piątek, 25 września 2020

Cień cisheta


fragment okładki


Zanim zacznę pisać o Tęczowych i fantastycznych – pierwszym w historii polskiej fantastyki tematycznym zbiorze opowiadań poświęconym LGBTQIAA+ – najpierw napiszę o czym ta notka nie będzie. Przede wszystkim nie będzie to recenzja. Nie mam zamiaru oceniać literackiej czy merytorycznej jakości antologii, z przyczyn, o których napiszę już za moment. Po drugie, nie będę skupiał się na poszczególnych tekstach. Z góry przepraszam autorów, autorki i osoby autorskie, bo wiem, że to właśnie one najgłębiej będą wczytywały się w tę blognotkę. Gdybym miał napisać choćby parę słów o każdym tekście, szybko przybrałaby ona gargantuiczne rozmiary, a gdybym wyróżnił tylko kilka konkretnych, czułbym, że wyrządzam krzywdę wszystkim pozostałym. Po trzecie w końcu – nie będę pisał o swoim własnym opowiadaniu, które również dostało się do zbiorku. To jest również powód, dla którego nie będzie to recenzja – czuję, że mam tu zbyt trochę wielki konflikt interesów. 

Dlatego skupię się na własnych przemyśleniach, refleksjach i obserwacjach związanych z Tęczowymi i fantastycznymi. Luźnych, nie zawsze skonkretyzowanych rzeczach, które wyłapałem i zapamiętałem w trakcie lektury. Przypomnę jeszcze, że zbiorek jest darmowy i można go pobrać w tym miejscu, do czego oczywiście gorąco zachęcam. Jego znajomość nie będzie kluczowa dla zrozumienia mojej blognotki, ale jeśli ktoś chce wyrobić sobie własną opinię przed jej lekturą – ma taką możliwość. Ostrzegam jednak, że antologia jest dość obszerna, bo liczy ponad osiemset stron.

Myślę, że słowo „bogactwo” jest kluczowe dla Tęczowych i fantastycznych i powinno paść w tym tekście możliwie najszybciej. Antologia zawiera w sobie nie tylko konwencjonalną prozę, ale również publicystykę, poezję, komiks, setting do gier fabularnych, scenariusz i kilka eksperymentów z formą. Najdłuższe teksty są niemal mikropowieściami, najkrótsze można przeczytać na jednym wydechu. Autorzy, autorki i osoby autorskie są ludźmi w różnym wieku, o różnych statusach społecznych, wykształceniu, płciach, orientacjach psychoseksualnych. Niektórzy są pisarkami ze sporym dorobkiem literackim, dla innych jest to debiut. 

Treść tekstów jest równie różnorodna. Mamy horror, fantasy, realizm magiczny, fantastykę naukową we wszelkich odmianach i wiele gatunkowych hybryd. Nie wszystkie mi odpowiadały, ale też nigdy w trakcie lektury nie miałem poczucia, że któryś znalazł się tam przez pomyłkę albo był niepotrzebny. W żadnym razie – każdy dodawał coś do równania, unikalną perspektywę, język, pomysł, ideę. Długo mógłbym jeszcze pisać o tym, co te teksty dzieli, ale znacznie bardziej interesuje mnie fakt, iż wiele z nich łączy.

A łączy niemało. W toku lektury zauważyłem kilka motywów regularnie przewijających się w kolejnych opowiadaniach. Była to dość pouczająca analiza, ponieważ zarysowała pewne spektrum doświadczeń współdzielonych przez osoby nie-cishetero. Choć prawdopodobnie powinienem był napisać – spektrum doświadczeń współdzielonych przez osoby nie-cishetero żyjące w Polsce i interesujące się fantastyką. W zdecydowanej większości opowiadań te trzy tożsamości – queerowa, polska i fantastyczna – nakładają się i przenikają w różnych proporcjach i kombinacjach. Czyni to zbiorek naprawdę unikalnym, ponieważ nie jest to perspektywa, którą mamy szansę obserwować często i chyba nigdy do tej pory w takim stężeniu i przy tak ogromnej różnorodności podejść.

Zauważyłem, że wiele tekstów w ten czy inny sposób stara się zakotwiczyć queerowe doświadczenia w historii, czy to poprzez rekontekstualizację legend lub podań, czy to przez osadzenie fabuły w starożytności lub wczesnym średniowieczu. Gdybym miał się pokusić o jakąś teorię – a czemu by nie? – powiedziałbym, że przebija się przez to potrzeba historycznej walidacji, uprawomocnienia własnej egzystencji jako osoba queerowa poprzez obecność podobnych do nas bohaterów i bohaterek u samych korzeni rodzimej (i nie tylko rodzimej) kultury. Do bardzo niedawna historia osób nieheteronormatywnych była powszechnie wymazywana, czasami z powodu obyczajowości historyków i kronikarzy, czasami interpretacje zapisków historycznych z punktu wykluczające możliwość istnienia osób innych niż cishetero.

Jakiś czas temu znajoma lesbijka przysłała mi mema przedstawiającego podręcznik historyczny otwarty na stronie z reprodukcją średniowiecznej ilustracji wizualizującej dwie kobiety leżące w łóżku. Podpis pod tym obrazkiem głosił – parafrazując – „nie wiadomo czemu te dwie kobiety zostały przedstawione w ten sposób”. No cóż za tajemnica! – kpiła moja znajoma w konwersacji, którą odbyliśmy zaraz potem – Zagadka, której zapewne nigdy w życiu nie uda nam się rozwiązać!

Ta anegdotka dość dobrze obrazuje problem z interpretacją historii – ten proces zawsze ograniczany będzie perspektywą interpretujących. Osobie redagującej podręcznik historyczny z tamtego mema najprawdopodobniej nie przyszło nawet do głowy, że reprodukcja może przedstawiać kobiety homoseksualne. Dla mojej znajomej było to odruchowe założenie i konfuzja autorów podręcznika rozbawiła ją z tego właśnie powodu. Czy kobiety z ilustracji były homoseksualne? Nie wiemy – ale nie jest to niemożliwe. Po prostu dla ludzi badających historię do tej pory często było niewyobrażalne. 

Specyficzne doświadczanie upływu czasu to dla wielu nienormatywnych osób coś powszechnego. Heteronorma dostarcza wygodnego kulturowego wzorca – randki, małżeństwo, założenie rodziny, wychowanie dzieci. Osoby niewpisujące się w heteronormę – szczególnie w kraju, który od lat odmawia im prawa do zawierania rozpoznawanych przez prawo związków – mają do wyboru unieszczęśliwianie się próbą wpisywania się w ten schemat albo życie bez planu, w płynnym stanie niekończącej się niepewności, narażone za zabrnięcie do różnych życiowych ślepych uliczek, bez wyraźnych i rozpoznawalnych granic pomiędzy jednym i drugim etapem życia. 

Ponadto, niektóre osoby trans zwracają uwagę na to, że proces tranzycji czasami przypomina powtórne dorastanie, zarówno w mentalnym jak i czysto fizycznym sensie. Życie bez planu, który mógłby być punktem odniesienia oznacza, że czasami się spóźniamy, a czasami przybywamy za wcześnie. Odbicie tego stanu możemy zaobserwować również i wielu opowiadaniach ze zbiorku. Bohaterowie wielu opowiadań doświadczają czasu na różne niezwykłe sposoby, niektórzy dosłownie podróżują w czasie, inni odkrywają tajemnice z przeszłości zmieniające to, w jaki sposób rozumieją teraźniejszość albo patrzą w przyszłość…

Zaskoczyło mnie nieco, że niemal wszystkie opowiadania zawarte w Tęczowe i Fantastyczne są pozbawione scen seksu, a te, które je posiadają na ogół sprowadzają opisy fizycznych uniesień do najbardziej wysmakowanej, łagodnej i waniliowej wersji. Zastanawiam się, na ile jest to kwestią zbiegu okoliczności, a na ile tego, co na własny użytek nazywam „cieniem cisheta”.

W jednym z odcinków amerykańskiego serialu animowanego Boondocks główny bohater, Huey (czarny dziesięciolatek), spotyka (białego) tajnego agenta CIA posługującego się pseudonimem „Biały Cień”. Serial sugeruje nam, że Biały Cień nie jest realnie istniejącą osobą, elementem wyobraźni chłopca, który jest mocno zaangażowany emocjonalnie w działalność emancypacyjną czarnej mniejszości USA. Biały Cień jest w serialu symbolem presji wynikającej społecznej percepcji Afroamerykanów. Czarni mieszkańcy USA zdają sobie sprawę, że każde ich zachowanie będzie odbierane jako potwierdzenie albo zaprzeczenie ustalonego zestawu (najczęściej krzywdzących) stereotypów, co skutkuje wyrobieniem sobie wewnętrznego cenzora kontrolującego każde zachowanie mogące być odebrane jako negatywne. 

Myślę, że cień cisheta funkcjonuje w bardzo podobny sposób dla społeczności LGBTQIAA+. Ten nieustanny cały czas obserwujący i oceniający wzrok normalnej większości wisi nad nami przez cały czas, niczym miecz Damoklesa, zmusza do ważenia każdego słowa, kontrolowania każdego zachowania w relacjach społecznych. Ta świadomość, że możemy być pierwszym albo nawet jedynym wyoutowanym członkiem społeczności, z którą styka się jakaś osoba, musimy więc zachowywać się nienagannie, niestereotypowo, cierpliwie i wyrozumiale, kładzie na nasze barki odpowiedzialność, o którą żadne z nas nigdy nie prosiło. To jedna z najbardziej wyrazistych demonstracji przywileju w działaniu – jeśli członek większości zachowa się paskudnie, jedynie on jest za to oceniany. Jeśli osoba z nieuprzywilejowanej grupy mniejszościowej zachowa się paskudnie, nagle odpowiedzialność w jakiś sposób ponosi za to cała grupa, na którą rzutuje to zachowanie. To męczy, prowadzi do frustracji i paranoi.

Stereotyp mówiący o seksualnej rozwiązłości osób niehetero (propagowany często przez heteryków uwielbiających chwalić się na Twitterze swoimi bogatymi kolekcjami kadrów z hardkorowych gejowskich filmów porno) może wpływać na „waniliowość” tekstów zawartych w antologii albo przynajmniej być jednym z czynników. Po prostu queerowe doświadczanie świata jest znacznie bogatsze i bardziej różnorodne, rozciągające się na takie rzeczy jak tworzenie specyficznych kręgów towarzyskich, siatek samopomocowych, radzenia sobie z samotnością i poczuciem zaszczucia czy po prostu niepewnością życiową. 

Opowiadania ze zbioru Tęczowe i Fantastyczne ubierają tę inność w różne metafory, czasami bardzo wyraziste, czasami mocno subtelne – i wszystko pomiędzy. Jest w nich wiele szczerości i ta szczerość często wynagradza niedoświadczenie pisarskie albo warsztatowe niedoróbki osób uczestniczących w projekcie. Nie chciałbym jednak, by zabrzmiało to tak, jakbym sugerował, że poziom zbioru jest niski – nie jest. Znajdziecie tam opowiadania znakomite, dobre i bardzo dobre.

Tekst powstał w ramach współpracy z producentem czytników książek elektronicznych PocketBook.

piątek, 18 września 2020

RECENZJA: Infinity Train – Book 3


fragment grafiki promocyjnej


Infinity Train to jedno z tych animowanych dziwactw, które nie do końca pasują do żadnej szufladki. Serial zaczął swój żywot jako krótki pilot umieszczony na kanale YouTube stacji Cartoon Network. Ta sympatyczna miniaturka opowiadała o rezolutnej dziewczynie imieniem Tulip, która podróżuje przez dziwaczny, nieskończony pociąg, gdzie każdy wagon jest oddzielnym światem, a każde przejście do następnego jest zamknięte aż do momentu, w którym pasażer albo pasażerka domyśli się, jak je otworzyć i przejść do kolejnego. Równolegle Tulip próbowała rozwiązać inną zagadkę, związaną z dziwnymi liczbami pojawiającymi się na jej dłoni. Pilot momentalnie przyciągnął uwagę milionów widzów, co doprowadziło do zamówienia pełnego sezonu. Początkowo z myślą o serwisie streamingowym HBO Max, jednak z tych czy innych powodów start platformy został opóźniony, przez co dwa pierwsze segmenty serialu – składające się na pierwszy sezon Księga 1 oraz Księga 2 – wyemitowane zostały na Cartoon Network. Księga 3 (a zapewne i niewyemitowana jeszcze Księga 4) trafiła już na HBO Max. 

Popularność pilota nie zaskoczyła mnie w najmniejszym stopniu. Zwiastował on serial z bardzo łatwą w identyfikacji formułą – jeden odcinek to jeden wagon, świat, problem i bohaterowie epizodyczni, z wątkiem przewodnim dziejącym się gdzieś w tle, najpewniej aż do finału. To atrakcyjny i otwierający olbrzymie możliwości narracyjne sposób komponowania historii… który jednak, jak się okazało, nie został wykorzystany przez twórcę serialu. Owen Jones, showrunner Infinity Train, bardziej był zainteresowany indywidualnymi historiami głównych bohaterów poszczególnych Ksiąg (każda ma innych) niż samym Pociągiem. Do dziś nie mamy pojęcia kto i dlaczego stworzył Pociąg, do jakiej stacji zmierza oraz na jakich zasadach działa. Nie ma w tym niczego złego, ostatecznie niektóre tajemnice działają najlepiej gdy nie mają jasnej odpowiedzi i pozostawiają pole do nieustannych dywagacji. Poza tym jednak, sama wewnętrzna mitologia Pociągu jest całkiem solidnie rozwinięta, nawet jeśli zwykle dzieje się to trochę mimochodem. Nie to jest problemem, a nawet jeśli – nie to jest moim problemem. Co jest zatem moim problemem? 

To… skomplikowane. Uwielbiam ten serial, naprawdę. Księga 1 była małą eksplozją kreatywności i nawet jeśli nie wszystko zagrało w niej dokładnie tak jak trzeba, to i tak historia była bardzo satysfakcjonująca na większości poziomów. Księga 2 była jeszcze lepsza, z nową bohaterką walczącą nie tylko o to, by wydostać się z Pociągu, ale też dosłownie o swoją podmiotowość i uznanie jako indywidulną, niezależną istotę. Księga 3 pod pewnymi względami była najlepsza z dotychczasowych… Jednocześnie obnażyła jednak problem, który dyskretnie kiełkował w Infinity Train właściwie od samego początku i dopiero na tym etapie stał się – dla mnie – nieznośnie przytłaczający. 

Chodzi o pewną zbędną emocjonalną brutalność, jaką scenarzyści serialu zwykli okazywać swoim bohaterom. Sama sytuacja wyjściowa traktowana jest z pełną świadomością jej realistycznych implikacji. Bohaterowie znajdują się de facto w lovecraftowskim koszmarze, w którym skazani są na radzenie sobie z istotą tak potężną i niepojętą, że nie mają szans na jej pokonanie – jedynie na przetrwanie. Ci, którzy próbują podporządkować sobie Pociąg albo łamią jego zasady kończą obłąkani, potępieni lub martwi. Choć sama natura Pociągu może wydawać się inherentnie pozytywna – to coś w rodzaju limbo, do którego różne osoby trafiają w punktach zwrotnych swojego życia, a podróż po kolejnych wagonach ma im pomóc z uporaniu się z własnymi problemami emocjonalnymi – to metody jego działania są bezkompromisowe i często śmiertelne dla samych zainteresowanych. Jedna z bohaterek Księgi 3 (która wie, o czym mówi) stwierdza nawet w jednym momencie, że Pociągu nie obchodzą poszczególni pasażerowie, jedynie sama procedura. 

Początkowo nie było z tym większego problemu. Księga 1 opowiadała o dość ponurym przypadku dziecka radzącego – a raczej nieradzącego – sobie z rozwodem rodziców i ich emocjonalnym oddaleniem zarówno od siebie nawzajem jak i od niego samego. Trafiało się kilka mocniejszych fragmentów, ale w zasadzie nic, do czego nie posunąłby się, dajmy na to, Gravity Falls. Księga 2 była już znacznie bardziej przytłaczająca, z główną bohaterką napędzaną gniewem, który w wielu przypadkach był toksyczny i destruktywny zarówno dla niej samej jak i osób jej towarzyszących. W jednym momencie posunęła się nawet do – bardzo naturalistycznie przedstawionego – morderstwa postaci negatywnej przewijającej się przez całą Księgę. 

Ta scena wzięła mnie kompletnie z zaskoczenia, by wyglądała niczym wyjęta z produkcji nawet jeśli nie dla dorosłych, to na pewno dla co najmniej starszych nastolatków. To było odważne, ale nawet wtedy nie wydawało mi się szczególnie potrzebne. Zarówno sama scena, jak i sposób jej zaprezentowania nie wnosiły niczego nowego do rozwoju postaci, do jej historii i na pewno nie działały na jej korzyść jeśli chodziło o wypracowanie sympatii widzów. Sytuację równoważył fakt, że ofiara była naprawdę zimnym i niegodziwym draniem, za którym nikt specjalnie nie tęsknił, a bohaterka próbowała go wcześniej ratować, co spotkało się z całkowitym brakiem wdzięczności z jego strony. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet ten szerszy kontekst nie usprawiedliwia ukazania bohaterki w brutalny sposób uśmiercającej inną postać, by w następnej scenie pokazać ją pochlapaną ekwiwalentem krwi na twarzy i później zignorować implikacje tego aktu. Wtedy nie uznałem tego za sygnał ostrzegawczy. Księga 3 uwiadomiła mi, że powinienem. 

Jeszcze raz – w kulturze popularnej, nawet tej dla nieco młodszych odbiorców, brutalność nie przeszkadza mi sama w sobie. Przemoc, traumy, niesprawiedliwość i śmierć są częścią naszego świata i zapoznanie dzieciaków z tymi elementami otaczającej nas rzeczywistości – w sposób dla nich przeznaczony i odpowiedni, ma się rozumieć – nie jest niczym niewłaściwym. Przeszkadza mi wykorzystanie jej wyłącznie jako prostego środka celem wymuszenia gwałtownej, emocjonalnej reakcji na widzach nie oferując niczego w zamian. To błąd niezależnie od tego, do jakiej grupy odbiorczej skierowany byłby serial. 

W Księdze 3 problem eskaluje w stopniu, w którym nie jestem w stanie przejść już nad nim do porządku dziennego. Mamy tam – dwukrotnie – postać pierwszoplanową zabijającą inną postać pierwszoplanową, traumatyzowanie małego dziecka, stawianie małego dziecka w sytuacji, w której musi ukrywać swoje emocje i swoją naturę przed inną osobą z uzasadnionej obawy przed śmiercią, odrzucenie przez opiekuna, śmierć innego opiekuna… Wiem, że być może brzmię w tym momencie jak panikujący rodzic oburzający się na to, że kreskówka dla jego dziecka jest nieco odważniejsza niż uważa to za odpowiednie. Tyle tylko, że nie jestem rodzicem, jestem dorosłym człowiekiem i nawet dla mnie emocjonalne obciążenie było momentami zbyt wielkie, bym był w stanie cieszyć się Księgą 3 tak jak poprzednimi. To nie kwestia tego co odpowiednie dla konkretnej grupy wiekowej, to kwestia odpowiedniej kompozycji elementów opowieści. 

TvTropes ma na to specjalną nazwę – Darkness-Induced Audience Apathy. Jeśli historia jest zbyt mroczna i dołująca, a tych elementów nie równoważy w odpowiednim stopniu nic innego, odbiorcy przestaną się przejmować tym, co się dzieje z głównymi bohaterami. Bo czemu mieliby to robić, skoro nawet przy najkorzystniejszym obrocie sytuacji obsadę czeka co najwyżej kontynuacja ich traum, cierpienia i bólu? To ryzyko, z którym mierzy się każdy twórca dzieła opierającego swoją opowieść na traumach i dramatach spotykających jego bohaterów – jak uczynić te motywy angażującymi i znaczącymi, by nie przesadzić? To jest trudne i dlatego nie mam zamiaru krytykować zbyt mocno twórców Księgi 3. Szczególnie, że operowali oni na delikatnej tkance serialu skierowanego – przynajmniej nominalnie – do dzieci, co dodatkowo komplikuje sytuację. 

To oczywiście skrajnie subiektywny problem, ale dla mnie był na tyle znaczący, bym musiał poświęcić mu większość tej recenzji. Fabularnie reszta Księgi 3 jest bowiem bez zarzutu. Scenarzyści umiejętnie wykorzystują ustalone już elementy uniwersum i budują na nich nową historię. Historię, jak to zwykle w Infinity Train bywa, skupioną na indywidualnych aspiracjach postaci, a nie większych i bardziej abstrakcyjnych celach jak na przykład uratowanie świata albo uratowanie Pociągu albo powstrzymanie Pociągu albo cokolwiek podobnego. Gra toczy się o niższe stawki, ale to bardzo dobrze, bo niższe stawki są ciekawsze. 

Pod względem animacji to tak dziwnie nierówny serial. Jego estetyka jest mocno zachowawcza – niespecjalnie staranne, raczej ubogie w detale scenografie i projekty postaci rekompensowane są przez bardzo dobry storyboarding (który w kreskówkach odpowiada za „pracę kamery” i „montaż”) i płynną, znakomicie wyważoną animację. Niekoniecznie jestem fanem kolorów tej serii. Zawsze wydawało mi się, że twórcy nie potrafią się zdecydować czy chcą tworzyć serial pastelowy czy gniło-szaro-bury, a próby kompromisów na tym polu wypadają… źle. 

Mam też – kolejny! – osobisty problem z brakiem dynamicznego cieniowania postaci. Ich sylwetki i ubrania najczęściej pozostają jednolitymi plamami koloru niezależnie od oświetlenia, co stanowi dość duży problem w sytuacjach gdy bohaterowie przebywają w półmroku albo środowisku, w którym oświetlenie zmienia się dynamicznie. A to zdarza się często. Rezultatem jest trochę nieprzyjemne zburzenie iluzji, że postacie i tła znajdują się w tym samym wymiarze. Wiele współczesnych (i nie tylko) kreskówek ma ten problem i nic dziwnego, bo dbanie o ten aspekt animacji to masa naprawdę trudnej, precyzyjnej pracy, na co nie zawsze jest budżet. 

Największe wrażenie robi natomiast muzyka. Ponury, klimatyczny synth autorstwa Chrome Canyona (sprawdźcie jego stronę na Spotify albo SoundCloud, gość jest niesamowity) ponownie odwala kawał dobrej roboty w kwestii budowania klimatu poszczególnych scen za pomocą ścieżek melodycznych. Mało który serial animowany jest w stanie poszczycić się tak dobrą ścieżką dźwiękową… wróć – mało który serial w ogóle jest w stanie poszczycić się tak dobrą ścieżką dźwiękową. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że muzyka w kreskówkach „nie piosenkowych” często jest traktowana w bardzo utylitarny sposób, jako tło muzyczne, które musi być, by serial nie brzmiał zbyt pusto, ale też nie przykłada się do tego zbyt wielkiej wagi. Tu jest inaczej.

Lubię tego dziwoląga. Okazał się czymś zupełnie innym niż się zapowiadał, a jego twórcy eksperymentują znacznie odważniej niż uznawałem to za możliwe w telewizyjnej animacji dla dzieci. Nie wszystkie te eksperymenty są oczywiście udane, ale nawet nieudane eksperymenty mogą być ciekawe. W Księdze 3 nadal przeważają te udane. Nie mogę doczekać się Księgi 4.

piątek, 11 września 2020

RECENZJA: Axiom's End


Czekałem na premierę Axiom’s End. Bardzo szanuję intelektualny dorobek Lindsay Ellis. Jej wideoeseje na temat kultury popularnej są zawsze błyskotliwe, zabawne, przemyślane oraz informatywne. Ze zniecierpliwieniem oczekuję na każdą kolejną YouTubkę, które autorka tworzy na szczęście stosunkowo regularnie. Gdy jednak przyszło do lektury jej debiutanckiej powieści, moje uczucia okazały się… mieszane. To nie jest zła powieść, w żadnym wypadku. Po prostu Ellis do tej pory dawała mi się poznać jako teoretyczka mająca dużą świadomość istnienia popkulturowych mechanizmów, struktur narracyjnych i fabularnych. Patrzenie jak wpada w te same pułapki, które latami krytykowała w swoich wideoesejach było dość rozczarowujące i przypomniało mi starą prawdę, że nie każdy dobry krytyk jest jednocześnie dobrym twórcą.

Zdaję sobie sprawę, że to dziwna rzecz do rozpoczęcia od niej recenzji, ale weźmy choćby decyzję osadzenia akcji powieści w dwa tysiące siódmym roku. W teorii i na papierze doskonale rozumiem, o co chodziło Ellis – był to specyficzny kulturowo i politycznie okres w historii USA, z agresywną polityką militarną poza granicami kraju, nadal niezaleczoną traumą społeczną po jedenastym września, zbliżającym się coraz większymi krokami kryzysem finansowym i kontrowersyjną prezydenturą Busha. Cała ta patriotyczna gorączka i rosnąca niechęć do nacji spoza amerykańskiego bloku kulturowego potencjalnie całkiem nieźle rezonuje z tematem powieści, czyli Pierwszym Kontaktem z obcą rasą istot pozaziemskich operujących inną wrażliwością i innym sposobem życia na poziomie biologicznym i społecznym. Była tu przestrzeń do kreślenie interesujących porównań i wzmacniania przekazu.

Przestrzeń, którą autorka wykorzystała… raczej tak średnio. Gdy twórcy kultury popularnej osadzają swoje opowieści w konkretnym punkcie przeszłości – szczególnie historii najnowszej – często zdarza im się wpadać w pułapkę przerysowania. Wiecie, jak w Stranger Things, gdzie główni bohaterowie chodzą do kina tylko na te filmy, które zniosły próbę czasu, w radiu lecą tylko ikoniczne i rozpoznawalne do dziś przeboje, a wszystko wygląda nie jak prawdziwe lata osiemdziesiąte, ale wizja tego okresu przefiltrowana przez kolektywną nostalgię. Axiom’s End wpada w tę pułapkę dość mocno – nawiązania do popularnych w pierwszej dekadzie XX wieku tekstów kultury sypią się na tyle gęsto, by całość robiła wrażenie spaceru po skansenie.

W dodatku interpretowanie dwa tysiące siódmego roku jako historycznego bąbla, który warto traktować jak interesującą arenę wydarzeń wydaje mi się trochę bezsensowne. Minęło po prostu zbyt mało czasu, by porywać się na coś podobnego. Świat nie zmienił się aż tak bardzo. Większość czytelników i czytelniczek Axiom’s End stosunkowo dobrze pamięta tamten okres, co utrudnia jego mitologizowanie bo prawie wszyscy mamy swoje własne mitologie z zeszłej dekady. W dodatku Ellis rzadko kiedy skupia się na różnicach między dwa tysiące siódmym rokiem, a współczesnością. Nie wydaje mi się, by miało to jakiś głębszy sens.

Gdy Stranger Things (odwołuję się do tego serialu nie przez przypadek – w materiałach reklamowych Axiom’s End tytuł Stranger Things przewija się bez przerwy) rzucało nas cztery dekady wstecz, scenarzyści wykorzystywali fakt, że nikt nie miał Internetu, telefonów komórkowych, a dzieciom w wieku przednastoletnim dawano mnóstwo swobody, by budować i uprawdopodobniać opowieści, jakie dziś byłyby albo niemożliwe albo niewiarygodne. W dwa tysiące siódmym mieliśmy już zarówno telefony komórkowe jak i powszechny dostęp do Internetu, obyczajowość i moda też nie zmieniły się w jakiś znaczący sposób. Im dłużej o tym myślę, tym trudniej mi znaleźć powody, dla których akcja Axiom’s End nie toczy się w, dajmy na to, dwa tysiące siedemnastym roku. Albo dwa tysiące dwudziestym siódmym.

Powieść autorka obudowała wokół postaci Cory Sabino, młodej kobiety, której rodzina – głównie ojciec i ciotka – zamieszana jest w rządowe przekręty USA. Ten pierwszy zmuszony jest porzucić żonę i dzieci, po czym uciec do Europy po tym jak upublicznił kilka wrażliwych, utajnionych przez rząd informacji, przez co zainteresowało się nim CIA. Ta druga pracuje przy badaniu grupki kosmitów, która rozbiła się na Ziemi lata przed rozpoczęciem akcji Axiom’s End. Cora zostaje wplątana w tę aferę wbrew własnej woli, gdy do jej domu włamuje się kosmita i wszczepia jej cybernetyczny implant, który pozwala mu kontrolować dziewczynę i komunikować się z nią. Po nieudanej próbie wykorzystania Cory jako marionetki w celu włamania się do siedziby Google, Spójnik (takie bowiem imię przybrał sobie przybysz z kosmosu) zawiązuje z Corą niestały sojusz. Teraz oboje starają się znaleźć między sobą jakąś nić porozumienia oraz uratować przetrzymywanych przez rząd kosmitów, za czym też zresztą stoi nieco głębsza historia.

Tematem powieści jest próba zrozumienia siebie nawzajem oraz samych siebie. Cora i Spójnik zmuszeni są do otworzenia się przed sobą, co jest o tyle trudne, że różnią się od siebie na poziomie fundamentalnym. Obcość kosmitów z Axiom’s End znajduje się gdzieś pomiędzy Star Trekiem (praktycznie ludzie z kilkoma kulturowymi i biologicznymi ekscentryzmami), a prozą Petera Wattsa (bardzo obce i właściwie niezrozumiałe dla człowieka organizmy z kosmosu), mimo wszystko bliżej tego pierwszego. Nie ma tu jednak niczego, co wyróżniałoby alienów Ellis od stockowych Niezrozumiałych Kosmitów, Z Którymi Da Się Jednak Dogadać, jakich w ostatnim półwieczu fantastyki naukowej dostaliśmy już całą masę. Autorka nie robi też z tym wątkiem niczego specjalnie interesującego i, koniec końców, dąży on do stosunkowo przewidywalnego finału.

Innym problemem jest sama główna bohaterka. Okej, ten akapit będę musiał pisać wyjątkowo ostrożnie, by nie palnąć czegoś głupiego po drodze. Spróbujmy zatem… Lindsay Ellis wielokrotnie wspominała, że pisała tę powieść od przeszło dekady i, faktycznie, główna oś relacji na linii Cora-Spójnik wygląda jak wymyślona przez dwudziestolatkę w czasach, gdy Zmierzch był dziełem definiującym literaturę dla jej grupy demograficznej. Nie, spokojnie, be obaw – już teraz zdradzę, że relacja obojga głównych bohaterów nigdy nie przeistacza się w romans. Nie zmienia to jednak faktu, że poza tym wpada w bardzo wiele kolein tego typu literatury. 

Oto mamy bowiem bohaterkę, w której nie ma absolutnie nic wyjątkowego, a która naznaczona zostaje przez tajemniczego i groźnego kosmitę, który po pewnym czasie okazuje się równie przerażony i przytłoczony całą sytuacją, co ona. Bohaterka bierze zatem na siebie rolę jego powierniczki i w kilka dni zbliża się do niego emocjonalnie oraz intelektualnie bardziej niż wyszkoleni naukowcy przez lata zbliżyli się do „swoich” kosmitów. Wszystko to wygląda jak kolejna eskapistyczna fantazja o byciu przeciętną dziewczyną desygnowaną do wyjątkowości przez unikalnego partnera – z tą różnicą, że Ellis nie poszła na całość, w międzygatunkowy romans. To odrobinę dziwne, że autorka powiela fabularne klisze, które wielokrotnie krytykowała w swoich wideoesejach.

I nie byłoby w tym niczego złego – w sumie to teraz też nie ma – gdyby nie fakt, że Cora jest po prostu… nudna. Jest na tyle rozgarnięta, by sensownie reagować w kluczowych sytuacjach, ale to w zasadzie tyle. Bardzo rzadko przejmuje inicjatywę, nie ma żadnych szczególnych umiejętności, motywacji czy cech charakteru, które usprawiedliwiałyby jej wyjątkową umiejętność nawiązania kontaktu z przedstawicielem obcej cywilizacji. Prawie wszystko, co udało się jej osiągnąć, udało się dzięki instrukcjom postaci drugoplanowych i/albo szczęśliwym zbiegom okoliczności. Z drugiej strony, nie ma też żadnych istotnych wad albo skaz charakteru.

Odnoszę wrażenie, że drugoplanowa postać ciotki Cory sprawdziłaby się znacznie lepiej w roli protagonistki, bo to odrobinę starsza, nieco bardziej doświadczona przez życie osoba, która w dodatku od początku jest zawodowo zaangażowana w całą tę kosmiczną aferę, ma akademickie wykształcenie, cięty język i silną osobowość, za pomocą której napędza wydarzenia, a nie – jak jej bratanica – biernie daje się nim nieść. Luciana, bo tak ma na imię ta postać, jest naprawdę całkiem fajne napisana i poprowadzona. Cora po prostu… jest. I tyle. Pełni narracyjną funkcję protagonistki i nic więcej.

Z jednym wyjątkiem, który jest zarazem najlepszym – dla mnie – motywem całej powieści. Jest nim relacja Cory z Nilsem, jej ojcem, który porzucił całą rodzinę, by z Europy prowadzić partyzancką wojnę informacyjną z rządem USA. Nils nigdy nie pojawia się na kartach powieści, znamy go jedynie z cytatów, wspomnień i rozmów między bohaterami. Cora, jak nietrudno się domyśleć, ma dość skomplikowane relacje z ojcem. Boi się, że staje się jak on – narcystyczna i cyniczna w swym pragmatyzmie – a jednocześnie momentami postępuje tak, jakby on to robił, by odnaleźć się w nowej sytuacji. Jest to zrobione na tyle subtelnie, by stymulowało wyobraźnię i prowokowało do przemyśleń, na ile obawy Cory są uzasadnione. Dywagacjom sprzyja też fakt, iż nie znamy Nilsa inaczej niż z drugiej ręki, więc niewykluczone, że bohaterka projektuje na niego wiele własnych skaz charakteru czy niedoskonałości. To frapujący, umiejętnie wyeksponowany konflikt wewnętrzny i w tym aspekcie Ellis naprawdę zrobiła na mnie spore wrażenie. Nie obraziłbym się, gdyby w kolejnych tomach serii wątek fantastycznonaukowy zszedł na nieco dalszy plan i ustąpił miejsca rozwojowi relacji Cory i Nilsa.

Podsumowując, Axiom’s End jest całkiem obiecującym początkiem cyklu powieściowego (autorka napomyka o trylogii), który nawet jeśli nie zapisze się złotymi zgłoskami w kronikach historii fantastyki naukowej, to i tak stanowi stosunkowo przyzwoitą lekturę. Jest lepiej niż się bałem, ale gorzej niż miałem nadzieję. 

Czyli, w sumie, bez zaskoczenia.


Tekst powstał w ramach współpracy z producentem czytników książek elektronicznych PocketBook.

piątek, 4 września 2020

Animorphs. 37 - The Weakness

fragment okładki, całość tutaj.

The Weakness to trzydziesty siódmy tom serii i zarazem jedenasty, którego narratorem jest Rachel. Jest to również jedenasty tom, którego autorem jest nie Katherine A. Applegate (oraz jej mąż), tylko wynajęty przez wydawnictwo Scholastic autor widmo. Po poprzedniej wpadce, gdy zlecono tę pracę autorce kompletnie nieczującej postaci i świata przedstawionego, na stanowisko wraca sprawdzona już autorka Elise Smith… odpowiedzialna za również niezbyt dobry tom trzydziesty. Mam nadzieję, że może tym razem pójdzie jej lepiej, choć nie słyszałem zbyt wielu dobrych opinii o tym okresie wydawniczym serii, w który właśnie wchodzimy. No, ale nie dołujmy się już na starcie. Rachel, jak już zapewne wiecie, jest jedną z moich ulubionych postaci serii – i naprawdę długo wahałem się teraz zanim zrezygnowałem z napisania „ulubioną” – więc może przynajmniej charyzma głównej postaci pozwoli nam znieść ewentualne niewygody podróży przez tę książę. 

Na szczęście standardowa narracja otwierająca każdy tom wypada tu całkiem fajnie, bo przybliża zarówno najważniejsze informacje, jak i obecny stan emocjonalny Rachel. Bohaterka przechodzi drobny kryzys spod znaku „fajnie byłoby być normalną dziewczyną z normalnymi problemami”. Szybko dowiadujemy się, że Jake wyjechał na kilka dni z rodziną (Tom został w mieście, więc nie ma ryzyka, że ponownie mu odwali i spróbuje kogoś zabić, bo kontrolujący go Yeerk zacznie umierać z głodu), co jest problemem, bo pozostałym udało się odkryć miejsce, w którym obecnie pasie się Visser Trzy. Mają jedną na milion okazję, by go uśmiercić zanim ponownie zmieni miejsce, w którym żywi swoje andalickie ciało. Tobias i Marco nalegają na próbę ataku, Ax jest sceptyczny, ale z pewnym wahaniem popiera chłopaków. Cassie, jak to Cassie, woli poczekać na to, co powie Jake, jednak generalnie nie jest przeciwna atakowi i ma nawet pomysł na to, jaki morpha najlepiej nadaje się do tej eskapady. Gepardy – szybkie, zabójcze i niesamowicie groźne. Zadowolona z siebie Rachel przystaje na tę propozycję.

Pod ptasimi postaciami bohaterowie docierają na miejsce i postępują zgodnie z planem, niestety poważnie nie doceniliobrony Vissera i zamach się nie udał. Animorphy podkulają ogony – w przenośni i dosłownie – i uciekają z miejsca zdarzenia, gdy wkracza na nie nowa, nieznana im istota, którą Visser nazywa „Inspektorem”. Przysłany został przez Radę Trzynastu – rząd imperium Yeerków – by sprawdzić jak Visser radzi sobie z podbojem Ziemi. Inspektor nie jest jeszcze członkiem Rady, ale – jak sam twierdzi – jest to tylko kwestią czasu. Inspektor kontroluje ciało kosmity z gatunku Garatron – to nowa, niespotkana wcześniej przez bohaterów rasa istot pozaziemskich charakteryzująca się niesamowitą szybkością (potrafią prześcignąć geparda) oraz zadziwiającym fizycznym podobieństwem do Andalitów.

Bohaterowie spotykają się w stodole rodziców Cassie, by omówić porażkę. Szybko dochodzą do wniosku, że siłowe rozwiązanie tej sytuacji na nic się nie zda, jednak fakt, iż inspektor oraz Visser darzą się niechęcią będzie można rozegrać w nieco subtelniejszy sposób. Tobias proponuje upokorzyć Vissera Trzy w obecności inspektora i w ten sposób pozbyć się problemu, bo imperium Yeerków nie będzie przecież tolerowało rażącej niekompetencji. Plan jest dobry utrata godności osobistej to coś, co przytrafia się Visserowi właściwie w każdym tomie, w którym się pojawia. Marco zauważa jednak, że pozbycie się Vissera poskutkuje jedynie tym, iż Rada wciśnie na jego miejsce kogoś innego, potencjalnie – bardziej kompetentnego.

Rachel proponuje bezpośrednią akcję na masową skalę – atak na każdego Kontrolera w pobliżu, ze szczególnym uwzględnieniem tych na pozycjach władzy, wszystko to w możliwie krótkim przedziale czasowym, by wytworzyć iluzję, że sytuacja jest krytyczna. Tobias, który stosunkowo niedawno poddany był torturom a wcześniej utknął w morphie myszołowa, protestuje, bo właśnie takie rzeczy grożą dzieciakom podczas każdej akcji, szczególnie masowej i mało przemyślanej, jak ta. Ostatecznie godzą się na jakieś działania, ale pod nieobecność Jake’a ktoś musi być dowódcą, w przeciwnym wypadku będą potykać się o własne nogi i bez przerwy kłócić o każdą jedną sprawę. Pada na Rachel, ponieważ… no cóż, w tym momencie silne i zdecydowane przywództwo wydaje się najlepszym pomysłem.

W nocy Rachel nie może spać, przytłoczona nową odpowiedzialnością. Odwiedza ją Tobias. Dziewczyna pyta go, czy w razie głosowania na lidera (które się ostatecznie nie odbyło, bo wszyscy założyli, że i tak wygrałaby je Rachel) Tobias by na nią zagłosował. Emohawk unika odpowiedzi na to pytanie, co oczywiście nie pomaga dziewczynie.

Następnego dnia Animorphy przystępują do realizacji swojego planu. Urządzają zamieszanie w lokalnej stacji telewizyjnej. Po akcji Tobias ma pewne wątpliwości natury moralnej odnośnie ofiarach w ludności cywilnej – których nie było, ale tylko przypadkiem. Rachel tonuje te obawy i popędza drużynę do kolejnej akcji, tym razem w księgarni. Następny przystanek – salon piękności. I kolejne punkty, w których należało zrobić wiele hałasu, w efekcie wprowadzając mnóstwo chaosu.

W trakcie powrotu do domu Cassie i Rachel mijają sklep z telewizorami. Na jednym z nich oglądają wiadomości donoszące o atakach, które zorganizowały Animorphy. Okazuje się, że jedna osoba poniosła w nich śmierć – staruszek, na którego napatoczyli się w czasie pierwszej akcji doznał zawału. Dzieciaki odpowiedzialne są za śmierć niewinnego cywila, który prawie na pewno nie miał niczego wspólnego z Yeerkami. Rachel mówi o tym pozostałym Animorphom. Reakcje są… przewidywalne, choć uporczywe milczenie Tobiasa bardzo boli główną bohaterkę.

Rachel przywództwo trochę za mocno uderza do głowy i zaczyna naciskać na kolejne ataki, nawet przy rosnącym sceptycyzmie jej przyjaciół. Ostatecznie udaje jej się nad nimi zapanować i przekonać do przybrania na kolejny wypad postaci niedźwiedzi polarnych, argumentując to koniecznością różnorodności, by wytworzyć u przeciwnika wrażenie, że w ruchu oporu jest wiele Animorphów. Problem polega na tym, że poza Rachel żadne z nich nie ma zbyt wielkiego doświadczenia z kontrolowaniu niedźwiedziego morpha. 

Kończy się to raczej tragicznie, bo do akcji wkracza inspektor, który góruje nad Animorphami nawet gdy dzieciaki dosiadają swoje ulubione morphy. Inspektor obezwładnia dzieciaki i zostawia je na łaskę Vissera. Bohaterom udaje się uciec, ale nie wszystkim. Cassie zostaje schwytana.

Pozostali wracają do stodoły rodziców Cassie i pracują nad planem działania. A raczej – próbują pracować nad planem działania, bo Rachel swoimi błędnymi decyzjami oraz swoim zachowaniem zdążyła już zantagonizować większość Animorphów. Głównie Marka, który oczywiście nie ma najmniejszego zamiaru odpuścić dziewczynie. Dręczona poczuciem winy Rachel deklaruje, że sama uda się do basenu Yeerków i spróbuje odbić stamtąd Cassie. Jest to – oczywiście – okropny pomysł i Tobias mówi to dość otwarcie. To sprawia, że Rachel się łamie i rezygnuje z przywództwa. Marco potrząsnął nią nieco na osobności i dziewczyna pozbierała się na tyle, by dać się przekonać, że impulsywna i działająca instynktownie Rachel jest w tym momencie – gdy liczy się czas – ich najlepszą opcją.

Udaje im się sklecić całkiem przyzwoity plan dostania się do basenu Yeerków za pomocą małego samolotu skradzionego z pobliskiego lotniska. Po dość intensywnej walce udaje im się odnaleźć Cassie. Cassie i Rachel oddzielają się jednak od reszty i wpadają na Vissera Trzy i inspektora. Ten pierwszy wyzywa tego drugiego do zabicia dziewczyn, najwyraźniej mocno poirytowany tym, że inspektor nieprzerwanie kwestionował profesjonalizm Vissera – skoro jest taki mądry, to niech sam się przekona jak trudno jest poradzić sobie z Animorphami. Na szczęście w porę pojawiają się pozostali i pomagają dziewczynom uporać się z inspektorem, który ginie od ukąszenia, jakie zafundował mu Marco w formie kobry. Visserowi niespecjalnie to przeszkadza. Biorąc pod uwagę fakt, że inspekcja nie potoczyła się dla niego zbyt pomyślnie, Animorphy de facto wyświadczyły mu przysługę.

Później Rachel kontaktuje się z rodziną staruszka, do którego śmierci przyczyniła się swoją decyzją o akcjach na mieście. Dowiaduje się, że mężczyzna od dawna był trzy ćwierci od śmierci, miał długą historię zawałów i prędzej czy później coś spowodowałoby śmiertelny. Nie jest to oczywiście żadne rozgrzeszenie, ale ta informacja pomaga poukładać się Rachel z poczuciem winy. Później dziewczyna rozmawia z Jake’em, który wrócił właśnie do miasta i usłyszał o wszystkim, co się wydarzyło – częściowo z telewizji, częściowo od Cassie i Marka. Jake uspokaja ją, że dopóki nie zginął przez nią nikt pod jej dowództwem, nie ma tragedii. W ostatniej scenie Rachel pyta Jake’a, jak on radzi sobie z miażdżącym ciężarem odpowiedzialności, jaki spoczywa na nim jako na dowódcy Animorphów oraz osobie, która potencjalnie odpowiada za los całej planety. Krótka, ledwie zauważalna reakcja Jake’a na to pytanie uświadamia jej dość przerażającą prawdę – chłopak ledwo zachowuje stabilność.

Powiem tak – to był naprawdę dobry tom. Nie jakiś wybitny jak na standardy tej serii, ale zdecydowanie wysoko powyżej przeciętnej. Usunięcie Jake’a i kazanie pozostałym radzić sobie bez niego zauważalnie zachwiało ustaloną dynamiką grupy i obserwowanie tego zachwiania stanowiło fantastyczny narracyjny eksperyment. Nie wydaje mi się, co prawda, by potencjał został wykorzystany w pełni – szczególnie zmieniająca się pod wpływem tej nierównowagi dynamika relacji Rachel z Tobiasem wydaje mi się nieco niedokończona i pozbawiona konkluzji – ale i tak jest całkiem nieźle. Sama Rachel błyszczy w tym tomie w dość unikalny sposób, pokazane jest bowiem, co się dzieje, gdy dziewczyna postawiona jest w nieintuicyjnej dla siebie roli, którą musi jednak wypełniać, ponieważ nie ma nikogo, kto zrobiłby to lepiej. Na wierzch wychodzą wtedy jej największe wady i te wady zaczynają skutkować paskudnymi konsekwencjami. W jakiejś innej młodzieżowej serii książek rozegrane byłoby to pewnie w taki sposób, że Rachel po kilku błędach odnajduje się w roli dowódczyni, ale Animorphs nie są jakąś inną młodzieżową serią. Są Animorphs i czasami morał brzmi „zdarza się, że musisz pełnić zadanie, do którego się nie nadajesz, bo alternatywa jest znacznie gorsza”. I to jest świetne.

Tekst powstał w ramach współpracy z producentem czytników książek elektronicznych PocketBook

piątek, 28 sierpnia 2020

Toksyczna męskość. Chłopaki nie płaczą

 


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.

*

Okej, już od razu na wstępie, dla osób, które spojrzały na tytuł tego materiału i uznały, że wiedzą, o czym on będzie. Dwie sprawy. Po pierwsze – uwielbiam film Chłopaki nie płaczą i będę go wyłącznie chwalił. To mój drugi ulubiony polski film, a i to tylko dlatego, bo Rękopis znaleziony w Saragossie jest dziełem sztuki, któremu mało co w całej kulturze jest w stanie dorównać. Nie tylko polskiej kulturze. 

Po drugie – termin „toksyczna męskość” często jest źle rozumiany, bo osoby, które go słyszą przeważnie odruchowo zakładają, że wiedzą, co on oznacza i że słysząc go, powinni być zdenerwowani. Najczęściej nie wiedzą i nie powinni, ale robią tak mimo to. Co nie jest najfortunniejsze, bo gdy ludzie zaczynają się denerwować, to przestają myśleć. A gdy przestają myśleć, bardzo trudno ich do czegokolwiek przekonać. Zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę i obiecuję, że za moment odniosę się do wszystkich wątpliwości. 

No dobrze. Zaczynajmy. 

Okej, zacznijmy od toksycznej męskości. Tradycyjnie wiele cech i zachowań uznawana jest za typowo męskie albo typowo kobiece. Nie dlatego, że tylko mężczyźni mają te cechy, ale dlatego, że kultura – czyli tradycja, obyczaje, media i tak dalej – nauczyły nas myśleć o tych cechach i o tych zachowaniach w taki właśnie sposób. Wiele z nich jest całkiem pozytywnych albo neutralnych – stawaj w obronie innych, opiekuj się słabszymi, bądź pewny siebie, walcz z niesprawiedliwością, jeśli ją dostrzegasz – część jednak… nie za bardzo. Istnieje wiele zachowań kulturowo utożsamianych z męskością, które w praktyce mają negatywne skutki zarówno dla osób w otoczeniu kogoś, kto się tak zachowuje… jak i dla niego samego. 

Dlatego nazywamy je toksycznymi. Ponieważ, tak jak chmura toksyn, wyniszczają wszystkich w polu rażenia. Również osobę, która wypuściła tę chmurę. Takie zachowania to, między innymi, próby dominowania nad otoczeniem, nieokazywanie emocji, ukrywanie odczuwalnego bólu, ogólne nieokazywanie słabości nawet w sytuacjach gdy nie ma potrzeby jej ukrywania, zbędnie ryzykowne zachowania i tak dalej. Wszystko to sprawia, że mężczyźni częściej mają problemy emocjonalne, częściej – i skuteczniej – podejmują próby samobójcze, mają większe trudności w zawiązywaniu znaczących relacji międzyludzkich i tak dalej. 

Jeszcze raz – nie, nie wszyscy mężczyźni się tak zachowują i nie wszystkie osoby, które się tak zachowują, są mężczyznami. Kobiety oraz osoby niebinarne też przejawiają te cechy i w tych przypadkach też są one szkodliwe. Toksyczną męskością nazywamy je dlatego, że są one elementami tego, jak w naszej kulturze bardzo długo wyglądał – i, według niektórych, jak wygląda nadal – pewien modelowy typ męskości, do którego powinno się dążyć. Ten model powstawał bardzo długo, w dużej mierze w czasach, gdy nie rozumieliśmy jeszcze zbyt dobrze, jak działa ludzka psychika, więc do kultury i edukacji przesączyło się wiele wzorców zachowań, które nie są aż tak dobrym pomysłem, jak to się początkowo wydawało. 

Odpowiadając na wątpliwości, które słyszałem już wielokrotnie – nie, nie oznacza to, że bycie cieniasem jest dobre, a bycie twardzielem złe. W ogóle. Takie cechy jak determinacja, charyzma, stanowczość i pewność siebie same w sobie NIE są przejawami toksycznej męskości. Nawet gniew niekoniecznie jest toksyczny. Słuszny gniew to naprawdę silna motywacja, która może doprowadzić do wielu pozytywnych rzeczy, jeśli nie zmieni się po drodze w ślepą nienawiść. 

Ostatnia rzecz, zanim przejdziemy do filmu Chłopaki nie płaczą. Tak, istnieją również toksyczne cechy i zachowania wynikające z tradycyjnego modelu kobiecości. Nie wykluczam, że w przyszłości porozmawiamy również na ten temat, jeśli trafi się dobra okazja. Mówię o tym, bo niemal zawsze sytuacjach gdy ktoś zaczyna rozmawiać o toksycznej męskości, pojawia się ktoś inny, kto pisze komentarz „A co z toksyczną kobiecością?”. Najczęściej tej osoby nie interesuje toksyczna kobiecość, po prostu z jakichś powodów bardzo próbuje zmienić temat. Ciekawe czemu…? 

Ten długi wstęp znalazł się tu dlatego, że Chłopaki nie płaczą – poza tym, że jest fantastyczną komedią sensacyjną – jest też naprawdę mądrym filmem opowiadającym o toksycznej męskości. O tym w jaki sposób mężczyźni próbują wpisywać się archetypy męskości narzucane im przez kulturę, otoczenie i innych mężczyzn, głównie ojców, i o tym, jak sobie z tym radzą. Albo nie radzą. I zanim ktoś odruchowo zarzuci mi nadinterpretację – tytuł tego filmu brzmi „chłopaki nie płaczą”, przesłanie naprawdę nie jest ukryte głęboko. Jak już mówiłem, kocham ten film, zawsze go kochałem, a odkąd zacząłem patrzeć na niego z tej konkretnej perspektywy, uwielbiam go jeszcze bardziej. 

Czy uważam, że twórcy filmu świadomie i intencjonalnie odwoływali się do idei toksycznej męskości wymyślając scenariusz? Nie, wątpię. Myślę, że byli po prostu bardzo inteligentnymi, przenikliwymi osobami, którym udało się zawrzeć w swoim dziele pewną uniwersalną życiową mądrość wynikającą z obserwacji tego, jak wygląda otaczający nas świat. Jeśli nadal jesteście sceptyczni – spokojnie, mamy cały długi videoesej, by o tym porozmawiać. Mam nadzieję, że uda mi się przekonać przynajmniej niektórych z Was i że gdy następnym razem będziecie oglądać Chłopaki nie płaczą docenicie ten film na kolejnym, nieco głębszym poziomie. 

Film nie ma jednego głównego bohatera. Zamiast tego opowiada o grupce mężczyzn w różnym wieku i sytuacji życiowej, którzy wmieszani są w pewien gangsterski przekręt. Wskutek tych wydarzeń każdy z nich zmienia się w jakiś sposób oraz na nowo układa z tym, jak postrzega samego siebie. Klamrą spinającą wszystkie te wątki jest męskość i różne jej oblicza. I właśnie pod tym kątem chciałbym opowiedzieć o Chłopaki nie płaczą. W tym momencie powinienem pewnie ostrzec przed spoilerami, ale… ten film ma dwadzieścia lat i jest jednym z najbardziej kultowych dokonań polskiej kinematografii, więc trochę trudno jest mi sobie wyobrazić, że ktoś go jeszcze nie widział. Tym niemniej, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji – to jest najlepszy moment. 

Zacznijmy od Oskara. Oskar jest młodym mężczyzną, który ma dość ekstremalne problemy dermatologiczne. Żadna z terapii nie działa, więc lekarz doradza mu intensyfikację życia erotycznego w nadziei, że to pomoże. Problem polega na tym, że chłopak jest nieśmiały i ma bardzo mało doświadczenia w relacjach z kobietami. Ostatecznie korzysta z usług pracownicy seksualnej imieniem Lili, ale zamiast uprawiać z nią seks, wciąga ją w rozmowę o swoich pasjach i fascynacjach. 

Oskar wyraźnie wstydzi się tego, że nie dorasta do stereotypowego ideału męskości, czyli przebojowego macho, który nie ma problemu z uwodzeniem kobiet. Jak większość heteroseksualnych mężczyzn niepewnych swojej seksualności, bardzo defensywnie reaguje na pytanie czy jest gejem. Później zapewnia sutenera, że „jest normalny” co ma sugerować, że nie posiada specyficznych, niecodziennych seksualnych wymagań. Widać, że boi się być postrzegany jako ktoś z problemami w sferze seksualnej. Okazuje się jednak, że jego obawy są nieuzasadnione. Bo to ostatecznie jego wrażliwy charakter pozwolił mu na zawiązanie emocjonalnej relacji z Lili. 

Właśnie – emocjonalnej, nie erotycznej. Oskar przespał się z Lili, gdy dziewczyna odwiedziła go następnego dnia. Już nie w ramach obowiązków zawodowych, ale dlatego, że Oskar – w przeciwieństwie do jej innych klientów – traktował ją jak istotę ludzką, a nie środek do zaspokojenia potrzeb seksualnych. Podzielił się z nią własnymi aspiracjami, lękami i marzeniami oraz, co równie istotne, wysłuchał jej aspiracji, lęków i marzeń. To właśnie sprawiło, ze oboje się w sobie zakochali. 

Kolejną postacią jest Bolec. Bolec jest synem lokalnego gangstera i szefem klubu nocnego. Jego ojciec mocno naciska na niego i próbuje uczynić z Bolca godnego następcę, jednak od samego początku oczywistym jest, że Bolec nie jest materiałem na zimnego, profesjonalnego gangstera. Stara się, ale jego starania prowadzą wyłącznie do upokorzeń i katastrof. 

Kluczowa jest scena, w której Bolec, po próbie zabójstwa Kuby, przechodzi załamanie i zwierza mu się z ciężaru oczekiwań, jaki kładzie mu na barki jego ojciec. Dowiadujemy się, że Bolec jest beznadziejnym romantykiem, pasjonatem muzyki zakochanym w twórczości Mieczysława Fogga. Chciałby poświęcić się karierze producenta muzycznego i w ten sposób dzielić się swoja pasją ze światem oraz realizować własne aspiracje, niestety jako syn mafiosa, skazany jest na przejęcie interesu swojego ojca. 

W odpowiedzi Kuba otwiera się przed nim i opowiada o tym, jak sam od zawsze przebywał w cieniu własnego ojca. W większości znanych mi filmów komediowych, szczególnie z tamtego okresu, scena, w której dwóch mężczyzn rozkleja się emocjonalnie i rozmawia ze sobą o swoich uczuciach ukazana byłaby jako tani żart, ale Chłopaki nie płaczą jest zbyt mądrym filmem, by popełniać ten błąd. Tutaj pokazane jest to jako coś pozytywnego, coś dzięki czemu obaj ci bohaterowie są w stanie wymienić się doświadczeniami, przyjrzeć się własnej sytuacji życiowej, dojrzeć i zmienić się na lepsze. 

Pod koniec filmu Bolec stawia się ojcu i deklaruje, że ma zamiar poświęcić się karierze muzycznej. Jego ojciec akceptuje to i nawet, na swój manipulancki sposób, postanawia pomóc Bolcowi w osiągnięciu tego celu, ponieważ… no cóż, najwyraźniej mimo wszystko kocha swojego syna i chce, żeby był szczęśliwy. 

Już teraz widzimy dość wyraźnie, że Chłopaki nie płaczą promuje męską wrażliwość, szczerość względem własnych uczuć i słabości. Najlepszym przykładem tego przesłania jest jednak Grucha, jeden z gangsterów bezpośrednio zamieszanych w przekręt. Grucha, poza tym że jest znakomitą, narracyjnie użyteczną postacią grany jest przez Mirosława Zbrojewicza, który – tak się składa – jest fantastyczną istotą ludzką. 

Początkowo Grucha jest tym uosobieniem stereotypowej zimnej, brutalnej, dominującej i agresywnej męskości. Wszystko zaczyna się jednak zmieniać w chwili, gdy bohater ociera się o śmierć w strzelaninie i, niedługo później zakochuje się, z wzajemnością, w Andżeli. Ich romans jest bardzo uroczy, a Andżela w pewnym momencie dzierga dla swojego ukochanego kultowy już sweter. Ten sweter jest, nie ukrywajmy, dość paskudny, ale Grusze to nie przeszkadza. Większości widzów też nie, bo – tak jak Grucha – rozumiemy, co ten sweter symbolizuje. 

Wydaje mi się, że dość istotną sceną w historii tego bohatera jest ta, w której zostaje pobity przez osiedlowego wyzyskiwacza, któremu wcześniej zagroził bronią. To dość dobitnie pokazuje, że agresywny, dominujący typ męskości sprawdza się wyłącznie do czasu, w którym natrafisz na kogoś, kto się ciebie nie przestraszy. Znacznie lepiej pokazuje to jednak krótki wątek trzecioplanowej postaci granej przez Pawła Deląga. Jak on się nazywał? 

Ach, no właśnie, Jarosław Psikuta. Jarosław jest właśnie tym przykładem toksycznej, dominującej męskości. W wielu scenach widzimy jak upokarza osoby wokół siebie, w tym również swoją nową dziewczynę, Weronikę. Jej bardzo to imponuje, ale ona od samego początku jest kreowana przez scenarzystów na bardzo płytką, pustą osobę. I właśnie wyłącznie takim osobom imponuje agresywny, dominujący typ męskości – płytkim i pustym. Dlatego Weronika zrywa z Jarosławem, gdy tylko zostaje on pobity przez Gruchę i upokorzony przez policjanta naśmiewającego się z jego nazwiska. 

Okej, wróćmy do Gruchy. Ironią losu jest fakt, że to, co on zrobił Jarosławowi, później zrobiono jemu. To pokazuje ten łańcuch przemocy, który prędzej czy później dla każdego skończy się źle. Grucha to zrozumiał. W finale zabija Freda i idzie odpokutować za to do więzienia. W końcowych scenach filmu widzimy jednak, że Andżela nadal utrzymuje z nim kontakt i będzie czekała, aż Grucha wyjdzie na wolność. 

Przejdźmy w końcu do Freda. Fred jest uosobieniem toksycznej męskości. Jest dokładnie tym, kim chciałby być Jarosław i równocześnie pokazuje, jak złym pomysłem jest bycie kimś takim. Charyzma aktorska Czarka Pazury sprawia, że Freda ogląda się z przyjemnością, ale nie zmienia to faktu, że scenarzyści filmu nie dali mu ani jednej prawdziwie pozytywnej cechy. 

Wypowiedzi Freda mają bardzo niewiele wspólnego z rzeczywistością. W trakcie jego tyrady o pochodzeniu czarnoskórej mniejszości w USA Fred odwołuje się do popularnych wśród amerykańskich konserwatystów rasistowskich stereotypów, które mają bardzo niewiele wspólnego z faktami historycznymi. Podobnie zresztą jak jego rozumienie buddyjskiej reinkarnacji, które też stanowi bardzo uproszczony, ignorancko rozumiany obraz tej idei. Jego opinie o kobietach są równie… eee… głupie. 

Zauważyłem, że wielu osobom oglądającym ten film umyka fakt, że Fred umyślnie i konsekwentnie prezentowany jest przez scenarzystów jako ignorant. Nie powinniśmy podziwiać jego życiowej mądrości czy przenikliwości umysłu, bo właściwie wszystko, co wychodzi z jego ust to czyste brednie. I to jest istotną częścią charakteryzacji tej postaci. 

Fred nie traktuje swojego pozornego intelektu tak, jak robią to naprawdę inteligentni ludzie. Nie buduje za jego pomocą pozytywnych relacji z otoczeniem, nie używa intelektu jako narzędzia do porozumienia się z innymi ludźmi czy pokojowego rozwiązywania konfliktów. Używa go jako narzędzia do upokarzania Gruchy i Bolca, by w ten sposób cały czas podkreślać swoją dominującą pozycję. Szczególnie w przypadku Gruchy jest to zupełnie niepotrzebne, bo obaj są partnerami biznesowymi, a Grucha w żadnym momencie nie antagonizuje Freda i nigdy nie daje mu podstaw do podejrzeń, że chce go oszukać albo wystawić do wiatru. 

Filozofia życiowa tego bohatera zostaje zaprezentowana już na samym początku filmu, gdy Fred rani grupkę dresiarzy, którzy próbowali go okraść, po czym wypowiada do nich słowa będące tytułem filmu.Fred taki właśnie jest – okrutny, zimny, nieufny, dominujący, nieustannie podkreślający swoją wyższość nad innymi, głęboko zagrzebujący w sobie wszelkie pozytywne emocje i, przede wszystkim, nigdy nieokazujący słabości, sentymentów albo wrażliwości. Nie jest w stanie znieść myśli, że może wyglądać w oczach innych ludzi jak ktoś fizycznie lub emocjonalnie słaby albo godny pożałowania. Nawet towarzystwo Gruchy ubranego w swój cudowny, paskudny sweter, prowokuje Freda do nieustannego upokarzania swojego wspólnika. 

Problem polega na tym, że odkrywanie swoich słabości przed samym sobą albo innymi jest konieczne w celu emocjonalnego dojrzewania – o tym właśnie opowiada ten film. Jak już mówiłem wcześniej, to właśnie szczera, otwarta rozmowa i emocjonalne odsłonięcie się przed innymi sprawiło, że Oskar, Kuba i Bolec byli w stanie dojrzeć i zmienić się na lepsze. Fred tego nie potrafi i dlatego, jako jedyny pierwszoplanowy bohater tego filmu, nie dostaje szczęśliwego zakończenia. 

Momentem kluczowym do zrozumienia tego motywu przewodniego jest scena kulminacyjna, gdy Grucha strzela do Freda, po czym wypowiada najsłynniejsze słowa z całego filmu. 

„A historii tego swetra i tak byś nie zrozumiał”

Tragedia Freda polega na tym, że nie był w stanie zrozumieć tego, co symbolizuje sweter Gruchy. Że nie ma niczego złego w sygnalizowaniu pozytywnych uczuć i indywidualnej wrażliwości, nawet jeśli czasami wyglądamy przez to trochę śmiesznie albo odrobinę nieprofesjonalnie. Że niczego nam to nie ujmuje, a często jest zdrowym sposobem na komunikowanie się z otoczeniem. Oskara uratowała pozytywna relacja z Lili. Bolca – pozytywna relacja z Kubą, a ostatecznie i z własnym ojcem. Gruchę ocaliła pozytywna relacja z Andżelą. Fred nie posiadał żadnych pozytywnych relacji – każda jego interakcja z inną postacią wychodziła z demonstracji siły, nie wrażliwości. I to, ostatecznie, doprowadziło do jego śmierci. 

Chłopaki nie płaczą raz po raz pokazuje nam, że toksyczna męskość kończy się w najlepszym razie upokorzeniem, w najgorszym – śmiercią. Że budowanie zdrowych relacji z innymi, relacji opartych na wzajemnym zrozumieniu i pomaganiu sobie w przepracowywaniu naszych problemów, czyni nas lepszymi ludźmi. Tytuł tego filmu ma charakter opisowy, nie wartościujący. Nie brzmi on „Chłopaki nie płaczą i to dobrze” albo „Chłopaki nie płaczą i to źle”. Na samym początku jest on neutralnym stanowiskiem informującym nas, o jakim typie męskości opowiadał będzie ten film. Później, aż do samego końca idea tego zimnego, oderwanego od okazywania słabości i uczuć typu męskości jest sukcesywnie dekonstruowana, a w finale ucieleśnienie tego typu męskości pada trupem. 

A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Że… no cóż, ten film jest po prostu dobry. Nie ma tam ani jednej zbędnej sceny, dialogi są czystym złotem, każdy wątek ma swoje satysfakcjonujące rozwinięcie i zakończenie. Nie wspomniałem o wątku Kuby, ale też nie mam o nim zbyt wiele do powiedzenia. Nie dlatego, że jest słaby, w żadnym wypadku, po prostu jest najbardziej, eee, standardowy. Postać Kuby jest typem bohatera satelickiego – nie tyle samodzielnie przechodzi własną drogę, co uczestniczy w wątkach innych postaci i zmienia się pod wpływem tych wydarzeń, obserwując rzeczy, które dzieją się jego przyjaciołom i wrogom. Ten film jest w ogóle fantastycznie pomyślany. 

No i jest zabawny, i to w ten dyskretnie inteligentny sposób, który tylko udaje prymitywny humor. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz tyle razy roześmiałem się na jakimś filmie. Chłopaki nie płaczą zestarzeli się po prostu fantastycznie. Przez ostatnie pięć godzin montowałem ten wideoesej, a przed jego stworzeniem obejrzałem ten film trzy razy z rzędu. I wiecie co? Teraz mam ochotę obejrzeć go jeszcze raz. I mam nadzieję, że Was również zachęciłem do powrotu do tego filmu. 
Dzięki za obejrzenie mojego materiału. Żałuję, że nie znalazłem w nim miejsca na to, by wspomnieć o Lasce, ale Laska jest dla mnie przykładem platońskiego ideału. Sama jego ksywka pokazuje, że nie ma żadnych kompleksów związanych ze swoim poczuciem męskości, a jego egzystencjalna mądrość stanowi ważny etap w rozwoju postaci Kuby. I to chyba tyle. Jeszcze raz dzięki, zapraszam do śledzenia mojego kanału i sprawdzenia innych wideoesejów. Trzymajcie się i do usłyszenia następnym razem.

piątek, 14 sierpnia 2020

Gender. Portal

 


Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju mojego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcam do subskrypcji mojego kanału na YouTube.


(Okej, w tym materiale znajdują się spoilery z obu Portali. Dlatego jeśli ktoś jeszcze nie grał w te gry, gorąco zachęcam, by uczynić to jak najszybciej. Są po prostu fantastyczne, a gdybym był osobą, która tworzy rankingi swoich ulubionych rzeczy, Portal 2 byłby bardzo wysoko na liście moich ukochanych gier video)

*

Och, to ty. Witaj, osobo chcąca obejrzeć edukacyjno-rozrywkowy materiał na platformie YouTube. Miło Cię widzieć. Za chwilę doświadczysz popularnonaukowego wykładu z zakresu gender studies wygłoszonego przez autora, który w swoim przekonaniu jest bardzo inteligentny, zabawny i błyskotliwy. Proszę, nie wyprowadzaj go z błędu, miła osobo. Przyjmij pozycję ciała, którą uważasz za optymalną dla Twojego osobistego komfortu. Zadbaj o to, by warunki panujące wokół Ciebie w możliwie małym stopniu zakłócały to doświadczenie. Wideoesej rozpocznie się za trzy… dwa… jeden…



Jakiej płci jest GLADoS?

Na pierwszy rzut oka to pytanie może wydawać się nieco dziwne, ale gdy tylko dłużej nad nim pomyślimy… staje się jeszcze dziwniejsze. GLADoS jest sztuczną inteligencją z serii logiczno-zręcznościowych gier video Portal. W uniwersum gry stworzona została przez programistów i naukowców z korporacji Aperture Science, jako świadoma jednostka w pełni zarządzająca pracą przedsiębiorstwa. Jej twórcy dali jej kobiecy głos, a projekt jej jednostki centralnej w subtelny sposób narzuca skojarzenia z kobiecym ciałem, zarówno w ogólnym wyglądzie, jak i sposobie poruszania się. Wheatley, postać z drugiej części gry, wyraża się o GLADoS wyłącznie używając zaimków „ona” oraz „jej”, nie wypowiadając nawet jej imienia. Przypominam, że cały czas rozmawiamy tu o sztucznej inteligencji, od początku do końca zbudowanej w środowisku wirtualnym, niemającej biologicznego ciała.

Wiem, że fani gry wytkną mi w tym momencie, iż w Portal 2 GLADoS okazuje się jakąś wersją Caroline, sekretarki założyciela Aperture Science. A zatem przynajmniej zaczęła swoją egzystencję na bazie realnej, fizycznej osoby z ustaloną płcią żeńską. Sama gra sugeruje jednak, że GLADoS i Caroline to dwie zupełnie inne osoby, nie dwie wersje tej samej osoby. W finale Portal 2 GLADoS kasuje ze swojego oprogramowania wszystkie komponenty Caroline i nadal pozostaje sobą. Ale nawet gdyby tak nie było, możemy zadać sobie pytanie, na ile sztuczna, niebiologiczna kopia jakiejś osoby dziedziczy jej płeć? Czy obraz, na którym namalowana jest Caroline, jest obrazem kobiecym? Czy farba ma płeć?

Tego typu dywagacje stanowią dość dobry punkt wyjścia do rozważań o różnicach między płcią biologiczną, a płcią kulturową. Jak pokazuje przykład GLADoS, a także liczne przykłady z realnego świata, sprawa jest nie aż tak prosta, jak to się niektórym wydaje.


Witaj ponownie, miła osobo. W kolejnej części materiału video zostaniesz zapoznana z uproszczoną definicją różnic między płcią biologiczną i kulturową, którą być może słyszałaś już w przeszłości. Nie przejmuj się tym. Stanowi to bowiem istotny etap w wytłumaczeniu niuansów oraz bardziej złożonych idei. Zrelaksuj się i pamiętaj o oddychaniu. Ludzkie ciała potrzebują tlenu. Jego niedobór może doprowadzić do trwałego uszkodzenia mózgu i śmierci.


Okej, jeśli kiedykolwiek interesowaliście się tym tematem choć odrobinę, być może słyszeliście wyjaśnienia, że istnieją dwa rodzaje płci – biologiczna i kulturowa. Płeć biologiczna oznacza to, z jakim ciałem się urodziliśmy. Jeśli z takim, które ma piersi, waginę, szerokie biodra i brak owłosienia na twarzy, to biologicznie jesteśmy kobietami, a jeśli mamy penisa, szerokie ramiona i owłosienie na twarzy to posiadamy biologiczną płeć męską. Płeć kulturowa jest natomiast zespołem cech i właściwości, które same w sobie nie mają związku z ludzką biologią, ale myślimy o nich jak o kobiecych albo o męskich, ponieważ w naszej kulturze i życiu społecznym są one przypisywane do płci. Przykładem mogą być kolory niebieski i różowy, tradycyjnie przypisywane odpowiednio do chłopców i do dziewczynek. Ta tradycja jest w rzeczywistości dość świeża. Jeszcze na początku dwudziestego wieku kolor różowy traktowany był jako chłopięcy, ponieważ jest łagodniejszą wersją stereotypowo agresywnej, męskiej czerwieni.

Generalnie konkluzja jest taka, że płeć biologiczna jest stała i niezmienna, a płeć kulturowa – czyli zachowania płciowe, tradycje, role społeczne i przyzwyczajenia – są elastyczne, zmienne i przekształcające się pod wpływem czynników zewnętrznych. Takich jak przemiany społeczne, nowe warunki rozwoju, postęp technologiczny czy zmiany kulturowe albo geopolityczne. Świat się zmienia i to, w jaki sposób rozumiemy nasze role w nim jako mężczyźni i kobiety, zmienia się razem z nim. Proste? Proste.

No dobrze. Jeśli słyszeliście taką albo podobną wersję wyjaśnienia, muszę Was rozczarować. To wcale nie jest aż tak proste. Ta wersja, którą właśnie przytoczyłem przeznaczona jest dla ludzi, którzy potrzebują skrajnie uproszczonego wyjaśnienia, bo są jeszcze na etapie strachu przed ideologią gender i jest ryzyko, że cokolwiek bardziej złożonego zepsuje im mózgi. Jak w tym popularnym internetowym memie, który pokazuje różnice między dyskutowaniem o płci z osobą LGBT i osobą hetero.

Bez obaw jednak – tu, na Mistycyzmie Popkulturowym, nie mam zamiaru traktować nikogo z góry. Za moment wejdziemy na wyższy poziom i porozmawiamy o tym, że płeć biologiczna też jest kulturowa. Ale równocześnie nadal jest biologiczna. Tak jakby. Spokojnie, zanurzymy się w to.


Witaj raz jeszcze, osobo. Wybacz, że nie zwracam się do Ciebie zaimkami odpowiadającymi Twojej tożsamości płciowej. Natura mojej egzystencji sprawia, że jej nie znam, dlatego muszę opierać się na neutralnym desygnacie „osoba”. Z mojego punktu widzenia nie istniejesz. Jesteś wyobrażonym konstruktem, wymyślonym jako potencjalny odbiorca tego wideoeseju. Oglądając ten materiał przyjmujesz rolę tego konstruktu. Ja również nie istnieję. Jestem tylko pozbawionym tożsamości narratorem stworzonym, by uczynić ten wykład nieco ciekawszym i łatwiejszym w montażu. Żadne z nas nie istnieje. Nie przejmuj się tym. Weź głęboki oddech i słuchaj dalej.


Ludzie różnią się od siebie na płaszczyźnie tego, jak wyglądają oraz jak funkcjonują ich ciała i to jest fakt biologiczny. To, które różnice uznajemy za istotne, jest już uwarunkowaniem społecznym. Niektórzy ludzie różnią się od siebie kolorem skóry, niektórzy tym, że mają wypukły albo wklęsły pępek. To fakt biologiczny. Jednak różnice w kolorze skóry między ludźmi kulturowo mają ogromne znaczenie, które było podstawą do niewolnictwa, segregacji rasowych, czystek etnicznych, ruchów emancypacyjnych oraz wielu innych wydarzeń i procesów społecznych uzależnionych od tej różnicy biologicznej. O ile mi wiadomo, różnice w kształcie pępka nie doprowadziły do aż tak wielkiego zamieszania.

Czemu? No cóż, możemy przywołać tu długą i burzliwą historię rasizmu opartego na źle pojętym rozumieniu nauki przez osoby, które tę naukę wymyślały, więc w dużej mierze działały na oślep. Możemy wskazać na koniunkturalizm osób, które wykorzystywały niewolniczą pracę osób niebiałych by poprawić gospodarkę własnego kraju. Możemy długo rozwodzić się o przemocy systemowej i tak dalej… sęk jednak w tym, że wszystkie te powody mają swoje źródło w kulturze. Nie w biologii. Wszystkie cechy biologiczne same w sobie są całkowicie neutralne. Dopiero my, ludzie, ze swoimi wielkimi i głupimi mózgami nadajemy im kontekst i wartość na podstawie tego, jak rozumiemy otaczającą nas rzeczywistość. A że na ogół nie rozumiemy jej zbyt dobrze, te konteksty często są wadliwe. 

Zmierzam oczywiście do tego, że powinniśmy zacząć prześladować osoby z wypukłym pępkiem.

…żarty na bok. Tak samo jak kolor skóry jest biologiczną różnicą, do której wiele osób przykłada tak dużą wagę, że dzieli ludzi na różne kategorie pod tym względem, różnice biologiczne między kobietami i mężczyznami poddawane są podobnym procesom. Powtórzę to jeszcze raz, bo przeczuwam, że w komentarzach pojawi się bardzo wiele osób upierających się, by nie zrozumieć tego konkretnego kawałka – nie, nie oznacza to, że różnice biologiczne między ludźmi nie mają żadnego znaczenia. Niektóre czasami mają, na przykład znaczenie medyczne i nikt rozsądny nie twierdzi inaczej. Często jednak przypisujemy tym różnicom znacznie większe znaczenie niż ma to sens.

To właśnie dlatego ta pierwsza, uproszczona definicja nie oddaje całej złożoności sprawy. Ponieważ sugeruje ona, że nasza tożsamość płciowa jest zależna od tego, jakie mamy cechy biologiczne. A tak nie jest. To, że nie posiadamy penisa, nie oznacza od razu, że jesteśmy kobietami, niekoniecznie. Wykastrowany mężczyzna nadal jest mężczyzną. Trans kobiety przed operacjami korekcyjnymi mają penisa, ale jest to… kobiecy… penis. (westchnięcie) Tak, doskonale widzę sceptycyzm malujący się na Waszych twarzach. Przysięgam, że za moment wrócimy do tego tematu,.


Ostrzeżenie. Następny segment tego materiału bazował będzie na dorobku intelektualnym postmodernistycznej feministki. Jeśli jesteś Graczem przez wielkie G, przygotuj się na ten wstrząs. Zalecane jest, byś już w tym momencie napisał gniewny komentarz zawierający następujące wyrażenia: „polityczna poprawność”, „agenda”, „feminazizm”, „kulturowy marksizm” oraz „lewactwo”. Nie zapomnij kliknąć symbolu kciuka skierowanego w dół. Jeśli jesteś graczem przez małe g, niczym się nie przejmuj. Odpręż się i oglądaj dalej. 


W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku Amerykańska filozofka i teoretyczka Judith Butler przedstawiła w swojej książce Gender Trouble pojęcie performatywności płci. Według Butler to, w jaki sposób wyrażamy naszą płciową tożsamość zależy od kultury i zachowań, których uczymy się od dziecka do momentu, w którym stają się naszą drugą naturą. Te zachowania dotyczą wielu aspektów naszego życia – tego jak się ubieramy, jak się zachowujemy, jak odruchowo myślą o nas inni, jakich zaimków używamy, jakie możemy mieć zainteresowania czy aspiracje i tak dalej. Jak zauważaliśmy już wcześniej, na przykładzie koloru różowego, który kiedyś był uznawany za chłopięcy, te zachowania są plastyczne, bo podlegają nieustannym zmianom. 

Słowo „performatywność” może narzucać skojarzenia z udawaniem, co może z kolei wprowadzać w błąd. Gdy któryś polski artysta kabaretowy wykonuje NAJŚMIESZNIEJSZY ŻART NA ŚWIECIE, CHŁOP PRZEBRANY ZA BABĘ nie oznacza to, że na czas występu traci swoją dotychczasową płeć i pozyskuje inną. Oznacza to, że… no cóż, przede wszystkim to, że jest agresywnie niezabawny. Performatywność w tym kontekście oznacza powielanie określonych zachowań, o których wiemy, że musimy je wykonywać, by być postrzegani przez innych w pożądany przez nas sposób. Jak mówienie w odpowiednich sytuacjach „dzień dobry” oraz „dziękuję”, jeśli chcemy, by postrzegano nas jako osoby uprzejme. Albo przestrzeganie dress codu w miejscu pracy, by ludzie odbierali nas jako profesjonalistów. Nie jest to udawanie, jest to wyrażanie własnej tożsamości poprzez komunikaty – słowne albo nie – które wysyłamy na zewnątrz.

Właśnie z tego powodu GLADoS jest zaprojektowana w taki sposób, by była postrzegana jako kobieta. Mówiąc „zaprojektowana” mam tu na myśli „zaprojektowana przez realnie istniejących twórców gry” nie „zaprojektowana przez fikcyjnych pracowników Aperture Science.” Pomysł na to, by GLADoS była stworzona na bazie Caroline pojawił się dopiero w czasie produkcji Portal 2, gdy twórcy zatrudnili tę samą aktorkę do obu tych ról i uznali, że ciekawie będzie połączyć ich wątki. Wcześniej GLADoS po prostu wpisywała się w trend nadawania Sztucznym Inteligencjom kobiecych cech. 

Większość najsłynniejszych A.I. w kulturze popularnej ma kobiecą tożsamość – oprócz GLADoS jest jeszcze SHODAN z System Shocka, Samanthę z filmu Her, Jane z uniwersum Gry Endera, V.I.K.I. z tego filmu z Willem Smithem, którego poza mną nikt nie lubi i naprawdę wiele innych. Ten trend przesiąknął też zresztą do realnego świata. Wirtualne organizery Alexa, Cortana i Siri posiadają kobiece imiona oraz interfejsy głosowe. Nie dlatego, że ich oprogramowanie ma takie albo inne chromosomy, ale dlatego że tradycyjnie to kobiety od zawsze wykonywały takie prace jak sekretarki, telefonistki oraz (niekomfortowe chrząknięcie) …służące, więc oprogramowaniu pełniącemu analogiczne role przypisuje się płeć, którą kojarzymy z tymi zadaniami. Jest w tym dokładnie zero procent biologicznego uzasadnienia i dokładnie sto procent uzasadnienia kulturowego.


Och. Nadal tu jesteś? Znakomicie. Za chwilę materiał poruszy zagadnienie różnorodności biologicznych cech u homo sapiens. Jeśli pod jego wpływem odczujesz nieprzemożoną chęć opowiedzenia – otworzyć cudzysłów – żartu – zamknąć cudzysłów – o helikopterze bojowym albo stu osiemdziesięciu płciach, nie krępuj się. Powtarzaj ten – otworzyć cudzysłów – żart – zamknąć cudzysłów – do momentu, w którym zrobi się zabawny. Wedle najnowszych badań stanie się to po dwa miliony siedemset tysięcy trzysta dwudziestym trzecim powtórzeniu.


W tym momencie ktoś może – słusznie – zauważyć, że do tej pory rozmawiamy wyłącznie o abstrakcjach. GLADoS nie istnieje w rzeczywistości, a żadne sztuczne inteligencje, które do tej pory udało się stworzyć ludzkości nie są na tyle rozwinięte, by uznawać je za świadome istoty. Czy zatem problem nie jest czysto akademicki? No cóż… nie. Nawet jeśli jesteście esencjalistami płci, czyli osobami twierdzącymi, że ludzka tożsamość płciowa wynika wyłącznie z tego, co powie biologia i w zależności od tego, z jakimi cechami urodzi się dana osoba, jest ona kobietą albo mężczyzną i to jest koniec dyskusji… to muszę Was rozczarować. Bo ludzka biologia jest znacznie bardziej kreatywna niż może się to wydawać.

Osoby interpłciowe – to znaczy takie, które rodzą się z kombinacją fizycznych cech uznawanych za męskie i za kobiece – istniały od zawsze. Obecnie, w zależności od źródeł i szczegółów definicji, stanowią one od połowy jednego procenta do prawie dwóch procent populacji. Mniej więcej jedna osoba na sto rodzi się posiadając fizyczne cechy przypisywane kobietom i mężczyznom. Może wydawać się niewiele, ale w liczbach stanowi to siedemdziesiąt osiem milionów osób. Dwa razy tyle, co liczba mieszkańców Polski.

Jeśli wierzyć najnowszym doniesieniom badaczy, taką osobą mógł być Kazimierz Pułaski, wolnomularz oraz osiemnastowieczny bohater dwóch zrywów niepodległościowych, polskiego i amerykańskiego. Pytanie brzmi zatem – jeśli uzależniamy czyjąś płeć wyłącznie od cech fizycznych, co z osobami których cechy fizyczne nie dają jednoznacznej odpowiedzi? Ktoś może powołać się na chromosomy, ale płeć chromosomalna też nie jest zerojedynkowa*[plansza1] i wiele osób interpłciowych również pod tym względem wymyka się prostej kategoryzacji. Ktoś może powiedzieć, że przypisujemy taką osobę do tej płci, której więcej cech posiada, ale to też jest bardzo arbitralne, bo niektóre męskie i kobiece cechy są do siebie zbliżone, więc to od nas zależy, czy – na przykład – taki albo inny typ sylwetki uznamy za bardziej kobiecy lub bardziej męski. 

Ja – osobiście – po prostu zapytałbym taką osobę, jak chce być nazywana i traktowana, a potem się tego trzymał. Ale ja robiłbym tak ze wszystkimi, niezależnie od tego czy są interpłciowi czy transpłciowi, bo jestem postmodernistycznym humanistą, który wyżej stawia ludzką tożsamość oraz samoidentyfikację niż biologię i który chce zniszczyć Cywilizację Zachodu, więc, eee, j$&#ać mnie, chyba.

Jednak nie tylko osoby interpłciowe mają ten dylemat. Osoby trans również komunikują tożsamość płciową niezgodną z tym, co narzuca im binarne myślenie o płci biologicznej. Jeśli nadal, mimo wszystkiego, co powiedziałem do tej pory, jesteście esencjalistami płci, to podejrzewam, że już Was nie przekonam i myślę, że w tym momencie możemy rozejść się w stosunkowym spokoju i bez pretensji. Reszta z Was rozumie już zapewne, czemu transpłciowość jest tak samo prawdziwa jak każdy inny typ tożsamości płciowej. Ponieważ każda tożsamość płciowa jest konstruktem społecznym zbudowanym na interpretacji tego, co wiemy o nas samych i o otaczającym nas świecie i każda jest plastyczna oraz zmienna w miarę jak dowiadujemy się coraz więcej o nas i o otaczającym nas świecie.


To już prawie koniec, gratuluję. Okazałaś się, miła osobo, cierpliwą i wyrozumiałą jednostką ludzką. Nim zostawię Cię z epilogiem tego materiału, przypomnę jeszcze o kliknięciu przycisku subskrypcji oraz zachęcę do obejrzenia innych wideoesejów z tego kanału. Żegnaj więc, hipotetyczny konstrukcie osoby oglądającej. Miłego dnia.


Gdy pierwszy raz uruchomiłem Portala byłem mocno zdezorientowany. Gra polega na rozwiązywaniu zagadek logicznych za pomocą otwierania dwóch portali w różnych miejscach poziomu. Przechodzenie przez nie może na samym początku wydawać się nieintuicyjne – mózg odruchowo buntuje się przeciwko przyjęciu zupełnie innego sposobu myślenia o tym jak działa rzeczywistość. Po pewnym czasie przywykłem jednak do tej odmiennej, unikalnej perspektywy patrzenia na świat i konfuzja zniknęła. Pojawiła się za to czysta frajda wynikająca z samego faktu poruszania się po środowisku, w którym linia prosta między dwoma punktami nie zawsze jest najkrótszą drogą od jednego do drugiego. To inny sposób myślenia o wirtualnej rzeczywistości trójwymiarowej. Prawdopodobnie jest tu jakaś analogia do tematu dzisiejszego materiału, ale – to już zostawiam Waszej refleksji. 

Zanim zakończę, chciałbym gorąco podziękować Ninie z kanału Transgrysy, która pomogła mi w redakcji scenariusza do tego materiału. Gorąco zachęcam do zajrzenia na jej kanał, jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na tematy, które tu poruszyłem. Link do Transgrysów – oraz do całej bibliografii tego wideoeseju – znajduje się w opisie.

Trzymajcie się i do usłyszenia następnym razem.





*[plansza 1]

ZATRZYMAJCIE FILMIK W TYM MIEJSCU I PRZECZYTAJCIE, JEŚLI INTERESUJE WAS TEN TEMAT

Będę musiał wyjaśnić tę niezerojedynkowość, prawda? No dobrze, po kolei. Sprowadzając wszystko to najprostszej postaci, chromosomalną płeć determinuje obecność albo nieobecność chromosomu Y. Jeśli go masz (XY), chromosomalnie będziesz mężczyzną, jeśli nie (XX), jesteś chromosomalną kobietą, gratuluję. Na tym jednak nie koniec, w żadnym wypadku. Mamy takie przypadki jak Zespół Klinefeltera (Zespół XXY) albo Zespół XYY, gdzie osoba rodzi się z dodatkowym chromosomem, co oczywiście wpływa na jej cechy zewnętrze albo Zespół Swyera, gdy osoba posiada kariotyp XY, ale fizyczne cechy kobiece.

Inna sprawa, że sprowadzanie fizycznych cech kobiecych i męskich wyłącznie do chromosomów jest gigantycznym uproszczeniem, przez które ucieka nam wiele innych, równie istotnych rzeczy, ponieważ znaczącą rolę pełni tu również genetyka, a nawet takie rzeczy jak rozwój płodu w życiu prenatalnym. W żadnym wypadku nie jestem specjalistą i bazuję tu głównie na dostarczonej mi wiedzy eksperckiej, dlatego jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o tym czegoś więcej, w opisie tego materiału zamieszczę linki do artykułów popularnonaukowych poruszających to zagadnienie.



Bibliografia:

Doniesienia o interpłciowości Kazimierza Pułaskiego: https://www.nytimes.com/2019/04/07/science/casimir-pulaski-intersex.html
Inne badania na temat populacji osób interpłciowych: https://ihra.org.au/16601/intersex-numbers/
Populacja osób interpłciowych: https://isna.org/faq/frequency/
Osoby interpłciowe: https://youtu.be/lFre9a0wEPE
Sarah Kember. Cyberfeminism and Artifical Life. Cyfrowa wersja książki w formacie pdf: https://monoskop.org/images/8/87/Kember_Sarah_Cyberfeminism_and_Artificial_Life_2003.pdf
Philosophy Tube | What is gender: https://youtu.be/seUVb7gbrTY
‘Sex redefined’ artykuł z Nature o komplikacjach związanych z biologią płci: https://www.nature.com/news/sex-redefined-1.16943?fbclid=IwAR3e1UPiCWvqU0MneSkLW7ad6GLAaujybOwtn2POqDYsDQ6ltekoKlDibXY

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...