piątek, 30 kwietnia 2021

Przemoc. Max Weber


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


Nikt nie jest przeciwko przemocy.

Wiem, jak to brzmi. I zdaję sobie sprawę, że aby to, co przed chwilą powiedziałem miało sens, potrzebna jest cała masa dodatkowego kontekstu. Właśnie dlatego nie piszę twitta czy komentarza na Facebooku, ale nagrywam piętnastominutowy wideoesej na YouTube. I mam nadzieję, że znajdziecie w sobie dostatecznie wiele dobrej woli, by wysłuchać go do końca, zanim napiszecie komentarz. Z góry dziękuję.

Nikt nie jest przeciwko przemocy. Jestem pewien, że wiele osób w pierwszym odruchu się ze mną nie zgodzi. Lubimy myśleć o sobie jako o osobach moralnych, sprzeciwiających się i potępiających każdy akt przemocy. Jestem pewien, że gdybym zapytał dziesięć losowych osób, czy są przeciwko każdej przemocy, wszystkie odpowiedziałyby bez wahania, że tak, zdecydowanie. Problem polega jednak na tym, że w ten sposób każda z tych osób by skłamała. Okej, kłamstwo jest tu może zbyt dużym słowem, bo zakłada umyślne wprowadzanie w błąd. Tymczasem skłonny jestem przyjąć, że każda osoba, która twierdzi, że jest przeciwko przemocy, mówi to szczerze. Problemem jest jednak fakt, że istnieją rodzaje przemocy, o których zwykle nie myślimy w takich kategoriach. A według mnie, powinniśmy.

Zanim jednak przejdziemy dalej, zdefiniujmy słowo „przemoc”. Według Słownika Języka Polskiego PWN przemoc to „przewaga wykorzystana w celu narzucenia komuś swojej woli, wymuszenia czegoś na kimś.” To bardzo zwięzła i precyzyjna definicja. Nieco dłuższą definicję proponuje Światowa Organizacja Zdrowia, według której przemoc to:

Celowe użycie siły fizycznej lub władzy, sformułowane jako groźba lub rzeczywiście użyte, skierowane przeciwko samemu sobie, innej osobie, grupie lub społeczności, które prowadzi do wysokiego prawdopodobieństwa spowodowania obrażeń cielesnych, śmierci, szkód psychologicznych, wad rozwoju lub braku elementów niezbędnych do normalnego życia i zdrowia.

Obie te definicje są właściwie i to nimi będę się posługiwał, mówiąc o przemocy. Warto w tym miejscu wprowadzić pewne rozróżnienie między przemocą i agresją. Agresję odróżnia od przemocy brak celowości i przemyślanego działania – dzikie zwierzę albo człowiek który nie panuje nad sobą, który atakuje nas z jakiegoś powodu nie robi tego z rozmysłem. Nawet jeśli używa przemocy, by osiągnąć jakiś cel, na przykład przepędzić nas z jakiegoś miejsca, nie mamy gwarancji, że po osiągnięciu tego celu przestanie być agresywny i zostawi nas w spokoju. Ujmując to inaczej – przemoc, to agresja, którą od początku do końca trzymamy na smyczy.

Dla uczciwości muszę też podkreślić, że bardzo często przemoc ma dość nieostre granice. Szczególnie w przypadku takich form przemocy jak przemoc psychologiczna albo emocjonalna. Jeśli wywieram na kimś psychiczną presję, to jak daleko mogę posunąć się w tym wywieraniu, by nie zmieniło się ono w przemoc? Wszystko oczywiście zależy od wielu różnych czynników i każda sytuacja jest inna, warto jednak o tym pamiętać. Jest to coś, o czym ja sam często myślę w moich interakcjach z innymi ludźmi i do czego zachęcam również wszystkich innych.

No dobrze, ale o co właściwie chodzi? Jak przemoc może być dobra? No cóż, jeśli podbiegnę do starszej pani, która właśnie odchodzi od bankomatu, uderzę ją w twarz i wyrwę jej torebkę, będzie to akt przemocy w celu zaboru mienia, zgadza się? Zgadza się. Ale jeśli na ten widok ktoś inny podbiegnie do mnie, uderzy mnie w twarz i wyrwie mi torebkę, by odebrać to mienie i zwrócić je jej pierwotnej właścicielce, to również będzie akt przemocy. Wyjęte z kontekstu oba te akty przemocy wyglądają tak samo – w obu doszło do uderzenia drugiej osoby i odebrania jej przedmiotu, którego nie chciała oddać. Oba są aktami przemocy. Kontekst sprawia jednak, że jeden z tych czynów ocenimy negatywnie, a drugi pozytywnie.

Ktoś może intuicyjnie powiedzieć, że ten drugi akt – uderzenie kogoś i wyrwanie mu torebki, by odzyskać skradzioną własność i oddać ją osobie, która została z niej okradziona – nie jest przemocą. Problem polega na tym, że… owszem, jest. Nie myślimy o nim jak o przemocy, ponieważ jest to coś, z czym (mam nadzieję) wszyscy się zgadzamy, że było to słuszne postępowanie, a wszyscy mamy głęboko wdrukowane, że przemoc jest zła, więc pojawia się dysonans. Nie zmienia to jednak faktu, że takie działanie dokładnie wpisuje się w obie te definicje przemocy, które przetoczyłem chwilę temu. Jest to przewaga wykorzystana w celu narzucenia komuś swojej woli, konkretnie – wymuszenia na kimś oddania skradzionej rzeczy. Jest to celowe użycie siły fizycznej na innej osobie, które prowadzi do spowodowania obrażeń cielesnych.

Jeśli w tym momencie myślicie, że w takim wypadku potrzebujemy lepszej definicji przemocy, to – po pierwsze, zgadzam się w stu procentach, ale obawiam się, że sprawa nie jest taka prosta. W przywołanym przeze mnie przykładzie pojawiły się dwa akty przemocy. I oba wyglądają identycznie. W obu zachodzi do tych samych czynów (uderzenie kogoś i zabranie mu torebki), oba mają takie same cele (odebranie torebki) i takie same rezultaty (ktoś jest uderzony i odebrano mu rzecz, którą wcześniej posiadał). Tym, co sprawia, że jeden z nich jest odbierany pozytywnie, a drugi negatywnie nie jest sam czyn. Jest nim kontekst, w jakim się odbywa – kto jest ofiarą przemocy i w jakim celu ten konkretny akt przemocy jest wykonywany.

Konteksty są jednak śliską i skomplikowaną sprawą. Osobiście nie wydaje mi się, by mądrym było założenie, że każdy akt przemocy odbywający się ze szlachetnych pobudek i w szlachetnym celu automatycznie przestaje być przemocą. Wiem, że bardzo wielu ludzi odruchowo tak właśnie uważa. Sam przez bardzo długi czas współdzieliłem to intuicyjne rozróżnienie. Dzisiaj jednak zdecydowanie bardziej przemawia do mnie założenie, że przemoc jest czymś, co powinniśmy traktować z podejrzliwością i bardzo ostrożnie. Nawet jeśli zgadzamy się, że jakaś konkretna forma przemocy jest złem koniecznym.

W trakcie researchu do tego materiału natrafiłem na jeszcze jedną, interesującą definicję przemocy pochodzącą do sprawy z ciekawej strony. Została przedstawiona przez autora kanału PBS w dwa tysiące szesnastym roku i brzmi ona „Przemoc to odebranie komuś wyboru”. Podoba mi się w tej definicji fakt, że – w przeciwieństwie do poprzednich wymienionych przeze mnie definicji – skupia się nie na osobie, która dopuszcza się aktu przemocy, ale na osobie albo osobach, które przemocy doświadczają i to przez ich pryzmat interpretuje cały proces. Warto pamiętać o tym, że aby doszło do aktu przemocy, muszą w nim uczestniczyć co najmniej dwie osoby – sprawca i ofiara. Jeśli ktoś z własnej woli krzywdzi samego siebie, z zasady nie jest to przemoc, tylko agresja. Autoagresja.

Oczywiście muszę zaznaczyć, że każda definicja, którą tu przytoczyłem jest niedoskonała. Nasze rozumienie przemocy jest bowiem konstruktem społecznym – czymś co istnieje, ale czego znaczenie w dużej mierze podlega interpretacji i te interpretacje mogą się różnić w zależności od tego, z której strony spojrzymy na tę sprawę. To sprawia, że nasze rozumienie przemocy jest nieesencjonalne – nie da się stworzyć idealnej, uniwersalnej definicji przemocy, która wyznaczy precyzyjną granicę co jest przemocą, a co nią nie jest. Najlepsze, co możemy zrobić w tej sytuacji, to spojrzeć na sprawę z możliwie wielu perspektyw, by mieć jak najlepsze jej zrozumienie i starać się funkcjonować na podstawie tego zrozumienia.

No dobrze, skoro w ogólnych zarysach, ustaliliśmy już, o czym dziś mówimy, przejdźmy w końcu do rzeczy. Przemoc jest niesamowicie szerokim i skomplikowanym zagadnieniem. Tym razem zajmiemy się jednak jego bardzo drobnym wycinkiem.

Maximilian Karl Emil Weber, filozof, socjolog i historyk żyjący na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, wskazał i opisał bardzo interesującą obserwację dotyczącą przemocy. W swojej książce wydanej w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku, Polityka jako zawód i powołanie Weber zwrócił uwagę na fakt, iż przemoc – a konkretnie, monopol na systemowe używanie przemocy – jest podstawą każdego nowoczesnego państwa.

Co jest prawdą. Niektórzy ludzie mogą twierdzić, że żyjemy w społeczeństwie potępiającym wszelkie formy przemocy, ale prawda jest znacznie bardziej skomplikowana. Takie organizacje jako policja czy wojsko używają przemocy, by – w teorii – pilnować porządku wewnątrz państwa oraz dbać o jego interesy poza jego granicami. Straż graniczna przemocą powstrzymuje ludzi przed nieuprawnionym wkroczeniem do kraju. Straż więzienna przemocą trzyma w zakładach karnych ludzi, co do których sąd uznał, że powinni tam przebywać.

Nie zawsze tak było. W czasach feudalnych prawo to było rozproszone między wasali, którzy służyli królowi, ale poza tym mieli wolną rękę w kwestii tego, wobec kogo używają przemocy i w jakim stopniu to robią – nawet jeśli robili to między sobą, wobec innych wasali tego samego króla. Poza tym istniała również instytucja kościoła, która też dzierżyła prawo do używania przemocy, na przykład wobec heretyków lub innowierców. Dopiero z czasem, gdy krystalizowały się idee nowoczesnej państwowości, przemoc w coraz większym stopniu znajdowała się w rękach scentralizowanej władzy. I to ta władza miała – i nadal ma – monopol na przemoc.

Istnieje wiele teorii na temat tego, czym właściwie jest państwo. Według Webera, kluczowym czynnikiem definiującym państwo jest właśnie rządowy monopol na używanie przemocy. Monopol oznacza w tym kontekście wyłączne prawo do decydowania, kto może używać przemocy, w jakim stopniu i w jakim celu.

Wspomniałem już o takich organizacjach jak policja, wojsko czy straż graniczna. Przedstawiciele tych zawodów w ramach swoich obowiązków służbowych mają prawo do używania przemocy wobec innych ludzi. W idealnej sytuacji dzieje się to wyłącznie wtedy, gdy ta przemoc służy zapobiegnięciu innej, większej przemocy. Czy tak się dzieje w praktyce, to… już zupełnie inne pytanie. Pytanie, na które zdecydowanie nie powinniście odpowiadać w sekcji komentarzy.

Warto o tym pamiętać, szczególnie w świetle tego, o czym mówiłem wcześniej – większość z nas odruchowo nie myśli o działaniach organizacji państwowych w kategoriach przemocy. A to może prowadzić do bardzo dziwnych konstrukcji myślowych. Jeśli osoba cywilna kogoś zamorduje, nazywamy ją mordercą. Jeśli policjant, w mundurze, w czasie wykonywania obowiązków służbowych, kogoś zamorduje… część osób, duża część osób, zacznie desperacko szukać usprawiedliwienia tego morderstwa. Na przykład demonizując zamordowaną przez policjanta osobę, przywołując argumenty równi pochyłej i generalnie robiąc wszystko, by uznać to zdarzenie za właściwe. Nawet jeśli w ewidentny sposób takim nie jest.

I, na poziomie emocjonalnym, to ma sens. Lubimy myśleć, że żyjemy w sprawiedliwym świecie i jeśli będziemy przestrzegać prawa, nic nam nie grozi. Dlatego gdy stróże tego porządku rzeczy zrobią coś ewidentnie niewłaściwego, wielu i wiele z nas woli nie nazywać tego przemocą ani nie traktować tego jako przemoc i interpretować tę sytuację na korzyść sprawcy, nawet jeśli taka interpretacja nie ma żadnego sensu.

To jest właśnie niebezpieczeństwo wiążące się z niewłaściwym rozumieniem przemocy. Tak, policja, wojsko i służby uprawnione przez państwo do korzystania ze środków przymusu bezpośredniego używają przemocy. I powinniśmy nazywać to po imieniu oraz myśleć o tym jak o przemocy, w przeciwnym wypadku trudniej nam będzie kwestionować sytuacje, w których ta przemoc przestaje być uzasadniona.

Sednem naszych dzisiejszych rozważań jest odczarowanie przemocy. Nam, lewicowcom często zarzuca się naiwny i oderwany od rzeczywistości idealizm, więc proszę bardzo, macie tu dawkę ciężkiego lewicowego cynizmu. Nie da się mieć świata bez przemocy, dopóki wszyscy na świecie nie będziemy dosłownymi świętymi. A na to się nie zanosi. Dlatego najlepsze, co możemy robić w tej sytuacji, to zdawać sobie sprawę z tego, że przemoc jest nieodłączną częścią naszego życia i robić wszystko, by minimalizować jej wpływ oraz pociągać do odpowiedzialności osoby i instytucje, które jej nadużywają.

Osobiście uważam, że przemoc jest środkiem, po który powinniśmy sięgać dopiero na samym końcu, gdy wszystkie nieprzemocowe sposoby rozwiązania sytuacji zawiodą i jasnym będzie, że będą zawodziły dalej. I ani chwili wcześniej. Nie jest to oczywiście twarda zasada – jeśli ktoś jest bity na ulicy, prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem byłoby jak najszybsze użycie przemocy, by to bicie przerwać – ale raczej ogólne założenie.


Bibliografia:

Definicja przemocy PWN:

Definicja przemocy WHO:

Max Weber, Polityka jako zawód i powołanie:



piątek, 16 kwietnia 2021

Dlaczego nie pójdę do lasu budować anarchizmu. Diggerzy


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


Gdy rozmawiam o moich poglądach politycznych z osobami spoza mojego kręgu znajomych – czego staram się unikać, ale od czasu do czasu dochodzi do takich sytuacji – zawsze mam świadomość, że prędzej czy później może paść pasywno-agresywne pytanie, które słyszałem już dziesiątki razy i na pewno usłyszę jeszcze wielokrotnie. Brzmi ono mniej więcej w taki sposób: „Jeśli ci tak źle w kapitalizmie, to czemu nie pójdziesz gdzieś do lasu i nie założysz sobie własnej anarchistycznej społeczności?”

I w tym momencie mogę zrobić kilka różnych rzeczy. Mogę stracić cierpliwość, nazwać mojego rozmówcę libkiem, obrazić go w jakiś sposób i kazać przeczytać kilka grubych książek napisanych dwieście lat temu przez starych dziadów z siwymi brodami, o których nigdy nie słyszał i których nie da się czytać, żeby nie umrzeć przy tym z nudów, a potem odejść zadowolony z siebie. Ze wstydem przyznam, że kilka razy w moim życiu zdarzyło mi się tak zachować.

Z drugiej strony mogę spróbować go w jakiś sposób zaorać. Mógłbym na przykład zapytać go, do jakiego konkretnie lasu mam sobie pójść, skoro każdy spłachetek ziemi jest czyjąś własnością prywatną albo publiczną własnością państwa. I jeśli rozbiję sobie mój anarchistyczny namiot na jakimś nieużywanym odludziu, to właściciel tego odludzia przyjdzie mnie stamtąd wygonić i do tego naśle na mnie policję, wojsko, prokuraturę i Sprawę dla reportera. A nie ma takiego odludzia, na którym mi by to nie groziło.

Albo mógłbym powiedzieć mu, że każdy, absolutnie każdy nowy system społeczny powstał w ścisłym związku z poprzednim – albo jako jego ewolucja albo przeciwnie, w kontrze do niego, jako jego negacja. Kapitalizm powstał przy wykorzystaniu idei, zasobów, struktur i wynalazków stworzonych w feudalizmie, feudalizm powstał przy wykorzystaniu idei, zasobów, struktur i wynalazków stworzonych przez prymitywne społeczności rolnicze, prymitywne społeczności rolnicze powstały jako stabilniejsza alternatywa dla społeczności zbieracko-łowieckich i tak dalej.

Krystalizowanie się nowych pomysłów na organizację ludzkiego życia zawsze jest długim i złożonym procesem, w trakcie którego cały czas pojawiają się nowe idee, które z różnych powodów zyskują popularność albo nie, czasami wracają stare pomysły, które wcześniej nie miały warunków na działanie, ale teraz sprawdzają się lepiej, bo te warunki rozwinęły się w międzyczasie, czasami jest kilka różnych pomysłów, które ze sobą konkurują, a wszystko to jest mocno rozłożone w czasie, bez wyraźnego początku i końca. Domaganie się, żebym poszedł sobie gdzieś daleko i przeprowadził ten proces od zera, sam czy nawet w małej, ale odizolowanej grupie osób, jest nieracjonalnym wymaganiem. Żaden system społeczny nie powstał w taki sposób i żaden nie powstanie.

Mógłbym też w końcu nie przejmować się tym, wyruszyć ramionami i zmienić temat, bo to w końcu niezobowiązująca rozmowa na w zasadzie mało istotny w tym momencie temat. Jeśli rzecz dzieje się na jakiejś imprezie albo w podobnych okolicznościach, to byłoby najlepsze, najbardziej dyplomatyczne rozwiązanie. Ale tego oczywiście nie mogę zrobić, bo jestem kłótliwym lewakiem, który potrafi sześć godzin bez przerwy spierać się z innym lewakiem, z którym zgadzam się w dziewięćdziesięciu dziewięciu przecinek dziewięciu procentach, a co dopiero z kimś o innych poglądach, albo – jeszcze gorzej – z libkiem bez uświadomionych poglądów.

Tymczasem samo pytanie „Jeśli ci tak źle w kapitalizmie, to czemu nie pójdziesz gdzieś do lasu i nie założysz sobie własnej anarchistycznej społeczności?” jest o tyle ciekawe, że pierwsi ludzie, których w sensowny sposób można nazwać anarchistami, dokładnie to właśnie zrobili. Historia tego, w jaki sposób do tego doszło i jak to się skończyło, jest natomiast absolutnie fascynująca, a w dodatku sama w sobie mimochodem odpowiada na wiele pytań i wątpliwości, które często mają ludzie zadający takie pytania jak „Czemu nie pójdziesz do lasu?”

Zanim jednak zaczniemy, muszę wyjaśnić jedną kwestię. Słowo „anarchia” ma w języku polskim dwa znaczenia – jedno potoczne i jedno techniczne. W potocznym znaczeniu „anarchia” jest synonimem chaosu, bezprawia i bezsensownej przemocy. Jako techniczny termin „anarchia” jest natomiast nazwą pewnego bardzo szerokiego lewicowego nurtu intelektualnego. W tym sensie anarchistami są takie osoby jak jedna z najlepszych pisarek fantasy w historii, autorka cyklu powieściowego „Ziemiomorze” Ursula Le Guin oraz jeden z najlepszych scenarzystów komiksowych w historii Alan Moore, znany z takich komiksów jak Watchmen, Batman: Zabójczy Żart i V jak Vendetta.

W najogólniejszych zarysach, głównym założeniem anarchizmu jest minimalizowanie pionowych hierarchii społecznych – czyli „ja mówię tobie, co masz robić” – na rzecz poziomych hierarchii społecznych – czyli „oboje ustalamy, co robić wspólnie”. Kluczowym słowem jest tutaj „minimalizowanie”. Nie – całkowita eliminacja. Anarchiści generalnie zgadzają się, że niektóre hierarchie są konieczne do istnienia funkcjonującego społeczeństwa, a niektóre czasami są przydatne. Bardzo małe dzieci prawdopodobnie nie powinny mieć takiego samego głosu jak rodzice w kwestii tego w jaki sposób zarządzać domowym budżetem, a w przypadkach gdy kluczowe jest podejmowanie szybkich, ważnych decyzji, bo nie ma czasu na negocjacje i konsultacje, powinno powołać się osobę, która będzie za to odpowiedzialna, przynajmniej do momentu, gdy sytuacja kryzysowa minie.

Odmian anarchizmu istnieje całe mnóstwo, ponieważ różne grupy niekoniecznie zgadzają się ze sobą co do tego, które konkretnie hierarchie są konieczne, a które nie. I tak, wiem, że część anarchistów będzie miała do mnie pretensje o to, że mocno upraszczam bardzo złożoną filozofię, ideologię i praktykę polityczną, jaką jest anarchizm, ale ten wideoesej jest o czymś nieco innym, tutaj przywołuję jedynie absolutne podstawy by mój dalszy wywód miał jakiś sens. Jeśli naprawdę was to boli, to nazwijcie mnie libkiem w komentarzach. W moim wideoeseju będę używał takich słów jak „anarchia” oraz „anarchizm” w ich technicznym, nie potocznym znaczeniu. 

No dobrze, ale przejdźmy do rzeczy. Nasza historia zaczyna się w Anglii, w połowie siedemnastego wieku. Karl Marx urodzi się dopiero za jakieś dwieście lat, Róża Luksemburg za prawie dwieście pięćdziesiąt, a Adriana Zandberga nie było jeszcze nawet w bardzo odległych planach. Był to interesujący moment w historii – feudalizm powoli przestawał się sprawdzać i lada chwila, za raptem sto lat, miała rozpocząć się era przemysłowa. To z kolei sprawiało, że pojawiało się bardzo wiele grup szukających nowych pomysłów na organizację społeczeństwa.

Jedną z takich grup byli diggerzy, często uznawani za protoplastów anarchistów. Co ciekawe, wywodzili oni swoje przekonania nie ze współcześnie rozumianej lewicowej teorii – która jeszcze nie istniała i nie zaistnieje przez co najmniej sto pięćdziesiąt lat – ale z religii. Diggerzy byli bowiem odłamem chrześcijan, którzy traktowali swoją wiarę naprawdę poważnie. Nie tylko jako obyczaj i tradycję, ale także – przede wszystkim – jako sposób życia.

Część z was słyszała pewnie kiedyś mema o tym, że Jezus Chrystus był lewakiem, bo zadawał się z robotnikami i pracownicami seksualnymi, zachęcał do dzielenia się między sobą, opowiadał się po stronie wykluczonych, których traktował jak równych sobie, sprzeciwiał się przemocy i miał bardzo chłodny stosunek do kupców… Znam wielu chrześcijan, którzy nie lubią tego mema, bo nie uważają tej interpretacji za właściwą, ale diggerzy tak właśnie myśleli. I, co więcej, postanowili wprowadzić swoje przekonania religijne w praktykę.

Co zatem zrobili? Znaleźli jakiś kawałek nieużytków – ziemi, która do nikogo nie należała, ponieważ była tak jałowa, że aby ją uprawiać, trzeba byłoby włożyć w to mnóstwo wysiłku – i osiedlili się tam, zapraszając do swojej społeczności każdą osobę, która chciała. Nie było żadnych warunków. Jeśli chcesz się osiedlić w wiosce diggerów – po prostu przyjdź, pomożemy ci się tu zadomowić i będziemy nawzajem o siebie dbać.

Warto w tym miejscu dodać, iż diggerzy nie planowali się grodzić. Grodzenie ziem, było w ówczesnej Anglii dość powszechną praktyką, w ramach której właściciele ziemscy zagarniali sąsiadujące z nimi ziemie, na których mieszkali ludzie, którzy nie byli w stanie im w tym przeszkodzić. Jeśli miałeś kawałek ziemi, na której pasłeś swoje zwierzęta i twój bogatszy sąsiad chciał ci ją zabrać, a ciebie stamtąd wypędzić, to – o ile nie miałeś pieniędzy na wynajęcie kogoś, kto go powstrzyma i nie byłeś w stanie obronić się sam – mógł to bezkarnie zrobić.

Diggerzy robili coś zupełnie odwrotnego. Zamiast grodzić zajęty kawałek terenu, zapraszali na niego każdą osobę, która była zainteresowana. Co, jak można się domyślić, bardzo zaniepokoiło lokalnych właścicieli ziemskich. I nic dziwnego. Jeśli byłeś parobkiem, pracującym dla właściciela ziemskiego, twój los nie wyglądał specjalnie różowo – najprawdopodobniej byłeś skazany na pracę dla swojego pana, który zabierał ci większość tego, co udało ci się zrobić, a ty nie miałeś żadnej alternatywy. Gdy pojawili się diggerzy ze swoją wioską, nagle ta alternatywa się pojawiła. Mogłeś dalej pracować na swojego pana albo mogłeś pójść do diggerów, dołączyć do ich społeczności, pomagać innym diggerom i zyskiwać od nich pomoc.

Jeśli byłeś takim parobkiem, sytuacja nagle zrobiła się o wiele lepsza, przez sam fakt, że pojawiła się dla ciebie alternatywa. Jeśli jednak byłeś właścicielem ziemskim… cóż, szybko zacząłeś zdawać sobie sprawę, że coraz więcej twoich parobków tęsknie spogląda na horyzont, na wioskę diggerów. I jak tak dalej pójdzie, niedługo zabraknie ci rąk do pracy. I kto wtedy będzie uprawiał twoją ziemię, dbał twoje plony i pasł twoje zwierzęta?

Lokalni właściciele ziemscy szybko donieśli na diggerów ówczesnym władzom, które wysłały tam przedstawiciela armii, sir Thomasa Fairfaxa. To trochę wystraszyło diggerów, ale okazało się, że niepotrzebnie. Fairfax przybył na miejsce, rozejrzał się, porozmawiał z niektórymi członkami tej społeczności oraz jej założycielami… po czym wzruszył ramionami i uznał, że nie dzieje się tam nic złego. Po prostu grupa ludzi założyła wioskę i stara się jakoś sobie radzić w tych trudnych czasach. Nie sprawiają nikomu kłopotów, nikogo nie atakują, nie zbroją się do walki – po prostu tam są i sobie żyją. Nie było powodów mieszać w to wojska.

Przez kilka następnych miesięcy diggerzy byli nękani najazdami bandyckich grup wynajmowanych przez jednego z lokalnych właścicieli ziemskich, Francisa Drake’a. Bandyci regularnie prześladowali mieszkańców wioski, niszczyli uprawy i podpalali ich domy. Po tej kampanii sprawa trafiła do sądu, gdzie diggerzy nie dostali prawa do obrony we własnym imieniu. Tam zostali posądzeni o bycie ranterami – inną z podobnych grup istniejących w tamtym czasie, w przeciwieństwie do diggerów słynącą z, powiedzmy, swobodnych praktyk seksualnych. Innymi słowy, sąd skazał religijnych pacyfistów ponieważ błędnie uznał ich za degeneratów seksualnych. Diggerom kazano więc rozwiązać swoją społeczność, w przeciwnym wypadku do akcji wkroczy wojsko. Nękani napadami bandyckich grup wynajętych przez sąsiadów, skazani prawomocnym wyrokiem, z groźbą interwencji wojska, diggerzy musieli ustąpić.

Część diggerów postanowiła powtórzyć ten eksperyment w innym miejscu. Co więcej, w sąsiedztwie właściciela ziemskiego nazwiskiem John Platt, który wówczas im sprzyjał i życzliwie odnosił się do ich aspiracji i początkowo nawet wspierał ich dążenia. Szybko jednak uświadomił sobie, że nagle coraz mniej jego parobków chce pracować na niego, a coraz więcej woli sposób życia diggerów. Platt błyskawicznie stał się zaciekłym wrogiem swoich niedawnych protegowanych, zabronił okolicznej ludności pomagać diggerom pod groźbą mało przyjemnych reperkusji i – niespodzianka – zaczął wynajmować bandyckie grupy, by przegonić ich z okolicy.

Od tamtej pory, aż do dnia dzisiejszego jakiekolwiek próby założenia funkcjonującej anarchistycznej społeczności wyglądają – i kończą się – mniej więcej w taki sam sposób. Na tym właśnie polegał kłopot z tym proto-anarchizmem i z anarchizmem w ogóle. Problemem nie jest to, że anarchizm nie radzi sobie na wolnym rynku idei. Problemem jest to, że radzi sobie aż za dobrze i dlatego monopoliści tego rynku stosują nieuczciwe praktyki, by pozbyć się konkurencji.

Ktoś może w tym momencie powiedzieć, że nawet gdyby diggerzy nie byli niepokojeni, niewykluczone, że ich sposób życia na dłuższą metę by się nie sprawdził. Że czym innym jest organizacja życia społecznego w stosunkowo niewielkiej wiosce istniejącej przez pół roku, a czymś zupełnie innym organizacja życia społecznego w społeczności na kilkanaście milionów osób przez sto lat. Że możliwe, iż diggerzy rozpadliby się, zaczęli gryźć między sobą albo zmienili w jakąś – potocznie rozumianą – anarchistyczną dystopię, w której dominuje prawo silniejszego.

I wiecie co? Macie absolutną rację. Nie wiemy. Możliwe, że tak by się właśnie stało. Nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Problem polega jednak na tym, że za każdym razem, gdy słyszę, że „anarchizm nigdy się nie sprawdzi” ludzie poprzestają na tym stanowisku i rzadko kiedy zadają sobie pytanie – ale tak właściwie, to czemu? Diggerzy zawiedli nie dlatego, że cokolwiek w ich sposobie życia było nie tak, bo z tego, co mówią nam źródła historyczne wynika, że radzili sobie naprawdę całkiem nieźle – ale dlatego, że nie pozwolono im na pokojową egzystencję. Z wieloma innymi anarchistycznymi społecznościami, które powstały później działo się dokładnie to samo. Z dokładnie tych samych powodów. Może i mamy dwudziesty pierwszy wiek, ale nadal nikt nie chce tracić swoich parobków. A jeśli ktoś próbuje ci ich odebrać – cóż, zawsze można nazwać tego kogoś degeneratem i poszczuć go wojskiem.

Dlatego dziś, w sytuacjach gdy ktoś zadaje mi to pytanie „Jeśli ci tak źle w kapitalizmie, to czemu nie pójdziesz gdzieś do lasu i nie założysz sobie własnej anarchistycznej społeczności?” opowiadam tej osobie o diggerach.

I dopiero potem nazywam ją libkiem.



Bibliografia:

Nicolas Walter Anarchism and Religion: 

Pamflet polityczny diggerów:

Piotr Prokopowicz, „Ruch anarchistyczny w świetle teorii ruchów społecznych próba konfrontacji teorii z praktyką na wybranych przykładach empirycznych”:

Anarchistyczne F.A.Q.:

Anarcho-biblioteka:

piątek, 9 kwietnia 2021

RECENZJA: Potężna Thor. Thor Wojny – tom 4

fragment grafiki okładkowej
fragment grafiki okładkowej


Pozwólcie, że opowiem Wam o Jerrym. Jerry jest moim starym znajomym, zapalonym miłośnikiem horroru, Gwiezdnych Wojen oraz komiksów Marvela. Świetny gość, prawdopodobnie najsympatyczniejsza osoba, jaką znam. Jerry ma jednak jedną wadę – jest podcasterem, który przekuwa swoje zainteresowania w audycje podcastowe. Samo w sobie nie jest to absolutnie niczym złym, problem polega jednak na tym, że jest również fanem komiksu Thor oraz moim najsympatyczniejszym znajomym. Jest to kombinacja, która kończy się, dla mnie osobiście, w bardzo niekorzystny sposób. Jerry bowiem, po tym jak Egmont wyda w Polsce kolejny tom tego komiksu, uderza do mnie z propozycją nagrania o nim podcastu. W duecie, bo samemu to tak trochę smutno i zawsze fajniej – zarówno dla słuchaczy jak i dla podcastera – gdy jedna opinia skonfrontowana jest z inną.

I ja, z uwagi na to, że Jerry jest tak cholernie sympatyczną osobą, zawsze się na to godzę. Przez co zamawiam ten cholerny komiks, czytam ten cholerny komiks i rozmawiam z Jerrym w jego podcaście na temat tego cholernego komiksu. Możecie posłuchać sobie tego na kanale YouTubowym podcastu Konglomerat Podcastowy ostrzegam jedna, że szybko może się to zrobić wyjątkowo nużącym doświadczeniem – Jerry jest zwykle entuzjastyczne, choć niebezkrytycznie nastawiony do każdej kolejnej odsłony komiksu, ja natomiast nieustannie jestem kwaśny i cały czas marudzę.

To tak słowem wyjaśnienia, czemu w ogóle piszę o tym komiksie, skoro jasnym jest, iż nie czerpię z jego lektury zbyt wielkiej przyjemności i za każdym razem mam o nim do powiedzenia mniej więcej to samo – skoro już Egmont daje mi do recenzji egzemplarz komiksu, czuję się zobowiązany tę recenzję napisać. Miejmy już to zatem za sobą i wszystkie ewentualne uwagi kierujcie pod adresem Jerry’ego.

Czwarty (w praktyce siódmy, bo w międzyczasie wyzerowała się numeracja) tom przygód Jane Foster w roli potężnej Thor skupia się, co ciekawe, głównie na postaci Volstagga – pobocznego Asgardczyka, który wraz ze swoimi kompanami regularnie przewija się przez komiksy z Thorem w roli głównej. Otyły, acz szlachetny wojownik doświadcza w nim pewnej traumy związanej z toczącą się w komiksie wojną z Malekithem, przez co wpada w amok. To samo w sobie byłoby już wystarczająco mocnym pniem narracyjnym, ale scenarzysta Jason Aaron, z właściwym sobie brakiem umiaru, dodatkowo podbija stawkę, pakując w ręce Volstagga kolejny thorowy młot, który zmienia go w jeszcze jedną inkarnację Thora – tytułowego Thora Wojny, niepowstrzymanego anioła zemsty niszczącego wszystko, co napotka na swojej drodze.

Wątek ten pochłania większą część komiksu. Sam w sobie wypada… nawet nieźle, choć upierałbym się, że ta konkretne historia znacznie lepiej sprawdziłaby się jako oddzielna miniseria. W serii głównej wypada ona jedynie jako sympatyczny bo sympatyczny, ale jednak – zapychacz, który na kilka rozdziałów pauzuje główną fabułę (wspomnianą już wojnę) i jednocześnie odbiera pierwszy plan Jane Foster, nominalnej głównej bohaterce serii.

Z Jane jest w ogóle problem, bo o ile wyjściowy pomysł na tę postać jest naprawdę interesujący (rak i słabnący z tym organizm) i stanowi fundament, na którym można zbudować wiele przejmujących opowieści, o tyle Jason Aaron zdaje się nie mieć żadnego wyraźnego pomysłu na postać i po prostu rzuca ją w wir kolejnych wydarzeń, które tematycznie nie kleją się w nic ciekawego.

No cóż, przynajmniej komiks wygląda naprawdę bardzo ładnie. Zespół rysowników i kolorystów odpowiedzialny za oprawę graficzną serii jak zwykle dostarcza nam spektakularnych doznań wizualnych – czytelnych i wyrazistych, ale jednocześnie bogatych w detale ilustracji napędzających fabułę. Wszystko wygląda tu naprawdę świetnie. Ostatni rozdział skomponowany jest z prac kilkorga artystów operujących zróżnicowanymi estetykami, co początkowo może budzić konfuzję, ale z czasem zaczyna zachwycać, bo w tym szaleństwie tkwi metoda.

Ciężko mi jest w sensowny sposób podsumować tę recenzję. To siódmy tom długiego cyklu wydawniczego, który zdecydowanie nie jest komiksem dla mnie. To nie jest tak, że nie lubię Jasona Aarona – jego Conan Barbarzyńca, również wydawany u nas przez Egmont jest prawdopodobnie jednym z moich ulubionych komiksów ostatnich lat – ale w tym konkretnym przypadku wady jego stylu przyćmiewają zalety. Osoby, które przeczytały sześć poprzednich tomów kupią pewnie i ten, więc ich nie trzeba zachęcać. Co do reszty… cóż, komiksów wychodzi w naszym kraju mnóstwo. Nawet jeśli to koniecznie musi być coś superbohaterskiego, to jest naprawdę wiele znacznie lepszych rzeczy.

Ja tymczasem kończę i czekam kilka kolejnych miesięcy na to, aż ukaże się kolejny tom. Bo wiem, że Jerry zacznie mnie pytać, czy chcę z nim nagrać podcast. A ja prawdopodobnie się zgodzę.

Cholerny Jerry.

piątek, 2 kwietnia 2021

Ideologia hetero. Prima Aprilis



Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


NINIEJSZY MATERIAŁ JEST PRIMA-APRILISOWYM ŻARTEM, W ZAMIERZENIU PARODIUJĄCYM SENSACJONALISTYCZNE KANAŁY NA YOUTUBE ORAZ TEORIE SPISKOWE.

PROSZĘ, NIE BIERZCIE GO NA POWAŻNIE.

DZIĘKI.



Panie, Panowie, osoby niebinarne oraz te, dla których płeć stanowi nic nieznaczącą ideę. Zebraliśmy się tu dziś, by porozmawiać o największym zagrożeniu czyhającym na cywilizację zachodu. Nie mówię tu o globalnym ociepleniu, politycznym ekstremizmie, kryzysie ekonomicznym ani pandemii. O nie, obawiam się, że wszystkie te katastrofy, choć niewątpliwie dojmujące, bledną przy mrocznym, złowieszczym spisku, jakim jest zbrodnicza ideologia podstępnie wciskana nam na siłę wszystkimi kanałami politycznymi, społecznymi i medialnymi. Niczym Cthulhu oplatająca swoimi mackami naszą codzienność – powoli, niepostrzeżenie, ale nieodwołalnie. I my, prawdziwi obrońcy cywilizacji zachodu musimy w końcu powiedzieć „dość!” i stawić czoła mrocznej, opresyjnej ideologii hetero.

Ideologia hetero – nie zawaham się użyć tutaj mocnych słów – niszczy i rujnuje współczesną kulturę masową. W każdym wysokobudżetowym filmie, niezależnie od tego czy jest to film akcji, science-fiction czy komedia, główny bohater musi zmarnować co najmniej dwadzieścia minut cennego czasu antenowego na rozwijanie zupełnie zbędnego wątku romansu z bohaterką, która jest tam tylko w tym właśnie celu.

Jednym z najbardziej transparentnych przykładów jest tu prawdopodobnie Doctor Strange, superprodukcja Marvela z dwa tysiące szesnastego roku, w którym w główną rolę wciela się Benedict Cumberbat….  aktor najlepiej znany z roli Sherlocka Holmesa w serialu BBC. W Doctorze Strange, tej zachwycającej wizualnie, intensywnej i dynamicznej superprodukcji główny bohater otrzymuje całkowicie niepotrzebny wątek relacji pseudoromantycznej ze swoją znajomą lekarką, doktor Christine Palmer. Mogę się założyć o cokolwiek, że nawet jeśli oglądaliście ten film, do tej pory nie pamiętaliście nawet jej imienia, prawda? Nie zdziwiłoby mnie, gdybyście nie pamiętali nawet, że taka postać pojawiła się w tym filmie. I nic dziwnego, bo jej wątek zmierzał znikąd donikąd, nie kleił się z resztą fabuły filmu jedynie zaburzał naturalną dynamikę narracji. I to w imię czego? Wklepania do filmu nudnych, przewidywalnych scen, w których nic się nie dzieje, charakter głównego bohatera nie jest rozwijany, fabuła nie zostaje zbogacona informacjami mającymi jakąkolwiek wartość, a talent Rachel McAdams, fantastycznej kanadyjskiej aktorki, która wcieliła się w rolę doktor Christine Palmer, został kompletnie zmarnotrawiony.

I to w imię czego? Ideologii hetero. Doctor Strange jest tylko jednym z licznej gamy przykładów tego, jak heteroseksualiści niszczą filmy, zanudzając nas na śmierć zbędną heteroseksualną propagandą. Wszyscy znamy tę historię – on jest głównym bohaterem, ona jest bezużyteczna, on przeżywa przygody, a na końcu zdobywa ją, bo ona tylko po to istnieje w przestrzeni narracyjnej filmu, by być przez niego zdobyta. Widzieliśmy to już w każdym wysokobudżetowym filmie dziesiątki tysięcy razy, za każdym razem jest to tak samo przewidywalne i za każdym razem jest to śmiertelnie nudne. Większość filmów nie zawraca sobie nawet głowy rozwijaniem relacji między ich dwojgiem. Scenarzyści wiedzą, że po tylu latach widzowie doskonale zdają sobie sprawę, jak to się wszystko potoczy.

Dlatego pytam – i ja tylko zadaję pytania, wiem, że wy sami włączycie myślenie i dojdziecie do własnych wniosków – jaki jest w tym cel? Czemu cały czas, bez przerwy powielać ten sam schemat i umyślnie czynić w ten sposób filmy gorszymi? Nikt tego nie lubi. Nikomu się to nie podoba. Wszyscy to krytykują. Więc czemu? Powiem wam, czemu. To spisek ideologów heteroseksualizmu, którym zależy na tym, byśmy byli bezrozumnymi baranami, które bezkrytycznie pochłaniają wszystko, co podsunie im kultura masowa, medialne kłamstwa i korporacyjna propaganda. Chcą nam narzucić swoją ograniczoną wizję świata i odciąć nas od samych korzeni cywilizacji zachodu. Nie wierzycie? Ideologia hetero nie tylko wciska niepotrzebne wątki do filmów, ale też przejmuje inne, tradycyjne dla naszej kultury motywy narracyjne i dosłownie je niszczy, rozszarpuje na strzępy i w ten sposób czyni naszą kulturę parodię tego, czym była od zarania dziejów.

Nie wątpię, że są tu osoby oczytane, doskonale znające kulturowy dorobek cywilizacji zachodu, jednak na wypadek, gdyby zaplątał się tutaj ktoś nieco słabiej poinformowany, pozwólcie, że wytłumaczę. W literaturze antycznej Grecji, będącej fundamentem zachodniej cywilizacji Europejskiej, motyw miłości dwóch herosów płci męskiej to norma. Pomyślcie o Illiadzie Homera, pięknej historii o tragicznej miłości Achillesa i Partoklesa, dwóch towarzyszy broni, których uczucie do dziś stanowi wzór cnoty prawdziwego mężczyzny cywilizacji zachodu, a ich tragiczna historia już na zawsze pozostanie najbardziej ujmującą, chwytającą za serce opowieścią o uczuciu silniejszym od śmierci.

Przyjrzyjcie choćby takim filmom jak seria o Kapitanie Ameryka. Zaprezentowana tam relacja Steve’a Rogersa i Bucky’ego Barnesa od samego początku budowana jest na wzór antycznej miłości herosów greckich. Obaj byli bowiem żołnierzami walczącymi na wojnie, obaj darzyli się uczuciem silniejszym od czasu i od śmierci, obaj zostali w końcu rozdzieleni, by w dramatycznych okolicznościach odnaleźć się już w innym świecie. Niech nie umknie wam przy tym fakt, że ich historia rozegrała się na płaszczyźnie filmów superbohaterskich, które powszechnie określane są nową mitologią i całymi garściami czerpią z klasycznej mitologii greckiej, a współcześni superbohaterowie często porównywani są do antycznych herosów. Nie da się zaprzeczyć, że historia Steve’a i Bucky’ego jest rezultatem dziedzictwa historii Achillesa i Patroklesa, która zawsze – i mówiąc „zawsze” mam na myśli „od co najmniej piątego wieku przed naszą erą” w dziełach takich autorów jak Ajschylos, Platon, Pindar i Ajschines – obrazowana była jako romantyczno-seksualna.

Tego jednak zbrodnicza ideologia hetero znieść nie już mogła i dlatego podniosła rękę na świętość największą z możliwych – samą esencję naszej kultury. W filmie historia Bucky’ego i Steve’a została wyprana z tradycyjnego ujęcia męskiej miłości, wszelkie informacje o ich związku zostały stłamszone. Korporacja Disneya sprzedała nam wykastrowaną, politycznie poprawną wersję, w której obaj bohaterowie są jedynie przyjaciółmi. Każda osoba, która widziała filmy z serii Kapitan Ameryka, z pewnością doskonale wie o tym, że chemia pomiędzy obojgiem herosów jest potężna i niepodważalna.

Nie jest to zresztą jedyny przypadek z najnowszej historii, gdy niezaprzeczalne dziedzictwo kulturowe cywilizacji zachodu zostało strywializowane i usunięte przez ideologów heteroseksualizmu, którzy cynicznie usuwają z kultury tradycyjne relacje romantyczne między osobami tej samej płci, by móc swobodnie dystrybuować swoje produkty w Chinach i Rosji. Innym przykładem jest analogiczna relacja Finna i Poego z nowej trylogii Gwiezdnych Wojen. Obaj główni bohaterowie powielają bardzo podobny schemat, co Kapitan Ameryka i Zimowy Żołnierz. Poznają się, zawiązują głęboką, emocjonalną relację, tracą się nawzajem, po czym odzyskują. Widz ma pełne prawo spodziewać się, że fabułą potoczy się wedle tradycyjnych, helleńskich kanonów i obaj wejdą ze sobą w związek romantyczny, czy nawet – erotyczny,

Niestety nożyce cenzorów ideologii hetero ponownie uniemożliwiły doprowadzenie tego wątku do satysfakcjonującego zakończenia. Jak długo jeszcze znosić będziemy upokorzenia ze strony obcych, złowieszczych sił, które próbują pozbawić nas naszego dziedzictwa kulturowego? Które próbują narzucić nam wąski, ograniczony obraz świata, w którym nie ma miejsca dla takich twórców i twórczyń europejskiej kultury jak Oscar Wilde, Maria Konopnicka, Markiz De Sade, Piotr Czajkowski, Fryderyk Szopen czy Miron Białoszewski? Twórców, którzy własnymi rękoma zbudowali dumną i bogatą kulturę naszej cywilizacji, którą to kulturę próbują teraz zniszczyć ideologowie hetero i po Orwellowsku wymazać z niej wszystko, co im się nie podoba?

Chcę w tym momencie zaznaczyć – z całą stanowczością – że osobiście nie mam nic do osób heteroseksualnych. Oczywiście, dopóki się nie obnoszą, nie liżą po twarzach w miejscach publicznych i nie robią innych obrzydliwych rzeczy na moich oczach. Bo co tam sobie robią w domu, nie obnosząc się, to mnie w ogóle nie interesuje, jestem bardzo tolerancyjną osobą. Należy odróżnić osoby hetero od ideologii hetero. To ta druga jest problemem. Wielu moich dobrych przyjaciół zmaga się ze swoją heteroseksualną orientacją i mimo to udaje im się wieść zdrowe, zwyczajne i stosunkowo szczęśliwe życie. Zresztą, mam znajomego heteroseksualistę, bardzo przyzwoity człowiek, ma żonę i grilla na balkonie, i on sam zdecydowanie odcina się od ideologii hetero, twierdzi że ten obłęd zaszedł już zdecydowanie za daleko i nie podoba mu się, że ideologia hetero robi jemu oraz innym NORMALNYM heteroseksualistom, złą renomę.

Prawdziwą grozę wzbudziło we mnie jednak odkrycie flagi ideologii hetero. Z pewnością znacie już flagi społeczności LGBT oraz różnych jej podgrup. Miłe dla oka kolory symbolizujące różnorodność, solidarność i radość z życia. Każda osoba, która widziała taką flagę, z pewnością może to potwierdzić. Ciekawe jest jednak, że nikt nigdy nie widział heteroseksualnej flagi, prawda? Nigdy nie wydawało się to wam dziwne, że tyle orientacji seksualnych i tożsamości ma reprezentujące je kolory, a heteroseksualiści nie? Otóż, jak się okazało, ideologia hetero ma swoją flagę.

Specjalnie ukryli ją przed światem i wykorzystują tylko na swoich tajnych spotkaniach i Paradach Hetero. Wiecie, czemu to robią? Ponieważ ich flaga w bezwstydny sposób zdradza ideały ideologii hetero. Oto ona. Tak, właśnie tak moje kochane osoby. To nie jest mój wygłup, nie regulujcie monitorów ani wyświetlaczy, to naprawdę tak wygląda. Jedynie biel, czerń i zimna szarość. To jest właśnie świat, który próbuje nam zgotować ideologia hetero. Żadnych barw, żadnej spontaniczności, żadnej różnorodności, która przecież od zarania dziejów stanowiła siłę naszej cywilizacji, jedynie smutek, eliminowanie wszystkiego, co nie pasuje do ich bardzo ograniczonej wizji świata i opresyjna szarość więziennego pasiaka.

Dlatego wzywam was wszystkich do pełnej mobilizacji. Nie pozwólmy zniszczyć samych fundamentów cywilizacji zachodu, nie pozwólmy ocenzurować naszej kultury, nie pozwólmy na to, by ideologia heteroseksualistów pluła nam w twarz, pozbawiając świata tego, co w nim piękne i dobre. Dlatego musimy dać twardy i zdecydowany opór. Dbajcie o to, by sygnał piękna i prawdy nigdy nie umilkł, by walka z obcym wpływem na naszą kulturę nadal trwała. Ideologia hetero jest potężna i dominująca. Ma za swoimi plecami polityków, wielkie korporacje i wpływy obcych mocarstw. Są silni, ale racja i słuszność leżą po naszej stronie. Nie zapominajmy o tym.

Ponieście w świat hasztag #NieDlaIdeologiiHetero.

*

Okej, to było… zaskakująco przyjemnym doświadczeniem. Muszę przyznać, że wcielanie się w parodię osób wierzących w teorie spiskowe sprawiło mi nadspodziewanie dużo radości. Nie mam najmniejszego pojęcia, jak o to o mnie świadczy, ani co o mnie mówi. Wiem jednak, że prawdopodobnie najgorszą rzeczą jaką mogę w tym momencie zrobić, to zacząć dokładnie tłumaczyć ten żart, jednocześnie całkowicie go tym samym spalając. Obawiam się jednak, że muszę to zrobić, ponieważ satyra zawsze wymaga klarowności, w przeciwnym wypadku staje się nieodróżnialna od rzeczy, którą parodiuje. W tym przypadku sprawa jest też o tyle złożona, że wiele kwestii, które padły w tym wygłupie… w jakimś stopniu są prawdą.

No to po kolei.

- nie, nie uważam, że istnieje jakaś zbrodnicza ideologia hetero. Istnieje coś takiego jak heteronormatywność, czyli pewien stan społeczny, w którym odruchowo zakłada się, że wszyscy ludzie są heteroseksualni i odruchowo wszystkich traktuje się w taki sposób. Często nie ma w tym niczego złego, czasami jednak mimowolnie prowadzi to do systemowej dyskryminacji osób nieheteroseksualnych. Ale to coś trochę innego.

- tak, uważam, że mnóstwo wątków miłosnych w wysokobudżetowych filmach jest zrobiona na odwal i wiele z nich jest zupełnie niepotrzebnych. Chciałbym widzieć w takich filmach więcej postaci kobiecych, które są tam nie po to, by robić za paprotkę, ale by miały coś rzeczywistego do roboty. Pacific Rim był tu bardzo przyjemnym wyjątkiem od reguły, bo Mako Mori miała interesującą, niestereotypową relację z głównym bohaterem, nie skończyła jako jego dziewczyna i jej indywidualny wątek fabularny rozwijany w filmie był naprawdę fajny.

- tak, uważam, że wprowadzenie wątków romantycznych między tymi bohaterami Gwiezdnych Wojen i Kapitana Ameryki, o których mówiłem przysłużyłoby się tym filmom. W filmie Skywalker Odrodzenie na przykład pojawiły się dwie nowe bohaterki kobiece, które istniały wyłącznie po to, by Finn i Poe mieli z nimi relacje. Co było niestety niepotrzebne i narracyjna ekonomia (czyli założenie, że opowieść powinna mieć jak najmniej wątków, w których dzieje się jak najwięcej rzeczy – nie na odwrót) zyskałaby na tym, gdyby po prostu Finn i Poe weszli ze sobą w związek. To prawdopodobnie nadal nie byłby zbyt udany film, ale przynajmniej byłby nieco bardziej spójny. No i krótszy.

- tak, wywodzenie tych rzeczy bezpośrednio z antycznej literatury jest naciągane. To znaczy, gdybym chciał się bawić w jakieś intelektualne wygibasy, prawdopodobnie mógłbym zbudować i uzasadnić tezę, że Gwiezdne Wojny i superbohaterowie Marvela są esencjalnie, w prostej linii spadkobiercami mitologii i literatury starożytnej Grecji, ale nadal byłaby to przesada. Siłą tych tekstów kultury jest fakt, że są one synkretyczne kulturowo – odwołują się do wielu różnych kultur z różnych epok i stron świata i łączą je w nową, interesującą całość.

- tak, naprawdę mam heteroseksualnych przyjaciół i znajomych. Bardzo ich kocham, nie wyobrażam sobie bez nich życia, są wspaniałymi ludźmi, przy których czuję się dobrze i bezpiecznie i zrobiłbym dla nich wszystko. I nawet akceptuję umiarkowaną dawkę obrzydliwych rzeczy, które ze sobą robią w mojej obecności. Byleby tylko nie przesadzali za mocno.

- tak, naprawdę mam konto na Patronite, gdzie osoby zainteresowane wspieraniem mojej działalności mogą to robić. Osoby wspierające od drugiego progu otrzymują wcześniejszy dostęp do zrealizowanych wideoesejów, regularne raporty z prac nad kolejnymi materiałami oraz materiały produkcyjne, takie jak wczesne wersje scenariuszy, linki do źródeł oraz, okazjonalnie, fragmenty rzeczy, nad którymi pracuję, często na wiele tygodni przed tym, jak ujrzą one światło dzienne. Mam również konto na Ko-Fi, portalu na którym niezobowiązująco możecie postawić mi kawę jednorazowo wpłacając drobną sumę pieniędzy.

I to już by było na tyle. Chyba zrujnowałem już dowcip całkowicie. Obiecuję, że nigdy więcej nie zrobię niczego podobnego. Dobrego Prima Aprilis. Trzymajcie się i do usłyszenia następnym razem.

piątek, 26 marca 2021

Polityczna poprawność. Dryf semantyczny



Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.

Termin „polityczna poprawność” jest… no cóż, stwierdzić, że jest emocjonalnie nacechowany, to grube niedopowiedzenie. Długo wahałem się, czy w ogóle poruszać to zagadnienie – z przyczyn, których, mam nadzieję, nie muszę tłumaczyć. Gdy jednak wszedłem w temat nieco głębiej, okazało się, że chyba jednak mam tu do powiedzenia coś interesującego. Ten wideoesej będzie mniej skupiał się na samym znaczeniu tego terminu, a bardziej na tym, w jaki sposób to znaczenie zmieniało się i ewoluowało – a zmieniało się i ewoluowało, jak na tak świeże sformułowanie, w naprawdę ciekawy sposób.

Termin „polityczna poprawność” wywodzi się z amerykańskiej kultury politycznej. Trudno precyzyjnie określić, kiedy został użyty po raz pierwszy, albo kto go wymyślił. Do mniej-więcej technicznego użytku zaczął wchodzić na początku XX wieku. Wtedy też zaczęła się krystalizować jego pierwsza definicja. „Polityczna poprawność” miała wówczas bardzo dosłowne znaczenie – oznaczała poprawność we własnym politycznym rozumowaniu. Słowo poprawność odnosi się tu do dobrego, spójnego rozumienia własnych poglądów.

Wówczas był komplementem. Powiedzieć komuś, że jest politycznie poprawny, oznaczało docenienie tego kogoś – pochwalenie go za to, że rozumie własne poglądy polityczne i jest w stanie wyrażać je w zrozumiałej formie oraz podejmować dzięki temu spójne działania polityczne. Nie było to jeszcze sformułowanie kojarzące się z jakąś konkretną opcją polityczną – politycznie poprawnymi nazywano osoby z całego spektrum światopoglądowego.

Z czasem zaczęło się to zmieniać. Ścisłe trzymanie się abstrakcyjnych doktryn politycznych może prowadzić – i często prowadzi – do głupich, oderwanych od rzeczywistości zachowań. I nie ma w tym niczego dziwnego. Teoria polityczna powstaje na kartach książek i prac naukowych. Po skonfrontowaniu jej z rzeczywistością czasami się sprawdza, czasami się nie sprawdza, czasami sprawdza się tylko połowicznie, a czasami prawie w ogóle. Bo świat jest skomplikowany i chaotyczny i często zachowuje się w sposób, którego teoretycy polityczni nie są w stanie przewidzieć. W takiej sytuacji najsensowniejsza jest korekta teorii politycznej i zmiana jej na coś lepszego.

Często jednak osoby, które przywiązały się do tej teorii – albo wręcz uczestniczyły w jej wymyślaniu – niekoniecznie chcą się z tym pogodzić i upierają się, że teoria jest prawidłowa, tylko z czymś innym jest problem. Często takie osoby były wcześniej chwalone za swoją polityczną poprawność, więc była to też kwestia ambicji i ego. To z kolei zaczęło sprawiać, że termin „polityczna poprawność” zaczął subtelnie zmieniać swoje znaczenie. Powoli przestawał być komplementem oznaczającym zdrowy rygor w myśleniu o polityce, a zaczął oznaczać zakamieniały upór w dyskusyjnych poglądach.

Ważne jest, by o pamiętać o tym, że zmiana nie dokonała się z dnia na dzień – to był proces, w trakcie którego część osób nadal używała określenia „polityczna poprawność” w jego wcześniejszym znaczeniu, a część w tym nowym ironicznym znaczeniu. Oczywiście prowadziło to – i nadal prowadzi – do pewnych nieporozumień oraz zamieszania. W tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku The New York Times donosił o tym, że niemiecka partia nazistowska przyjmuje w swoje szeregi jedynie politycznie poprawnych Aryjczyków czystej krwi – w tym kontekście termin „polityczna poprawność” użyty został ironicznie, jako określenie ślepego posłuszeństwa doktrynie politycznej.

No dobrze, ale dziś termin „polityczna poprawność” nie jest aż tak uniwersalny i zwyczajowo używa się go niemal wyłącznie w stosunku do szeroko pojmowanej lewicy. Jak do tego doszło? Z winy lewicy. Trochę. Tak jakby. To skomplikowane. Już tłumaczę.

W połowie XX wieku amerykańscy lewicowcy zaczęli robić to, co do dnia dzisiejszego robią wszyscy lewicowcy, niezależnie od szerokości geograficznej – kłócić się między sobą i zarzucać sobie nieszczerość, najczęściej w sprawach, w których mają to samo zdanie. Amerykańcy socjaliści zarzucali amerykańskim komunistom polityczną poprawność, właśnie w tym nowym sensie – nie jako komplement, nawet nie jako ironiczną uszczypliwość, tylko jako otwartą obelgę, zarzut politycznego ślepego uporu.

Amerykański edukator Herbert Ralph Kohl, podsumował to w następujący sposób:


Termin „polityczna poprawność” używany był lekceważąco, w odniesieniu do kogoś, kogo lojalność wobec linii partii komunistycznej przewyższała współczucie i wiodła do szkodliwej polityki. Socjaliści, którzy wierzyli w równościowe idee używali tego terminu, by oddzielić się od komunistów, którzy dogmatycznie bronili wszystkich pozycji partyjnych, bez względu na ich moralną wagę.


A zatem, na tym etapie to nie był termin którego konserwatyści używali wobec lewicowców, którzy według nich za dużą wagę przywiązują do kwestii tożsamościowych, jak to zwykle wygląda dzisiaj. Nie – to właśnie lewicowcy, którzy przywiązywali dużą wagę do kwestii moralnych i tożsamościowych zarzucali polityczną poprawność lewicowcom, którzy tego nie robią. A zatem w połowie XX wieku termin „polityczna poprawność” miał całkowicie przeciwne znaczenie niż to współczesne. Niespodziewany zwrot akcji, prawda? A najlepsze, że niejedyny.

W drugiej połowie XX wieku młoda amerykańska lewica zaczęła przejmować sformułowanie „polityczna poprawność” i używać go jako wewnętrznego żartu stosowanego wobec samych siebie. Młodzi lewicowi działacze z tamtego okresu doskonale zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczny jest polityczny upór w sytuacji, gdy teoria rozbiega się z rzeczywistością, więc autoironicznie używali go w stosunku do samych siebie. Powiedzmy, że dwóch lewaków z tamtego okresu rozmawiało o tym, że udało im się stworzyć zespół naukowy składający się z w połowie z kobiet i z mężczyzn, a zatem przy zachowaniu parytetu płci. Jeden z nich rzuca coś w stylu „Hohoho, zobacz jacy jesteśmy politycznie poprawni” jednocześnie ciesząc się, że robią coś wedle swoich przekonań politycznych, ale też dyskretnie sygnalizując, że zachowują zdrowy dystans i nie mają zamiar popadać w ślepy dogmatyzm.

W tym kontekście termin „polityczna poprawność” używany był w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w amerykańskim dyskursie feministycznym, w trakcie dyskursu na temat propozycji zakazu pornografii. W najprostszym ujęciu wyglądało to tak, że część feministek twierdziła, że trzeba zakazać pornografii, a część ironizowała na ten temat używając terminu polityczna poprawność, w sensie – żartując sobie z tego, że ta grupa chce wprowadzić nonsensowny, oderwany od rzeczywistości zakaz, który systemowo nikomu nie pomoże, po prostu jest zgodny z teorią polityczną.

Mniej więcej w tym samym czasie termin „polityczna poprawność” powoli zaczął rozlewać się poza lewicowe środowiska i stopniowo zyskiwał szerszą popularność, co wpłynęło na to, jak rozumiany jest ten termin dzisiaj i kto – oraz przeciwko komu – go używa. Do tej pory lewicowcy używali sformułowania „polityczna poprawność” na określenie innych lewicowców, którzy zbyt uporczywie trzymają się pryncypiów, nawet w sytuacjach gdy przynosi to więcej szkody niż pożytku. W dodatku termin zawsze ujmowany był w ironiczny – czasami nawet autoironiczny – cudzysłów. Nie możemy też zapomnieć o wcześniejszych znaczeniach sformułowania „polityczna poprawność”. Mamy tu więc do czynienia z dość skomplikowaną plątaniną ironii, subtelności językowej i wewnętrznego żargonu określonego środowiska politycznego.

I większość tych niuansów zupełnie się rozmyła, gdy określenie „polityczna poprawność” weszło do powszechnego współczesnego języka politycznego. Dzisiaj termin „polityczna poprawność” używany jest głownie przez polityków i dziennikarzy konserwatywnych na określenie tego, co nie podoba im się w progresywnych dążeniach równościowych czynionych przez liberałów i lewicowców, głównie w mediach, edukacji i kulturze popularnej.

W swojej obecnej formie mnie – osobiście – termin „polityczna poprawność” nie wydaje się specjalnie użyteczny, bo budzi wiele niezdrowych emocji, które utrudniają komunikację zamiast ją uławiać. W dodatku często jest nadużywany w takim stopniu, że funkcjonalnie nie ma już prawie żadnego stałego znaczenia. Wszystko może być polityczną poprawnością, jeśli tylko tak się to nazwie.

Nie jest to wyłącznie moja obserwacja. Neil Gaiman, autor między innymi komiksowej serii Sandman oraz powieści Amerykańscy bogowie stwierdził coś podobnego:


Czytałem wczoraj książkę (co ciekawe, opowiadającą o wykrzyknikach), która zawierała zdanie zaczynające się od słów „W dzisiejszych czasach polityczna poprawność…” i mówiące o tym, że w dzisiejszych czasach nie wolno już żartować w sposób, który obraża czyjąś kulturę albo kolor skóry. Pomyślałem wtedy „Przecież to nie ma niczego wspólnego z polityczną poprawnością. To zwyczajny szacunek wobec innych ludzi.” W jakiś sposób mnie to rozbawiło. Wyobraziłem sobie świat, w którym zamieniamy termin „polityczna poprawność” na „traktowanie ludzi z szacunkiem” i uśmiechnąłem się na tę myśl. Powinniście spróbować. To niezwykle pouczające. Wiem, co sobie teraz myślicie. „Mój Boże, to traktowanie ludzi z szacunkiem zaszło już zdecydowanie za daleko!”.

Jest to sentyment, z którym zgadzam się w mniej więcej stu procentach.

I to jest ten moment wideoeseju, w którym zmieniam się w babę od polskiego, więc proszę schować telefony i zacząć słuchać. Nie, nie powiem wam, czy to będzie na kartkówce. Uczycie się przede wszystkim dla siebie, nie dla ocen. No dobrze, zaczynajmy.

Słowa rzadko kiedy posiadają ustalone i niezmienne znaczenie. Świat wokół nas zmienia się bez przerwy i język odzwierciedla te zmiany. Czasami wytwarzając nowe, nieistniejące wcześniej słowa na opisanie nowych rzeczy, procesów i zjawisk, a czasami przez zmianę znaczenia starych słow. Ten drugi proces – zmiany znaczenia słów w ramach ewolucji języka – nazywamy dryfem semantycznym.

Dobrym przykładem jest choćby sformułowanie „mieć coś na taśmie” na określenie nagrania audio albo wideo. W chwili, w której powstało to określenie, nagrania audiowizualne dosłownie przechowywano na dosłownych taśmach magnetofonowych i magnetycznych. Dziś, gdy nagram jakiś materiał video za pomocą mojego smartfona, niewykluczone, że powiem iż mam to na taśmie. Choć żadna dosłowna taśma oczywiście nie wchodzi już tutaj w grę, sformułowanie utarło się już na tyle mocno, że wszyscy wiedzą o co chodzi. Słowo „taśma” dokonało zatem semantycznego dryfu – odrobinę zmieniło swoje znaczenie.

Niektórzy ludzie lubią myśleć, że słowa po prostu istnieją i mają swoje stałe, przypisane raz na zawsze znaczenie, a jeśli ktoś próbuje grzebać przy tym znaczeniu, jest to błąd. Tymczasem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Rzeczywistość językowa nigdy jednak nie wyglądała w taki sposób, nie wygląda tak dzisiaj i prawdopodobnie nie będzie wyglądała dopóki dany język pozostanie żywy. Każde słowo oprócz swojego znaczenia – czasami kilku znaczeń – ma również coś, co nazywamy polem semantycznym. Pole semantyczne to coś w rodzaju pajęczyny skojarzeń obrastającej konkretne słowo – inne słowa oznaczające taką samą albo bardzo, bardzo podobną rzecz. Najczęściej gdy wypowiadamy jakieś słowo, odruchowo myślimy o całym jego polu semantycznym.

Podam wam pewien przykład. Słowo „sekta” powstało jako stosunkowo neutralne, opisowe określenie odłamu grupy religijnej, którego ta grupa religijna nie uznaje. Pochodzi ono z łaciny, w której oznacza, w swobodnym tłumaczeniu, podążenie własną drogą. W czysto technicznym sensie chrześcijaństwo było u samych swoich początków sektą, odłamem judaizmu. Właściwie każda religia zaczynała jako sekta. Mogę się jednak założyć, że gdy wypowiedziałem słowo „sekta”, pole semantyczne, które pojawiło się w waszych głowach nie było specjalnie neutralne. I nic dziwnego. O sektach słyszy się najczęściej w negatywnym kontekście, bo religie, z których wyłamały się sekty nie mają o nich najlepszej opinii, a media donosiły o sektach wyłącznie w sytuacjach, gdy były one zamieszane w jakiś skandal.

Z tego powodu słowo „sekta” z czasem obrosło tyloma negatywnymi konotacjami, że dokonał się jego dryf semantyczny i z neutralnego określenia stało się jednoznacznie negatywnym. słowa takie jak „sekciarstwo” albo „sekciarski” oznaczają ślepy fanatyzm i zamknięcie się na inne poglądy, a nie przynależność do małego odłamu religijnego. Z tego powodu współcześnie odchodzi się od używania słowa „sekta” w jego pierwotnym znaczeniu na rzecz dłuższego, ale za to znacznie bardziej neutralnego sformułowania „nowy ruch religijny”.

Podobny proces możemy zauważyć w ewolucji absolutnie najbrzydszego słowa w języku polskim, czyli „konkubinatu”. Konkubinat jest neutralnym, opisowym określeniem niesformalizowanego związku dwojga ludzi. Tak samo jak w przypadku „sekty” szybko nabrało ono negatywnych konotacji, ponieważ nikt poza salami sądowymi nie używa tego słowa – a na salach sądowych używa się go najczęściej w mało przyjemnych sytuacjach.

Dryfy semantyczne to nieustanny proces, który powodowany może być wieloma czynnikami – najczęściej kilkoma równocześnie, co dodatkowo komplikuje obraz sytuacji. Część tych czynników może być ze sobą powiązana, część nie. Niektóre z nich są stosunkowo przypadkowe, niektóre są jak najbardziej umyślnym działaniem mającym na celu wymuszenie dryfu semantycznego w pożądanym kierunku. I nie ma w tym niczego złego, niekoniecznie. W języku angielskim przez bardzo długi czas słowa queer oraz nerd – oznaczające, odpowiednio, osobę nieheteronormatywną oraz kujona – używane były jako obelgi mające na celu obrażanie takich osób, poprzez napiętnowanie ich odmienności od reszty społeczeństwa. Obie te grupy, niezależnie o siebie, postanowiły dokonać odzyskania tych słów i zaczęły używać ich we własnych gronach na określenie samych siebie. Przez to obelga zaczęła tracić swoje negatywne konotacje – nie da się obrażać jakiejś osoby słowem, którego ona sama w gronie podobnych sobie osób używa go w stosunku do siebie. Dzisiaj oba te słowa mają już niemal całkowicie neutralne konotacje.

Taki proces nazywamy z angielska reclaimingiem, odzyskiwaniem – przejęciem obelżywego wobec nas słowa lub znaku, znormalizowaniem go we własnym gronie i przez to rozbrojeniem jego negatywnego znaczenia. Nie każde słowo da się skutecznie odzyskać, wszystko zależy od sytuacji i dziesiątków różnych czynników, ale historia pokazała, że czasami w niektórych przypadkach może to być skuteczną taktyką.

No dobrze, ale wróćmy do politycznej poprawności. Mam nadzieję, że udało mi się przybliżyć, jak długą i pokrętną drogę przeszło to słowo, płynnie zmieniając swoje znaczenie. Czasami w subtelny sposób, czasami w bardzo radykalny. Wiele słów i sformułowań używanych w dyskursie politycznym ma równie długą i skomplikowaną historię dryfu semantycznego. Zawsze warto o tym pamiętać. I warto zwracać uwagę nie tylko na to, jakie słowa są wypowiadane, ale także kto je wypowiada, pod czyim adresem i jaki efekt chce osiągnąć wybierając takie, a nie inne sformułowania. Im więcej wiemy o kontekście słów, tym lepiej rozumiemy ich znaczenie.

Bibliografia:

How ‘politically correct’ went from compliment to insult:
Kohl, Herbert (1992). "Uncommon Differences: On Political Correctness, Core Curriculum and Democracy in Education"
Neil Gaiman o politycznej poprawności:

piątek, 19 marca 2021

RECENZJA: WandaVision




Przez kilka ostatnich tygodni z uwagą śledziłem dwa seriale Marvela. Pierwszy z nich był niesamowicie błyskotliwą, tematycznie, fantastycznie zagraną i estetycznie zdyscyplinowaną opowieścią o przepracowywaniu traumy poprzez zamknięcie się w komfortowej, iluzorycznej klatce fantazji, gdzie wszystko jest (początkowo nawet dosłownie) czarno-białe, każdy problem jest trywialny, każda kłótnia żartobliwa, a każde niebezpieczeństwo odległe i mało znaczące. Główna bohaterka projektuje samą siebie na przestrzeń stworzoną na bazie amerykańskich familijnych sitcomów. Początkowo są to stare produkcje z połowy dwudziestego wieku, prezentujące wyidealizowaną wizję rodziny i amerykańskich przedmieść. Z czasem, gdy główna bohaterka powoli zaczyna dopuszczać do siebie świadomość swojej traumy, przestrzeń wokół niej ewoluuje w coraz nowsze, coraz bardziej realistyczne i zniuansowane estetyki sitcomów prezentujące coraz mniej wyidealizowany obraz świata. To bardzo błyskotliwa paralela, w czytelny, atrakcyjny i inteligentny sposób wzmacniająca temat serialu oraz dostarczająca okazji do zabawy różnymi estetykami seriali komediowych – wszystko to w spójny i fantastycznie zaprojektowany sposób. Niesamowity serial. Polecam go absolutnie każdej osobie, która ma szansę go obejrzeć.

Drugi serial Marvela, który oglądałem w międzyczasie to jedna z najbardziej sztucznych, plastikowych i żenujących rzeczy, którymi może się „poszczycić” telewizyjny segment Marvel Cinematic Universe. Absurdalna, nudna historia rodem z niskobudżetowych popłuczyn po Z Archiwum X masowo produkowanych przez kanał SyFy osiem, dziesięć lat temu – i z niewiele lepszą oprawą wizualną. Bzdurna opowieść o tajnych agencjach, wiedźmach wyglądających niczym złoczynki z seriali Disney Channel, kreskówkowo zachowujących się bohaterach spędzających większość czasu na nieustannym powtarzaniu sobie nawzajem (a tak naprawdę - widzom) tych rzeczy, o których już wiedzą i wdających się z bzdurne konflikty mające na celu jedynie przedłużyć ciągnącą się w nieskończoność intrygę i stworzyć jakąś iluzję sprawczości oraz akcji, która usprawiedliwiłaby całe to zamieszanie. Marvel ma na swoim koncie kilka naprawdę słabych seriali i choć nie jest to poziom Inhumans czy Iron Fista, to naprawdę ta konkretna rzecz zasługuje na niewiele mniejszy śmietnik historii. Odradzam go z całego serca.

Problem polega na tym, że oba te seriale, to cudo i ten bubel, są tak naprawdę jednym i tym samym serialem. WandaVision – pierwsza oryginalna marvelowa produkcja z platformy streamingowej Disney+ – jest produkcją niesamowicie wręcz frustrującą. Właśnie przez ten dysonans. Lubiłem ten serial, naprawdę bardzo go lubiłem – do czasu. Od samego początku bardzo zaintrygował mnie jego marketing. Fotosy z planu i pierwsze zwiastuny sugerowały zaskakującą zmianę formuły z superbohaterskiej bajki na jakiś kolaż sitcomowych estetyk. Za tym oczywiście musiało kryć się coś więcej, ale też tak silny nacisk na drastycznie odmienną konwencję dawał nadzieję na unikat – nie tylko na skalę Marvel Cinematic Universe, ale na skalę całej superbohaterskiej telewizji w ogóle.

Ktoś w tym momencie może zadrwić ze mnie, że dałem się nabrać na marketing Disneya, który zadziałał dokładnie tak jak powinien i złowił mnie na haczyk, ostatecznie sprzedając coś innego niż reklamował. I byłaby to prawda… gdyby nie fakt, że przez trzy pierwsze odcinki WandaVision był właśnie takim serialem, na jaki liczyłem i jaki bardzo chciałem oglądać. Punkt wyjścia fabuły – była członkini Avengers i wdowa po Visionie Wanda Maximoff po dramatycznych wydarzeniach z filmu Avengers: Infinity War niespodziewanie pojawia się na wyidealizowanych amerykańskich przedmieściach, gdzie wiedzie spokojny żywot ze swoim zaskakująco niemartwym mechanicznym mężem. Serial na samym początku jest tyleż intrygujący, co enigmatyczny – scenarzyści nie spieszą się z wyjaśnieniami, co się tak właściwie dzieje. To utrzymywało napięcie przyjemnie łaskoczące uwagę widza (przynajmniej tego, który pisze teraz te słowa) i mocno angażujące w śledzenie w perypetie Wandy i Visiona.

Nie wiemy bowiem, co się dzieje – i zaskakująco długo się nie dowiadujemy. Tu i tam pojawiają się drobne pęknięcia w wyidealizowanym obrazie. Niektórzy mieszkańcy sielskiego Westview nagle zaczynają zachowywać się dziwnie, w czaro-białym świecie zaczynają objawiać się kolorowe obiekty, a dziwne szumy i zakłócenia zdają się przebijać do spokojnej, wyidealizowanej bańki, którą zamieszkują głównie bohaterowie. Wszystko to prezentowane jest jednak z olbrzymią powściągliwością. Nie na tyle by przytłoczyć, nie na tyle, by przestraszyć – ale na tyle, by zaniepokoić. Wzbudzić dyskomfort. Unieść brew pomiędzy jednym, a drugim sitomowym gagiem, gdy naszą uwagę ściągnie reklama mydła lub ścierek stołowych nienachalnie nawiązująca do traumatycznego wydarzenia z życia Wandy. A wszystko to w ramach bardzo przemyślanej konwencji prezentującej nam kolejne dekady historii amerykańskiej telewizyjnej komedii familijnej.

Do czasu jednak. Cały ten lynchowski spektakl kończy się wraz z finałem trzeciego odcinka, który niweczy zarówno estetyczną strukturę serialu, jak i sporą część tajemnicy. A dalej jest tylko gorzej – otrzymujemy nowy, drugi wątek służący twórcom serialu wyłącznie do tego, by dokładnie, ale to naprawdę dokładnie tłumaczyć widzom, co dzieje się w tym pierwszym, jednocześnie pozbawiając WandaVisiona jakiejkolwiek subtelności czy niejednoznaczności. Każda dziwna rzecz, która przytrafiła się głównym bohaterom od teraz musi mieć swoje dokładne i pozbawione przestrzeni do interpretacji wyjaśnienie, każdy zwrot akcji musi być wyjaśniony i omówiony (najlepiej dwa razy) a każdy odcinek musi zawierać w sobie intruzywne segmenty poświęcone wyłącznie temu zapychaczowi.

A to boli. Bo serial naprawdę mógł być czymś wyjątkowym – i przez moment był. Zastanawiam się, co właściwie zaszło? Czy widownia testowa nie była w stanie nadążyć za fabułą i zdecydowano się domontować do serialu wątek służący pilnowaniu, by nikt się nie pogubił? Były jakieś skonfliktowane wizje tego, czym miał stać się serial i w rezultacie oglądamy takie monstrum Frankensteina? Nie wiem – wiem tylko, że obcuję z serialem, który jest jednocześnie znacznie mądrzejszy i znacznie głupszy niż oczekiwałem.

Ktoś może uznać, że inaczej się nie dało – to nie jest ambitne offowe kino, tylko serial dla fanów filmów superbohaterskich i trudno się spodziewać po nim, że zostanie drugim Twin Peaks. Nie przemawia do mnie taka argumentacja. Po pierwsze – Marvel jest teraz w tak dominującej pozycji, że może zrobić absolutnie wszystko. Po drugie – mieliśmy już przecież takie seriale jak Legion czy Watchmen, ambitne produkcje wymagające od widzów skupienia, uwagi i wysiłku intelektualnego i okazuje się, iż da się zrobić taki serial. Po trzecie – tak jak pisałem wcześniej, przez chwilę to był serial ocierający się o wybitność. Przez chwilę – długą chwilę – był dokładnie taki, jak sobie wymarzyłem.

Nie sprawia mi problemu wyobrażenie sobie WandaVisiona jako serialu od początku do końca enigmatycznego, który opowiada o żałobie i przepracowywaniu jej nie tłumacząc każdego swojego elementu – serialu, o który przez wiele lat później fani kłóciliby się, o co tam właściwie chodziło i jak wpasować go w szersze uniwersum, czy rozegrał się naprawdę czy tylko w głowie głównej bohaterki czy może w jakiejś metaforycznej przestrzeni, jak ostatnie odcinki Neon Genesis Evangelion? Zdecydowano jednak inaczej i WandaVision pozostanie kolejnym przykładem zadowalającej, ale wrogiej wszelkim transgresjom przeciętności.

piątek, 12 marca 2021

Dzień kobiet. Rekuperacja



Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


Co byście zrobili, gdybym powiedział Wam, że w Polsce każdego roku obchodzi się radykalne socjalistyczne święto?

Część z Was na pewno podeszłaby do tego z pewnym sceptycyzmem. I słusznie, bo to, co przed chwilą powiedziałem jest pewnym uproszczeniem. Nie zmienia to jednak faktu, że dzień kobiet – nieformalne święto obchodzone w różnych miejscach na całym świecie już od ponad stu lat – ma bardzo interesujące dziedzictwo.

Pierwszy dzień kobiet obchodzono dwudziestego ósmego lutego tysiąc dziewięćset dziewiątego roku, z inicjatywy Socjalistycznej Partii Ameryki. Jednym z głównych socjalistycznych ideałów jest równość – także równość płci – a na początku dwudziestego wieku nie było z tym specjalnie dobrze, nawet w takich krajach jak Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, dlatego jedna z ówczesnych działaczek SPA, pisarka, sufrażystka, antyrasistka i edukatorka Theresa Malkiel zaproponowała powołanie corocznych obchodów dnia kobiet, by w ten sposób propagować ideę równouprawnienia.

Co ciekawe – i zapamiętajcie tę informację, bo później stanie się ona niewiarygodnie ironiczna – Malkiel bardzo podejrzliwie podchodziła do, jak sama to nazywała burżuazyjnej wersji feminizmu. To znaczy takiej, w której celebruje się jakąś nieskonkretyzowaną kobiecą siłę, ale jednocześnie ignoruje się realne przyczyny nierówności między płciami, czyli patriarchat, nierówności płacowe oraz nieuzasadnione hierarchie między ludźmi.

Okej, ujmijmy to inaczej – Malkiel nie chciała, by kobiety miały takie same szanse bycia właścicielkami wielkich firm, bo nie miała pod tym względem żadnych złudzeń i wiedziała, że kobiety na takich stanowiskach będą wyzyskiwały swoich pracowników tak samo jak robią mężczyźni. Malkiel chciała wyeliminować źródło wyzysku, a nie wprowadzić równouprawnienie do wyzyskiwania. Zamiast zmieniać proporcje w tych hierarchiach wolała raczej zmienić same hierarchie w coś nieco uczciwszego dla wszystkich zainteresowanych.

Między innymi z tego powodu Theresa Malkiel odmawiała współpracy z Ligą Związków Zawodowych Kobiet, która w dużej mierze składała się z lepiej usytuowanych kobiet z klasy średniej i które interesował ten mniej fajny aspekt równouprawnienia. Sama Malkiel była zresztą edukatorką dorosłych osób z klasy robotniczej, przede wszystkim imigrantek, które z racji płci i pochodzenia miały bardzo utrudniony dostęp do równych szans na godną pracę.

Wróćmy jednak do samego dnia kobiet. W tysiąc dziewięćset dziesiątym roku, w trakcie Międzynarodowej Socjalistycznej Konferencji Kobiet w Kopenhadze. Delegatki – sto kobiet pochodzących z siedemnastu różnych krajów – uznały, że amerykańskie socjalistki wpadły na dobry pomysł z tym całym dniem kobiet i warto rozpowszechnić tę ideę również i na naszym kontynencie. Osiemnastego marca, tysiąc dziewięćset jedenastego roku odbyły się pierwsze masowe obchody dnia kobiet. Wykorzystywane były one jako pretekst do organizowania demonstracji i pochodów, na których rozpowszechniano postulaty udzielenia kobietom praw do głosowania, zniesienie dyskryminacji na rynku pracy oraz dopuszczenie kobiet do sprawowania urzędów publicznych, czego nie mogły wówczas robić. Warto pamiętać, że wszystkie te hasła wygłaszano z perspektywy lewicowej – pochody z okazji dnia kobiet organizowane były przez partie socjalistyczne i komunistyczne, na wielu z nich obok transparentów z hasłami feministycznymi pojawiały się czysto lewicowe postulaty. Wiedeński pochód poddał natomiast cześć męczennikom Komuny Paryskiej.

Jak mogłyście zauważyć, pierwszy, jeszcze nieoficjalny dzień kobiet nie odbył ósmego marca. Ta data wykrystalizowała się dopiero z czasem, w okolicach tysiąc dziewięćset czternastego roku. Nikt nie wie, czemu akurat wtedy, ta data nie posiada żadnego znaczenia sama w sobie. Po prostu w tysiąc dziewięćset czternastym akurat wtedy wypadała niedziela, czyli najlepszy dzień na pochód i po pewnym czasie tak już jakoś okrzepło. Wcześniej data była ruchoma, najczęściej dni kobiet obchodzono w okolicach końcówki lutego.

W tysiąc dziewięćset siedemnastym roku obchody międzynarodowego dnia kobiet w Rosji przerodziły się w antycarski wiec, od którego rozpoczęła się Rewolucja Lutowa, która z kolei zapoczątkowała cały łańcuch wydarzeń, który zakończył się obaleniem caratu w Rosji. Nieźle. Po rewolucji Rosjanki otrzymały prawa wyborcze, a w Związku Radzieckim dzień kobiet obwołany został świętem państwowym i dniem wolnym od pracy. Niestety Związek Radziecki nie okazał się tak fajny, jak wszyscy mieli nadzieję. Właściwie to w ogóle nie był fajny. Właściwie to był przeciwieństwem czegoś fajnego – zarówno dla kobiet, jak i dla osób wszystkich innych płci.

W krajach zachodnich Dzień Kobiet jako święto o potencjale rewolucyjnym odzyskał popularność w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy przejęły go feministyczne ruchy drugiej fali. Wiem, że wiele osób oglądających mój kanał to ludzie z zupełnie innej politycznej bańki niż moja i część z nich może nie wiedzieć, że feminizm miał kilka etapów ewolucji zwanych falami, w których działaczki feministyczne skupiały się na różnych aspektach i rozwijały idee równości płci – czasami w sposób częściowo albo nawet całkowicie zaprzeczający poprzednim falom. Prawdopodobnie powinienem stworzyć o tym oddzielny wideoesej. Dajcie znać w komentarzach, jeśli interesowałby was taki materiał.

W tym momencie istotny jest fakt, że wówczas również Dzień Kobiet obchodzony był przede wszystkim z inicjatywy ruchów lewicowych i traktowany był jako pretekst do protestów w celu wprowadzenia realnego równouprawnienia kobiet, zrównania płac, rzeczywistej walki z przemocą i dyskryminacją. Dzień Kobiet zaczął się wówczas stawać znormalizowanym nieformalnym świętem, z roku na rok coraz mniej skoncentrowanym na protestach, demonstracjach i praktyce feministycznej, a coraz bardziej na dawaniu kwiatków kobietom przez mężczyzn. Co oczywiście jest bardzo miłe, ale prawdopodobnie nie o to chodziło Theresie Malkiel.

Tym bardziej, że w wielu miejscach na świecie obchodzenie Dnia Kobiet wiąże się ze znacznie wyższym kosztem społecznym niż w USA czy Zachodniej Europie. W dwa tysiące siódmym roku w stolicy Iranu, Teheranie na cztery dni przed obchodami Dnia Kobiet policja wkroczyła do mieszkań organizatorek i organizatorów planowanego wiecu organizowanego z tej okazji w celu promowania równouprawnienia Irańskich kobiet. Organizatorki zostały pobite i wtrącone do więzienia. Część z nich została wypuszczona do trwającym piętnaście dni strajku głodowym. Walka o równouprawnienie kobiet trwa do dziś i w wielu miejscach przybiera wyjątkowo brutalny charakter. I wcale nie trzeba wybierać się do krajów Bliskiego Wschodu, by się o tym przekonać.

No dobrze, ale czy nakręciłem ten materiał wyłącznie po to, by opowiedzieć Wam o historii Dnia Kobiet? Częściowo tak. Częściowo jednak uznałem, że to interesujące, w jaki sposób obecnie postrzegany jest Dzień Kobiet – jako raczej neutralne całkowicie niekontrowersyjne święto celebrujące bardzo ogólnie rozumianą, nieskonkretyzowaną kobiecość. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, jak wyraziście lewicowe i rewolucyjne były jego początki. Tymczasem dziś wielkie korporacje, takie jak na przykład MacDonald’s i Calvin Klein wykorzystują Dzień Kobiet jako pretekst do reklamy swoich produktów. A ludzie, którzy zwykle mdleją na dźwięk słowa „socjalizm” nie mają najmniejszego problemu z celebrowaniem tego święta. Jak do tego doszło?

By odpowiedzieć na to pytanie, musimy najpierw wspomnieć o sytuacjonistach.

Sytuacjonizm był nurtem intelektualnym rozwijającym się w połowie dwudziestego wieku w krajach Europy Środkowo-Zachodniej. Początkowo był to nurt sztuki awangardowej, z czasem jednak przerodził w znacznie bardziej filozoficzną, rewolucyjną krytykę kapitalizmu ściśle zintegrowaną z twórczością artystyczną. W przeciwieństwie do innych radykalnie lewicowych ruchów – takich jak komunizm czy anarchizm, od których zresztą dość zdecydowanie się odcinali – sytuacjoniści twierdzili, że rewolucja społeczna nie może być gwałtownym, zerojedynkowym i brutalnym przewrotem. Zamiast tego powinna odbywać się nieustannie, na płaszczyźnie wszystkich aspektów codziennego życia, takich jak zajęcia domowe, praca, sztuka oraz spędzanie wolnego czasu.

Czasami prowadziło to zresztą do niezwykle fascynujących zachowań społecznych praktykowanych przez członków tego ruchu. Dobrym przykładem jest idea dérive, wędrownictwa, zaproponowana przez jednego z założycieli ruchu, Guya Deborda. Debord zauważył, że nawet to, w jaki sposób poruszamy się po miejscach naszego zamieszkania podyktowany jest regułami kapitalizmu.

To, jak i gdzie budowane są nowe obiekty – i jak wykorzystywane są te już istniejące – uzależnione jest w olbrzymiej mierze od tego, co się opłaca w sensie finansowym. Jeśli chcemy umówić się ze znajomymi, na ogół musimy udać się do centrum miasta, bo tam znajdują się kina, lokale, kluby i kawiarnie umożliwiające takie spotkania. W drodze do pracy zahaczamy o supermarket, by nabyć zakupy na obiad… To sprawia, że większość z nas po pewnym czasie ma już ustalone rutynowe ścieżki swojego życia, codziennie mijamy te same zabudowania, te same billboardy reklamowe i te same ulice, na chodnikach mijamy tych samych ludzi i sprowadza nas to do monotonnej, alienującej rutyny.

Sytuacjoniści zaczęli uprawiać zatem dérive – swobodne, pozbawione planu czy odgórnego celu włóczęgi po okolicy, najlepiej w miejsca, w które nie mieli żadnego racjonalnego powodu się udawać. Po co? No cóż, przede wszystkim spacery są przyjemne same w sobie, o ile ktoś oczywiście lubi tego typu rozrywkę, ale „po co?” nie jest tu najlepszym pytaniem. Po prostu odpręż się, niczego nie planuj, wybierz losowy kierunek i ciesz się chwilą. Kto wie, może po zejściu z wydeptanych ścieżek natrafisz na coś, co przykuje twoją uwagę. Może spotkasz jakąś osobę, na którą nigdy byś nie wpadł w trakcie swojej codziennej rutyny? Może odkryjesz jakieś przyjemne miejsce, do którego zechcesz powrócić? Może wpadnie ci do głowy jakaś myśl, która w innym przypadku nie byłaby w stanie zaistnieć? A nawet jeśli nie – to przynajmniej przełamiesz rytm swojego codziennego życia, co samo w sobie może być w jakimś drobnym stopniu bardzo pozytywnym doświadczeniem rewolucyjnym.

No ale – zawędrowałem za daleko od głównego tematu naszych dzisiejszych rozważań. Nomen omen. Obiecuję, że wrócimy do tego innym razem. W tym momencie najbardziej interesuje nas to, że sytuacjoniści zwrócili uwagę na interesujący proces, za pomocą którego ten system ekonomiczno-społeczny, z którym walczą, broni się przed ideami, które mu zagrażają.

W momencie, w którym jakaś rewolucyjna idea zagraża ustalonemu porządkowi rzeczy, zwykle sytuacja może rozwinąć się na kilka sposobów. Najczęściej taka idea jest po prostu odrzucona i stłumiona. Ustalony porządek rzeczy jest na tyle silny, by móc ją pokonać, obwołać herezją, spacyfikować wyznawców tej idei i uczynić ją nielegalną, w ten sposób radząc sobie z zagrożeniem. Jeśli ustalony system społeczny jest jednak zbyt słaby, nie wytrzymuje starcia z tą rewolucyjną ideą i upada, po czym zostaje zastąpiony innym porządkiem rzeczy. Na taki właśnie obrót spraw liczyli sytuacjoniści, podgryzając konsumpcjonizm, wprowadzając do obiegu intelektualnego rewolucyjne idee i podkopując kulturę oraz filozofię kapitalizmu.

Z czasem zauważyli jednak, że zaczyna dziać się coś innego. Rewolucyjne idee zostają włączone do kapitalizmu i wykorzystane jako element wzmacniający obowiązujący system. Oczywiście w międzyczasie tracą również swój rewolucyjny potencjał. Pamiętacie drugi odcinek serialu Black Mirror? Ten, którego akcja rozgrywa się w podziemnej społeczności, gdzie większość ludzi zarabia na życie jeżdżąc na rowerkach generujących energię elektryczną? W finale tego odcinka główny bohater w bardzo dramatycznej, emitowanej na cały świat przemowie ujawnia hipokryzję i toksyczność całej tej społeczności. Jednak jego rewolucyjny potencjał nie przeradza się w rzeczywisty bunt i zmianę świata na lepsze – zamiast tego bohater dostaje program telewizyjny, w którym powtarza swoje buntownicze przemowy, ale po wkręceniu ich w komercyjny obieg tracą one swój potencjał transformacji społeczeństwa w coś mniej toksycznego. Stają się po prostu kolejną formą rozrywki dla mas. Tym jest właśnie rekuperacja.

Wydaje mi się, że najlepszym, najsilniej przemawiającym do wyobraźni przykładem tego typu procesu są koszulki z marksistowskim rewolucjonistą Che Guevarą, które od lat są masowo produkowane przez komercyjne firmy, jego twarz stała się zastrzeżonym znakiem towarowym, a na sprzedaży odzieży z wizerunkiem Che Guevary korporacje odzieżowe każdego roku zarabiają olbrzymie sumy pieniędzy.

Kultura masowa pełna jest tego typu sytuacji. Z tych najbardziej aktualnych możemy przywołać grę polskiego studia CD-PROJEKT RED, Cyberpunk 2077. Cyberpunk jako gatunek literacki był w swej esencji bardzo krytyczny wobec kapitalizmu, fabuła często skupiała się na walce wielkimi korporacjami podważającymi demokrację i prawa człowieka za pomocą władzy, jaką daje pieniądz. Gra studia CD-PROJEKT RED miała dość… niełatwy proces produkcyjny, branżowe portale regularnie donosiły o kolejnych przesunięciach premiery spowodowanych problemami w produkcji, a osoby odpowiedzialne za wyprodukowanie Cyberpunka musiały zmagać się z wyjątkowo intensywnym crunchem, czyli okresami wzmożonej pracy w nadgodzinach, by wyrobić się z ukończeniem gry przed datą jej premiery. Po premierze okazało się natomiast, że – delikatnie rzecz ujmując – nie wszystkie obietnice twórców znalazły swoje pokrycie w rzeczywistości.

A zatem korporacja, która wyprodukowała grę w konwencji cyberpunku pod wieloma względami zachowywała się jak stereotypowe wielkie złe korporacje krytykowane w gatunku cyberpunku. Swoją drogą ta gorzka ironia nie umknęła nawet samym twórcom gry. Wedle doniesień serwisu Bloomerg na spotkaniu organizacyjnym jedna z osób pracujących przy grze zapytała swoich zwierzchników, czy nie czują się hipokrytami tworząc grę o korporacyjnym wyzysku i jednocześnie wymagając od swoich pracowników długich nadgodzin intensywnej, wycieńczającej pracy nad ukończeniem produkcji tej gry.

Albo na przykład wyobraźcie sobie skrajnie lewicowego, antykapitalistycznego bloggera, który propaguje swoje poglądy na platformie YouTube i zarabia pieniądze na reklamach wyświetlanych… w jego wideoesejach… hmm… eeee… 

Mój wywód zmierza oczywiście do tego, że proces rekuperacji dotknął również Dnia Kobiet. U swoich początków było to wyraziście rewolucyjne święto służące do celebrowania idei równouprawnienia oraz głoszenia radykalnych postulatów, często prowokujące starcia z aparatem władzy czy wręcz prawdziwe, historyczne rewolucje. I, do pewnego stopnia, nadal nim jest. Z roku na rok jednak jego potencjał jest rozbrajany, a święto przejmowane przez wielkie korporacje czy start-upy, które chcą wykorzystać Dzień Kobiet do promowania swojego brandu. Zamiast Theresy Malkiel mamy więc koncern Disneya, który mówi małym dziewczynkom, że one też mogą być księżniczkami.

Bibliografia:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...