiecujemy, że nie będziemy was tam niepokoić”. To przecież absurdalne, szczególnie wziąwszy pod uwagę fakt, że Brokilon bardzo sprawnie radzi sobie ze strzeżeniem własnych granic. Nie, nie twierdzę, że skrajnie izolacjonistyczna polityka Brokilonu jest czymś specjalnie zdrowym, ale jest ona dość naturalną odpowiedzią na ludzką agresję. Eithn interesuje jedynie zachowanie granic własnego królestwa, co jest dość oczywistą ambicją każdego władcy. Więcej – ani razu Eithn nie wspomina o ekspansji Brokilonu (jedynie o odzyskaniu ziem zagarniętych już wcześniej przez ludzi) i podboju sąsiadów. Nie ma takich ambicji. Nie niepokojony Brokilon nie stanowi zagrożenia dla kogokolwiek z zewnątrz. Stanowi jedynie smakowity kąsek, na który wszyscy wokół łakomią się od co najmniej dwóch wieków. 

Zanim przejdziemy dalej, musimy jednak porozmawiać jeszcze o tym, jak powstają driady, bo to dość kluczowy dla kontekstu sytuacji proces. Wiemy, że driad, nazwijmy to, naturalnych, rodzi się niewiele. To rasa jednopłciowa, która rozmnaża się przez kontakty seksualne z męskimi przedstawicielami innych ras człekokształtnych – ludzi, elfów, a prawdopodobnie również i kilku innych. Istnieje jednak inny sposób powołania do istnienia driady. To proces, w którym podaje się ludzkim (prawdopodobnie również i elfim) dzieciom płci żeńskiej substancję znaną jako Woda Brokilonu. To mutagen, prawdopodobnie wytwarzany naturalnie przez środowisko Brokilonu. Zażyty odpowiednio wcześnie całkowicie transformuje w driadę osobę, która go wypije. Nie znając szerszego kontekstu i historii tej rasy, możemy jedynie dywagować odnośnie natury Wody Brokilonu. Wydaje mi się jednak, że bezpiecznym jest założenie, iż driady powstały właśnie wskutek kontaktów ludzi (i/albo elfów) z tą substancją we wczesnej przeszłości. To prawdopodobnie oznacza, że bez Brokilonu nie będzie już żadnych driad, z wyjątkiem tych, które powstaną drogą ciążową. 

Przysłowiowym słoniem w salonie jest proceder porywania przez driady ludzkich dzieci i transformacji ich za pomocą Wody Brokilonu w przedstawicielki własnego gatunku, by podtrzymać populację. Nie wiemy, w jakim stopniu uprawiany jest to proceder. „Za każdą zabitą driadę jedna ludzka dziewczynka”, mówi Eithn. Równocześnie dowiadujemy się, że ludzie mają również zwyczaj porzucania cierpiących na choroby zakaźne noworodków na granicy Brokilonu, w nadziei na to, że driady przygarną chorą dziewczynkę i zarażą się od niej. Dowiadujemy się wtedy również o długowieczności i odporności na choroby przedstawicielek tej rasy – to tłumaczy, czemu łatwiej jest im zachować relatywnie stabilną, choć kurczącą się populację mimo ograniczonych kontaktów z mężczyznami. 

Niepokój może również budzić implikowany proceder gwałtów rozrodczych – porywania mężczyzn i wykorzystywania ich celem zapładniania driad. Coś podobnego przytrafiło się Freixenetowi, co do którego Eithn zdecydowała, że może zostać w lesie do momentu zakończenia rekonwalescencji, jeśli później prokreacyjnie przysłuży się rozwojowi rasy driad. Z rozmowy z Geraltem wynika, że nie będzie to miało natury totalnej, dożywotniej eksploatacji („Będzie jedna, może dwie”), ale w gruncie rzeczy sytuacja i tak jest bardzo niewłaściwa. Nie dla Freixeneta, oczywiście, bo ten reaguje z łatwym do przewidzenia obleśnym entuzjazmem, ale gdyby na jego miejscu znalazł się mężczyzna, który z jakichkolwiek względów (orientacji seksualnej, chęci dochowania wierności swojej partnerce) nie chciałby wchodzić w kontakty płciowe z driadami, zostałby de facto zgwałcony. Sam Geralt mówi do Freixeneta „Wybór masz ograniczony”, po czym tłumaczy mu, że nawet jego entuzjastyczna zgoda na taki stan rzeczy nie oznacza automatycznie, że sytuacja będzie dla niego usłana różami. 

Sytuacja jest zatem skomplikowana, mimo wszystko jednak nie jestem w stanie wziąć za dobrą monetę geraltowych starań, by Eithn przystała na propozycję króla Venzlava. Jego argumentacja jest bardzo naciągana i więcej mówi o samym wiedźminie niż geopolitycznej sytuacji obu stron rzeki Yarugi: 

– Możliwość przetrwania. Nie, Eithn, nie przerywaj. Wiem, co chcesz powiedzieć. Rozumiem twoją dumę z niezależności Brokilonu. Świat się jednak zmienia. Coś się kończy. Czy tego chcesz, czy nie, panowanie człowieka nad światem jest faktem. Przetrwają ci, którzy się z ludźmi zasymilują. Inni zginą. Eithn, są lasy, gdzie driady, rusałki i elfy żyją spokojnie, ułożywszy się z ludźmi. Jesteśmy przecież sobie tak bliscy. Przecież ludzie mogą być ojcami waszych dzieci. Co daje ci wojna, którą prowadzisz? Potencjalni ojcowie waszych dzieci padają pod waszymi strzałami. I jaki jest skutek? Ile spośród driad Brokilonu jest czystej krwi? Ile z nich to porwane, przerobione ludzkie dziewczęta? Nawet z Freixeneta musisz skorzystać, bo nie masz wyboru. Jakoś mało widzę tu maleńkich driad, Eithn.


Odpakujmy to, krok po kroku. Przede wszystkim założenie Geralta, że „panowanie człowieka nad światem jest faktem” jest bardzo daleko idące. To, że w obecnym stuleciu ludzkość dokonuje bezprecedensowej ekspansji na wiele terytoriów nie oznacza, że ten trend musi się utrzymać. Zawsze może nastąpić jakaś katastrofa, klęska żywiołowa, plaga, Białe Zimno czy kolejna Koniunkcja Sfer, dzięki czemu sytuacja zmieni się na niekorzyść ludzi. W porównaniu do ludzi driady są długowieczne i taktyka na przeczekanie sytuacji we własnej enklawie ma w ich przypadku wiele sensu. 

Dalej, Geralt twierdzi, że „są lasy, gdzie driady, rusałki i elfy żyją spokojnie, ułożywszy się z ludźmi”, jednak nie przypominam sobie, by jakakolwiek tego typu społeczność pojawiła się do tej pory na kartach opowiadań, a nawet – w sadze. Brokilon natomiast powraca wielokrotnie, zarówno jako lokacja, na przestrzeni której toczy się akcja, jak i we wzmiankach bohaterów drugoplanowych. To sugeruje, że mimo wszystko Brokilon pozostaje największym ośrodkiem kultury i cywilizacji driad, ich ojczyzną i ośrodkiem tożsamości narodowej (pamiętajcie, o tym co napisałem wyżej – to konflikt geopolityczny, nie rasowy), podczas gdy inne enklawy, o których mówi tu Geralt, pełnią rolę marginalną i przypominają raczej krasnoludzkie getta w ludzkich miastach. 

Wspomniałem o tym, że te usprawiedliwienia mówią więcej o wiedźminie niż całej tej sytuacji i to chyba dobry moment, by skupić się na tym. Geralt popełnia tu pewien błąd, który wychodzi na wierzch za każdym razem, gdy stara się pouczać przedstawicieli innych ras odnośnie tego, jak powinny radzić sobie z żywionymi do nich uprzedzeniami – zakłada, że sposób, w jaki on sam radzi sobie z uprzedzeniami żywionymi w stosunku do niego jako wiedźmina jest uniwersalny dla wszystkich innych. Tymczasem tak nie jest, z bardzo istotnego zresztą względu – wszelkiego rodzaju mniejszości różnią się nie tylko od większości, ale i od siebie nawzajem. W tym przypadku kluczowy jest fakt, że Geralt jest człowiekiem. Wiem, wiem – jest wiedźminem, co sprawia, że wiele osób odmawia mu człowieczeństwa i traktuje jak obcego, ale… jako wiedźmin jest częścią ludzkiej cywilizacji. Wiedźmini nie są rasą, cywilizacją czy grupą etniczną – nie mają własnej, indywidualnej kultury, nie mają własnego języka. Nie ma wiedźmińskiego króla czy królestwa wiedźminów, przedstawiciele tej profesji nie mają własnych obyczajów czy miologii. To ludzie stworzyli wiedźminów i kultura ludzkości (konkretnie – kultura Nordlingów) jest kulturą wiedźminów, a przynajmniej tego wiedźmina, który jest bohaterem opowiadania. Geralt nie posiada żadnego tożsamościowego ośrodka identyfikacji poza ludzką kulturą – dlatego, choć często zmuszony jest znosić obelgi i inwektywy pod swoim adresem, choć bywa traktowany jak obcy przez ludzi, nie istnieje dla niego żadna alternatywa. To jedyna strategia przetrwania – cierpliwość, pokora i znoszenie dyskryminacji. Dlatego, świadomie albo nie, zakłada, że inne jednostki dyskryminowane również powinny objąć taką strategię, w przeciwnym wypadku czeka je eksterminacja. 

Tyle tylko, że to nieprawda. Zarówno elfy, jak i driady oraz inne nieludzkie cywilizacje mają kulturowe ośrodki tożsamości, których utrata będzie znacznie dotkliwszym ciosem niż Geralt jest w stanie zrozumieć, bo nie jego tożsamość kulturowa jest zagrożona. To bardzo istotne, by o tym pamiętać – mamy tu do czynienia nie z dwoma równorzędnymi wyrzutkami społecznymi, z których jedno obrało racjonalną taktykę przetrwania, a drugie samobójczy upór. Mamy tu do czynienia z człowiekiem, którego ośrodek tożsamości kulturowej nie jest zagrożony proszącym by driada porzuciła swój własny ośrodek tożsamości. A ona tego nie robi – nie z głupiego uporu, ale dlatego, że po utracie Brokilonu nie pozostanie jej już nic więcej. To dla Geralta jest to najwyraźniej limit zrozumienia sytuacji, w jakiej znajdują się nieludzie, ponieważ widzieliśmy to już wielokrotnie – jego receptą, którą szafował przed oczami twardogłowych elfów (Kraniec Świata) czy podszywających się pod ludzi mimików (Wieczny Ogień) i teraz, w obliczu Eithn jest danie się zasymilować i znoszenie prześladowań, pogromów, rasizmu, obywatelstwa drugiej kategorii, ludzkiej pogardy i okrucieństwa. 

Nie twierdzę, że Eithn ma całkowitą rację, bo jej nie ma – izolacjonizm, który propaguje spowodowany jest (jak sugeruje nam jej dialog z wiedźminem) śmiercią jej córki i prawdopodobnie istotnie jest samobójczą taktyką przetrwania. Porywanie dzieci i gwałty rozrodcze jako akceptowane metody podtrzymywania populacji wyrzucają driady poza moją indywidualną strefę sympatyzowania – nie usprawiedliwia to jednak prób podboju Brokilonu oraz wywierania presji na driady, by dobrowolnie dały przyłączyć swoje państwo do tego albo innego królestwa ludzkiego. Sprawa, jak to zwykle u Sapkowskiego bywa, jest bardzo skomplikowana i trudna do jednoznacznego osądu. 

Przejdźmy jednak do prawdziwego filaru tego opowiadania, czyli rozwoju relacji Ciri z Geraltem. Od początku zaskoczyło mnie, jak bezproblemowo wszedł wiedźmin w rolę opiekuna dziewczynki. Ich relacje są bardzo organiczne i zabawne – Geralt okazuje się zaskakująco dobrym surogatem ojca, biorąc pod uwagę fakt, że wiedźmińskie szkolenie raczej nie przygotowało go do tej roli, a i kariera łowcy potworów prawdopodobnie nie dawała mu zbyt wielu okazji do wypracowania sposobów interakcji z dziećmi. Tymczasem z Ciri dogaduje się niemal od razu, nie minęła godzina, a już uczy ją smarkać przez palce, opowiada bajki z morałem, które potem ratują dziewczynce życie, przekomarza się z nią i nawiązuje silną emocjonalną więź. Bardzo podobał mi się ten fragment opowiadania, właśnie dlatego, że mamy okazję zaobserwować Geralta w sytuacji, w jakiej jeszcze go nie widzieliśmy. To ze strony Sapkowskiego bardzo mądre posunięcie, ponieważ początkowo Geralt nie ma pojęcia, że to Ciri jest Dzieckiem Niespodzianką, które zostało mu przyobiecane wiele lat temu przez Pavettę i Duny’ego – dowiaduje się o tym dopiero gdy zdołał już dziewczynkę polubić. Dzięki temu wiemy, że jego opiekuńczy stosunek do niej nie jest wymuszony podświadomym poczuciem odpowiedzialności, ale jest szczery i wypływający z naturalnej sympatii. 

Sprawę nieudanej transformacji Ciri w driadę pozostawia Sapkowski do pewnego stopnia niedomówioną. Początkowo Geralt podejrzewa, że Eithn nie podała dziewczynce Wody Brokilonu tylko jakąś inną substancję, a cały ten ceremoniał miał rzekomo służyć demonstracji. Władczyni Brokilonu odrzuca to posądzenie i jestem skłonny jej uwierzyć. Po pierwsze – nie miałoby to żadnego sensu. Po drugie – Geralt chwilę później wypił tę samą substancję z tego samego kielicha i doznał wizji, co sugeruje, że cokolwiek wlała tam Eithn, było jakąś substancją psychoaktywną. I choć Eithn mogła podać coś halucynogennego, co nie było Wodą Brokilonu, to jednak wydaje mi się to zbyt przekombinowane i bezsensowne. Wychodzi więc na to, że Przeznaczenie ocaliło Ciri przed transformacją… choć mam na ten temat swoją prywatną teorię. Ciri stała się driadą, przynajmniej po części. Starsza Krew, którą w sobie nosi powstrzymała fizyczną i osobowościową przemianę, jednak dziewczynka zmieniła się po tym wydarzeniu – wnoszę to z krótkiego fragmentu pod koniec opowiadania, gdy oboje z Geraltem próbują opuścić Brokilon:

Spojrzał na słońce.
– No, zaryzykujmy… Pójdziemy tędy.
– Nie – Ciri zmarszczyła nos, wskazała w kierunku przeciwnym. – Tędy. Tam.
– A ty skąd to niby wiesz?
– Wiem – wzruszyła ramionami, spojrzała na niego bezbronnym i zdziwionym, szmaragdowym spojrzeniem. – Jakoś… Coś, tam… Nie wiem.
Córka Pavetty, pomyślał. Dziecko… Dziecko Starszej Krwi? Możliwe, że odziedziczyła coś po matce.

Geralt teoretyzuje, że podświadome rozeznanie w terenie jest rezultatem magicznego rodowodu Ciri, ale ja mam nieco inne zdanie – Woda obdarowała dziewczynkę właściwą driadom intuicją w kwestii poruszania się po Brokilonie. Prawdopodobnie wzmocniła również jej zmysły i obdarzyła większą witalnością. Pamiętajmy, że Ciri, choć nieprzemieniona wiedźmińskimi mutagenami, posiada nadzwyczajny refleks i szybkość – może nie równą wiedźminom, ale na tle innych zwyczajnych ludzi zdecydowanie ponadprzeciętną. To oczywiście wyłącznie hipoteza, tekst nie stwierdza tego bezpośrednio w żadnym miejscu – ale też nigdy temu nie przeczy, co pozostawia mi wygodną przestrzeń do dywagacji. 

„Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza… jednym jesteś ty” brzmi napis na kielichu wypełnionym Wodą Brokilonu. To zdanie jest jednym z najbardziej ikonicznych cytatów wiedźmińskiej sagi – pierwsza ekranizacja posługiwała się nim nawet jako hasłem reklamowym. Jak w przypadku tego typu cytatów, powtarzany są przez wiele osób z uwagi na to, że brzmi bardzo efektownie, ale mało kto zastanawia się nad jego prawdziwym znaczeniem. Co to właściwie oznacza, że miecz przeznaczenia ma dwa ostrza? To, że przeznaczenie wymaga współpracy osoby, której to przeznaczenie dotyczy, by mogło się urzeczywistnić? Że my sami jesteśmy swoim przeznaczeniem, przynajmniej w połowie? Co jest drugim ostrzem? Śmierć, jak twierdzi Calanthe z narkotycznej wizji Geralta? 

Bardzo ciężko mi jest nawigować przez tę metaforę, bo Sapkowski pozostawił bardzo niewiele tropów interpretacyjnych. Najrozsądniejszym – biorąc pod uwagę kontekst sytuacji, w której poznajemy ten cytat – wydaje mi się ten o woli osoby, której przeznaczenie dotyczy. Ostatecznie Ciri nie chciała przyjmować Wody – odrzuciła przeznaczenie do bycia driadą na rzecz przeznaczenia bycia z Geraltem. Z drugiej jednak strony wola to prawdopodobnie za mało, bo bohaterowie traktują fakt, że Ciri pozostała sobą po spożyciu Wody Brokilonu jako ewenement, coś, co nigdy wcześniej się nie wydarzyło. A ciężko zakładać, że Ciri jest pierwszą dziewczynką, której podano tę substancję pod przymusem. Musiał więc tu zadziałać jakiś inny czynnik – albo Starsza Krew zapewniła jej protekcję przez przemianą albo przeznaczenie Dziecka Niespodzianki okazało się silniejsze albo (jeśli założymy moją wcześniejszą hipotezę) przemiana się dokonała, ale nie do końca taka jak chciała Eithn. Albo po prostu Sapkowskiemu spodobało się brzmienie tych słów tak bardzo, że umieścił je w opowiadaniu bez głębszego przesłania. 

Lubię to opowiadanie, ale to prawdopodobnie niewiele znaczy, bo ja naprawdę lubię wszystkie wiedźmińskie opowiadania – bez wyjątku. To jednak przedstawia chyba moją ulubioną inkarnację Ciri (co jest nie lata wyczynem, bo dzieci w tego typu fantastyce zwykle nie są zbyt mocnym elementem programu – trzeba równej Sapkowskiemu umiejętności operowania dialogiem, by pisać je tak, aby nie były irytujące) i prezentuje tę mniej szorstką stronę Geralta, którą nieczęsto mamy okazję oglądać. Z drugiej strony pryncypialność wiedźmina w relacjach z Eithn drażniła mnie bardziej niż wcześniej – prawdopodobnie dlatego, że poprzednim razem czytałem to opowiadanie prawdopodobnie gdzieś na pierwszym roku studiów, gdy niekoniecznie rozumiałem dynamikę społeczną i mniejszościową tak dobrze jak teraz. Nie jest to z mojej strony zarzut pod adresem Sapkowskiego, szczególnie w świetle faktów, że narracyjnie driady traktuje raczej życzliwie – po prostu odkryłem w Gerlacie cechę, którą znajduję męczącą. 

piątek, 15 lutego 2019

Droga Białego Wilka 11 – Trochę poświęcenia

fragment grafiki autorstwa Zimoslava ART, całość tutaj.

A zatem wracamy do czarodziejskiego świata Hansa Christiana Andersena – Trochę poświęcenia luźno bowiem bazuje na spisanej przez duńskiego baśniopisarza historii małej syrenki, doskonale znanej z licznych adaptacji teatralnych, filmowych i – oczywiście – animowanych. Pierwotna historia, jak to często w tych przypadkach bywa, została nieco złagodzona przez dwa stulecia, które minęły od jej pierwszej publikacji – ekranizacje zwykły pomijać te bardziej makabryczne motywy, których w literackim pierwowzorze bynajmniej nie brakowało. Pomyślmy… w oryginalnej opowieści syrenka po wybiciu eliksiru, który zmienił ją w człowieka każdy krok na swoich nowych nogach okupywała straszliwym bólem, a bolało ją często i mocno, bo książę lubił obserwować jak dziewczyna tańczy. Ach, no i jeszcze cała ta sprawa z odcinaniem sobie języka w zamian za pomoc złej morskiej wiedźmy… Jej motywacje były też bardziej skomplikowane niż w disnejowskim remiksie – poza połączeniem się z ukochanym księciem bohaterka chciała uzyskać ludzką duszę nieśmiertelną, której syreni ród ze swej natury nie posiadał i po długim życiu przedstawiciele morskiej rasy rozpływali się w niebycie zamiast odejść w Zaświaty. 

Wszystkie starania syrenki ostatecznie zdały się psu na budę (rybie na akwarium?), bo książę po krótkim, przelotnym romansie dowiedział się, że księżniczka, do poślubienia której zmuszała go rodzina, okazała się młodą kobietą, która pielęgnowała go w świątyni, do której syrenka odholowała go w trakcie ich pierwszego spotkania, gdy nieborak mało nie utonął. Syrenka została na lodzie, skazana na krótką, samotną egzystencję wypełnioną nieprzerwanym cierpieniem bolących nóg i zakończoną śmiercią, po której czeka ją ontologiczne unicestwienie. Na ratunek pospieszyły jej siostry, które przehandlowały własne włosy w zamian za czarodziejski sztylet – jeśli syrenka zamorduje nim księcia, odzyska swoją pierwotną postać i wróci do szczęśliwego życia w morskich głębinach. Bohaterka nie jest jednak w stanie tego zrobić – odrzuca sztylet i popełnia samobójstwo. Okazuje się jednak, że ten akt miłosierdzia – poświęcenie własnego szczęścia, by nie krzywdzić ukochanej osoby, która ją odrzuciła – zapewnił jej szansę na pozyskanie duszy, bo dziewczyna zmieniła się w coś w rodzaju dobrego ducha, który przez kolejne trzysta lat ma za zadanie dbać o ludzkie istoty i, jeśli wywiąże się z tego zadania, wypracuje sobie wejściówkę do Królestwa Niebieskiego. 

Zakończenie baśni było swego czasu przedmiotem niejakich kontrowersji w kręgach literaturoznawców, krytyków i innych autorów literatury dziecięcej. P.L. Traves, autorka Mary Poppins, krytykowała Andersena za dopuszczanie się moralnego szantażu na dzieciach poprzez straszenie je pośmiertnym niebytem w razie niespełnienia standardów moralnych i etycznych. Jacob Bøggild zauważył, że pozyskanie duszy nieśmiertelnej nigdy nie było prymarną motywacją syrenki, a jedynie pewnym rodzajem romantycznej walidacji jej głównego celu, czyli zdobycia serca ukochanego. Inni krytycy wskazują na paralele między historię syrenki i domniemaną biseksualnością samego Andersena i dopatrują się analogii do niemożności zwerbalizowania swojej prawdziwej miłości (wycięcie języka, pozbawianie się możliwości komunikowania własnych uczuć) i niezaspokojonej potrzebie bliskości drugiej osoby (książę poślubił kogoś innego). Jak to z tym ostatecznie było, prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy – co nie zmienia faktu, że Mała Syrenka na stałe wpisała się do kanonu światowej literatury dziecięcej. Nie dziwi mnie zatem, że Sapkowski postanowił wziąć ją na warsztat – to bardzo wdzięczna, tematycznie zdyscyplinowana, słodko-gorzka opowieść, bardzo w stylu tego autora, nic zatem dziwnego, że stała się podstawą dla jednego z wiedźmińskich opowiadań. 

Trochę poświęcenia zaczyna się przesympatyczną sceną, w której Geralt pośredniczy w negocjacjach przedmałżeńskich ludzkiego księcia i atrakcyjnej syreny. Oboje zdecydowanie mają się ku sobie, jednak, co zrozumiałe, żadne nie jest w stanie zrezygnować ze swojej przyrodzonej natury, by móc w pełni cieszyć się bliskością ukochanej osoby. Poza pociesznymi relacjami obojga, podoba mi się pokazanie jeszcze jednego oblicza wiedźmińskiego fachu – nie eksterminacja problemu, ale próby jego polubownego rozwiązania czy nawet zawiązania stosunków dyplomatycznych między ludźmi i innymi rozumnymi rasami. W tym wypadku chodzi o rzecz tak prozaiczną jak tłumaczenie ludzkiego języka na syreni oraz odwrotnie. Cały wątek księcia Aglovala i syreny Sh’eenaz jest lekki, ciepły, kończy się w szczęśliwy sposób i równoważy resztę opowiadania oraz sygnalizuje jego motyw, czyli skłonność do ponoszenia ofiar dla ukochanych oraz bliskich. Jest więc syrena ostatecznie poświęcająca rybią płetwę dla ukochanego księcia, jest Jaskier na prośbę Geralta chowający dumę do kieszeni i godzący się zagrać na biesiadzie zaręczynowej, jest Douhard, ojciec zaślubianego młodzieńca, który na prośbę żony wykosztowuje się na jaskrowe usługi, jest Geralt obiecujący bardowi niewybrzydzanie przy kolejnym zleceniu i tak dalej. Małe i duże poświęcenia komplikujące relacje między postaciami – a skomplikowane relacje między postaciami to coś, co Sapkowskiemu wychodzi naprawdę dobrze. I tutaj nie jest inaczej, ponieważ autor stawia Geralta w nowej, zupełnie dla niego nieoczekiwanej roli – wiedźmin się zakochuje. Po raz drugi. 

W blognotce o opowiadaniu Ostatnie życzenie teoretyzowałem, że Yennefer była pierwszą prawdziwą miłością wiedźmina. Wiele na to wskazywało, przede wszystkim jego zachowanie, pochopność w podejmowaniu decyzji, dobór używanych przez niego sformułowań w rozmowie z elfem Chireadanem o Yennefer… Nie jest to w żadnym razie wyrażone wprost i jest to wyłącznie moje założenie poparte kilkoma poszlakami, ale myślę, że możemy się zgodzić iż nawet jeśli Geralt był wcześniej zaangażowany romantycznie, nigdy nie miało to aż tak wielkiego nasilenia jak w przypadku czarodziejki, prawdopodobnie nigdy nie zakończyło się również próbą zbudowania znaczącej relacji. Stąd brak doświadczenia w tych sprawach – Geralt nie potrafił stworzyć stałego związku z Yennefer, ponieważ nie wiedział, jak ma to zrobić. I dlatego teraz, gdy – zupełnie niespodziewanie – zakochał się po raz drugi, w Essi, wędrownej bardce i serdecznej przyjaciółce Jaskra, jest w tej kwestii niewiele mądrzejszy. 

Zanim porozmawiamy o Essi chciałbym najpierw przybliżyć definicję toposu kulturowego znanego powszechnie pod nazwą Manic Pixie Dream Girl. Jest to określony typ postaci drugoplanowej (najczęściej – epizodycznej) powołanej do istnienia jedynie w celu rozwoju charakterologicznego innej, przeważnie pierwszoplanowej postaci. MPDG przybiera zwykle formę młodej, atrakcyjnej kobiety, najczęściej ekstrawaganckiej, ale na ten ujmujący sposób, empatycznej, w pełni zaangażowanej emocjonalnie w sytuację głównego bohatera i pomagającej mu – bezpośrednio, poprzez własne działania albo pośrednio poprzez emocjonalną więź jaką z nim zawiązuje – w rozwiązaniu targających nim wewnętrznych konfliktów. Nie jest to nowy motyw – jego korzeni można szukać już w XIII wieku – jednak dopiero jakąś dekadę temu krytycy kultury popularnej zaczęli zwracać uwagę na ten wzorzec. Pierwszym z nich – tym, który wymyślił i spopularyzował termin „Manic Pixie Dream Girl” – jest Nathan Rabin, który, przywołując za przykład postać graną przez Kirsten Dunst w filmie Elizabethtown opisał MPDG jako „[postać, która] istnieje wyłącznie w nabuzowanych wyobrażeniach uduchowionych pisarzy i reżyserów, mająca na celu nauczenie przytłoczonych życiem młodych mężczyzn radości życia oraz niezgłębionych tajemnic i przygód, które ze sobą niesie”. 

Sam w sobie ten motyw nie jest problematyczny – Rabin w późniejszych latach odżegnywał się zresztą od wymyślonego przez siebie terminu, ponieważ zaczął on być nadużywany niezgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem. „Manic Pixie Dream Girl” w żadnym razie nie oznacza każdej ekstrawaganckiej postaci kobiecej, która wchodzi w relację z głównym bohaterem. Chodzi tu o specyficzny sposób stworzenia bohaterki posiadającej wyłącznie takie cechy, które mają znaczenie w kontekście rozwoju innej postaci, całkowicie od niej zależnej charakterologicznie – będącą co najwyżej narracyjną funkcją, nie pełnoprawną postacią z własną osobowością, indywidualnym charakterem i znaczącymi motywacjami. W zalinkowanym wyżej artykule Rabin doprecyzował termin słowami „Topos Manic Pixie Dream Girl jest fundamentalnie seksistowski, ponieważ opisuje kobiety nie jako autonomiczne, niezależne byty, tylko atrakcyjne rekwizyty mające na calu pomóc smutnemu białemu facetowi w samospełnieniu”. Czy Essi wpisuje się w ten topos? To oczywiście może być przedmiotem dyskusji – według mnie postać bardki wpada w te koleiny na tyle mocno, by usprawiedliwione było przynajmniej analizowanie jej przez ten pryzmat. Nie mogę zresztą oprzeć się wrażeniu, że jest to jeden z powodów, dla którego Oczko jest tak lubianą w wiedźmińskim fandomie postacią – Manic Pixie Dream Girls często są ucieleśnieniem nerdowskich fantazji. 

Essi nie ma indywidualnego charakteru – ma charakter w pełni zależy. Jest pod tym względem skrojona w dokładnie taki sposób, by stanowić antytezę dla Yennefer. Yennefer jest kobietą dojrzałą i bogatą w lata życiowych doświadczeń – Essi ma w sobie nieodparty urok podlotka. Yennefer jest aktywna, ma własne ambicje, dla których jest w stanie wiele poświęcić – Essi jest szczęśliwa i spełniona taka, jaką jest. Za Yennefer ciągnie się sznur traum, od niepełnosprawności we wczesnym dzieciństwie, poprzez przedmiotowe traktowanie, aż po okaleczenie skutkujące niepłodnością – Essi jest, o ile wiemy, całkowicie pozbawiona życiowego bagażu. I tak dalej. Jest to dokładnie taka osoba, jakiej miłości (bezwarunkowej, niewinnej, nieskomplikowanej) Geralt potrzebował, by w kontraście do niej uświadomić sobie, że tak naprawdę kocha Yennefer. Zastanówmy się, co tak naprawdę wiemy o Oczku, co pokazywałoby jej charakter wychodzący poza relację z Geraltem? Wiemy, że zna biegle Starszą Mowę, że wychowała się nad wodą i… tyle? Nie wiemy co spowodowało, że zdecydowała się na karierę wędrownej śpiewaczki, nie znamy żadnych wydarzeń z jej życia, które tłumaczyłyby jej fascynację Geraltem, jej wpływ na wydarzenia opowiadania jest całkowicie żaden… nawet futurospekcja z opisem jej śmierci więcej mówi o Jaskrze (dostarczając nam informacji, że jego lojalność w stosunku do najbliższych przerasta jego bojaźliwość) niż samej Oczko. 

Jest to szczególnie rzucające się w oczy w świetle faktu, że Sapkowski wprowadzał już wcześniej jednorazowe postacie drugoplanowe mające na celu pogłębienie charakterologiczne Gerlata albo Yennefer – i te postacie nie były tak osobowościowo puste jak Essi. Najlepszym przykładem jest mag Istredd, który – mimo tego, iż pojawił się wyłącznie w jednym opowiadaniu i, jak Oczko, stanowił element w rozwoju relacji wiedźmina i Yennefer – posiadał wewnętrzne urazy i ambicje tłumaczące jego zachowania, pełnił aktywną, uczestniczącą rolę w wydarzeniach i był w pełni ukształtowaną, wielowymiarową postacią. Oczko… Oczko taka nie jest. Wydaje mi się, że Sapkowski na jakimś poziomie zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ dialogi tej bohaterki są zauważalnie słabsze od pozostałych postaci (słabe dialogi! u Sapkowskiego!), tak jakby pisaniu ich autorowi towarzyszył pewien dyskomfort. Nie dziwi mnie to, ponieważ dialogi u Sapkowskiego przeważnie pełnią bardzo dużą rolę w eksponowaniu charakteru przemawiającej postaci. Essi charakter ma całkowicie zależny od potrzeb fabuły – więc i jej wypowiedzi nie mają zbyt wiele do zaoferowania w kwestii niebezpośredniego przekazywania informacji o postaci. 

Geralt zostaje wrzucony w nową dla siebie sytuację – zakochuje się, i to w sposób zupełnie odmienny od tego z Yennefer. W moim tekście o Granicy możliwości wspominałem o tym, że relacja Geralta i Yennefer jest oparta na impulsywności. Tak się zresztą zaczął ich związek, w ogniu walki z potężnym dżinnem, gdy obojgu adrenalina szumiała w głowach, decyzje podejmowane były na gorąco, a deklaracje czynione pod wpływem chwili. W przypadku z Essi nie ma żadnego dżinna ani innego bezpośredniego zagrożenia, jest bardzo bezpieczna i komfortowa sytuacja towarzyska. Dlatego właśnie wiedźmin początkowo reaguje bardzo nieporadnie – ponieważ nie umie w takich sytuacjach działać intuicyjnie. Problemem jest to, że… mało kto tak naprawdę umie. Które z nas nie skompromitowało się nigdy na oczach podobającej się nam osoby, której chcieliśmy zaimponować? To bardzo ludzkie zachowanie – ale nie w oczach wiedźmina, który swoją towarzyską nieporadność uznaje podświadomie za objaw własnego braku człowieczeństwa. To jest właśnie tragedia Geralta – nie myśli o sobie jak o w pełni ludzkiej istocie i dlatego zakłada, że wszyscy inni również tak go odbierają. Dlatego potraktował Essi szorstko i nieuczciwie przypisał jej dwuznaczne motywacje w trakcie ich pierwszego spotkania. Idealnie podsumował to Jaskier w ich późniejszej rozmowie: 

Wiesz, na czym polega twój problem, Geralt? Tobie wydaje się, że jesteś inny. Ty obnosisz się z innością, z tym, co uważasz za nienormalność. Ty się z tą nienormalnością nachalnie narzucasz, nie rozumiejąc, że dla większości ludzi, którzy myślą trzeźwo, jesteś najnormalniejszy pod słońcem i oby wszyscy byli tacy normalni. Co z tego, że masz szybszą reakcję, pionowe źrenice w słońcu? Że widzisz po ciemku jak kot? Że rozumiesz się na czarach? Wielka mi rzecz. (…) Bezpodstawnie wydało ci się, Geralt, że Oczko zainteresowała się tobą z niezdrowej, wręcz perwersyjnej ciekawości, że patrzy na ciebie jak na raroga, dwugłowe cielę albo salamandrę w zwierzyńcu. I natychmiast nadąsałeś się, dałeś przy pierwszej okazji niegrzeczną, niezasłużoną reprymendę, oddałeś cios, którego ona nie zadała. 

Geralt czuje się niepewnie w obliczu tego nowego uczucia, komplikującego jego i tak skomplikowane życie wewnętrzne, dlatego próbuje chować się pod pozą bezwolnego wiedźmina, pozbawionej wyższych uczuć i emocji maszyny do uśmiercania potworów. Są to starania marne i niespecjalnie sensowne, bo jego intencje oraz emocje są oczywiste zarówno dla Oczka jak i Jaskra. Ostatecznie sytuacja rozwija się w słodko-gorzki sposób – Essi wyznaje Geraltowi miłość, wiedźmin zdaje sobie sprawę z tego, że kocha Yennefer, ale do Oczka również coś czuje. Z drugiej strony Essi również ma własny emocjonalny bagaż związany z tą sytuacją, całkiem zresztą naturalny dla osoby niepewnej swoich uczuć. Sapkowskiemu naprawdę dobrze wychodzi kreślenie tej nieoczywistej relacji, ale przez fam fakt, że Oczko jest fabularnie tak bardzo zależna od tego, by popchnąć rozwój charakteru Geralta w określonym kierunku… no cóż, nie byłem w stanie tego do końca kupić. Sapkowski potrafi lepiej. Niestety w przypadku Essi mamy do czynienia z czymś niewiele ponad charakterologiczny prototyp Triss Merigold. Szkoda. 

Nie jest to słabe opowiadanie – na samym początku tego cyklu blognotek napisałem, że nie uznaję żadnej z wiedźmińskich krótkich form za słabą i teraz, gdy zbliżam się powoli do finału, mogę jedynie podtrzymać tę opinię. Trochę poświęcenia ma w sobie wiele symboliki umiejętnie wpasowanej w fabularną strukturę. Jak choćby paskudny małż, który skrywał w sobie wielką, piękną i kosztowną perłę. To symbol Geralta – człowieka, który pod szorstką powierzchownością skrywa bogate i wrażliwe wnętrze, ale też szerzej, ludzkości, tu uosabianej przez księcia Aglovala, który chce iść na wojnę z podwodnym ludem, ale jego serce mięknie pod wpływem miłości do syreny. Jest w tym opowiadaniu wiele rzeczy, za które można je lubić i dlatego lubię je mimo wszystko. Nie zmienia to faktu, że prawdopodobnie nigdy nie znajdzie się ono w ścisłej czołówce moich ulubionych utworów Sapkowskiego.

piątek, 11 stycznia 2019

Droga Białego Wilka 10 – Wieczny Ogień

fragment grafiki z gry Wiedźmin 3, całość tutaj.

Ach, Wieczny Ogień… jedno z moich ulubionych wiedźmińskich opowiadań. Przede wszystkim to bardzo lekki tekst, co po wcześniejszym Okruchu lodu przynosi moment rozluźnienia i pozwala na uspokojenie fabularnych wód przed tym, co ma nastąpić później. Nie ma tu żadnych znaczących konfliktów pomiędzy pierwszoplanowymi postaciami, a te między drugoplanowymi przedstawione są w bardzo lekkim, humorystycznym tonie. W dodatku jedyna poważniejsza scena akcji jest krótka, slapstickowa i kończy się zanim sprawy zaczynają przybierać poważniejszy obrót. Nie oznacza to oczywiście, że opowiadanie samo w sobie nie do zaoferowania niczego poza chwilą niezobowiązującej rozrywki, bo w Wiecznym Ogniu powraca Sapkowski do motywu uprzedzeń, jakie ludzie z wiedźmińskiego uniwersum żywią w stosunku do przedstawicieli innych ras rozumnych oraz idących za tym społecznych reperkusji. I robi to… no cóż, po Sapkowskiemu, o czym w dużej mierze opowiadał będzie ten tekst.

Już początek opowiadania narzuca nam raczej krotochwilą atmosferę – Jaskier zostaje wyrzucony na bruk przez jedną ze swoich kochanek. Bardzo szybko zostaje nam również przedstawiony najważniejszy bohater tego opowiadania, czyli miasto Novigrad. Licząca, wedle słów Jaskra, niemal trzydzieści tysięcy mieszkańców metropolia to – i dla nas i dla Geralta – nowe środowisko. Do tej pory opowiadania rozgrywały się raczej na wsiach, w małych miejscowościach albo na królewskich dworach i wielkomiejska dżungla otwiera nowe możliwości rozwinięcia fabuły w interesującym kierunku. Już w Okruchu lodu mieliśmy rzuconą na marginesie hipotezę, że niektóre potwory przystosowują się do nowych warunków i zmieniają tak, jak zmienia się cywilizacja. Tutaj dostajemy społeczną wersję tego motywu – wraz z tym, w jaki sposób rozwijają się ludzkie zbiorowości, inne rasy wykształcają nowe strategie koegzystencji z ludźmi. Mamy zatem niziołka, który jest wziętym biznesmenem, krasnoludy prowadzące sieć banków oraz dopplera, który jest odmienny i ten porządek swoją odmiennością burzy.

Warto zauważyć, że Novigrad kosmopolityczny i egalitarny jest tylko do pewnego stopnia, ponieważ nieludzie traktowani są jako obywatele drugiej kategorii. Nawet jeśli pozwala im się na stosunkowo swobodną egzystencję, swoboda ta ma bardzo precyzyjnie wyznaczone granice. Doskonale widać to w rozmowie Jaskra z „Daintym”.

– Zamierzasz może wesprzeć nas, Biberveldt? W rozrywkach, ma się rozumieć? To się świetnie składa. Tu, pod „Grotem Włóczni”, zamierzamy się podchmielić. A potem planujemy skoczyć do „Passiflory”, to bardzo drogi i dobry dom rozpusty, gdzie możemy sobie zafundować półelfkę, a kto wie, może i elfkę pełnej krwi. Potrzebujemy jednak sponsora.
– Kogo?
– Tego, kto będzie płacił.
– Tak sądziłem – mruknął Dainty. – Przykro mi. Po pierwsze, jestem umówiony na handlowe rozmowy. Po drugie, nie mam środków na fundowanie takich rozrywek. Po trzecie, do „Passiflory” wpuszczają wyłącznie ludzi.

Nieludziom wolno jest pracować w burdelu, gdzie mają zresztą status szczególny z uwagi na swoją odmienność, nie wolno im jednak być klientami takich przybytków. Tego typu dynamika nie jest niczym zaskakującym, w USA czasów sprzed desegregacji rasowej czarnoskórzy piosenkarze i jazzowe zespoły muzyczne składające się z czarnoskórych muzyków mogły występować w wielu lokalach, do których nie zostaliby wpuszczeni jako klienci. Dainty może być częścią novigradzkiej społeczności, o ile oczywiście jest dla niej przydatny i nie sprawia jej problemów. Nie może jednak wejść do najbardziej ekskluzywnych ośrodków rozrywki w mieście, a prawdopodobnie na tym się nie kończy, ponieważ rasizm to z reguły nie tylko drobne niedogodności życiowe, ale i – przede wszystkim – systemowa dyskryminacja realnie utrudniająca życie różnym grupom społecznym.

Jest to zresztą motywem przewodnim Wiecznego Ognia, ponieważ pojawienie się w mieście dopplera Dudu ujawnia skalę tej dyskryminacji oraz sposób, w jaki różne osoby sobie z tym radzą i reagują na taki stan rzeczy. Zaczyna się od przywołanego wyżej dyskretnego podkreślenia niższego statusu nieludzi, ale sprawa bardzo szybko ciekawie się pogłębia:

– Straż, straż trzeba wezwać – powiedział oberżysta. – I kapłanów trzeba wezwać! I spalić to monstrum, tego nieludzia!
– Przestańcie, gospodarzu – poderwał głowę niziołek. – Nudni się robicie z tą waszą strażą. Zwracam wam uwagę, że wam ów nieludź niczego nie zrobił, jeno mnie. A tak nawiasem mówiąc, to ja też jestem nieludź.
– Co też wy, panie Biberveldt – zaśmiał się nerwowo karczmarz. – Gdzie wy, a gdzie on. Wyście są bez mała człek, a ten to monstrum przecie.

Uwielbiam to, co Sapkowski zrobił w wyżej zacytowanym fragmencie – w jednym krótkim i organicznym dialogu wskazał na złożoność mechanizmów uprzedzeń. Nieludzie różnią się nie tylko od ludzi – różnią się również między sobą i wrzucanie ich do jednego worka to nieporozumienie. Niziołek Dainty zwrócił na to uwagę, pośrednio podkreślając, że mimo wszystko w społecznym kontekście bliżej mu jest do dopplera niż do karczmarza. Niektóre grupy mniejszościowe są traktowane inaczej niż inne w zależności od wielu czynników. Niziołki łatwo adaptują się do ludzkich warunków praw i sposobu postrzegania świata, w dodatku fizycznie bardzo przypominają ludzi, co sprawia, że traktowane są lepiej niż monstrualne w swej wyjściowej aparycji, cieszące się złą sławą dopplery. Nierówności rozkładają się, no cóż, nierównomiernie. Dudu wspomina o tym zresztą pod koniec opowiadania:

– Daliście – ciągnął doppler, krzywiąc wargi w bezczelnym, Jaskrowym uśmiechu – skromną możliwość asymilacji krasnoludom, niziołkom, gnomom, elfom nawet. Dlaczego ja mam być gorszy? Dlaczego odmawia mi się tego prawa? Co mam zrobić, żeby móc żyć w tym mieście? Zamienić się w elfkę o sarnich oczach, jedwabistych włosach i długich nogach? Co? W czym jest elfka lepsza ode mnie? W tym, że na widok elfki przebieracie nogami, a na mój widok chce się wam rzygać? Wypchać się każcie takim argumentem.

Warto zauważyć, że karczmarz (człowiek) na dopplera, który nie wyrządził mu żadnej krzywdy, reaguje strachem i chęcią uśmiercenia. Z kolei Dainty (niziołek), który ma wszelkie prawo czuć żądzę zemsty w stosunku do Dudu, bo został przez niego pobity do nieprzytomności, okradziony i porzucony w lesie, chce tylko odzyskać zagrabiony towar. Na dopplera jest oczywiście zły i dużo mówi o spuszczeniu mu manta, ale do rękoczynów ostatecznie nie dochodzi, a na wieść o tym, że ludzie tradycyjnie zwykli poddawać dopplery przedśmiertnym torturom niziołek okazuje dyskomfort i dezaprobatę („Barbarzyński obyczaj, iście ludzki”) dla takiego postępowania.

Głównym zwrotem fabularnym Wiecznego Ognia jest ujawnienie, iż Chappelle – pełniący w Novigradzie rolę podobną do zwierzchnika inkwizycji, utrzymujący władzę wykonawczą świecką oraz kościelną i będący de facto najpotężniejszą i najbardziej wpływową figurą polityczną w całym mieście – jest w istocie kolejnym dopplerem (dla wygody, jako że jego pierwowzór nie występuje w opowiadaniu i ma dla jego fabuły marginalne znaczenie, będę go nazywał po prostu Chappelle), w dodatku aktywnie starającym się uratować Dudu przed dekonspiracją. To dość standardowy zwrot akcji – pozorny antagonista w finale okazuje się od samego początku stać po drugiej stronie barykady, a jego zachowania postawione są w zupełnie innym świetle. Sapkowski zrobił to zgrabnie i efektywnie – pada również szalenie interesująca sugestia, że dopplerów w Novigradzie może żyć jeszcze więcej, niewykluczone, że cała subkultura ukrywających się pod ludzkimi postaciami magicznych istot próbujących gładko dopasować się do narzuconej im ludzkiej cywilizacji.

I tu zaczynają się moje problemy z tym, w jaki sposób Sapkowski zdaje się postrzegać miejsce mniejszości w społeczeństwie. Już w Krańcu świata, opowiadaniu o niełatwej koegzystencji ludzi i elfów, autor wkłada Geraltowi w usta frazesy o konieczności zagryzienia zębów, cierpliwego znoszenia upokorzeń i prób dopasowania się do narzuconego przez większość porządku świata. Drugą stronę sporu reprezentują mściwi ekstremiści, co wygodnie przechyla moralną szalę na korzyść Geralta. Więcej pisałem o tym w tekście poświęconym Krańcowi świata i tam też odsyłam po szczegóły. W Wiecznym Ogniu ta optyka się nie zmienia – Sapkowski powołał do istnienia mniejszość idealną. Taką, która dosłownie przejmuje wszystkie cechy większości, od fizycznych po psychologiczne i socjotypowe, staje się całkowicie niewidoczna, nieprzeciwstawiająca się oczekiwaniom większości, w dodatku prawdopodobnie pozbawiona skaz charakteru właściwych ludzkim (i nieludzkim) istotom. Nie trzeba uczyć się żyć obok nich, wzajemnie respektować swoich praw, zasad i obyczajów – mniejszość wykonuje całą tę społeczną pracę, by plastycznie dopasować się do potrzeb i preferencji oraz uprzedzeń większości.

Ciężko mi podejść jest do takiego morału ze zrozumieniem, szczególnie że historia raz po raz pokazywała, iż tego typu symbioza to niemożliwy do realizacji fantzmat zamiatający całą sytuację pod dywan i będący czekającą na wydarzenie się katastrofą. W kontekście metafory mniejszości najbliższe dopplerom są środowiska LGBT – homofobia często zmusza homoseksualistów do udawania kogoś, kim się nie jest (jak Dudu) oraz wybierania tego typu drogi życiowej, która pozwoli im na zachowanie swojej prawdziwej tożsamości w tajemnicy (jak powiązany z egzekwowaniem religijnej władzy Chappelle). Problem polega na tym, że – jak wiemy – homofobia nadal jest dużym problemem społecznym, wyoutowane osoby niehetero często narażone są na przemoc fizyczną, systemową i emocjonalną, ponieważ społeczeństwo jest w stanie tolerować nieheteronormatywność wyłącznie, gdy jest ona stuprocentowo niewidoczna. Tymczasem nieustanne utrzymywanie kamuflażu jest destruktywne dla ludzkiej psychiki – nie da się wieść szczęśliwego, spełnionego życia w kłamstwie. Dopplery są tu doprowadzonym do absurdu odpowiednikiem figury „dobrego geja”, którego ma za przyjaciela każdy konserwatysta, a który się nie obnosi, nie postuluje o bardziej egalitarne społeczeństwo, a najczęściej zresztą w ogóle nie istnieje.

Naprawdę nie miałbym aż tak wielkich pretensji o takie postawienie sprawy, gdyby nie puenta tego wątku – a w zasadzie jej kompletny brak. Wieczny Ogień zostawia nas z sugestią, że taki stan rzeczy jest w zasadzie w porządku jako metoda pokojowej egzystencji, niespecjalnie brnąc w daleko idące implikacje. Opowiadanie kończy się tym, że wszyscy jego bohaterowie idą do „Passflory”, a Chappelle ma zamiar użyć swojej pozycji społecznej w przypadku, gdyby obsługa nie chciała wpuścić do środka niziołków. Kto wie, może Jaskier dostanie nawet swoją wymarzoną półelfkę, albo nawet i elfkę? Jasne, to tylko żartobliwe opowiadanie niemające żadnych pretensji edukacyjnych czy komentatorskich. Problem polega jednak na tym, że saga o Geralcie z Rivii często kojarzona jest z tematami równościowymi i chwalona za to, jak dobrze prezentuje problematykę sił i procesów związanych z rasizmem, społecznymi nierównościami, resentymentami względem inności oraz traktowaniem mniejszości etnicznych. Był to, co zresztą mocno ironiczne, jeden z kluczowych wątków toczącego się kilka lat temu dyskursu o tym, czy w uniwersum wiedźmina istnieją osoby niebiałe i na ile sensowne jest umieszczanie ich w wiedźmińskiej narracji, skoro analogiczną rolę pełnią fikcyjne rasy elfów, krasnoludów, niziołków, gnomów i pozostałych ras. To naturalne, że musimy przyglądać się tym motywom, by je zweryfikować.

Póki co z przykrością stwierdzam, że nie jest z tym aż tak różowo – Sapkowski oczywiście temat pogłębia i w realistyczny sposób komplikuje, ukazuje te mniej oczywiste konsekwencje systemowych uprzedzeń. Dobrym przykładem jest przedstawienie Dudu jako postaci w zasadzie pozytywnej, którą do napaści na Dainty’ego pchnęło nie okrucieństwo albo chciwość, ale desperacja – tak samo jak w prawdziwym świecie, w którym wiele osób dyskryminowanych ucieka się do przestępstw, wstępuje do gangów albo nielegalnie przekracza granice państw, ponieważ bardziej akceptowalne metody poprawienia własnej sytuacji życiowej są utrudniane przez niechętny im system społeczny. Albo wspomniane wyżej zasygnalizowanie, że świat nie dzieli się na Większość i Mniejszość, bo mniejszości są od różne, niektóre traktowane są z mniejszymi lub większymi uprzedzeniami i niekoniecznie muszą się stapiać w jedną, łatwą do zaszufladkowania Większości masę. Tym bardziej trudno mi jest przejść do porządku dziennego nad tym, w jaki sposób najwyraźniej Sapkowski rozumie integrację. Zgadza się, stan, w jakim egzystuje społeczność dopplerów w Novigradzie jest pewnym półśrodkiem, ale w opowiadaniu nic w żaden zauważalny sposób nie sugeruje, że jest to tylko półśrodek. „Bywa nawet, że jesteście [od nas] lepsi” mówi Geralt do Chappelle, po czym opowiadanie kończy się wyprawą do burdelu. To „lepsi” ma oczywiście oznaczać „nie przeciwstawiacie się naszym oczekiwaniom, nie domagacie się godnego traktowania, nie rzucacie się w oczy, a prześladowani nie odpowiadacie przemocą na przemoc”. To bardzo wygodna dla status quo lepszość – i bardzo problematyczna, jeśli będziemy próbowali przekładać ją na realia prawdziwego świata.

Lubię to opowiadanie, naprawdę – Wieczny Ogień jest konstrukcyjnie bardzo eleganckie. Podoba mi się, że nawet w małych szczegółach Sapkowski dba o to, by wszystko ze sobą współgrało, jak choćby scena przy fontannie, w której Jaskier przekonuje swoich towarzyszy, by wypowiedzieli życzenia i każde z tych życzeń w taki czy inny sposób spełnia się jeszcze przed końcem opowiadania. Biorąc pod uwagę fakt, iż dużą część Wiecznego Ognia zajmuje ekspozycja fabularna wcześniejszych wydarzeń – najpierw Jaskier opowiada o mieście, potem Dainty o tym, co zrobił mu Dudu, potem krasnoludzki bankier Vimme o tym, co Dudu wyczyniał w imieniu Dinty’ego – zadziwia fakt, iż mimo wszystko całość czyta się jednym tchem. To naprawdę niebywałe, że Sapkowski nawet tak pozornie nudne tematy jak handel kupiecki na średnią skalę i ekonomię świata fantasy potrafi przedstawić i opisać w atrakcyjny, interesujący sposób.

piątek, 9 listopada 2018

Droga Białego Wilka 09 – Okruch lodu

fragment grafiki z gry The Witcher 3, całość tutaj.

Treść Królowej Śniegu, dziewiętnastowiecznej duńskiej baśni autorstwa Hansa Christiana Andersena, z której Sapkowski zaczerpnął kilka motywów wykorzystanych w Okruchu lodu, jest stosunkowo dobrze znana, nie będę jej więc tu opisywał w jakiś wyjątkowo szczegółowy sposób. Jeśli ktoś jakimś cudem nie słyszał o tej baśni, dzięki dobrodziejstwom domeny publicznej może ją legalnie i za darmo przeczytać na Wikiźródłach, w czterech różnych tłumaczeniach. Pozwolę sobie tylko zwrócić uwagę na jeden motyw, który będzie miał znaczenie dla analizy Okruchu lodu, bo to do niego właśnie autor czyni aluzje. Mianowicie – wbrew temu, co mogą twierdzić niektóre adaptacje Królowej Śniegu tytułowa bohaterka nie jest postacią negatywną. Owszem, jest postacią pełniącą rolę antagonistyczną, ale jej motywacje Andersen pozostawił niedookreślone. Przyczyną, dla której Kai przyłączył się – z własnej woli – do orszaku Królowej i – również z własnej woli – pozostał w jej pałacu był okruch rozbitego lustra, które sporządził sam diabeł (występujący pod postacią Trolldena, złego trolla) planujący za jego pomocą, ehm, trollować anioły oraz samego Wszechmogącego. Lustro wymknęło mu się jednak z rąk, nim zdążył dolecieć z nim do Nieba i rozprysło się na miliony kawałków, które rozsypały się po ziemi, a jeden z nich wpadł do oka Kaiowi. Lustro miało tę właściwość, że odbijało wyłącznie to, co najgorsze, ignorując wszystko inne – oraz śmiało się za każdym razem, gdy stawało przed nim cokolwiek dobrego, co było zresztą powodem, dla którego diabeł nie był w stanie utrzymać go w rękach w miarę zbliżania się do Nieba. 

Wróćmy jednak do Królowej – jak już wspomniałem, Andersen nigdy nie zobrazował jej jako jednoznacznie złej. Gdy pod koniec opowieści Gerda zjawiła się po Kaia, była w stanie zabrać go ze sobą z powrotem do domu bez konieczności konfrontacji z Królową Śniegu. Głównie dlatego, że ona nie jest siłą negatywną w tym tekście – Trollden nią jest, o ile ktokolwiek, bo też diabelski występek jest tu wyłącznie dziełem nieszczęśliwego wypadku. Rozmaite adaptacje i remiksy próbowały przypisywać jej negatywne intencje – Terry Pratchett zrobił z niej amoralną konkwistadorkę, inni próbowali tłumaczyć zachowanie Królowej Śniegu z niezaspokojonym instynktem macierzyńskim, żałobą po stracie własnego dziecka czy zwykłą niegodziwością – jednak nic takiego nie ma miejsca w pierwowzorze. Królowa Śniegu jest neutralną siłą natury, podobnie jak żywioł, którego jest personifikacją. Baśń Andersena to, na najbardziej podstawowym poziomie, opowieść o depresji i wychodzeniu z niej dzięki oddaniu najbliższych nam ludzi. 

Jak to się ma do Okruchu lodu? Baśń istnieje w świecie wiedźmina pod postacią ludowej opowieści, którą przytacza Yennefer: 


– Wśród elfów – szepnęła czarodziejka w zamyśleniu – krąży legenda o Królowej Zimy, która w czasie zamieci przebiega kraje saniami zaprzężonymi w białe konie. Jadąc, królowa rozsiewa dookoła twarde, ostre, maleńkie okruchy lodu i biada temu, kogo taki okruch trafi w oko lub w serce. Taki ktoś jest zgubiony. Nic już nie będzie w stanie go ucieszyć, wszystko, co nie będzie miało bieli śniegu, będzie dla niego brzydkie, wstrętne, odrażające. Nie zazna spokoju, porzuci wszystko, podąży za Królową, za swoim marzeniem i miłością. Oczywiście, nigdy jej nie odnajdzie i zginie z tęsknoty. 


Pomówimy o tym – póki co przyjrzyjmy się jednak, w jaki sposób Sapkowski otwiera to opowiadanie, czyli scenie walki z zeuglem, monstrum buszującym wśród ludzkich odpadków. To jedyna scena walki w całym tym opowiadaniu – w zasadzie to jedyna dynamiczna scena w całym Okruchu Lodu, który jest niemal pozbawiony jakichkolwiek nadnaturalnych elementów i skupia się wyłącznie na zarysowaniu skomplikowanych relacji między bohaterami. W dobrym tekście literackim – a Okruch lodu jest więcej niż dobry – każdy jego element pełni określoną funkcję. Potyczka na wysypisku śmieci nie jest tu zatem jedynie obligatoryjną sceną dynamicznej akcji, ale również ustawieniem klimatu całej opowieści. To nie dramatyczna walke ze strzygą czy pojedynek z jakimś dzikim potworem w leśnej gęstwinie, tylko starcie ze ścierwojadem na arenie składającej się z odpadków. Nie ma w tym nic romantycznego czy widowiskowego, jak próba odczarowania zaklętego w potwora szlachcica czy rozwiązywanie politycznego sporu na królewskim dworze – to oczyszczanie ścieków z buszującego w nich szkodnika. Zadanie nieprzyjemne i przyziemne – i właśnie w nieprzyjemnym, przyziemnym duchu utrzymane jest całe opowiadanie. 

Na początku tego opowiadania widzimy, że pragnienie Geralta, które motywowało go przez dwa poprzednie opowiadania, doczekało się realizacji – jest z Yennefer w związku, relatywnie szczęśliwym i udanym, pełnym szczerych uczuć i satysfakcjonującego życia erotycznego. Więc skoro jest tak dobrze, czemu jest tak źle? Wiedźmin nie jest w stanie w pełni cieszyć się swoim szczęściem. Jest rozdrażniony, wszystko go denerwuje i złości – jak w lustrze z andersenowskiej baśni, w jego oczach odbija się tylko to, co na świecie najgorsze i najbrzydsze. Miasto, prawdopodobnie wcale nieróżniące się zbytnio od większości innych metropolii, które odwiedzał, staje się w jego oczach ucieleśnieniem brzydoty i szkaradzieństwa, moralnego zepsucia i odpychającej atmosfery. Jest ku temu powód, a na imię mu Istredd. Istredd to miejscowy mag, który ma z Yennefer wspólną przeszłość – i, jak się później okaże, również wspólną teraźniejszość. Geralt jest tego świadom i mocno trapi go ta sytuacja – jego emocjonalna niedojrzałość i brak doświadczenia w długotrwałych relacjach międzyludzkich sprawia, że nie jest w stanie się z tym uporać. 

Pierwsza konfrontacja wiedźmina i czarodzieja następuje relatywnie szybko, bo już w połowie opowiadania, i stanowi istotną jego część. Już od samego początku ich relacje są bardzo konfrontacyjne, zamiast uprzejmości na powitanie wymieniają zaczepki: 


– Za każdym razem, gdy widzę te rzeczy – wiedźmin usiadł naprzeciw, wskazując na słoje i słoiki – zastanawiam się, czy rzeczywiście nie można uprawiać magii bez tego całego obrzydlistwa, na widok którego kurczy się żołądek.
– Kwestia gustu – rzekł czarodziej. – Jak też i przyzwyczajenia. Co jednego brzydzi, drugiego jakoś nie rusza. A ciebie, Geralt, co brzydzi? Ciekawe, co też może brzydzić kogoś, kto, jak słyszałem, dla pieniędzy potrafi wejść po szyję w gnój i nieczystości? Nie traktuj, proszę, tego pytania jako obrazę czy prowokację. Naprawdę jestem ciekaw, co może wywołać u wiedźmina uczucie odrazy.
– Czy w tym słoiku nie trzymasz przypadkiem krwi miesięcznej nietkniętej dziewicy, Istredd? Wiedz, że brzydzi mnie, gdy wyobrażam sobie ciebie, poważnego czarodzieja, z buteleczką w garści, usiłującego zdobyć ten cenny płyn, kropla po kropli, klęcząc, że się tak wyrażę, u samego źródła. 


Kilka akapitów dalej Istredd zdawkowo tłumaczy wiedźminowi, że – istotnie – krew dziewicy niczym specjalnym nie różni się od krwi wieprza, a specyficzne, rzadkie i ciężkie do zdobycia składniki można bez szkody dla magicznego procesu zastąpić powszechniejszymi zamiennikami. Czarodzieje dbają jednak o to, by ta informacja nie stała się powszechną wiedzą, by powstrzymać amatorów przed samodzielnymi eksperymentami. Ten fragment pełni w Okruchu lodu dwie funkcje. Pierwszą z nich jest wzmocnienie ciągnącego się przez całe opowiadanie motywu odczarowywania rzeczywistości, ukazywania brzydkiej, przyziemnej prawdy o czymś, co do tej pory wydawało się szlachetne, potężne i cudowne. Drugą jest subtelne wskazanie Geraltowi, że maluczcy i nieuświadomieni powinni trzymać łapy z dala od magicznego sacrum i wszelkich spraw z nim związanych, pozostawiając je osobom predestynowanym do tego typu rzeczy. To podkreślenie nierównowagi ich społecznego statusu. 

W miarę rozmowy jakiekolwiek pozory subtelności szybko jednak znikają i dochodzi do słownych przepychanek. Sapkowski odwalił tu kawał naprawdę dobrej roboty, ponieważ Istredd bardzo łatwo mógł się stać czystą funkcją fabularną bez własnej osobowości i określonych motywacji. Ostatecznie jest przecież postacią stworzoną wyłącznie na potrzeby Okruchu lodu i permanentnie znikającą z areny wydarzeń, gdy tylko opowiadanie się kończy – o ile mnie pamięć nie myli jego miano pada potem tylko raz, w Chrzcie ognia, w kontekście całkowicie oderwanym od wydarzeń z Okruchu lodu. Tymczasem o magu wiemy zaskakująco sporo i ta wiedza przekazana jest nam w bardzo organiczny sposób. Dzieciństwo i młodość spędził na żmudnej nauce czarnoksięskich sztuk, stroniąc od przyjemności i uciech. „Nie użyłem ani wojaczki, ani dziewcząt, ani piwa za najlepszych lat, kiedy wszystkie te rozrywki najlepiej smakują.” mówi Geraltowi i jest w tym wyznaniu jakaś pretensja, która może stanowić klucz do zrozumienia tej postaci. 

Istredd oświadczył się Yennefer i żywi przekonanie, iż jej relacja z Geraltem utrudnia czarodziejce podjęcie decyzji – dlatego naciska na wiedźmina, by ten się wycofał. Wspiera to argumentem, jakoby Geralt był dla czarodziejki tylko przelotną miłostką, zabawką, którą i tak prędzej czy później odrzuci, gdy tylko znajdzie sobie lepszą alternatywę. To forma samooszukiwania, ponieważ Istredd musi zdawać sobie sprawę, że gdyby tak było, egzystencja Geralta i jego relacja z Yennefer nie stanowiłaby dla niej żadnego czynnika komplikującego podjęcie decyzji. Nie – Istredd czuje, że musi ustawić Geralta niżej od siebie, podważyć jego wartość, poniżyć w konflikcie o względy czarodziejki. Idzie za tym kolejny argument – wiedźmin, wedle opinii Istredda, nie posiada uczuć, jedynie ich pusty ekwiwalent. Jest wyhodowanym mutantem i jako taki nie jest w stanie odczuwać osobistego szczęścia, dlatego jego relacja z Yennefer nie powinna mieć racji bytu. To wszystko oczywiście nieprawda, wiemy doskonale, że Geralt posiada emocje, prawdopodobnie doskonale wie o tym również Istredd, ale cynicznie posuwa się jeszcze o krok dalej w poniżaniu Geralta – próbuje go zdehumanizować. Kto wie, może faktycznie wierzy we własną hipotezę o tym, że wiedźmin jest wypranym z jakichkolwiek emocji, uczuciowo pustym biologicznym golemem i to przekonanie daje czarodziejowi poczucie supremacji. 

Geralt oczywiście tego wszystkiego nie kupuje, odwraca argumenty dziecinną metodą „wcale nie, bo ty” i zaraz potem, równie dziecinnie, wytacza największe w jego przekonaniu działa: 


– Przestań – przerwał Geralt ostro, być może nawet zbyt ostro. – Przestań odmawiać mi z uporem praw, mam tego dosyć, słyszysz? Powiedziałem ci, nasze prawa są równe. Nie, do nagłej cholery, moje są większe.
– Doprawdy? – czarodziej pobladł lekko, sprawiając tym Geraltowi niewysłowioną przyjemność. – A to z jakiego tytułu?
Wiedźmin zastanowił się chwilę i zdecydował dobić go.
– A z takiego – wypalił – że wczoraj w nocy kochała się ze mną, a nie z tobą.
Istredd przyciągnął czaszkę blisko ku sobie, pogładził ją. Ręka, ku zmartwieniu Geralta, nie drgnęła mu nawet.
– To, według ciebie, daje jakieś prawa?
– Tylko jedno. Prawo do wyciągania wniosków.
– Aha – rzekł wolno czarodziej. – Dobrze. Jak chcesz. Ze mną kochała się dziś przed południem. Wyciągnij wnioski, masz prawo. Ja już wyciągnąłem. 


No cóż, jeśli Geralt udowodnił Istreddowi cokolwiek, to na pewno to, że – owszem – wiedźmin emocje posiada. Są to emocje silne, ale niedojrzałe, sprowadzające całą sytuację do walki kogutów albo wyrostków. Ona jest moja, bo ja zaklepałem ją pierwszy – tak to mniej więcej brzmi. Tak jakby do stosunków seksualnych sprowadzała się cała uczuciowość. Oczywiście to nieprawda i sam Geralt również w to nie wierzy – po prostu w zacietrzewieniu obaj mężczyźni sprowadzili swój spór do emocjonalnej przepychanki i najbardziej karykaturalnej definicji męskości. 

Porozmawiajmy jednak o Yennefer, która nie jest w tej sytuacji przedmiotem sporu dwóch mężczyzn, tylko podmiotem w skomplikowanej relacji trojga osób. To bardzo ważne, by o tym pamiętać – Sapkowski nigdy nie okrada Yennefer z jej decyzyjności, nigdy nie sprowadza jej do nagrody, o zdobycie której walczą ze sobą Geralt i Istredd. Czarodziejka jest aktywną uczestniczką tej sytuacji, w toku opowiadania podejmuje decyzje, które mają wpływ na zachowanie obydwu mężczyzn i zarazem sama działa zarówno pod wpływem ich działań, jak i własnych niedoskonałości charakteru. Yennefer, jak pokazały nam jej poprzednie wystąpienia w Ostatnim życzeniu oraz Granicy możliwości, nienawidzi bycia uprzedmiotowianą – doświadczenia, które ją ukształtowały, sprawiły, że czarodziejka bardzo źle reaguje na sytuacje, w których ktoś manipuluje jej losem. W ramach potwierdzania przed samą sobą, że nic takiego nie ma miejsca sama Yennefer manipuluje, uwodzi i kontroluje innych ludzi – innych mężczyzn – by potwierdzić swoją wartość i zaspokoić swoje emocjonalne potrzeby… po czym porzuca ich, by powtórzyć cały ten proces od nowa. Mówi o tym zresztą wiedźminowi w bardzo poetycki i tylko trochę pretensjonalny sposób: 


Bo ja, królowa elfów, pragnę ciepła. To właśnie jest moja tajemnica. Dlatego co roku wśród śnieżnej zamieci moje sanie niosą mnie przez jakieś miasteczko i co roku ktoś porażony moim czarem pętli uprząż swoich sań w płozy moich. Co roku. Co roku ktoś nowy. Bez końca. Bo ciepło, którego tak pragnę, niweczy zarazem czar, niweczy magię i urok. Mój ugodzony lodową gwiazdką wybranek staje się nagle zwykłym nikim. A ja w jego odtajałych oczach staję się nie lepsza od innych… śmiertelniczek… 


Yennefer zdaje sobie sprawę z wzorca tego zachowania i nie ma pewności, czy sytuacja z Geraltem – a także i z Istreddem – nie jest właśnie kolejnym tego typu przypadkiem i właśnie dlatego nie umie odpowiedzieć wiedźminowi na to pytanie, którego nie miał odwagi jej zadać. Nie dlatego, że nie zna odpowiedzi – ale dlatego, że nie wie, czy jej odpowiedź nie jest wyłącznie okruchem lodu, który z czasem roztopi się, utraci swój urok i ukaże swoją przyziemną szpetotę. „Prawda jest okruchem lodu”, mówi przecież magicznie sporządzona pustułka, którą Yennefer planowała wysłać jednemu z mężczyzn w ramach pożegnania. Po czasie uznała jednak, że jedna pustułka nie wystarczy. 

Wróćmy jednak do Istredda, który podejmuje decyzję o wyzwaniu wiedźmina na pojedynek o względy Yennefer. Największą słabością tego opowiadania jest fakt, iż nie znamy dynamiki relacji między Istreddem i Yennefer, nie wiemy więc, co skłoniło go do takiej próby przełamania impasu. Rzucenie wyzwania sugeruje zmianę nastawienia do oponenta – czarodziej już nie traktuje Geralta jak podrzędnego amanta, który dla Yennefer stanowi zaledwie zabawkę niewartą nawet zestawiania z Istreddem, ale jako równorzędnego rywala, z którym musi załatwić tę sprawę na równej stopie. Bo widzicie, tak samo jak Yennefer, Istredd też cały czas musi sobie coś udowadniać – że nie jest od wiedźmina gorszy. Pamiętajmy, że czarodziej wyhodował sobie w głowie obraz Geralta jako odczłowieczonej marionetki, mięsnej kukiełki pozbawionej uczuć i ludzkich emocji. Mieć przekonanie, że w oczach ukochanej osoby jest się od kogoś takiego gorszym, to mieć przekonanie, że jest się mniej mężczyzną. Gorzej – że jest się mniej człowiekiem. Dlatego by potwierdzić we własnych oczach swoją męskość (i swoje człowieczeństwo) Istredd przywołuje uświęcony wielowiekową tradycją sposób uprawomocnienia swojej pozycji jako dominujący mężczyzna – pojedynek o ukochaną. Jest w tym wątku wiele z dekonstrukcji toksycznego typu męskości, między innymi dzięki temu, że sam czarodziej – a również i Geralt – zdają sobie sprawę, że dobrowolnie odgrywają role społeczne, w których żaden z nich nie czuje się komfortowo: 


– Geralt?
– Co?
– Nie czujesz się głupio?
– Czuję się głupio – przyznał niechętnie wiedźmin.
– Ulżyło mi – mruknął Istredd. – Bo ja czuję się jak ostatni kretyn. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś będę musiał bić się z wiedźminem na śmierć i życie z powodu kobiety.
– Wiem, jak się czujesz, Istredd.


Wiedźmin czuje się osaczony i przytłoczony cała tą sytuacją. Z jednej strony bardzo kocha Yennefer i jest przy niej szczęśliwy. Z drugiej – nie jest pewny swoich uczuć, ponieważ internalizuje tezę Istredda o własnej bezuczuciowości, o tym, że to, co bierze za swoje emocje jest wyłącznie empatycznym powidokiem wzbudzanym przez neurony. Na kryzys miłosny nakłada się zatem kryzys egzystencjalny. Z trzeciej strony Yennefer również nie jest w stanie dać mu jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy odwzajemnia jego uczucia – z podobnych zresztą powodów. To bardzo mroczny moment w życiu Geralta i już drugi raz (po dywagacjach Nenneke z Głosu rozsądku co do zachowania wiedźmina pod koniec walki ze strzygą) kontekst wydarzeń zdaje się sugerować, iż Geralt chce popełnić samobójstwo – w momencie, gdy przestaje opierać się opryszkom, którzy napadli na niego w ciemnej uliczce i przeżywa wyłącznie dzięki reputacji wiedźmińskiego medalionu, który dostrzegli na jego piersi napastnicy. Jeden z nich przed ucieczką mówi nawet: „Następnym razem, gdy będziesz chciał popełnić samobójstwo, wiedźminie, to nie wciągaj w to innych. Po prostu powieś się w stajni na lejcach.” Geralt jest przekonany, że zawodzi jako istota ludzka, jako wiedźmin i jako potencjalny partner ukochanej osoby. Uwikłany w sieć trudnych do rozsupłania emocjonalnych sytuacji zaczyna się dusić. 

Właśnie dlatego dwie ostatnie konfrontacje Okruchu lodu są tak fascynujące – ponieważ Geralt znajduje się już na krawędzi i nie wiemy, w jaki sposób się zachowa. Pierwszą z tych konfrontacji jest starcie z Cykadą. Dla zachowania precyzji i przejrzystości blognotki nie wspominałem wcześniej o tym wątku – przez całe opowiadanie przewija się motyw cieszącego się złą sławą najemnika, który pracuje dla miejscowego starosty i który czuje w stosunku do Geralta silną i nieskrywaną niechęć. Cykada od samego początku rozbudowywany jest jako postać, z którą wiedźmin będzie musiał się skonfrontować – pozbawiony jakichkolwiek śladów moralności i skrupułów ksenofob nienawidzący Geralta i wszystkiego, co ów (w przekonaniu Cykady) sobą reprezentuje. Gdy ostatecznie dochodzi do starcia, jest ono krótkie i umyślnie niesatysfakcjonujące – napięcie zostaje rozładowane w jednej chwili, gdy wiedźmin nokautuje Cykadę i odchodzi, nie poświęcając mu zbyt wielkiej uwagi. Cały incydent nie jest przedstawiony jako tryumf Geralta – błyskawiczne zwycięstwo silniejszego i sprawniejszego herosa nad podłym złoczyńcą. Tego typu ujęcie byłoby potwierdzeniem narracji, którą Sapkowski przez całe to opowiadanie z premedytacją dekonstruuje. Zamiast tego mamy odrzucenie wyzwania, natychmiastowe zakończenie walki i rozładowanie sytuacji bez dania jej poprawnej konkluzji. 

Druga konfrontacja następuje między wiedźminem i Istreddem. Ten drugi nadal uwięziony jest w swoim zacietrzewieniu, a otrzymanie pożegnalnej wiadomości od Yennefer tylko to zacietrzewienie wzmocniło. Teraz czarodziej nie chce się już po prostu pojedynkować z Geraltem – Istredd planuje pokonać go w walce na miecze. Musimy pamiętać, z kim mamy tu do czynienia – nie tylko z odrzuconym kochankiem, ale też z człowiekiem, który własne wyobrażenia o świecie i innych stawia powyżej faktycznego stanu rzeczy. Dlatego nie był w stanie zaakceptować wiedźmina jako równego sobie konkurenta. Teraz, w podobnie niedojrzały sposób tłumaczy sobie odrzucenie go przez Yennefer. Istredd jest przekonany, że jeśli pokona Geralta w jego własnej grze – walce na miecze – udowodni sobie i Yennefer swoją wartość jako lepszy i godny względów czarodziejki. Albo też, jak sugeruje Geralt, uwikłał się w podobną plątaninę sprzecznych emocji co wiedźmin i również na wpół świadomie próbuje wyrwać się z tego impasu samobójstwem. Geralt odmawia konfrontacji – wie, że na niego również czeka magiczna pustułka z pożegnalną wiadomością od Yennefer i że porażka Istredda nie jest zwycięstwem wiedźmina. 

Okruch lodu to opowieść o złożonościach ludzkich relacji. To opowiadanie jest niesamowicie zdyscyplinowane tematycznie, z czytelnymi metaforami, którym podporządkowane są wszystkie elementy. Nawet przejęzyczenie starosty, który myli imię Yennefer nazywając ją „Guinever” ma tu swoje określone znaczenie – „Guinever” to jedna z mutacji imienia Ginewry, żony króla Artura uwikłanej w miłosny trójkąt między władcą Camelotu i Lancelotem, wprost z ukochanych przez Sapkowskiego arturiańskich legend. Tak wielkie przywiązanie do detali zdradza znakomitą umiejętność panowania nad literackim tworzywem i nadawania mu określonych kształtów. Okruch lodu jest jednym z najlepszych wiedźmińskich opowiadań i jednym z najlepszych tekstów autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...