![]() |
fragment grafiki Brandona MacAllistera, całość tutaj. |
Power Rangers Wild Force to pierwszy sezon serialu wyprodukowany przez po przejęciu marki
przez Disney’a. Tak jest – po świetnym Power Rangers Time Force Saban zdecydował się odsprzedać markę Myszce Miki, która
zainteresowała się przebranymi w różnokolorowe kostiumy Wojownikami walczącymi
z campowym złem przy pomocy plastikowych zordów. Nie jest z tym jednak tak
prosto, jakby się wydawało – choć Wild
Force to w circa dziewięćdziesięciu
procentach dzieło Disney’a (Saban odpowiadał za ogólny zarys i początkową
produkcję), jednak z różnych przyczyn, uznawany jest za sezon przynależący do
ery Sabana. Z kilku względów. Przede wszystkim – jest to ostatni sezon wyprodukowany
w USA. Po zakończeniu zdjęć do Wild Force
cały proces produkcyjny przeniósł się do Nowej Zelandii, gdzie po dziś
dzień powstają kolejne sezony. Jest to też intencjonalnie ostatni sezon
nawiązujący do poprzednich – kolejna seria, Power
Rangers Ninja Storm, miała być już twardym restartem marki, grubą kreską
odcinającym się od przeszłości i tworzącym nowy kanon nieuznający wydarzeń z
wcześniejszych sezonów. Szczęściem, producenci wycofali się z tego pomysłu, ale
o tym opowiem przy okazji notki o Ninja Storm.
Wracając do Wild Force – jest to
jeden z nielicznych sezonów (innym jest opisywany już przeze mnie Power Rangers Lightspeed Rescue), który
nigdy nie doczekał się emisji w Polsce. Szkoda.
Historia rozpoczyna się w dżungli, gdzie Cole, młody
mężczyzna wychowany przez okoliczne plemię, uczestniczy w rytuale przejścia –
otrzymuje od miejscowego szamana tajemniczy kryształ i zdjęcie swoich rodziców,
po czym udaje się na poszukiwanie swojej przeszłości do pobliskiego miasta. To
znaczy – nie mam pojęcia czy pobliskiego, bo dżungla wygląda na
południowoamerykańską, a Turtle Cove, miasto, w którym rozgrywa się akcja tego
sezonu, wygląda na metropolię jak najbardziej jankeską, ale hej – to świat
Power Rangers, co oznacza, że z każdego miejsca da się dotrzeć piechotą na
biegun. Tymczasem poznajemy regularną drużynę Wojowników, która zajmuje się
właśnie ochroną miasta, przed… wróć, że jak? Drużyna Power Rangers działająca
przed rozpoczęciem akcji serii? Dziwny pomysł, który mnie niespecjalnie się
spodobał. Pierwszy odcinek każdego sezonu pokazywał, w jaki sposób członkowie
drużyny się spotkali, jakie mają motywacje do walki ze złem oraz w jaki sposób
zdobyli moce. Tymczasem tutaj dostajemy ekipę, która współpracowała ze sobą już
od dłuższego czasu – jedynym nowicjuszem jest Cole. Ale wróćmy do meritum.
Wojownicy walczą z tak zwanymi Orgami, dziwnymi rogatymi stworzeniami, które
planują podbić świat. Wild Force Rangers dostają srogie lanie, ponieważ po raz
pierwszy zetknęli się z sytuacją, w której muszą walczyć aż z dwoma Orgami
równocześnie. Tymczasem mentorka obecnej inkarnacji Wojowników, Księżniczka
Shayla, powiadamia swoich podopiecznych, że do miasta przybył wybraniec,
któremu przeznaczone jest przewodzić Power Rangers. Chodzi oczywiście o Cole’a,
którego Wojownicy odnajdują drzemiącego na parkowej ławce. Troje członków Wild
Force jest bardzo podekscytowanych tym spotkaniem, ale Taylor, Żółta Wild Force
Ranger, która dotychczas pełniła obowiązki dowódcy, jest niezadowolona, że oto
zjawił się ktoś, kto ma ją zastąpić. Pewnie dlatego stopuje skołowanego
sytuacją Cole’a przy pomocy prawego sierpowego w brzuch.
Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. W czasie oglądania
pierwszego odcinka serii ta scena bardzo, ale to bardzo mnie zniesmaczyła.
Głównie dlatego, że Taylor już od pierwszych minut serialu była kreowana na
silną, zdecydowaną i zdeterminowaną oraz twardą jak skała bohaterkę – coś jak
Jen z Power Rangers Time Force. Ale,
na miłość Zordona, wrzucanie czegoś takiego nie sprawi, że bohaterka będzie
wyglądać na silną i zdecydowaną, zasugeruje jedynie, że jest nieczułym
brutalem. Kontekst sceny był oczywisty – Cole był zagubiony i zdezorientowany,
a Taylor wykorzystała to po części by dać upust swojej frustracji, po części,
by pokazać, jak załatwia tego typu sprawy. To było głupie – niepotrzebna
agresja i przemoc nie pasują tu. Twórcy Power
Rangers zawsze dbali o to, by tworzyć silne, ciekawe i pełnowymiarowe
postaci kobiece – i chwała im za to. Ale prezentowanie czegoś takiego jest
wyrazem złego rozumienia emancypacji żeńskich postaci w popkulturze. Wydawałoby
się, że twórcy takich postaci jak Jen, Kendrix czy Cassie to rozumieją. Może to
być rezultat tego, że do pracy nad tym sezonem zaangażowano sporą liczbę nowych
scenarzystów. W każdym razie – brzydki start, według mnie.
Dalej jest już dość typowo – Cole poznaję księżniczkę
Shaylę, która mówi mu, że został wybrany na nowego lidera Wojowników. Cole
łączy siły z pozostałymi i daje wycisk Orgom. Przyzywa również zordy, które
rozwalają jednego z powiększonych Orgów, obrzygując go tęczą. Dosłownie – nie
ściemniam, nie wygłupiam się, ani nie podkolorowuję sytuacji. Zordy rzygają
wielobarwnym promieniem, który rozwala przeciwnika. W międzyczasie poznajemy
też przeciwników. Głównym złym jest Mistrz Org, który wygląda niczym Imperator
Palpatine, który obudził się po bardzo długiej i bardzo wyczerpującej
karnawałowej imprezie. W chwili, w której go poznajemy Mistrz Org powrócił po długiej nieobecności. Powitany został przez Jindraxa i Toxicę – dwoje Orgów robiących
za pomagierów głównego złego. Nie są specjalnie wymyślni, ale bywają zabawni we
wzajemnych kontaktach i widać pomiędzy nimi więź przyjaźni. Generalnie jednak
druga strona barykady prezentuje poziom, powiedzmy, Rity Repulsy i jej
podopiecznych. Jedyną ciekawszą rzeczą są wątpliwości Toxiki, która wyczuwa
w Mistrzu coś dziwnego, ale nie potrafi skonkretyzować, co dokładnie.
Pierwszy odcinek serii, Lionheart,
był… dziwny. Przede wszystkim – był bardzo szybki, ale zabrakło mu
klarowności. Nie dowiedzieliśmy się z niego niemal nic o poszczególnych
Wojownikach (z wyjątkiem Cole’a), nie poznaliśmy tła fabularnego Wojowników, a
i sami przeciwnicy też zostali z ledwością tylko zarysowani. Wszystko to z
jednej strony nastraja do dalszej lektury serii, ale też pozostawia uczucie
zamętu i nieprzemyślenia. Początkowo cieszy fakt, że bohaterowie – chyba po raz
pierwszy od czasów chyba Power Rangers
Turbo – są w większości normalsami, a nie jakimiś kosmicznymi kolonistami,
członkami organizacji paramilitarnej czy policjantami z przyszłości. Wyjątkiem
jest Taylor będąca zawodowym pilotem wojskowym i Cole, półdziki chłopak z
dżungli. To pozytywne wrażenie psuje infantylizacja bohaterów – ich charaktery i relacje pomiędzy nimi są
zarysowane tak, jakbyśmy mieli do czynienia z dziesięciolatkami. To sprawia, że
Wild Force jest skierowane do nieco
młodszych widzów, niż poprzednie sezony. Szczególnie drażniąca jest mentorka
tej inkarnacji Wojowników – Księżniczka Shayla odgrywa częstokroć damselę w
distresie, jej zachowanie to stereotypowe wyobrażenie o księżniczkach w
popkulturze, zaś większość wątpliwości swoich podopiecznych kwituje słowami
„Nie wiem”. Jakoś Power Rangers nigdy nie mieli szczęścia do mentorów płci
pięknej, bo Dimitra z Power Rangers Turbo
była równie irytująca. Wrażenie robi natomiast centrum dowodzenia – jest to
wielka latająca wyspa porośnięta tropikalną roślinnością i z ruinami, na której
mieszkają zordy i główni bohaterowie.
A właśnie – zordy. Po raz pierwszy w historii Power Ranger większość sekwencji z
zordami stanowią wygenerowane trójwymiarowo animacje, zamiast tradycyjnej
kombinacji figurek i aktorów w plastikowych kostiumach. Wygląda to… nieźle.
Poważnie, aż sam byłem zaskoczony, że ten zabieg okazał się pozytywny. Modele
zordów są szczegółowe, nieźle zaanimowane i generalnie pasują do konwencji
serii. W dodatku – co podoba mi się trochę mniej – jest ich całe mnóstwo.
Naliczyłem chyba z szesnaście oddzielnych zordów, zanim się poddałem. Po
zakończeniu seansu zajrzałem do wiki i dowiedziałem się, że w Power Rangers Time Force zaprezentowano
widzowi ni mniej, ni więcej, tylko dwadzieścia dwa zordy. To było słabe,
ponieważ większość odcinków skupiała się przez to na przedstawianiu kolejnych
zordów, co odbierało czas antenowy bohaterom tak z jednej, jak i z drugiej
strony barykady. Nigdy nie lubiłem walk zordów – na ogół są to najnudniejsze
fragmenty odcinków, polegające głównie na oglądaniu długich, wciąż tych samych
scen transformacji i ataków specjalnych. Same zordy jednak obudziły we mnie
skojarzenia z Galaktycznymi Bestiami z Power
Rangers Lost Galaxy – a zatem w sumie pozytywne skojarzenia. I tam i tu
mamy do czynienia z zordami w zasadzie biologicznymi, ale jednak mechanicznymi
(logika Power Rangers – najlepiej nie
dociekać, tylko tak to zostawić i przejść dalej) w kształcie zwierząt.
Wróćmy jednak do fabuły. Standardowo po pierwszym odcinku
doświadczamy pewnej ilości zapychaczy rozwijających sylwetki poszczególnych
bohaterów i dopowiadających istotne fakty, które nie zmieściły się w epizodzie
otwierającym serię. Dowiadujemy się, że Cole nie chce walczyć z Orgami,
ponieważ podejrzewa, że są to myślące i czujące stworzenia, sam świeżo upieczony
Czerwony Wojownik zaś posiada umiejętność wejrzenia w serce każdej żywej
istoty. Szybko jest zmuszony jest zrewidować ten pogląd, gdy kolejny Org
zostaje wysłany do walki z Power Rangers. Cole z zaskoczeniem stwierdza, że
stwór ów nie ma serca. Org natomiast, z nie mniejszym zaskoczeniem stwierdza,
że Cole nie ma mózgu, po czym atakuje i go niemal zabija. Z opresji ratuje go
Taylor, Żółta Wild Force Ranger, która powala potwora plastikowym krzesełkiem
turystycznym (nie żartuję). Dowiadujemy się też w końcu, o co chodzi z tymi
całymi Orgami – otóż trzy tysiące lat na Ziemi egzystowała rajska kraina zwana
o nazwie Animarium, gdzie pokojowo współegzystowały zwierzęta, ludzie i zordy. Sielanka
została przerwana przez najazd podziemnych kreatur zwanych Orgami, które
wypełzły na powierzchnię i poczęły czynić na niej spustoszenie. Do walki o
spokój i wolność Animarium stanęła grupka mężnych wojowników, którzy
odtransportowali Shaylę do prastarej świątyni, gdzie zasnęła na trzydzieści
wieków. Wojownicy za pomocą swojej magicznej broni nasycili krainę mocą, dzięki
której Animarium uniosło się w przestworza, z dala od szaleństwa rozpętanego
przez Orgów na powierzchni. Sami natomiast pokonali nieprzyjaciela. Po trzech tysiącach lat spokoju zanieczyszczenia na
Ziemi spowodowały powrót i odrodzenie Orgów, co obudziło Księżniczkę i
zmotywowało ją do zrekrutowania nowych obrońców Animarium – czyli Power
Rangers. Pominąwszy nieco zbyt nachalnie dydaktyczny wątek proekologiczny, sama
historia jest całkiem fajna. Szkoda tylko, że główna część intrygi psuje to
pozytywne wrażenie. Ale do tego jeszcze dojdziemy.
Z pozostałych wartych uwagi rzeczy – poza cotygodniową walką z
kolejnym nasłanym przez Mistrza Orga potworem bohaterowie okazjonalnie odnajdują
kolejne zordy, które przetrwały zagładę sprzed trzech tysięcy lat i utknęły w
formie magicznych skamielin, z których uwalniają je nasi bohaterowie. Tymczasem
Toxica nabiera coraz większych podejrzeń w stosunku do Mistrza Orga, gdyż w
pewnym momencie widzi, że jej pryncypał nosi na głowie sztuczny róg. Dostajemy bardzo przyjemny odcinek o Taylor,
w którym dowiadujemy się, w jaki sposób odkryła Animarium. W innym odcinku Cole
staje twarzą w twarz z Mistrzem Orgiem, dzięki czemu dowiadujemy się, że główny
antagonista serii jest w jakiś sposób powiązany z tajemniczym zniknięciem
rodziców Cole’a. Poznajemy też Kendall – dziewczynę, w której podkochuje się
Danny, Czarny Wild Force Ranger. Jej wątek powraca jeszcze w jednym z
późniejszych epizodów, ale nie jest to rzecz, którą należałoby sobie zawracać
głowę, bo ostatecznie nic z tego nie wynika. W tym samym odcinku zarysowany
jest też motyw przyjaźni Danny’ego i Maxa oraz wyznawanej przez nich (momentami
nieomal samobójczej) maksymy „Never give up!”. W końcu jednak dochodzimy do
pierwszej atrakcji tego sezonu, czyli potwora imieniem Zen-Aku.
Zen-Aku jest potężnym Orgiem, którego Mistrz Org uwolnił ze kamiennej
formy, w jakiej utknął wskutek wydarzeń sprzed trzech tysięcy lat. Od razu
muszę zaznaczyć, jak bardzo podoba mi się jego kreacja – Zen-Aku wygląda niczym
Darth Vader w halloweenowym kostiumie
wilkołaka. Ma przekozacki dwuręczny miecz, chrapliwy głos, własne zordy i
postawę samotnego wilka trzymającego na dystans wszystkich, nawet sojuszników.
Zdecydowanie najfajniejsza postać w całej serii. Kiedy po raz pierwszy widzimy
go w całej okazałości, bez specjalnego wysiłku roznosi w pył całą drużynę
Wojowników. Następne odcinki tylko utwierdzają nas w przekonaniu o absolutnej
zajebistości wilczego Orga – Zen-Aku sukcesywnie odbiera Power Rangers kolejne
zordy i zmusza ich do coraz rozpaczliwszego zwierania szeregów. Sam Zen-Aku zdaje się niewiele pamiętać ze
swej przeszłości, co budzi jego podejrzenia i każe zadawać pytania o własną
naturę. W pewnym momencie widzimy, jak Org krwawi – co jest o tyle dziwne, że
Orgi nie mają krwi. Niedługo potem, w czasie kolejnej walki z Power Rangers,
Zen-Aku ma wizję wielkiego boskiego megazorda imieniem Animus, który nakazuje
Orgowi coś sobie przypomnieć. Hmm… koncepcja, że Bogiem w uniwersum Power
Rangers jest wielki świetlisty megazord niespecjalnie mnie dziwi. Ostatecznie
tamtejszym ekwiwalentem Jezusa Chrystusa jest wielka głowa pływająca w
przezroczystej rurze. Ale wróćmy do rzeczy. Shayla tłumaczy swoim podopiecznym,
kim jest Animus i jaką rolę odegrał w obronie Animarium trzy tysiące lat temu. Ostatecznie
okazało się, że Zen-Aku to tak naprawdę Merrick – jeden z Wojowników, którzy
walczyli z Mistrzem Org trzy tysiąclecia temu. By zdobyć moc potrzebną do walki
z wrogiem, Merrick założył przeklętą maskę, która zmieniła go w Zen-Aku. Jako, iż
nie potrafił okiełznać jej mocy, a świadomość Zen-Aku zaczęła przejmować nad
nim kontrolę, jego towarzysze broni zamknęli go w skale, w której przesiedział
aż do chwili, gdy Mistrz Org go uwolnił. Ostatecznie Wojownikom udaje zdjąć z
Merricka klątwę. Starożytny wojownik, po pewnych perturbacjach, staje się
szóstym Wojownikiem. Dowiadujemy się też, że w przeszłości Merricka i Shaylę
zdawało się łączyć uczucie, ale sam zainteresowany ostatecznie uznał, że mieszanie
uczyć ze sprawami zawodowymi nie wychodzi mu na zdrowie i po swoim powrocie
konsekwentnie trzymał księżniczkę na dystans. Muszę to napisać – Merrick jest
nudny. Po pozbyciu się Zen-Aku jest po prostu bucem, który nie chce przebywać w
towarzystwie pozostałych członków drużyny i trzyma się na uboczu, zamieszkując
na tyłach podrzędnego baru. Choć oczywiście wspomaga Wojowników w ich walce z
Orgami.
Po kolejnej dawce zapychaczy, dostajemy rozwinięcie wątku
rodziców Cole’a. Okazuje się, że byli
oni badaczami, którzy zaginęli w amazońskiej dżungli, gdzie poszukiwali dowodów
na istnienie Animarium. Cole odwiedza ich (i swój własny, przy okazji) groby,
ale nie traci nadziei, że może ich jeszcze spotkać żywych. W końcu dochodzi też
do zdemaskowania Mistrza Orga, który okazuje się człowiekiem z mocami Orgów. Po
tym wydarzeniu Mistrz Org atakuje Jindraxa i Toxikę błyskawicami, które
zmieniają ich w posłuszne mu potwory. Nie na długo, bo kilka odcinków później
atak Cole’a przywraca im ich prawidłowe postacie i charaktery. Z ciekawszych
rzeczy, które wydarzyły się na tym etapie – poznajemy ojca Alyssy i dowiadujemy
się, w jaki sposób Max dołączył do drużyny. Nadal uważam, że to powinno być
zaprezentowane na samym początku serialu i takie retrospektywne opowiadanie
o bohaterach niespecjalnie mi podchodzi,
bo tylko niepotrzebnie spowalnia akcję. Ale nie narzekam już, bo zbliża się to,
na co czekałem z niecierpliwością już od pierwszego odcinka Power Rangers Wild Force – gościnny występ
drużyny z poprzedniej serii.
Dwuodcinkowy epizod Reinforcements
from the Future rozpoczyna się sceną, w której Taylor, po przekroczeniu
prędkości, dostaje mandat, co niebywale ją wkurza. Nagle okazuje się, że
funkcjonariusze, którzy wlepili jej karę są nam zaskakująco znajomi – to nie
kto inny, jak Wes i Eric, członkowie organizacji paramilitarnej Silver
Guardians. Hmm… Na początku
mnie to zdziwiło – Silver Guardian w Power
Rangers Time Force działali na zasadzie agencji ochroniarskiej. Potem
przypominałem sobie jednak, że po zakończeniu serii ojciec Wesa postanowił
przekształcić Silver Guardians w organizację pożytku publicznego. Możliwe więc,
że po podpisaniu umowy z rządem, Silver Guardians dostali uprawnienia
funkcjonariuszy policyjnych, co nie byłoby takie głupie. W każdym razie – w miasteczku
pojawiają się trzy monstra przypominające mutanty, co skutkuje pojawieniem się
Silver Guardians z Wesem i Erikiem na czele. Do akcji wkraczają też
Wild Force Rangers, co skutkuje krótkim team-upem zakończonym ucieczką
tajemniczych stworów. Kiedy wojownicy wychodzą z trybu bojowego i wracają do
cywilnych postaci, Taylor rozpoznaje Erica i wyciąga sprawę nieuczciwie w jej
mniemaniu przyznanego mandatu. Jako, że oboje mają dość silne osobowości,
sprzeczka nieomal przeradza się w dość ognistą kłótnię. Napiszę to już teraz,
bo i tak większość z czytelników zapewne się tego domyśla – tak, między tą
dwójką zaczyna iskrzyć. I to jest fajne, bo jeszcze nie widzieliśmy tego typu
relacji w odcinkach team-upowych. A to dopiero początek atrakcji…
Wes i Eric kontaktują się z Tripem za pomocą komunikatora,
który Time Force pozostawili na ziemi, nim wrócili do roku trzytysięcznego. Zielony
Time Force Ranger wyjaśnia im, że z więzienia zbiegły trzy Mut-Orgi – zmutowane
formy Orgów, które powstały w nieustalony sposób i są znacznie silniejsze od
zwyczajnych mutantów. Time Force obecnie zajmują się ich poszukiwaniami. Co
ważniejsze, w czasie tej operacji zaginęła Jen, co budzi zrozumiały niepokój
Wesa. Wraz z Erikiem postanawiają połączyć siły z Wild Force Rangers. Dostają
zaproszenie na Animarium, a Eric mówi, że chciałby pokazać Taylor swojego
Q-Rexa, co brzmi dokładnie tak dwuznacznie, jak myślicie. Raz jeszcze kontaktują
się z rokiem trzytysięcznym i dowiadują się od Tripa, że Time Force postara się
sprowadzić do dwudziestego pierwszego wieku posiłki oraz kogoś, kto miał już
wcześniej doświadczenia z Mut-Orgami. Posiłkami są oczywiście główni
bohaterowie Power Rangers Time Force, zaś
tajemniczym konsultantem – Ransik, odbywający dobrowolnie karę więzienia za
popełnione zbrodnie. Do teraźniejszości przybywa też Nadira, która po
wydarzeniach z finału poprzedniego sezonu zaprzyjaźniła się z Time Force
Rangers. W czasie gdy Wojownicy z przyszłości zbierają się do wyruszenia na
pomoc Wesowi i Ericowi, Power Rangers Wild Force, przy współudziale Wesa i
Erica, po raz kolejny ścierają się z Mut-Orgami i dostają ostro po tyłku. Wes
niemal ginie od ciosu mieczem jednego ze stworów, gdy nagle zostaje ocalony
przez strzał tajemniczej postaci ukrywającej się pod czarną peleryną z
kapturem. Tym kimś jest Jen.
Kiedy zobaczyłem jak wygląda i co wyprawia w tym odcinku
Różowa Time Force Ranger, po prostu opadła mi szczęka. Ubrana w obcisły,
skórzany kombinezon z logiem Time Force na plecach, obwieszona kaburami,
dzierżąca futurystyczny karabin Jen wygląda raczej jak postać z komiksu Heavy Metal, niż z Power Rangers. W dodatku, walcząc z Mut-Orgami, robi efektowne
gwiazdy, przewrotki ukazane w slow motion rodem z 300, cały czas ostrzeliwując przy tym wroga i osłaniając odwrót
pokonanych Power Rangers. Słowa nie są w stanie opisać niesamowitości tej
sceny, to trzeba zobaczyć na własne oczy – ten krótki fragment przebija
większość scen akcji, jakie dotychczas widziałem w „poważnych” serialach. Dla takich rzeczy oglądam Powewr Rangers. W dodatku
w tle leci ścieżka dźwiękowa jakby żywcem wyjęta z Piratów z Karaibów. Jen
udowodniła, że jest największym badassem w uniwersum Power Rangers – dopiero dwa lata później ta pozycja zostanie
zagrożona przez Tommy’ego kopiącego z półobrotu w pysk tyranozaura w Power Rangers Dino Thunder, ale wiadomo –
Tommy jest legendą. Zaś Jen… ja chcę spin-offa z tą bohaterką, która sama jedna ma
więcej charyzmy, niż cała drużyna Wild Force razem wzięta (co nie jest zresztą
takie trudne).
Otrząśnijmy się jednak z tej skoncentrowanej dawki najczystszej
zajebistości, jakiej dane nam jest doświadczyć na tym świecie i przejdźmy do
dalszych wydarzeń tego epizodu. Mut-Orgi łączą siły z Mistrzem Org. Tymczasem wojownicy
wracają na Animarium lizać rany i planować kolejne posunięcia. Dostają
wiadomość z przyszłości, że przybywają posiłki. Na plaży ląduje kapsuła z
Tripem, Lucasem, Katie, Nadirą i Ransikiem na pokładzie. Jen waha się czy
zaufać Ransikowi, ale Cole zagląda w jego serce i stwierdza, że mutantem
kierują szczere i szlachetne pobudki. Cała ekipa wraca na Animarium, gdzie
Ransik opowiada zgromadzonym o Mut-Orgach. Okazało się, że po swojej banicji
Ransik natknął się na postapokaliptyczne ruiny, w których znajdowały się
kamienne statuy Orgów. Posągi przemówiły do niego i zaoferowały transakcję –
uwolnienie w zamian za pomoc w zniszczeniu ludzkości. Ransik zgodził się i
oswobodził Orgi, które pożywiły się jego DNA, tym samym mutując i nabierając
sił. W zamian obdarzyły Ransika cząstką swojej mocy. Mutant kończy swoją
opowieść zapewnieniem, że chce powstrzymać i zniszczyć zło, za uwolnienie
którego jest odpowiedzialny. Jen w końcu daje się przekonać i uwalnia Ransika z
kajdan. Potem wyjaśnia sobie niektóre zaszłości z Wesem. Taylor bawi się
Quantum Defenderem Erica (udawajcie, że to nie brzmi tak, jak zabrzmiało) i
oboje odrobinę flirtują – ogląda się to przyjemnie, bo widać, że ta dwójka najzwyczajniej
w świecie się rozumie i do siebie pasuje.
Rankiem Mistrz Org przypuszcza szturm na pobliską spalarnię,
chcąc za jej pomocą wyrządzić jak najwięcej szkód środowiskowych. Na drodze
stają mu połączone siły Time Force Ranger, Wild Force Rangers, Ransika i
Nadiry. Ekipa dzieli się na kilka grup, które walczą z Mut-Orgami i usiłują
powstrzymać spustoszenie uczynione przez Mistrza Orga. Ransik bohaterko
powstrzymuje Mut-Orgi przed wysadzeniem spalarni, co przypłaca ciężkim
zranieniem. W końcu Wojownicy gromadzą się, transformują i pokonują hybrydy.
Kiedy opada kurz bitwy, okazuje się, że Ransik, po przyjęciu na siebie energii
Mut-Orgów, został uleczony ze swojej mutacji deformującej ciało. Później cała
ta zbieranina wraca na Animarium i świętuje zwycięstwo. Dostajemy w końcu
naprawdę fajne interakcje pomiędzy bohaterami obu serii. Katie i Danny siłujący
się na rękę. Wes i Cole testujący swoją przyszłość. Max podbijający do Nadiry.
Eric podbijający do Taylor. Super zakończenie chyba najlepszego tego typu
epizodu w historii serialu. Na moment Power
Rangers Wild Force osiąga poziom swojego poprzednika – historia jest
świetna, relacje pomiędzy bohaterami bardzo fajnie przedstawione i całość
kończy się fetą pełną małych prezentów dla fanów Time Force.
Po tym team-upie wracamy do głównej fabuły serii. Mistrz
Org, Coraz bardziej zdesperowany, postanawia przywalić Wojownikom tak, żeby tym
razem już się nie pozbierali, nawet jeśli to będzie oznaczać dla niego koniec.
Jakiś czas później Cole dowiaduje się, że odnaleziono jednego z członków
ekspedycji w czasie której zaginęli jego rodzice. Wojownicy odwiedzają go w szpitalu,
gdzie okazuje się, że ów naukowiec, to nikt inny, jak Mistrz Org, który osacza
Wild Force Rangers i zmusza Cole’a do walki jeden na jeden. Dowiadujemy się też
w końcu, co stało się z rodzicami Czerwonego Rangera i o co chodzi z tym
ludzkim-nieludzkim Mistrzem Org. Otóż dawniej główny złoczyńca tej serii nosił
nazwisko Victor Adler i był naukowcem oraz przyjacielem rodziców Cole’a, z
którymi dzielił marzenie o odnalezieniu Animarium. Był też zakochany w matce
Cole’a, która jednak wybrała Richarda Evansa, z którym miała potem dziecko. W
czasie amazońskiej ekspedycji Adler przypadkowo odnalazł szczątki Mistrza Orga,
które dały mu potężną moc i część świadomości prastarego potwora, co skłoniło
go do uśmiercenia Evansów. Usłyszawszy o tym, Cole porządnie się zdenerwował i
gniew pomógł mu pokonać Mistrza Orga. Odmawia jednak zabicia go, ponieważ
dostrzegł, jak pragnienie zemsty jest w stanie zatruć człowieka i nie chce
popełnić tego samego błędu, co Adler. Pokonany Mistrz Org wydostaje się ze szpitala
i ucieka na pustynię, gdzie czekają na niego Toxica i Jindrax, którzy nie chcą
mu służyć, ponieważ w ich oczach jest tylko człowiekiem. W czasie gdy Mistrz
Org walczył z Czerwonym Rangerem, dwójka Orgów odnalazła starożytnego generała
Mandiloka, któremu postanowiła odtąd służyć. Zhańbiony Mistrz Org pozostaje
porzucony na pustyni, gdzie – jak widzimy – zaczyna mu rosnąć naturalny róg… Nowy
naczelny mąciciel – Mandilok – jest, w porównaniu z Mistrzem Orgiem, mało
ciekawym bohaterem. Sam jego wygląda sprawia, że trudno jest traktować go
poważnie. Warto też zaznaczyć, że po odcinku, w którym zostały ukazane powyżej
opisane wydarzenia emisja serii została przeniesiona z Fox Kids do ABC, co było
rezultatem wykupienia marki przez Disney’a.
Zaraz po tych wydarzeniach powraca Zen-Aku – co prawda tylko
na jeden odcinek, ale i tak miło było ponownie zobaczyć tego bohatera. W
kolejnym odcinku pojawia się nowy ważny bohater – chłopiec imieniem Kite, który
ostatecznie okazuje się ludzką inkarnacją Animusa. Sam wątek jest ekstremalnie
irytujący z powodu jego nachalnego dydaktyzmu – Animus odwraca się od Wild
Force Rangers, bo strzelił focha na ludzkość zanieczyszczającą środowisko
naturalne. Za karę Animus odbiera Wojownikom zordy, przez co Shayla zapada w
głęboki sen. Głupie to niemożebnie - na szczęście
cały ten foch okazał się tylko testem mającym sprawdzić szlachetność i
determinację Wojowników. Animus zwraca Wojownikom zordy i gratisowo dorzuca
Cole’owi mistyczny latający motocykl. Wiecie – taki wydzielający spaliny
agregat zanieczyszczeń, który swoim hałasem płoszy zwierzęta. Shayla się budzi
(widz w międzyczasie zasypia), Wojownicy się cieszą i wszystko kończy się
dobrze. Tyle tylko, że – w czasie gdy Orgi nie są jeszcze pokonane – inne zło,
które wydawało się pobite już wiele lat temu, budzi się do życia i rusza do
działania…
Na ziemskim Księżycu niedobitki Imperium Maszyn prowadzą
prace wydobywcze, które powoli zbliżają się ku końcowi. Na terenie wykopalisk
znajduje się zaskakująco znajoma postać w zaskakująco znajomym ciemnoczerwonym
płaszczu, która przez futurystyczną lornetkę śledzi postęp prac. Tą osobą jest
Andros – Czerwony Space Ranger, który jest zatrwożony swoim odkryciem. Jeden z generałów
nadzorujących prace wydobywcze dostrzega Androsa i udaje się za nim w pościg.
Wojownik transformuje się i ucieka. Akcja przenosi się na Ziemię, gdzie dwóch
wieloletnich przyjaciół o imionach Farkas i Eugene – dla znajomych: Mięśniak i
Czacha – przesiaduje w barze pod otwartym niebem i bawi się kolorowymi figurkami
Power Rangers, przechwalając się swoimi znajomościami z Zeddem i Ritą. Ich
rozmowę przerywa telefon do jednego z przesiadujących w pobliżu basenu gości,
rozkoszującego się słonecznym popołudniem. Owym gościem okazuje się Tommy – Czerwony Zeo
Ranger, który z uwagą wysłuchuje, co jego telefoniczny rozmówca ma mu do
zakomunikowania. Tymczasem powracamy do naszych znajomych Wild Force Rangers,
którzy umilają sobie dzień wizytą w parku. Ich odpoczynek przerwany zostaje
przez zaskakująco znajomego młodego mężczyznę w zaskakująco znajomym żółtym
jeepie. Nieznajomy przedstawia się jako Carter Garyson, Czerwony Lightspeed
Ranger i prosi Cole’a o udanie się z nim do punktu zbornego, gdzie pewna osoba
rekrutuje Czerwonych Power Rangers do pewnej szczególnie trudnej misji. Cole
godzi się i, wraz z Carterem, odwiedzają kosmiczną placówkę NASADA, która przed
laty pomogła członkom drużyny Power Rangers Turbo w wyprawie w kosmos celem
odbicia Zordona z rąk sił zła. Na miejscu Cole spotyka Wesa i Erica, którzy
również zostali zwerbowani oraz poznaje dwóch kolejnych Czerwonych Wojowników –
Androsa i T.J.-a, Czerwonego Turbo Rangera. Andros tłumaczy, że wszyscy zostali
zaproszeni na spotkanie z dowódcą całej tej operacji – Tommy’m, który pojawia
się chwilę potem i tłumaczy im, że Imperium Maszyn powoli podnosi się po
ciosie, jaki zadali im Power Rangers Zeo i obecnie kombinują coś bardzo złego na
Księżycu. Pyta zgromadzonych Wojowników, czy pomogą mu w misji powstrzymania ich – i uzyskuje
jednogłośną zgodę. Andros prezentuje Czerwonym Rangerom ich środek transportu,
Astro Megaship Mark 2. Jak zapewne pamiętacie, Mark 1 został zniszczony w
finale Power Rangers Lost Galaxy i
przyznam, że naprawdę fajnie jest ponownie zobaczyć ten statek. No dobra – nie TEN
statek, ale rozumiecie, o co mi chodzi. Ekipa zmierza na pokład, ale Andros
przypomina sobie, że na planecie jest jeszcze jeden Czerwony Ranger. Tommy
przyznaje, że zaprosił go do tej misji, ale nie uzyskał odpowiedzi. W tym samym
momencie rozlega się dźwięk motocykla. Bohaterowie wybiegają na zewnątrz i
widzą, że oto nadjechał ostatni członek ich załogi, Jason – pierwszy Czerwony
Power Rangers w historii. Jason zsiada, przeprasza za spóźnienie, z aprobatą
kiwa głową, widząc swoich następców i przybija piątkę z Tommy’m. Wtedy z
pomiędzy ich palców tryska fala energii ogarniająca cały Wszechświat i
niszcząca wszelkie zło… no dobra, to ostatnie akurat nie miało miejsca. Ale
powinno.
Ósemka Czerwonych Wojowników wchodzi na pokład i odlatuje w
kierunku Księżyca. Tymczasem na planecie Mirinoi Leo, Czerwony Galaxy Ranger
wyciąga ze skały swój Galaxy Saber, by ruszyć na pomoc pozostałym. Muszę
zauważyć, że aktor grający Leo strasznie wyprzystojniał przez tych parę lat, które
minęły od czasu Lost Galaxy. W
przeciwieństwie do Jasona, który troszkę się roztył, ale w walce wciąż daje
radę. Wracając do rzeczy – już na pokładzie Astro Megashipu Tommy tłumaczy
swoim towarzyszom szczegóły ich zadania. Imperium Maszyn odnalazło na Księżycu
Serpenterę – potężnego zorda Lorda Zedda, który dałby odradzającej się frakcji
niepowstrzymaną siłę rażenia. Wojownicy docierają na Księżyc i wdają się w
walkę z siłami Imperium, które szybko i sprawnie roznoszą w pył, chwilę później
biorąc się za sterujących całym przedsięwzięciem generałów. W międzyczasie do
walki włączają się Leo i Aurico (Czerwony Alien Ranger), którzy ratują Cole’a z
opresji, w jaką wpakował się własnym nieprzemyślanym szturmem na wroga. Dziesiątka
Wojowników pokonuje wszystkich generałów z wyjątkiem ostatniego, który usiłuje
przed nimi uciec za pomocą Serpentery. Powstrzymuje go Cole, dosiadając swój skrzydlaty
motocykl, który dostał od Animusa w zeszłym odcinku. Po rozwaleniu Serpentery
Wojownicy wracają na Ziemię i przybijają sobie żółwika. Tommy dziękuje im za
pomoc, po czym odchodzi. Cole nazywa go największym z Power Rangers, co budzi
śmiech pozostałych, którzy zaczynają żartować z Tommy’ego i przechwalać się
własnymi osiągnięciami. T.J. zauważa, że to on zastąpił Tommy’ego, Jason
stwierdza, że sam odwalał czarną robotę, podczas gdy Tommy obściskiwał się z
Kimberly. Carter chwali zmianę fryzury Tommy’ego, Eric przechwala się, że jego Q-Rex
schrupałby Smokozorda na obiad. Leo zauważa, że Tommy nie odkrył zagubionych
galaktyk. Wes narzeka, że zmienił historię, a mimo to nie ma takiego fanklubu
jak Tommy, Andros przebija to swoimi osiągnięciami – uratował dwa światy. T.J.
kwituje tę dyskusję swoją anegdotą o byciu zmienionym w gigantyczną pizzę, na co wszyscy zgromadzeni reagują śmiechem. Pisałem już o tym odcinku, więc nie będę się powtarzał
– wszystkie seriale powinny się uczyć od Power
Ranger, jak powinno się świętować dziesięciolecie istnienia. Niemal każda
scena w tym odcinku jest gigantycznym prezentem dla fanów serii, gościnne
występy budzą poryw nostalgii, zaś akcja i walki stoją na poziomie, którego
mogą pozazdrościć seriale z nieporównywalnie większym budżetem i ambicjami.
Po Forever Red akcja
serii Wild Force zaczyna powoli
zmierzać ku końcowi. Na arenie wydarzeń pojawia się Org o imieniu Onikage -
chytry i makiaweliczny ninja, który jest groźnym, mądrym przeciwnikiem
przysparzającym Wojownikom mnóstwa problemów. Wraz z Toxicą i Jindraxem wdarł
się do Animarium i niemal porwał Shaylę – został powstrzymany przez urzędujących
na wyspie Power Rangers. Za drugim razem mu się udało, ponieważ za pomocą
innego Orga wywabił Wojowników z ich kryjówki i kazał Toxice podszyć się pod
Merricka. Księżniczka trafiła w ręce Onikage, który użył Toxiki jako tarczy, by
osłonić się przed atakiem wojowników, co spowodowało jej śmierć. To z kolei spowodowało
całkiem przejmujący widza angst Jindraxa, który utracił wieloletnią
przyjaciółkę. Onikage zwabia Power Rangers w pułapkę, używając porwanej
księżniczki jako przynęty. Zmusza Wojowników do walki z cienistymi wersjami ich
samych. Okazuje się też, że Onikage działał na dwa fronty – był tak naprawdę
wierny Mistrzowi Org, który odrodził się, tym razem naprawdę. Mandilok wdaje
się w walkę z Mistrzem, a Jindrax, korzystając z zamieszania, porywa Shaylę i
ucieka. Zaraz potem Onikage udaje się za nim w pościg i odzyskuje księżniczkę.
Onikage zostaje ostatecznie zniszczony przy współudziale Jindrax, który używa
lusterka Toxiki, by rzucić na przeciwnika zaklęcie złego cienia.
Duch Toxiki, za pośrednictwem lusterka, kontaktuje się z
Jindraxem i instruuje go, w jaki sposób może przywrócić jej życie.
Współpracując i nieco manipulując Wojownikami w końcu mu się to udaje i oboje decydują
się napuścić Wild Force Rangers bezpośrednio na Mistrza Orga, żeby odwrócić jego
uwagę od nich samych i znaleźć sobie jakiś spokojniejszy sposób na życie.
Wchodzą w sojusz z Power Rangers i tłumaczą im, jak przedrzeć się do bazy
Mistrza Orga i uwolnić księżniczkę oraz pomagają w walce ze wskrzeszonymi
generałami Orgów. W czasie odbijania Shayli widzą, jak Mistrz Org rozsypuje się
na proch wskutek jakiegoś niesprecyzowanego rytuału i dochodzą do wniosku, że
już po wszystkim i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Toxica i Jindrax
odchodzą natomiast w siną dal z silną sugestią, że ziemią nieco swoje
postępowanie i staną się dobrzy.
Seria kończy się dwuodcinkowym epizodem o straszliwym tytule
The End of Power Rangers. Wojownicy
świętują odniesione zwycięstwo i zastanawiają się, co będą robić po zakończeniu
walki. Tymczasem z ruin podnosi się odrodzony Mistrz Org, potężny jak nigdy
dotąd. Złoczyńca napada na miasteczko, oplatając je swoimi koszmarnie
animowanymi mackami trujących pnączy. Wojownicy stają z nim do walki, ale
zostają pokonani dosłownie jednym ciosem, co sporo mówi o sile odrestaurowanego
Mistrza Orga. Do walki z powiększonym złoczyńcą staje Animus, ale nawet i on
nie jest w stanie sprostać potędze starożytnego władcy. W walce Animusowi pomagał Merrick, który także
został pobity, jego morpher wyparował, a jego zordy zostały zniszczone. Przed
śmiercią ratuje go Animarium – wyspa zleciała na ziemię i teleportowała go, nim
Merrick został rozdeptany przez Mistrza Orga. Kite umiera na wyspie, na którą
chwilę potem przybywa Mistrz Org i zabija kolejne zordy. Kiedy padły ostatnie –
oryginalna piątka zordów przedstawiona w pierwszym odcinku – morphery Wojowników
znikają. Wojownicy decydują się stawić czoła zagrożeniu nawet nie mając żadnej
realnej mocy, co prowadzi do naprawdę klimatycznej walki. W nocy, w deszczu na
ulicach miasta Wild Force Rangers pozbawieni mocy i kostiumów rozpaczliwie
usiłują pokonać przeważające siły wroga. Jest tam świetna scena, w której
Wojownicy wykonują takie ruchy, jakie zwykle towarzyszą im po transformacji –
tyle tylko, że wciąż pozostają w trybie cywilnym, udowadniając, że nie ma dla
nich znaczenia czy mają nadprzyrodzone moce czy nie, Power Rangers jest się
będąc szlachetnym i dobrym i tylko to się liczy. W tym samym momencie z nieba
spływają dusze zniszczonych zordów i odnawiają utracone moce Wojowników, dzięki
czemu są oni w stanie pokonać Mistrza Org raz na zawsze. Zordy odzyskują życie,
a Wojownicy oddają Shayli swoje morphery i wracają do swojego zwykłego życia.
Taylor powraca do służby w wojsku, Danny i Max udają się na wycieczkę dookoła
świata, Cole składa kwiaty na grobie swoich rodziców i doktora Adlera,
wybaczając mu zło, jakie uczynił, natomiast Merrick rusza w świat szukać sobie
własnego miejsca. W pewnym momencie dołącza do niego Zen-Aku, który w jakiś
sposób powrócił do życia – choć ja odczytuję tę scenę symbolicznie, jako moment,
w którym Merrick wybaczył sam sobie i pogodził się z mroczniejszą stroną swojej
natury. Natomiast Alyssa została przedszkolanką, która opowiedziała całą tę
historię swoim podopiecznym, w elegancki sposób zamykając cały sezon.
Jaki był Power Rangers Wild Force? Tu mam
nielichy problem, bo z jednej strony ten sezon nie przypadł mi szczególnie do
gustu, z drugiej – miał wiele naprawdę mocnych punktów, które doceniłem dopiero
jakiś czas po zakończeniu oglądania. Początkowo sądziłem, że uznam tę serię za
najsłabszą z dotychczas przeze mnie opisywanych, ale po przemyśleniu sprawy
stwierdzam, że Wild Force nie był aż
taki zły. Był po prostu specyficzny – skierowany do młodszych dzieci, niż
poprzednie sezony, przez co dla takiego starego konia jak ja był momentami
ciężkostrawny, ale nie w jakiś koszmarny sposób. Przyznam, że strasznie
podobały mi się projekty potworów – według mnie im dziwaczniejszy potwór tym
lepiej, a sezon Wild Force nie miał
sobie pod tym względem równych. Mieliśmy potwory w kształcie drutu kolczastego,
opony, sygnalizacji świetlnej, czołgu, wielkiego dzwona kościelnego, koparki,
radia, kosiarki do trawy… Częstokroć przywoływany przeze mnie potwór w
kształcie Elvisa z Power Rangers Lost
Galaxy nie wydaje się już na ich tle taki oryginalny. Świetne były odcinki
z występami gościnnymi, podobał mi się wątek Zen-Aku i Jindraxa cierpiącego po
stracie Toxiki. Generalnie jednak nie jest to jakiś specjalnie udany sezon i
wątpię, by przypadł do gustu komuś, kto nie jest totalnym fanatykiem. Z drugiej
strony – żaden sezon Power Rangers nie
przypadłby do gustu komuś, kto nie jest totalnym fanatykiem, więc… Wszystko
zależy od oczekiwań. Małym dzieciom Power
Rangers Wild Force mógłby się pewnie spodobać, nieco starsi docenią
smaczki. Sam się sobie dziwię, ale jestem na tak, choć obiektywnie to seria na
poziomie Lightspeed Rescue. Czyli –
można, ale niekoniecznie trzeba. Poza odcinkami gościnnymi oczywiście.
Ten sezon miał być - jak głosi tytuł ostatniego odcinka - końcem Power Rangers. Disney nie był zadowolony z wpływów, jakie uzyskał z tej serii, co mogło mieć wiele wspólnego z przerzuceniem jego emisji do innej stacji w połowie trwania sezonu i dość kosztowymi odcinkami gościnnymi. W każdym razie - serial nie został anulowany, w ostatniej chwili góra zdecydowała się nie zakończyć serial, tylko go zrestartować. Zatem w następnym odcinku – Power
Rangers Ninja Storm, pierwsza seria zaliczana do tak zwanej Ery Disney’a.
Seria, która miała być rewolucją, ale rewolucją się nie stała. Ale o tym
porozmawiam sobie dopiero za jakiś czas…