piątek, 3 lipca 2020

RECENZJA: Mister Miracle

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Hauntologia to dość złożony termin z zakresu filozofii i teorii kultury, o którym pisałem na blogu już wiele raz i prawdopodobnie napiszę o nim jeszcze wielokrotnie. W ekstremalnie skondensowanej formie zdefiniować go można jako coś w rodzaju odwróconej nostalgii – tendencji do tworzenia nowych tekstów kultury w taki sposób, by możliwie najbardziej przypominały stare, zarówno treści w jak i formie. Według popularyzatora tego terminu, Marka Fishera, wiele nakładających się na siebie czynników społecznych (takich jak bezprecedensowo swobodny dostęp do archiwów kultury, dynamika Internetu oraz neoliberalna ekonomia wymuszająca sięganie po sprawdzone już wzorce i strategie kosztem ryzykownych, eksperymentalnych przedsięwzięć) doprowadziło do sytuacji, w której – kolektywnie, jako cywilizacja – bardziej interesuje nas ponowne przeżywanie przeszłości, głównie tej lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, niż wymyślanie czegoś prawdziwie nowego.

Piszę o tym wszystkim ponieważ Mister Miracle jest modelowym przykładem takiego podejścia. Ten dwunastozeszytowy komiks autorstwa Toma Kinga (scenariusz) oraz Mitcha Geradsa (rysunki) wygląda niczym kulturowy artefakt, który wypadł z dziury w czasoprzestrzeni prowadzącej do siedziby wydawnictwa Vertigo w latach osiemdziesiątych. Komiks opowiada o obdarowanym supermocami artyście scenicznym, mistrzu ucieczek, kimś w rodzaju prestidigitatora. Prawdziwym prestidigitatorem jest tu jednak Tom King, któremu najwyraźniej udało się wmówić wszystkim, że jest jednym z najciekawszych artystów młodego pokolenia, choć jego jedyną sztuczką jest naśladowanie mistrzów anglosaskiego komiksu sprzed trzydziestu, czterdziestu lat.

Mamy tu bowiem wszystko, czym tylko mogliśmy się zachwycać w takich komiksach jak Sandman, Watchmen czy Powrocie Mrocznego Rycerza. Kontrast klasycznej, idealistycznej wersji postaci z jej pseudorealistyczną, psychologicznie pogłębioną współczesną wersją? Jest. Dekonstrukcja polegająca na straumatyzowaniu głównego bohatera? Jest. Repetycje, żonglowanie wyrazistą symboliką i używanie samej struktury medium do demonstrowania nastroju głównego bohatera? Jest. Metakomentarz odnośnie natury komiksowego medium? Jest. Podzielenie każdej strony na siatkę dziewięciu kadrów i łamanie tej kompozycji w kluczowych momentach? Jest. Mógłbym ciągnąć tę wyliczankę jeszcze długo, bo King kopiuje w zasadzie każdy narracyjny, kompozycyjny czy treściowy wybieg od swoich poprzedników. I nie robi absolutnie niczego więcej.

Problem polega na tym, że oni robili to w czasach, gdy takie rzeczy były nie do pomyślenia – w mądry, odważny sposób rozwinęli komiksowe medium dając swoim następcom bardzo szeroki komplet nowych narzędzi i przecierając im nieznane wcześniej szlaki. I naprawdę nie ma niczego złego w tym, że Tom King skwapliwie z tego wszystkiego korzysta. Problem pojawia się w momencie, gdy taki hauntologiczny artefakt stawiany jest jako przykład tego, że komiks to Sztuka. Widziałem mnóstwo rankingów „najlepszych komiksów ostatnich lat” na których Mister Miracle zajmuje wysokie – czy nawet pierwsze – miejsce. Jeśli to naprawdę jest koronny przykład na to, że komiksowe medium stanowi prężnie rozwijającą się gałąź sztuki, to oznacza, że mamy poważne kłopoty, bo medium nie rozwija się od jakiegoś ćwierćwiecza.

Mister Miracle wygląda tak, jak wygląda, ponieważ kanony tego, co w tym medium uchodzi za elitarną, ekskluzywną sztukę ustalili w zeszłym tysiącleciu Frank Miller, Allan Moore i Neil Gaiman i nie zmieniły się one do dnia dzisiejszego. Na pewno nie ma zamiaru zmieniać ich King bo niby czemu miałby to robić, skoro te same sztuczki działają od trzech dekad? Wydaje mi się, że właśnie to najmocniej drażni mnie w tym komiksie i, szerzej, w całym dorobku artystycznym Kinga. Jego najbardziej prestiżowe projekty pisarskie – Vision, Mister Miracle, Omega Man – stanowią jedynie wtórne przeżywanie estetyk i tematów dominujących w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Żadna rewolucja, nawet nie ewolucja, jedynie powielanie schematów, zagrań, wybiegów i tematów.

Znamienne jest również to, że wszystkie te komiksy – i większość innych spod pióra Kinga, jak choćby jego Batman – opowiadają o standardowych białych heteroseksualnych mężczyznach. Nawet Vision, który jest robotem i doznaje z tego powodu opresji to jedynie abstrakcyjna figura mniejszościowa, która nie posiada żadnego skonkretyzowanego kontekstu kulturowej opresji. I nie, nie chodzi mi o jakiś idiotyczny tokenizm czy inną polityczną poprawność. Chodzi mi o to, że tylu latach interesującego dyskursu kulturowego i politycznego, jaki rozgrywał się wokół komiksów, po eksplozji niezależnych tytułów eksplorujących tematy rasy, płci, struktury społecznej czy kulturowych tarć, po eksploracji nowych struktur narracyjnych, eksperymentach w formą i treścią najlepsze, co jest nam w stanie zaoferować mainstream to… Sandman po raz drugi. I wszyscy to łykają. To niemożebnie frustrujące.

W dodatku to nawet nie jest jako specjalnie udany komiks. Mister Miracle ma tak wielką obsesję na punkcie własnej symboliki, że kompletnie zapomina użyć tej symboliki do powiedzenia czegoś znaczącego o głównym bohaterze, jego sytuacji, moralności, kwestiach tożsamościowych czy właściwie czymkolwiek. Te tylko pusta gratyfikacja dla czytelnika rozumiejącego, że czarne panele z napisem „Darkseid jest” ze strony na stronę coraz gęściej pokrywające więcej kadrów oznaczają, iż Miracle jest coraz bardziej przytłoczony paranoją i osaczającą go sytuacją, która dosłownie odbiera mu przestrzeń do życia. Osoba, która wychwyci i to zrozumie – co nie jest wybitnie trudne – w samozadowoleniu poklepie się po plecach, że udało się jej dostrzec zmyślną symbolikę i będzie z siebie tak dumna, że zapomni o tym, iż symbolika powinna służyć czemuś więcej niż samej sobie.

W dodatku fabuła, gdy obedrze się ją z całego tego pretensjonalizmu, jest niesamowicie miałka. Główny bohater jest całkowicie pasywny i wyprany z charyzmy, jego relacje z małżonką i innymi postaciami wypadają wyjątkowo nieorganicznie, a cały konflikt jest tak mocno scentrowany na nim samym, że reszta postaci to służą jedynie poruszaniu się po orbitach wokół niego i nie mają szans rozwinąć indywidualnych wątków, które pogłębiłyby historię. główny dylemat, przed którym staje Scott – dylemat, którego podbudowę stanowiło dobre dwie trzecie serii – nie jest nawet specjalnie zniuansowany czy nieoczywisty. To trolley problem. W dodatku rozwiązany metodą „trzeciej drogi”, która pozwala głównemu bohaterowi uniknąć znaczącej ewolucji charakteru, a scenarzyście – prawdziwie znaczącej eksploracji poważnych tematów związanych z ponoszeniem odpowiedzialności za życiowe decyzje.

 Komiks jest całkowicie zarżnięty przez repetycje. Kopiowanie symboliki, motywów, linii dialogowych czy nawet całych kadrów to użyteczne narzędzia, jeśli chce się nadać komiksowi odpowiednią dynamikę i rytm – o ile używa się ich w odpowiedni sposób. King używa ich tak często i tak intensywnie, że praktycznie niewiele miejsca pozostawia na cokolwiek innego. Wszystko powtarzane jest tak często i tyle razy, że w pewnym momencie zmienia się w autoparodię.

Uporczywe trzymanie się układu siatki kadrów trzy na trzy było kolejnym gigantycznym błędem. Ta struktura ma swoje plusy, jest czytelna, pozwala na sprawne operowanie narracją i ułatwia zabawy z łączeniem poszczególnych kadrów w większą, całościową kompozycję. Cały Watchmen się na tym opiera. Problem polega na tym, że Moore i Gibbons rozumieli ograniczenia idące za tą strukturą i robili wszystko, by albo zmienić je w mocne punkty albo rezygnowali z nich w kluczowych momentach. Ważna była też kolorystyka – najczęściej parzyste kadry Watchmen były utrzymane w innej (kontrastowej) palecie barw niż nieparzyste, dzięki czemu nie męczyły oka i pozwalały na łatwiejszą identyfikację tego, co dzieje się na stronie.

Pod tym względem Mister Miracle wszystko robi źle. Długie sceny walk na siatce trzy na trzy szybko zaczynają wyglądać jak pozbawiony dynamiki rysunek techniczny. Szczególnie jeśli nie są kontrapunktowane różnicami barw tła (a nie są). Wiele ilustracji jest nonsensownie podzielonych linią kadru, byle tylko nie łamać siatki, choć znacznie lepiej wyglądałyby, gdyby twórcy pozwolili sobie na więcej elastyczności. W połączeniu z kopiowaniem i wklejaniem bez przerwy tych samych teł (a często nawet i całych kadrów) Mister Miracle wizualnie robi się po prostu nieznośny. A szkoda bo zarówno kreska, jak i kolory są naprawdę niezłe.

W trakcie lektury, od samego początku do samego końca, towarzyszyła mi mieszanka znudzenia i irytacji. Ze szczyptą zażenowania, że moje ukochane medium najwyraźniej utknęło w hauntologicznym limbo. To jest dokładnie tego typu dekonstrukcja, z której (po części autoironicznie) nabijał się Warren Ellis w Planetary. Dwadzieścia lat temu. Opinia Alana Moore’a o współczesnym komiksie superbohaterskim często jest karykaturalizowana, a on sam sprowadzany do mema starego człowieka krzyczącego na chmurę. Jeśli jednak Mister Miracle naprawdę jest najlepszym, co ma nam do zaoferowania współczesny amerykańskich główny nurt komiksowy, to oznacza, że Moore ma całkowitą rację – medium ugrzęzło w miejscu i nie potrafi się poruszyć ani znacząco rozwinąć.

Egzemplarz recenzyjny dostarczyło wydawnictwo Egmont

piątek, 26 czerwca 2020

RECENZJA: Potężna Thor - tom 3

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Trzeci tom polskiego wydania zbiorczego serii Potężna Thor – komiksu opowiadającego o Jane Foster, która przyjęła na siebie rolę bogini gromów z całym dobrodziejstwem inwentarza, jednocześnie zmagając się z zabijającą ją powoli chorobą nowotworową – jak w soczewce skupia w sobie wszystkie problemy, jakie mam z Jasonem Aaronem, scenarzystą tego komiksu. Aaron zawsze był popularnym twórcą, ale w czasach, w których powstawała Potężna pełnił rolę niemal architekta sporej części uniwersum Marvela oraz odpowiadał za pisanie głównej serii komiksowej na licencji Star Wars. To z kolei sprawia, że Egmont, w ramach nadrabiania coraz mniejszych zaległości z głównego nurtu komiksowego w USA, intensywnie publikuje w naszym kraju mnóstwo komiksów tego scenarzysty. 

Do Jasona Aarona mam bardzo specyficzny stosunek, bo nie jest to w żadnym wypadku scenarzysta słaby. Czytałem mnóstwo jego komiksów i wiem, że w momencie, gdy odpowiada mu jakaś konwencja, jest w stanie dostarczyć naprawdę świetnych historii. Jego dwunastoczęściowy run komiksu Conan Barbarzyńca to jedna z najlepszych rzeczy, jakie miałem przyjemność czytać w zeszłym roku i, gdy tylko Egmont zapowiedział jego publikację, z miejsca postanowiłem, że nabędę ten komiks, bo po prostu chcę go mieć na półce – nie tylko jako fan Conana, ale również jako fan dobrego komiksu. Pozostałe jego rzeczy są jednak… dziwne. Nie, żeby była to wada w taśmowo produkowanym komiksie superbohaterskim, w którym absurd często jest jedyną podtrzymującą uwagę rzeczą, ale Aaron zdaje się nie znać umiaru i przesadza z absolutnie wszystkim w stopniu, w którym przestaję się już łapać na ile jest to umyślna autoparodia, a na ile nieironiczne szarżowanie w ramach konwencji. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar, o której mowa w tej notce zdaje się utrzymywać mniej więcej pośrodku Aaronowego spektrum campu. Wydanie zawiera w sobie dwie opowieści kontynuujące wątki z poprzednich albumów. W pierwszej z nich Thor staje na czele drużyny do zadań specjalnych złożonej z przedstawicieli i przedstawicielek wszystkich światów z thorowego zakątka uniwersum. Prowadzi to oczywiście do nieufności i tarć w drużynie, z którą musi radzić sobie główna bohaterka. Druga, dłuższa historia, opowiada o pojedynku z parą bogów wyznawanych przez kosmiczną rasę Shi’Ar, w który wmanewrowana została Thor. W tle przewijają się wątki przewodnie całej serii, jak walka Jane Foster z nowotworem oraz wojna z elfami. 

Obie historie są bardzo sztampowe i napędza je niemal wyłącznie barwna akcja. Nie ma tu znaczącego rozwoju postaci czy interesującego budowania zależności między frakcjami. To komiks czysto rozrywkowy, który bawi, bo to jego jedyna ambicja. I naprawdę nie ma w tym niczego złego, od tego jest przecież kolorowa superbohaterszczyzna, by na kilka kwadransów oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć w świecie, w którym wszystkie problemy można rozwiązać odpowiednio mocnym uderzeniem przeciwnika albo wykazaniem dostatecznej determinacji. I w tej roli Potężna Thor sprawdza się doskonale. Dzieje się dużo, akcja pędzi na złamanie karku i nie zatrzymuje się aż do samego końca. Co więc jest nie tak? 

Jane Foster. Nie sama bohaterka, która pisana jest nieco na autopilocie, ale na tyle umiejętnie, bym nie mógł się czepić niczego konkretnego. Chodzi mi o jej wątek. Wyjściowy pomysł na postać Thor była tragedia postaci – doktor Foster cierpi na raka i walczy o życie. Za każdym razem gdy dokonuje transformacji w potężną Thor wszystkie działania mające na celu przejście przez chorobę – środki przeciwbólowe, chemioterapia – resetują się. Im częściej dokonuje transformacji, tym bardziej maleją jej szansę na przeżycie choroby, bo gdy wraca do swojego ciała wszystko trzeba zaczynać od początku. 

Kontrast wiotkiej, wyniszczonej chorobą Jane i witalnej, zdrowej, potężnej Thor działa jako fajny kontrapunkt, a walka z nowotworem w sytuacji, gdy bohaterka musi kalkulować swoje szanse na wyzdrowienie przez pryzmat tego, co dzieje się wokół niej potencjalnie dodaje całej tej zabawie większego dramatyzmu… niestety tylko potencjalnie. Rak jest straszliwą chorobą, zabijającą powoli i boleśnie. Wiąże się on z długim i wyniszczającym cierpieniem i olbrzymimi obciążeniami psychicznymi. W jaki sposób ogrywa to komiks? 

W bardzo nijaki. Motyw raka funkcjonuje tu na zasadzie niemal gimmicka, któremu poświęcone jest absolutne obligatoryjne minimum uwagi i zaangażowania. Nie twierdzę, że cała seria o Thor powinna być kroniką gaśnięcia pod kroplówką, bo nie po to czytamy głównonurtowe komiksy od Marvela, by się dołować albo przeżywać intymne studium emocjonalne. Skoro jednak wprowadzono już taki wątek do historii postaci, w dodatku jako istotną jej część, wypadałoby odnieść się do niego w jakiś znaczący sposób. Tego niestety, póki co, w tym komiksie brakuje. To daje rezultat w postaci dziwnego dysonansu, nie jestem przekonany czy umyślnego. 

Ilustracje są natomiast znakomite i wydaje mi się, że to właśnie one są główną atrakcją tej serii – soczyste, dynamiczne kadry, żywa kolorystyka i umiejętne operowanie narracją graficzną. To pewien standard tej serii i jedna z tych rzeczy, za które zawsze będę ją chwalił. Szczególnie podobały mi się ilustracje wątku boskiej wojny z Shi’Ar, w których rysownik dokonywał małych cudów kreatywności by należycie zaprezentować konflikt między tak potężnymi siłami. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar to kolejny komiks Jaona Aarona zawierający w sobie całe to cudowne bezguście przesady, z którego znany jest ten twórca. Tylko tyle albo aż tyle. 

środa, 24 czerwca 2020

Domena publiczna



Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


Rozdział I

- Na Croma! – zaklął Conan osłaniając oczy muskularnym ramieniem i z trudem brnąc przez śnieżne zaspy. Burza ani myślała ustać. Wiatr uderzał w ciało barbarzyńcy, smagając jego tors i ramiona przeklętym zimnem północy. Drobne, ostre jak igły płatki śniegu kaleczyły każdy odkryty skrawek jego ciała.
Cymmeryjczyk po raz kolejny przeklął swą impulsywną, nierozważną naturę. Napotkani po drodze kupcy zmierzający ku południowym królestwom ostrzegali go, by nie schodził ze ścieżki. „Nie masz w pustkowiach Hyperborei niczego prócz lodowej śmierci” rzekł mu ogorzały, jednooki kupiec, posturą niemal dorównujący Conanowi. Powiedziawszy to, powiódł swą karawanę ku ciepłym, żyznym ziemiom Nemedii i Brythunii, by sprzedać ich mieszkańcom skóry lodowych słoni i zakrzywione kły polarnych tygrysów.
Conan za nic miał jednak kupieckie przestrogi. Przetrwał już w swoim życiu niejedną burzę śnieżną, a skute lodem hyperborejskie równiny przyciągały go siłą, której nie byłby w stanie wyjaśnić nawet samemu sobie. Przypominały mu jego własną ojczyznę – Cymmeria znajdowała się na podobnie surowych ziemiach i, jak Hyperborea, rodziła ludzi ulepionych z twardszej gliny.
Szybko jednak przyszło mu pożałować swej buty. Po dwóch dniach błądzenia w śniegu i kurzawie był już niemal na granicy ludzkiej wytrzymałości. Człek cywilizowany dawno byłby wyzionął ducha, ale barbarzyńska krew nadal żywo grała w żyłach Conana, który ani myślał oddać się w objęcia zimnej śmierci.
Barbarzyńca uniósł głowę i rozejrzał się. Zdawało mu się, że w ryczącej wiatrem bieli dojrzał jakiś kształt – cytadelę, zamek lub inną podobną domenę. Nie mając wiele do stracenia, Conan zebrał wszystkie pozostałe mu siły i z trudem zaczął podążać w tamtym kierunku.


Domena publiczna to termin określający wszystkie teksty kultury, z których każde z nas może korzystać swobodnie na właściwie każdy sposób jaki przyjdzie nam do głowy, bez potrzeby pytania kogokolwiek o pozwolenie. Zaliczają się do nich na przykład legendy, mitologie, tradycyjne pieśni i utwory muzyczne oraz przysłowia. Są to teksty kultury, do których żadna prywatna osoba nie może rościć sobie majątkowych praw autorskich. 

Wydawnictwo Marvel tworząc swoją wersję mitologicznej postaci Thora korzystało właśnie z dobrodziejstw domeny publicznej. Podobnie jak Disney, tworząc adaptacje opowieści o kopciuszku czy śpiącej królewnie. Generalnie wszystko, co powstało zanim upowszechniły się prawa autorskie oraz prawa własności intelektualnej, czyli około osiemnastego, dziewiętnastego wieku, jest dziś w domenie publicznej. 

Sama idea jest jednak znacznie starsza i sięga czasów starożytnego Rzymu. Rzymskie prawo wyszczególniało grupę rzeczy, które z tych czy innych powodów nie mogły być własnością prywatną. Prawo rozróżniało kilka typów tego rodzaju rzeczy. Res nullis oznaczało na przykład obiekty, które nie należą do nikogo, ponieważ nikt jeszcze ich sobie nie wziął. Jak choćby dzikie zwierzę, które dopóki biega sobie po lesie jest niczyją własnością, ale po jego upolowaniu, automatycznie należy do tej osoby, która to zrobiła. Res publica oznacza własność państwa, a zatem wszystkich jego obywateli. Res communis oznacza natomiast, że starożytni Rzymianie byli towarzyszami, twierdzącymi, że do pewnych rzeczy – takich między innymi jak słońce, powietrze czy ryby morskie – mamy prawo z racji przynależności do gatunku ludzkiego. 

Ta starożytna idea, mówiąca że nie wszystko możemy albo powinniśmy mieć na własność, przetrwała do dziś. Jej rezultatem jest choćby uznanie Antarktydy jako kontynentu należącego do wszystkich narodów świata. Innym przykładem jest ustanowienie prawa kosmicznego, które gwarantuje wszystkim narodom dostęp do przestrzeni kosmicznej bez obaw, że któreś z mocarstw albo korporacji wbije flagę w jakieś ciało niebieskie i zadeklaruje, „Ten kawałek kosmicznej próżni należy do mnie!”. Przynajmniej na chwilę, bo nie wątpię, że prędzej czy później sprawa zrobi się znacznie bardziej skomplikowana. Ale wróćmy na Ziemię. 

Każde z Was może wydać drukiem własną wersję kopciuszka czy śpiącej królewny, każde z was może napisać nową wersję tej opowieści, zaadaptować ją jako komiks, film lub słuchowisko i zarabiać na takiej twórczości bez żadnych problemów ze strony osób, które są właścicielami praw do tych dzieł. Bo wszyscy jesteśmy ich właścicielami w takim samym stopniu. 

No dobrze, ale co z dziełami, które powstały później? Tu sprawa jest już nieco bardziej skomplikowana. Każde państwo ma swoje własne regulacje wewnętrzne, Większość świata przyjęła zasadę, że dorobek twórczy przechodzi do domeny publicznej jakiś czas po śmierci jego autora. W krajach Unii Europejskiej „jakiś czas” oznacza siedemdziesiąt lat, ale w wielu innych państwach jest to sześćdziesiąt, pięćdziesiąt albo nawet dziewięćdziesiąt pięć, jak na Jamajce. Po tym czasie, o ile nie pojawią się jakieś komplikacje, na początku kolejnego roku dzieło przechodzi do domeny publicznej i jest dostępne dla nas wszystkich. 

Teoretycznie. W praktyce bowiem… no cóż, w praktyce sprawy nigdy nie wyglądają tak prosto.


Rozdział II

Wycieńczony Conan dotarł w końcu do tajemniczej budowli. Jak słusznie podejrzewał, była to warownia. Barbarzyńca zadumał się, czego też miała strzec tak daleko od jakichkolwiek oznak cywilizacji. Wyciągnął miecz i ostrożnie wkroczył na opustoszały dziedziniec.
Rozejrzał się niepewnie, nie wiedząc, co powinien czynić. Za grubymi murami wiatr i śnieżna kurzawa nie dokuczały już tak bardzo, ale zimno nadal było nieomal obezwładniające. Conan ruszył w stronę największej budowli, by schronić się przed mrozem i poszukać czegoś do jedzenia. Nie obiecywał sobie zbyt wiele, bo warownia zdawała się być opuszczona już od bardzo dawna i jakakolwiek strawa ostała się za jej murami, z pewnością nie nadawała się już do zjedzenia.
Krążąc po pustych, zimnych korytarzach, Conan natrafił na leżące na podłodze pnącza. Zdziwiło go to, bo takie rośliny zwykł widywać na gorącym południu, w gęstych dżunglach albo zachodnich piktyjskich dziczach. Gdy ujął w dłoń jedno z pnączy, zorientował się, że w barwie i dotyku przypominają raczej ludzką skórę, z nieustannie pulsującymi żyłami i splotami mięśni oraz ścięgien. Z obrzydzeniem odrzucił od siebie dziwaczną narośl, zastanawiając się, do jakiegoż to przeklętego miejsca przyszło mu zbłądzić tym razem.
 Wyostrzone zmysły barbarzyńcy wyczuły ciepło. Gdzieś w pobliżu gorzał ogień. Nie mieszkając, Conan ruszył schodami w dół, w kierunku lochów. Zaklął, gdy jedno z cielistych pnączy oplątało mu nogę i spróbowało obalić go na ziemię. Cymmeryjczyk zamachnął się mieczem i przeciął pnącze. Z kikuta trysnęła ciepła, lepka ciecz, której zapach Conan rozpoznał od razu – sam bowiem wielokrotnie przelewał tę ciecz na niezliczonych polach walki.
Krew.
Barbarzyńca zadrżał. Niestraszne mu były zagrożenia przyrodzonej natury, ale magia zawsze napawała go głębokim niepokojem. Po chwili wahania Conan podjął wędrówkę w dół, tym razem bacznie uważając, by nie nastąpić na któreś z coraz gęściej pokrywających schody pnączy.
W końcu dotarł do ciemnego korytarza. Przed sobą miał dwa długie rzędy cel. Niektóre były puste, w niektórych kulili się osadzeni. Do każdej z cel wiodło jedno z obmierzłych pnączy.
Conan zbliżył się do najbliższej. Dostrzegł tam wychudzonego ciemnowłosego mężczyznę odzianego jedynie w przepaskę biodrową. Barbarzyńca rozpoznał w nim podobnego sobie człowieka niezepsutego cywilizacją – mimo wychudzenia, pod jego skórą nadal rysowały się mięśnie, a postawa nieznajomego wiele miała z dzikości, którą widywał u swoich pobratymców.
- Ty – więzień podniósł się do pozycji wyprostowanej i zbliżył do krat. – Czy oczy mnie nie zwodzą? Wolny człowiek krążący po Cytadeli Gryzonia?
- Cytadeli Gryzonia? – powtórzył barbarzyńca zdziwionym tonem. – O czym ty mówisz, człecze?
Conan spojrzał w oczy swego rozmówcy. Nie dostrzegł w nim ani krzty szaleństwa, jedynie konfuzję i skrajne wyczerpanie. Spod gęstych, ciemnych włosów, u samego karku sterczało więźniowi pnącze, wpite głęboko w jego własne ciało i nieustannie pulsujące.
- Uciekaj – wyszeptał jeniec drżącym głosem. – Uciekaj, póki możesz, nieznajomy. Nie ma większego przekleństwa niż dać się uwięzić Gryzoniowi.
- Chwila – warknął Cymmeryjczyk. – Nie zwykłem umykać przed zagrożeniem, nieważne jak wielkim. Rzeknij mi najpierw, jak masz na imię.
Więzień cofnął się.
- Moje imię – powiedział cicho – to pierwsze, co odebrał mi Gryzoń. Walczyłem mężnie, nieznajomy, a wiedz, że nawykłem do walki. Wychowałem się w dżungli, pośród małp. Przygarnęły mnie po śmierci moich rodziców, brytyjskich arystokratów zdradzonych przez załogę swego statku i wyrzuconych w afrykańskiej dziczy. Po latach wróciłem do swojej ojczyzny, walcząc o odebrane mi dziedzictwo. Walczyłem z niegodziwymi ludźmi i fenomenami natury, jakie nigdy ci się nie śniły. Moje imię powtarzano w całej Anglii i Afryce. Ale dziś… dziś nikomu już nie wolno wymówić mojego imienia. Jestem niewolnikiem Gryzonia. 



Conan Barbarzyńca, Tarzan, Sherlock Holmes, Wielcy Przedwieczni z mitologii Cthulhu oraz Kapitan Nemo to jedne z najpopularniejszych i najbardziej rozpoznawalnych ikon kultury popularnej, które przeszły już do domeny publicznej. Nie wszystkim się to spodobało. Jak każdy monopol, tak i monopol własności intelektualnej jest bardzo na rękę osobom, które go posiadają. Dotychczasowi spadkobiercy Roberta E. Howarda – autora cyklu o Conanie – oraz Edgara Rice’a Burroughsa, twórcy postaci Tarzana, musieli uporać się z faktem, że szeroka struga pieniędzy płynących z użyczania praw do wykorzystywania tych postaci w pewnym momencie nagle się skończy. Nie wspominając już o Disneyu – wyobrażacie sobie sytuację, w której Myszka Miki przechodzi do domeny publicznej? 

Walt Disney zmarł w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku, więc to jeszcze przez pewien czas nie powinno stanowić problemu, ale niektóre kraje – w tym USA – mają równoległy system przechodzenia dzieł do domeny publicznej oparty nie na tym, ile czasu minęło od śmierci autora, ale na tym, ile czasu minęło od publikacji dzieła. Jest on stosowany najczęściej wtedy, gdy nie da się wskazać jednego konkretnego autora czy nawet spójnej grupy twórców albo gdy dzieło jest anonimowe albo gdy powstało na zlecenie i jego twórca od początku nie ma do nich praw majątkowych. I większość rzeczy stworzonych przez koncern Disneya łapie się do tej właśnie kategorii – przechodzą one do domeny publicznej określony czas po tym, gdy pierwszy raz ujrzały światło dzienne. 

Przez całą drugą połowę XX wieku Disney – przy aktywnym współudziale wielu innych osób i korporacji, jak właściciele praw do Conana czy Tarzana – lobbował za wydłużaniem tego okresu przejścia dzieł do domeny publicznej. Ostatni tego typu akt wydano w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku. Wydłużono wtedy ten okres o dwadzieścia lat i w tym momencie wynosi on… dziewięćdziesiąt pięć lat od momentu publikacji albo siedemdziesiąt lat od momentu śmierci autora, w zależności od tego, do której kategorii łapie się dana własność intelektualna. W praktyce oznaczało to, że na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej przez dwie dekady i jeden rok do domeny publicznej nie trafiło żadne nowe dzieło. Dopiero w dwa tysiące dziewiętnastym roku ten otwór się odetkał. Przyznam, że ciekawi mnie, jak dalej potoczy się ta sytuacja. W dwa tysiące dwudziestym czwartym roku do domeny publicznej w USA trafi Steamboat Willie, animacja Disneya, w której pojawia się ikoniczna wersja Myszki Miki. Na chwilę obecną, zgodnie ze stanem mojej wiedzy na ten temat, nie toczą się w USA żadne ruchy mające na celu kolejną zmianę prawa, choć oczywiście wiele może się jeszcze zdarzyć po drodze. 

Dynamiczna ekspansja kultury Internetu opartej na przetwarzaniu popkultury – tworzeniu memów, fanfików, amatorskich filmów czy rimejków – sprawia, że przepchnięcie kolejnej legislacji jest zarówno trudniejsze jak i mniej opłacalne niż dwadzieścia lat temu. Na obszernej puli legalnej kultury korzystają takie korporacje jak Google i Facebook, których dwadzieścia lat temu nie było na tym polu bitwy. 

Za dziesięć lat z niewielkim hakiem do domeny publicznej zaczną trafiać takie postacie jak Batman, Superman oraz bohaterowie ze świata Zwariowanych Melodii. Z roku na rok będzie to coraz większym problemem dla producentów kultury masowej, ponieważ nagle okaże się, że każde studio będzie mogło legalnie zrobić wysokobudżetowy film o Spider-Manie albo Supermanie albo, prędzej czy później, Transformerach, Jamesie Bondzie i czymkolwiek, co tylko przyjdzie Wam do głowy. I jeśli myślicie, że do tego czasu te postacie przestaną być medialnie atrakcyjne, to… no cóż, zapraszam do mojego materiału o hauntologii. Batman powstał dziewięćdziesiąt lat temu, a nadal jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i dochodowych ikon popkultury. 

Nie dziwi mnie jednak, że korporacje medialne pokroju Disneya odpuszczają tę walkę. Bo widzicie… Disney oraz spadkobiercy twórców, których dzieła przechodzą do domeny publicznej mają inny sposób na to, by mieć ciastko i by ciastka nie zjadł nikt inny.


Rozdział III

Conan podążał wzdłuż pnączy. Jeniec, któremu skradziono imię i wolność, powiedział mu, że znajdzie Gryzonia na drugim ich końcu. Monstrum, niczym pasożytniczy pająk z gęstwin Piktyjskich dżungli, żywił się sokami witalnymi swoich ofiar. Cymmeryjczyk zatrząsnął się z obrzydzenia na samą myśl o tym, że jedno z tych ścięgien mogłoby wpić się w jego własny kark. Zdwoił więc uwagę i przyspieszył kroku.
Po krótkiej wędrówce przez mroczne korytarze cytadeli trafił w końcu do obszernej sali tronowej. Wszystkie pnącza zbiegały się w jednym jej punkcie tworząc coś na podobieństwo obmierzłego pęcherza. Na jego szczycie mościła się najprzedziwniejsza istota, jaką Conan widział w całym swoim życiu. Wydawała się nie mieć głębi, jedynie wysokość i szerokość, jak żywy malunek, który jakąś czarodziejską siłą ożył i zszedł z obrazu albo arrasu. Barbarzyńcy oczy łzawiły od samego patrzenia.
Istota miała okrągłą głowę i dwoje równie okrągłych uszu. Nie budziła grozy, ale barbarzyńca nie dał się zwieść jej powierzchowności. Wiedział bowiem, jak zdradliwe potrafią być pozory. Szczególnie gdy w grę wchodziła magia.
Gryzoń powoli obrócił głowę w kierunku barbarzyńcy.
- A więc przybyłeś – powiedział spokojnie stwór. Jego wysoki, przenikliwy głos wzbudził ciarki na mocarnym ciele Cymmeryjczyka. – Niełatwo było cię odnaleźć, Conanie.
- Widzę, że moja sława sięga nawet czeluści piekielnych – odparł hardo Cymmeryjczyk. – Rzeknij mi, demonie, które z zasieczonych przeze mnie plugastw wyszeptało ci do ucha moje imię? Synowie Ymira? Zothar Sag? Pełzający cień z Zaginionego Miasta? Wszystkich ich jeden los spotkał, jak spotka i ciebie, potworze.
Gryzoń pochylił głowę:
- Ty naprawdę nie rozumiesz, co się wokół ciebie dzieje, prawda?
- Rozumiem dość, by rozpłatać cię na dwoje! – odgryzł się Cymmeryjczyk.
W odpowiedzi monstrum jedynie uśmiechnęło się drapieżnie.
Conan poczuł jak na jego kostce zaciskają się obmierzłe pnącza. Wrzasnął z obrzydzeniem i zamachnął się mieczem, ale pnączy z każdą chwilą przybywało. Grube, mięsiste sploty powoli zaciskały się na mocarnym ciele barbarzyńcy i mimo prób oswobodzenia zmusiły go do klęknięcia.
Gryzoń tymczasem, nie spiesząc się, zszedł ze swego plugawego tronu i zaczął człapać w stronę barbarzyńcy.
- Znak mojej własności widnieje na rycerzach z gwiazd – powiedział demon. – Na herosach w barwnych szatach. Na bogach i demonach wielu światów. Dziś ten znak znajdzie się także i na tobie, Barbarzyńco. Dziś dołączysz do kolekcji Gryzonia!
Monstrum zaniosło się śmiechem i na moment straciło koncentrację.
Ten moment wybrał Conan, by zebrać w sobie wszystkie pozostałe mu siły i włożyć je w jeden desperacki wymach mieczem.
Udało mu się. Ostrze wykute z cymmeryjskiej stali rozorało plątaninę pnączy. Conan dopadł do mięsistego tronu i wbił weń miecz!
- Nie! – krzyknął Gryzoń. Barbarzyńca odwrócił się, by zakończyć nędzny żywot plugawego stwora. Zaniechał jednak. Opuścił miecz i rzucił się pędem w stronę wyjścia.


Jeśli kiedykolwiek w życiu… eee… mieliście działające gałki oczne… na pewno widzieliście ten symbol. ™ Oznacza on, że opisane nim słowo, hasło albo konkretny symbol jest zastrzeżonym znakiem towarowym. Przypuśćmy, że założyłyście firmę i chcecie nadać jej jakąś unikalną nazwę. Boicie się jednak, że gdy Wasza firma odniesie sukces ktoś skopiuje tę nazwę i zacznie wydawać podróbki waszych towarów, korzystając z dobrej renomy, jaką ma ta nazwa. Rozwiązaniem jest zastrzeżenie jej i dzięki temu zapewnienie sobie wyłącznego prawa do jej używania. 

To prawo wymyślono właśnie w celu ochrony znaków towarowych i by zapewnić firmom albo indywidualnym przedsiębiorcom możliwość obrony swojej pracy. Jednak współcześnie korporacje używają go w nieco innym, bardziej podstępnym celu. Podejrzewam, że niektórzy i niektóre z Was domyślają się już – w jakim… 

Robert E. Howard zmarł samobójczą śmiercią w tysiąc dziewięćset trzydziestym szóstym roku. W dwa tysiące szóstym cały jego przedśmiertnie opublikowany dorobek literacki znalazł się w domenie publicznej. W żadnym wypadku nie oznacza to jednak, że wymyślone przez niego postacie stały się, jakby to powiedzieli starożytni Rzymianie, res communis. 

Widzicie, zarówno imię „Conan” jak i sama postać barbarzyńcy są zastrzeżonymi znakami towarowymi. W USA. Oraz w Unii Europejskiej. I wielu innych krajach na świecie. Ich właścicielem – na chwilę, w której nagrywam ten materiał – jest Cabinet Entertainment, który niedawno wykupił wcześniejszego właściciela, Conan Properties International. Oba te przedsiębiorstwa zdają się być skupione wyłącznie na handlowaniu prawami do swoich znaków towarowych i pozywaniu osób lub firm, które korzystają z dorobku twórczego Howarda bez ich błogosławieństwa. 

Czasami prowadzi to do zabawnych sytuacji. Jak na przykład gdy Conan O’Brein – amerykański komik i osobowość medialna – nazwał swój talk show swoim własnym imieniem i miał przez to problemy z Conan Properties International. Albo gdy amerykańskie wydanie mangi Detektyw Conan musiało mieć zmieniony tytuł – z dokładnie tego samego powodu. Ani manga ani talk show nie miały oczywiście niczego wspólnego z prozą Howarda, ale właściciele praw do znaku towarowego Conana muszą mieć agresywny stosunek do swojej własności niezależnie od tego jaki to ma sens, jeśli mają być brani poważnie. To sprawia, że jeśli chcesz stworzyć adaptację albo kontynuację serii opowiadań o Conanie, musisz zapłacić za ten przywilej właścicielom znaku towarowego, nawet jeśli oryginalne opowiadania są już w domenie publicznej. A oni mogą odmówić ci tej sprzedaży. Z dowolnego powodu. Albo i bez powodu. Większość liczących się wydawców – jak Marvel, obecny wydawca komiksów z Conanem w roli głównej – woli zapłacić, bo wie że ewentualny proces sądowy będzie kosztował ich więcej, nawet w przypadku wygranej. 

Dwa lata temu hiszpański artysta Ricardo Jove Sanchez został ukarany grzywną w wysokości dwudziestu jeden tysięcy dolarów za tworzenie i sprzedaż figurek Conana i kilku innych postaci z kart książek Roberta Howarda. Nie mówimy tu o przedsiębiorstwie, które mogło pozwolić sobie na wykupienie biletu do Nowego Jorku, gdzie rozgrywał się proces by wysłać tam swojego przedstawiciela albo wynajęciu prawnika, który reprezentowałby go w trakcie postępowań sądowych. Mówimy to o jednym człowieku, który tworzył figurki bazujące na postaciach znajdujących się w domenie publicznej. 

Takich firm jak Cabinet Entertainment jest zresztą więcej. Edgar Rice Burroughs Inc. firma mająca prawa do takich znaków towarowych jak Tarzan czy John Carter, postępuje w podobny sposób. Gdybym miał się zakładać, powiedziałbym, że Tolkien Estate, organizacja zarządzająca dziedzictwem Tolkiena, również nie odpuści, gdy Hobbit i Władca Pierścieni trafią do domeny publicznej. Co więcej, pojawiają się przypadki udanych prób zastrzeżenia terminów i określeń, które od zawsze egzystują w domenie publicznej. (chrząknięcie z pokazaniem loga Cyberpunku) co w przyszłości może przysporzyć problemów twórcom, którzy będą chcieli użyć tych słów użyć celem promowania swojej własnej twórczości. 

Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Trejdmarki można odnawiać w nieskończoność. Co oznacza, że o ile w teorii wszystkie dzieła trafią kiedyś do domeny publicznej, o tyle w praktyce te najbardziej wartościowe będą w rękach korporacji do końca świata. Albo do końca kapitalizmu. Sami oceńcie, co nastąpi wcześniej. 

Domena publiczna jest istotnym elementem naszej kultury z wielu powodów. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, tworzenie sztuki opiera się o autoreferencje – nawiązywanie do zbliżonych dzieł sztuki, adaptowanie ich, wchodzenie w tematyczny dialog i tak dalej. Im trudniej dokonywać takich nawiązań, tym potencjalnie uboższa będzie nasza kultura. 

Z drugiej strony mamy korporacje, które zyskują w ten sposób wieczysty i nieograniczony monopol na dzieła z domeny publicznej. Gdyby straciły ten monopol, gdyby każdy mógł zrobić film o Conanie albo Tarzanie, musiałby konkurować o odbiorców za pomocą jakości produkcji, kreatywności i tak dalej. Widzimy to zresztą na przykładzie tych rzeczy z domeny publicznej, których wielkie korporacje nie oznaczyły swoim moczem. Jeszcze. Najlepszym przykładem jest tu Sherlock Holmes. 

Postać słynnego detektywa trafiła do powszechnego użytku wraz z początkiem XXI wieku. Od tego momentu powstało całe mnóstwo adaptacji, ekranizacji, pastiszów oraz utworów mniej lub bardziej inspirowanych. Mamy dziś dwie telewizyjne wersje Sherlocka Holmesa we współczesnym świecie – jedną brytyjską i jedną amerykańską. Albo filmy Guya Ritchiego. Albo tę dziwną kreskówkę z Sherlockiem w przyszłości i androidem Watsonem. Albo tonę komiksów i słuchowisk i opowiadań napisanych przez kontynuatorów. 

To jest domena publiczna w działaniu – korzystamy na tym wszyscy i nie traci nikt. Jeśli jestem fanem tej postaci i nie podoba mi się jedna jej wersja, sięgam po którąkolwiek z innych. Jeśli nie podoba mi się jedna wersja, powiedzmy, współczesnych Gwiezdnych Wojen to mogę… eee… przeczytać fanfika, w którym Kylo Ren i Chewbacca robią ze sobą rzeczy, o których zasady społeczności YouTuba zabraniają mi opowiedzieć. Oczywiście, Gwiezdne Wojny nie są i jeszcze długo nie będą w domenie publicznej, ale prędzej czy później do niej trafią. Przynajmniej w teorii. O tym jak to wygląda – i, prawdopodobnie, będzie wyglądać – w praktyce, już mówiłem. 

Optymistycznie zakładając, że nasza cywilizacja zachowa mniej więcej taki kształt jak obecnie – co samo w sobie stanowi dość ryzykowną prognozą – to ten problem będzie z czasem narastał. Takie ikony kultury jak Sherlock Holmes, Hrabia Drakula, Dorian Gray czy Trzej Muszkieterowie załapały się jeszcze na wolność w domenie publicznej. Powstały na tyle wcześnie, by załapać się do okresu, w którym wielkie korporacje i wymyśliły jeszcze sposobu na ominięcie zasady domeny publicznej. Komuś może się wydawać, że to relatywnie mało znaczący problem, szczególnie jeśli porówna się go pandemią czy nadciągającą katastrofą klimatyczną. I ten ktoś będzie miał rację. Dla mnie jest to jednak szalenie interesujący temat. 

W jaki sposób będzie rozwijała się ludzka kreatywność w sytuacji, gdy każda interesująca opowieść, każdy unikalny koncept czy oryginalna narracja zostanie raz na zawsze zmonopolizowana? Czy zmusi to nowe pokolenie artystów do tworzenia prawdziwie unikalnych rzeczy? A może, jak przepowiadał Mark Fisher, zapętli to naszą kulturę do momentu, w którym sytuacja nie zmieni się w radykalny sposób? Nie wiem. Wiem natomiast, że z ciekawością będę przyglądał się rozwojowi tej sytuacji.

Rozdział IV

Dysząc i miotając siarczyste przekleństwa, Conan wybiegł z Cytadeli. Na zewnątrz świtało już – musiało minąć wiele godzin, odkąd przekroczył próg domeny Gryzonia. W uszach nadal dzwoniło mu od przenikliwego wrzasku, jakim pożegnało go monstrum.
Rozejrzał się i na linii horyzontu dojrzał kilka sylwetek – ciemnie kropki na tle jaśniejącego słońca. Nie ociągając się, ruszył w ich kierunku.
 W miarę jak zbliżał się do grupki nieznajomych, bystre oczy barbarzyńcy wyłapywały kolejne szczegóły. Rozpoznał jednego z oczekujących. Był to ów wychowany przez małpy szlachcic, któremu pomógł uwolnić się od pnącza.
- Conanie! – powitał znajomy. – Jak to dobrze, że udało ci się uciec.
- Z faktu, iż Cytadela nadal stoi, wnoszę jednak, że jej niefortunny gospodarz nadal żyje – powiedział jeden z towarzyszących mu mężczyzn. Ubrany był w płaszcz i czapkę o kroju, jakiego Conan nie widział jeszcze nigdy. – Znajduję to wysoce niefortunnym.
- Daj spokój, Sherlocku – powiedział były więzień Gryzonia. Wyciągnął prawicę do Cymmeryjczyka. – Uratowałeś mi życie, przyjacielu. Teraz, gdy to monstrum nie ma już nade mną władzy, mogę przedstawić ci się moim prawdziwym imieniem. Zwą mnie Tarzan. 
Wciąż nieufny, Cymmeryjczyk uścisnął mu dłoń.
- Chodźmy – powiedział trzeci, milczący dotąd mężczyzna. Miał nienaturalnie bladą cerę i długi czarny płaszcz z czerwoną podszewką. Gdy mówił, Conan zauważył, że jego kły są nienaturalnie długie. – Kapitan Nemo twierdzi, że niedługo Cytadela przemieści się ponownie. Musimy uciekać, póki mamy ku temu okazję.
- Chodź z nami, Conanie – Tarzan westchnął ciężko i pokręcił głową. – Źle się stało, że nie uśmierciłeś Gryzonia.
- Chciałem – wymamrotał barbarzyńca. – Przez chwilę miałem go na mojej łasce.
- Co cię powstrzymało? – zapytał Sherlock.
Cymmeryjczyk obejrzał się na Cytadelę.
- Dojrzałem to diabelskie pnącze przytwierdzone do jego karku – rzekł cicho. – Gryzoń jest takim samym niewolnikiem jak pozostali. Nie on włada Cytadelą, ale Cytadela nim.
Nie mówiąc już nic więcej, ruszyli przed siebie.

Koniec

piątek, 19 czerwca 2020

RECENZJA: Ucieczka z kraju kobiet

fragment grafiki okładkowej

Ucieczka z kraju kobiet – fantastycznonaukowa powieść autorstwa Dominika Wanga wydana w dwa tysiące dziewiętnastym roku przez Wydawnictwo AlterNatywne – reprezentuje pewien szczególny gatunek literacki, który fascynował mnie od bardzo dawna i nigdy nie przestał aż do chwili obecnej. Chodzi mi o określony typ reakcjonistycznej dystopii prezentującej liberalne (bo na ogół nawet nie lewicowe) idee jako fundament opresyjnego systemu społecznego, w którym ludzie męczą się pod grubą podeszwą buciora politycznej poprawności, moralnej degeneracji oraz faktycznego zła kryjącego się pod płaszczykiem deklaracji równościowych i emancypacyjnych. Tego typu literaturę tworzą zwykle starsi (choć w żadnym razie nie jest to regułą) mężczyźni o konserwatywnej wrażliwości politycznej. Często są to dziennikarze prawicowych gazet i magazynów, dla których twórczość literacka stanowi przedłużenie ich działalności publicystycznej i przestrzeń do ekspresji własnych opinii w konwencji, w której nie grożą im procesy o zniesławienie. 

Większość tej radosnej twórczości jest niedorzecznie wręcz zabawna. Głównie dlatego, że próba ubierania – współcześnie rozumianego – liberalizmu w konteksty opresyjnego systemu brutalnie wymuszającego posłuszeństwo na nieprawomyślnych wymaga iście abstrakcyjnych stójek myślowych. Dysonans malowanych przez (ochrzczonych przez Wojciecha Orlińskiego mianem brodaczy) autorów takiej fantastyki wizji i faktycznego stanu rzeczy jest tak potężny, że nie da się brać tego na poważnie. Szczególnie, że większość brodaczy nie ma żadnego umiaru w kreśleniu swoich mrocznych wizji, co mocno potęguje komizm ich prozy. 

Śmiało stawałem w szranki z Operacją Chusta Tomasza Terlikowskiego, Requiem dla Europy Pawła Kempczyńskiego czy Epoką Antychrysta Pawła Lisickiego. Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Białych heteroseksualnych mężczyzn zamykanych w obozach koncentracyjnych. Feministki biczujące krnąbrnych facetów za nieposłuszeństwo. Czytałem fantazje kastracyjne naszpikowane najdrobniejszymi detalami. Wszystkie te chwile zostaną stracone w czasie jak łzy w deszczu. Do niedawna wydawało mi się, że poznałem już crème de la crème tego typu literatury. 

Och, jakże się myliłem. Ucieczka z kraju kobiet jest prawdopodobnie ultymatywną przedstawicielką tego osobliwego podgatunku fantastyki. O ile przywołane przeze mnie wyżej tytuły posiadają jakieś naskórkowe ambicje bycia czymś więcej niż tylko paranoicznym strumieniem świadomości przerażonego współczesnością autora, o tyle powieść Wanga takich pretensji nie posiada za grosz. Ucieczka z kraju kobiet jest tym, co dzieje się gdy brodacz otrzymuje całkowicie wolną rękę w kwestii ekspresji artystycznej, a na jego drodze nie stają takie pierdoły jak profesjonalny redaktor, komercyjne wydawnictwo czy poczucie obciachu. W toku lektury towarzyszył mi ten rodzaj cierpienia, który powoduje macanie językiem krosty na podniebieniu. Człowiek wie, że zaboli i będzie tego żałował, ale po prostu nie jest w stanie się powstrzymać, bo to silniejsze od niego. 

Fabuła Ucieczki rozgrywa się w Warszawie bliżej nieokreślonej przyszłości, w której do absolutnej władzy nad światem doszły kobiety. Mężczyźni zepchnięci zostali do roli niewolników trzymanych w nieludzkich warunkach w celach prokreacyjnych, egzotycznych ciekawostek oraz niewolniczej siły roboczej. Przed tym terrorem bronią się jedynie na wpół mityczne Wyspy Szczęśliwe, położony w niezidentyfikowanym miejscu kuli ziemskiej niewielki archipelag. Panuje na nich libertariańsko pojmowana wolność i prawdziwa równość między płciami. Grupka dziewcząt, przy współudziale życzliwych konfidentek, postanawia uwolnić kilka męskich egzemplarzy z ogrodu zoologicznego i uciec z nimi do tego raju. I to robią. Koniec. To jest dosłownie cała fabuła tej liczącej nieco ponad dwieście stron powieści. 

No dobrze, nie cała – spora część środkowej części poświęcona jest osobie niejakiej Franceski Karbon, transpłciowej funkcjonariuszki opresyjnego systemu, która ściga główne bohaterki aż do samego końca, gdzie zostaje przez nie odkryta, przeciągnięta na ich stronę i… eee… nagle uznaje, że jednak jest cis mężczyzną choć wcześniej konsekwentnie w dialogach i wewnętrznych monologach zawsze myślała o sobie jak o kobiecie i generalnie nie pojawiły się żadne wątpliwości co do jej płci. 

Zdecydowana większość faktycznej treści książki poświęcona jest opisom świata przedstawionego. Budowa spójnego uniwersum o zrozumiałej historii, funkcjonowaniu społecznym i gospodarczym, indywidualnym rysie kulturowym i czytelnym ukazaniu mechanizmów, które sprawiają, że ludzie męczą się w tym systemie to podstawa dobrej dystopii. Podstawa, w której Ucieczka spektakularnie zawodzi. Całość jest bowiem zlepkiem wielu popularnych w środowiskach konserwatywnych mitów oraz stereotypów na temat obyczajowego liberalizmu oraz feminizmu. Mamy zatem przepisywanie historii na herstorię, prześladowanie białych heteroseksualnych mężczyzn, cenzurę niewłaściwego języka i tak dalej, i tak dalej… 

Zacznijmy od herstorii, bo to wątek na tyle dla autora istotny, że został wspomniany na blurbie z tyłu okładki. Większość z Was przyszła tu dla beki, ale ja mam zamiar wykorzystać tę okazję, by przemycić nieco faktycznej wiedzy. Herstoria to pojęcie z zakresu feminizmu drugiej fali wymyślone i spopularyzowane w latach siedemdziesiątych przez amerykańską poetkę i aktywistkę Robin Morgan. Współcześnie ma ono kilka różnych, częściowo pokrywających się znaczeń. Pierwotnie oznaczało inną perspektywę badawczą historii – skupioną na pracy i dokonaniach kobiet, ich roli w wydarzeniach. Te aspekty badań historycznych były wcześniej bagatelizowane, a przecież kobiety istniały zawsze i zawsze miały wkład w rozwój cywilizacji oraz wydarzenia o historycznym znaczeniu. Do bardzo niedawna akademicka praca historyczna była niemal wyłącznie domeną mężczyzn, którzy z oczywistych powodów patrzyli na historię z męskiej perspektywy. Doprowadziło to do wielu białych plam spowodowanych niekoniecznie tym, że brakuje nam jakichś historycznych zapisów, ale tym, że nikomu nie przyszło do głowy, że „kobiece” sprawy na przestrzeni dziejów mogą być istotne. 

Skoro już o tym mowa, sama definicja „wydarzenia o znaczeniu historycznym” może się mocno zmienić, jeśli zaczniemy myśleć o historii herstorycznie. Budowanie społeczności, praca koordynacyjna, dbanie o zachowywanie tradycji na przestrzeni dziejów bardzo często było domeną kobiet. Te zjawiska – rozłożone w czasie i mniej spektakularne niż wojny czy powstania – były kluczowe w kształtowaniu się dziejów. Herstoria może nam zatem dostarczyć pełniejszego obrazu tego, co było przed nami oraz pozwolić zrozumieć zjawiska, których w przeciwnym wypadku nie bylibyśmy w stanie nawet zarejestrować. Praca kobiet na przestrzeni dziejów często była bagatelizowana albo ignorowana i nie jest to jakieś kontrowersyjne spostrzeżenie. Nawet Robert E. Howard, autor opowiadań i powieści o Conanie Barbarzyńcy, był w stanie dokonać tej refleksji. Przyznam, że na swój sposób bawi mnie to, jak amerykański rasista żyjący sto lat temu posiadał mądrzejszą, bardziej progresywną opinię o feminizmie niż wielu współczesnych polskich pisarzy fantastyki. 

Czym jest bowiem herstoria w powieści Wanga? Orwellowskim przepisywaniem historii celem wymazania z niej mężczyzn, przepoczwarzenia historycznych figur w kobiety oraz całkowitej negacji jakichkolwiek osiągnięć mężczyzn na jakimkolwiek polu. Autor nie przedstawia wiarygodnego (ani w ogóle jakiegokolwiek) procesu, który doprowadził do tej sytuacji. Wiadomo jedynie, że trwa ona od co najmniej trzystu lat, bo mniej więc wtedy zrestartowano kalendarz. Powieść nie dostarcza prawie żadnych opisów postępowania tego procesu, nie mamy pojęcia jak społeczeństwo funkcjonuje na poziomie ekonomicznym, w jaki sposób rozwiązano logistykę związaną z prokreacją, podziałem ról społecznych… 

Co ciekawe, otrzymujemy sporo informacji odnośnie tego, jak wygląda rzeczywistość świata przedstawionego, ale te informacje nie składają się na obraz tego, w jaki sposób ona działa. Wiemy, że mężczyzn trzyma się w klatkach w zoo, ale właściwie czemu? Nie są wymierającym, rzadkim albo trudno dostępnym gatunkiem, to po prostu obywatele drugiej kategorii. W kwestii prokreacji dowiadujemy się, że dla wysoko postawionych funkcjonariuszek istnieją ekskluzywne burdele z mężczyznami, gdzie nielegalnie, za dużą sumę pieniędzy otrzymać można spermę celem zajścia w ciążę, ale narrator nie wspomina jaka jest legalna alternatywa. A jakaś być musi, skoro nowe pokolenia regularnie pojawiają się na tym świecie. Tego typu dziur i nieścisłości jest w Ucieczce zatrzęsienie. W pewnym momencie przestałem zwracać uwagę na to, jak ostentacyjnie nie klei się przedstawiona w Ucieczce rzeczywistość. To po prostu kolejny strumień świadomości pisarza, którego obchodzi wyłącznie krytyka nielubianych zjawisk społecznych i jeśli ta krytyka nie składa się w spójny obraz – tym gorzej dla obrazu. 

Najdziwniejszy jest w tym wszystkim język, którym napisana została Ucieczka z kraju kobiet. Co zaskakujące, pod tym względem nie jest to najgorsza książka z nurtu prawicowej fantastyki, jaką czytałem, jest po prostu… dziwna. Narrator już od pierwszych akapitów uderza w pozytywistyczne tony, malownicze opisy przyrody i otoczenia, kwieciste porównania i długie dygresje. Daje to niezamierzony efekt komiczny, gdy tego typu stylu używa do opowiedzenia historii o brutalnej opresji przez autorytarny system społeczny. Dialogi są okropne, ale na szczęście nie ma ich zbyt wiele. Autor regularnie wplata w nie losowe wyrażenia z łaciny, włoskiego, francuskiego i innych języków obcych. Równie często wrzuca aforyzmy i fragmenty wierszy. Rzadko kiedy ma to jakikolwiek sens i tylko wzmacnia wrażenie, że czytelnik ma do czynienia z literacką wersją płonącego śmietnika. 

Późniejsze sceny są po prostu… surrealistyczne. W drodze na Wyspy Szczęśliwe (grubo ponad jedna trzecia książki, gdy bohaterowie siedzą na barce i nic się nie dzieje) postacie jakby degenerują się do mentalnego stanu dziecka. Zaczynają skakać, bawić się w chowanego i dokazywać sobie w sposób budzący skojarzenia z przedszkolnym placem zabaw. A bohaterami – o ile można tak nazwać postacie bez osobowości, indywidualnych wątków i charakterów – Ucieczki są prawie dorosłe młode kobiety oraz mężczyźni w niesprecyzowanym, ale prawdopodobnie podobnym wieku. 

O dziwo powieść prawie w ogóle nie posiada opisów seksualnych zbliżeń. Piszę „o dziwo” bo to w nurcie prawicowej fantastyki bardzo powszechny motyw. Autorzy lubują się w malowniczych opisach ekscesów seksualnych dokonywanych przez feministki na biednych, zdominowanych mężczyznach, a często i na sobie nawzajem. Zdaje się, że to Krzysztof Varga zauważył, iż prawicowi pisarze właściwie nigdy nie opisują waniliowych miłosnych uniesień poślubionych sobie małżonków starających się o dziecko w akcie uświęconej sakramentem prokreacji, jak pan Bóg przykazał. Nie – to zawsze jest jakaś upiorna wersja sado-maso z lewicowymi feministkami w rolach głównych czy inne fetyszystyczne, często przemocowe akty seksualne, ociekające szczegółami i rozpisane na dziesiątki akapitów. 

Wang z tego rezygnuje i prawdopodobnie była to najlepsza decyzja, jaką podjął w toku pisania Ucieczki. Jedyna otwarcie nacechowana seksualnie scena zawarta w książce przedstawia grupkę rozochoconych dziewcząt obnażających się w ogrodzie zoologicznym przed trzymanym w akwarium mężczyzną, doprowadzając go tym samym do wytrysku, którym zanieczyścił szybę oddzielającą go od reszty świata. Pozostałe sceny erotyczne najczęściej są pomijane albo tylko sugerowane. Co jest dziwne, bo tematycznie powieść – chyba – stara się kreślić kontrast między opresyjnym autorytarnym liberalizmem (wiem jak to brzmi, ale autor sobie wymyślił opresyjny liberalizm i bynajmniej nie jest to jedyny, ani nawet największy, paradoks świata przedstawionego) oraz równościowym libertarianizmem. W tym pierwszym seks jest najczęściej przemocowy, pozostawiony w domniemaniu, ale istnieje. W tym drugim istnieje wyłącznie platoniczna miłość, choć w epilogu rozgrywającemu się wiele lat później pojawiają się dzieci, więc jakaś forma prokreacji też musi istnieć. 

Morały tej książki są dziwaczne. Pozytywny obraz społeczeństwa Wysp Szczęśliwych wygląda w taki sposób, że prawo nie istnieje i każda osoba może zamieszkać sobie na tej wysepce, na której podoba im się najbardziej. Generalnie panuje tam wolna amerykanka. Dwoje bohaterów przed zejściem z pokładu dostaje pistolet, by bronić swojej libertariańskiej wolności przed innymi mieszkańcami. Niedługo później uciekają z wyspy, na której sąsiedzi chcieli ich otruć. W treści jest to przedstawione nawet nie jako próba zniuansowania sytuacji i pokazania, że absolutna wolność może mieć absolutną cenę, ale jako naturalny – być może nawet pożądany – rezultat wolnego społeczeństwa. 

I naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić czy autor jest twardogłowym konserwatywnym libertarianinem i naprawdę w to wierzy, czy może miał na myśli coś zupełnie innego, ale nie był w stanie przekazać tego za pomocą prozy. Właściwie cała książka wygląda w taki sposób. Nawet z Lisickiego udało mi się wycisnąć jakiś zestaw mniej więcej spójnych tez, z którym byłem w stanie wejść w merytoryczną polemikę. Ucieczka z kraju kobiet tak bardzo nie jest w stanie przekazać niczego zrozumiałego, że nie wiedziałbym nawet od czego zacząć. 

Weźmy choćby kwestię Franceski Karbon. Nie mam najmniejszego pojęcia czy autor w ogóle wie o istnieniu osób trans i wątek jej odrzucenia kobiecości świadomie ma podłoże transfobiczne? Czy to jakaś zbyt mocno wbudowana w tekst metafora kobiecości dominującej nad mężczyznami tak mocno, że literalnie każe im żyć życiem kobiet? Czy Francesca jest w ogóle trans kobietą? Książka dostarcza nam sporych fragmentów, w których ta bohaterka prowadzi monologi wewnętrzne i obserwujemy świat jej oczami. Zawsze konsekwentnie myśli o sobie jak o kobiecie. Z drugiej strony niewykluczone, że autor wprowadził ten zabieg wyłącznie po to, by ujawnienie męskości Franceski było bardziej szokującym, niespodziewanym zwrotem akcji. Każda z tych opcji jest bezdennie głupia i obraźliwa. Mój problem polega na tym, że nie potrafię stwierdzić, która z nich jest częścią budowanej przez Wanga narracji, co sprawia, że nie mam pojęcia, z którym rodzajem głupoty powinienem w tym przypadku polemizować. 

Ucieczkę z kraju kobiet kupiłem z drugiej ręki, na Allegro. Dzięki temu jej autor nie otrzymał ode mnie ani złotówki. Wyrzuty sumienia dręczyły mnie jednak mimo wszystko, wpłaciłem zatem równowartość okładkowej ceny na rzecz organizacji Centrum Praw Kobiet. Oczywiście nikomu nie polecam zakupu, ale jeśli już musicie – proszę, rozważcie równoczesne finansowe wsparcie wybranej przez Was organizacji działającej na rzecz kobiet. Właściwie to rozważcie nawet jeśli nie chcecie kupić tej książki. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nawet po tej recenzji ma ochotę na sprawdzenie, jak zła może być prawicowa literatura fantastyczna. Rozumiem ten sentyment, gdybym sam mu zresztą nie uległ, nie byłoby tej blognotki. Tym niemniej, naprawdę nie warto, bo poza wszystkimi wymienionymi wyżej rzeczami powieść Dominika Wanga jest najzwyczajniej w świecie nudna. 

To kolejna rzecz, która łączy „brodatą” fantastykę. Jej autorzy tak bardzo chcą skrytykować nielubiane procesy i zachowania społeczne, że całkowicie zapominają przy tym, iż piszą literaturę, która powinna czytelników zaangażować na jakimś poziomie – emocjonalnym, intelektualnym, artystycznym. Czytanie brodatej fantastyki dla zdrożnej przyjemności obcowania ze złą literaturą może wydawać się kuszące, jeśli znamy tę literaturę wyłącznie z co bardziej mięsistych kawałków wrzucanych na media społecznościowe przez śmieszków mojego pokroju. W istocie najczęściej jest to jednak droga przez mękę, bo autorzy szybko wytracają impet i w okolicach drugiego aktu uświadamiają sobie, że wystrzelali już najgrubszą amunicję, a zostało im jeszcze jakieś siedemdziesiąt procent książki do napisania. Zwykle kończy się to paskudnym ugrzęźnięciem fabuły na jakichś wertepach, a zakończenie zamiast być logiczną konkluzją całości przypomina raczej ukręcenie łba wiodącej donikąd historii. Nie inaczej jest w przypadku Ucieczki. 

Naprawdę nie mam pojęcia, jak powinienem skonkludować tę blognotkę. To jest dokładnie tego typu książka, jakiej się spodziewałem. Ten typ złej literatury rodzącej się z ignorancji, zacietrzewienia i braku samokrytycyzmu, którego lektura przynosi czytelnikowi zdrożną masochistyczną rozkosz. Bardzo zła książka. Nie polecam nikomu. Jeśli jednak mimo wszystko upieracie się, by ją kupić, to mam do Was jedną prośbę – zaraz po opłaceniu przesyłki wpłaćcie drobną sumę pieniędzy na Centrum Praw Kobiet. Jeśli nie z dobroci serca, to przynajmniej z mściwej satysfakcji względem autora.

piątek, 5 czerwca 2020

Animorphs. 36 - The Mutation

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.


The Mutation to trzydziesty szósty tom serii i zarazem jedenasty, którego narratorem jest Jake. Jest to również dziesiąty tom, którego autorem jest nie Katherine A. Applegate (oraz jej mąż), tylko wynajęty przez wydawnictwo Scholastic autor widmo. Tym razem za pióro chwyciła Erica Ferencik, amerykańska stand-uperka, pisarka i scenarzystka. Jej portfolio nie prezentuje się jakoś szokująco jeśli chodzi o ilość napisanych rzeczy, ale autorce zdarzyło się pracować, między innymi, przy programie Davida Lettermana, a kilka jej tekstów zyskało umiarkowaną rozpoznawalność i wygrało parę nagród. Jak na autorkę widmo Animorphs to zdecydowanie niezłe osiągnięcie. Ferencik (w czasie pisania The Mutation posługująca się nazwiskiem Erica Bobone) stworzyła tylko jedną pozycję z tego cyklu i, prawdopodobnie, tylko raz pracowała jako autorka widmo. Ciekawie więc będzie sprawdzić, jak udał się ten eksperyment.

I jeszcze, zanim zaczniemy. Jak pewnie pamiętacie, poprzedni tom głównej serii zakończył się cliffhangerem wiodącym do pobocznej książki, w której dzieją się umiarkowanie istotne dla rozwoju fabuły rzeczy. Mimo wszystko uznałem, że będę trzymał się pierwotnego planu i opisywał wyłącznie numerowane odsłony cyklu. Pozostałe – prequele, spin-offy, książki poboczne i rozmaite dodatki – zostawię sobie na deser, gdy dotrę już do finału całości. Bez obaw, postaram się dostarczyć niezbędny kontekst w chwilach, w których będzie to wymagane do zrozumienia sytuacji. Jeśli ktoś czytający moje blognotki jest purystą… cóż, cyfrowe wersje całej serii są powszechnie dostępne za darmo w Internecie, przy aktywnej aprobacie autorki oraz milczącym przyzwoleniu wydawnictwa Scholastic. Zapraszam do samodzielnego uzupełniania białych plam.

Powieść otwiera scena, gdy do Jake’a o trzeciej w nocy dzwoni Cassie. Dziewczynę dręczą koszmary, ponieważ… no cóż, ponieważ przez kilka ostatnich miesięcy przeżyła tyle traumatycznych wydarzeń, że równo obdzielone doprowadziłyby do załamania nerwowego cały pluton wojskowy. Jake postanawia wykorzystać ostatnie nocne godziny by ją odwiedzić. Na miejscu – w międzyczasie następuje obowiązkowe streszczenie poprzednich przygód i nakreślenie kontekstu całej serii – spotyka Cassie oraz Toby Hamee, pierwszą od lat przedstawicielkę Hork-Bajir narodzoną na wolności. Historia emancypacji Hork-Bajirów od dłuższego czasu był stosunkowo istotnym wątkiem pobocznym serii. W stodole – tradycyjnym miejscu spotkania Animorphów – obecny jest również ojciec Toby oraz inny, genetycznie zmodyfikowany Hork-Bajir, który wyraźnie cierpi z niedotlenienia. Visser Trzy, jak się okazuje, prowadził eksperymenty genetyczne na zniewolonych Hork-Bajirach celem przystosowania ich do działania pod wodą i dobrania się w ten sposób do zanurzonego w oceanicznych głębinach statku Pemalitów (to ci od androidów spod znaku Ereka Kinga). Poprzednia próba – w tomie The Exposed – zakończyła się porażką, więc to dobra okazja do odgrzania tego fabularnego kotleta.

Eksperyment jednak się nie powiódł, więc Visser rozkazał Yeerkom opuścić ciała obiektów doświadczalnych i rzucić je na pożarcie Taxxonom. Jeden ocalał i udało mu się odnaleźć wolnych Hork-Bajirów. To dopiero drugi rozdział, a już mamy na koncie eksperymenty na niewolnikach, tortury, masowe morderstwo, kanibalizm i body horror. Zabawne, do tej pory ta nonszalancka hardkorowość Animorphs powinna mnie już przestać zaskakiwać, a jednak nadal to robi.

Zmodyfikowany Hork-Bajir umiera, ponieważ młoda nastolatka umiarkowanie zainteresowana weterynarią najzwyczajniej w świecie nie jest w stanie pomóc nieudanemu eksperymentowi genetycznemu stworzonemu przez naukowców z kosmosu. Niedługo później cała ekipa spotyka się w tym samym miejscu, by omówić to zdarzenie. Wypływa też informacja, że Yeerkowie posiadają nowy uniwersalny pojazd będący w stanie podróżować w morskich głębinach bez ryzyka wykrycia przez Ziemian. A umożliwienie im położenia łap na technologii Pemalitów nie wchodzi w rachubę. Bohaterowie dyskutują nad morphem, który pozwoli im dostać się na statek Pemalitów przed Yeerkami. Cassie, ku zaszokowaniu Jake’a, oznajmia, że powinni rozwalić nowy statek Yeerków w drobny mak (w domyśle – z całą załogą na pokładzie) za to, co zrobili Hork-Bajirom.

Dziewczyna proponuje wybrać się o ogrodu zoologicznego, w którym pracują jej rodzice i pobrać morpha pozyskanej niedawno orki.  Jest przy tym wyraźnie wstrząśnięta tym, do czego posunęli się Yeerkowie. Bohaterowie patrolują teren nad basenem Yeerków. Udaje im się wypatrzeć zaparkowany nieopodal (zamaskowany kamuflażem) statek, który Yeerkowie planują wykorzystać w celu odzyskania technologii Pemalitów. Pojazd odlatuje i Jake niemal zakleszcza się w formie ptaka, próbując doścignąć go i wyśledzić. Na szczęście udaje mu się przemorphować w orkę zanim utonął. Przez pewien czas Jake i Sea Blade (jak Yeerkowie nazwali swój statek) bawią się w głębinowe chowanego. W międzyczasie reszta Animorphów dołącza do niego i udają się we wspólny pościg. Statek dostrzega ich i atakuje. Ginie jedna z dzikich ork, która towarzyszyła dzieciakom w podróży, myląc je z prawdziwymi orkami. Jake dość mocno obrywa, ale na szczęście obywa się bez katastrofy. Całość przypomina raczej desperacką szamotaninę, jednak udaje im się uszkodzić Sea Blade. Statek wpada w ręce… jakichś dziwacznych, tajemniczych podmorskich istot, z którymi Animorphy nie miały dotąd do czynienia.

Bohaterowie zmieniają się w rekiny młoty i ruszają w pościg za tajemniczymi istotami. Natrafiają na podwodne cmentarzysko wraków statków. Okazuję się – i nie robię sobie w tym momencie jaj – że w oceanicznych głębinach naszej planety żyje sobie cała cywilizacja inteligentnych istot. Animorphy zostają schwytane i dostarczone przed oblicze królowej tej dziwnej amfibiczej rasy. Okazuje się, że cywilizacja – która najpewniej zainspirowała legendy o Atlantydzie – powstała w rezultacie powolnego zanurzania się zamieszkiwanej przez nią wyspy w oceanie. Wyspiarze zamiast migrować na stały ląd budowali coraz wyższe mury wokół nabrzeża i rozwijali inne sposoby na odepchnięcie wody, aż w końcu stworzyli technologię i społeczeństwo, dzięki któremu ich kultura mogła przetrwać pod wodą. Szczęściem Ax natychmiast podważa tę historyjkę jako oczywisty mit, bo coś takiego ciężko by mi było kupić nawet w tej serii książkowej.

Królowa chce wykorzystać technologię ze statku Yeerków celem podbicia powierzchni planety. Przesłuchuje Animorphów, by wyciągnąć z nich informacje o tym, co się tak właściwie dzieje i jak grupce dzieciaków z powierzchni udało się okryć podwodne miasto, po czym więzi. Ax teoretyzuje, że podwodna cywilizacja jest na skraju upadku z powodu chowu wsobnego. To sprawia, że są naprawdę zdesperowani i będą próbowali za wszelką cenę dokonać ekspansji na powierzchnię. Bohaterowie decydują się odbić statek Yeerków i zniszczyć go. Podwodniaki zabierają Animorphy do kliniki, by pokroić je na narządy (czy coś w tym rodzaju, narracja nie do końca to precyzuje), ale na szczęście Tobias – który zgubił się w międzyczasie – przybył im na ratunek. Bohaterowie wdają się w walkę z tubylcami i porywają Sea Blade.

Wewnątrz natykają się Vissera Trzy, który najwyraźniej siedział na pokładzie przez cały ten czas (gwoli uczciwości – Ax teoretyzował wcześniej, że mogą go tam spotkać). Animorphy zawiązują z nim chwilowy sojusz celem odparcia nacierających sił wroga i wydostania się na powierzchnię. Udaje im się to, po drodze następuje oczywisty rozłam i starcie z Visserem zakończone oczywistym remisem i… książka się kończy.

Powiem tak – to był bardzo zły tom. Posunę się do stwierdzenia, że najgorszy z dotychczasowych w serii. Przedstawienie kolejnego fantastycznego elementu uniwersum nie jest niczym złym, o ile ten element stanowi część większej, spójnej całości. Starożytna podwodna cywilizacja zmutowanych ludzi jej nie stanowi. To dziwaczny, zupełnie zbędny motyw, który nie pasuje do reszty serii i nigdy więcej nie zostaje nawet wspomniany. Sama Applegate (która stworzyła ogólny zarys fabuły) przyznała później, że najzwyczajniej w świecie zaczęło jej już brakować pomysłów na kolejne tomy. Cóż, to widać – The Mutation naszpikowane jest kliszami fabularnymi, niczego nie wnosi do ogólnej narracji i nie przedstawia żadnych istotnych wydarzeń.

Samo w sobie nie byłoby to może takie złe, gdyby powieść była lepiej napisana. A nie jest. Ferencik to zdecydowanie najgorsza do tej pory autorka widmo. Odnoszę wrażenie, że nie czytała żadnych poprzednich książek z cyklu, a jedynie streszczenia i dokumenty podsumowujące charaktery każdej z postaci, bo Animorphy przypominają tu uproszczone karykatury samych siebie. Nie mają między sobą żadnych interesujących interakcji, ich zachowania często wykraczają poza to, do czego przyzwyczaili nas poprzedni autorzy (krwiożercza Cassie domagająca się zemsty to coś, co w dzisiejszych czasach skończyłoby jako mem) i nie nabywają żadnych doświadczeń, które pogłębiałyby ich sylwetki charakterologiczne. Całość przypomina bardzo słaby fanfik, którego nie tknęło redaktorskie oko. Co mogło być zresztą prawdą, bo animorphowa linia wydawnicza od początku nękana była niedoróbkami – a era autorów widm jedynie pogłębiła chaos. Słowem – można sobie darować.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...