sobota, 22 kwietnia 2017

Razem jesteśmy czymś więcej

fragment grafiki autorstwa Grega Samllwooda, całość tutaj.

Jeżeli ktoś czyta mojego bloga od dłuższego czasu, zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jestem ogromnym fanem Power Rangers. Zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych, od dziecięcej fascynacji tandetnym, ale niesamowicie dynamicznym serialem lecącym w sobotnie poranki na Polsacie, potem nastąpił wieloletni okres uśpienia, aż moje umiłowanie do Wojowników w barwnych kostiumach na nowo eksplodowało kilka lat temu, gdy jak szalony nadrabiałem sezony, których do tej pory nie obejrzałem, na bieżąco zresztą dokumentując moje postępy na blogu. A potem gruchnęła wiadomość o tym, że ruszyła produkcja pełnometrażowego filmu kinowego z hollywoodzkim budżetem i oczywiście nie mogłem nie być bardziej szczęśliwy. Nigdy nie czułem emocjonalnego zaangażowania w takie marki jak Star Wars czy James Bond, więc kolejne odsłony tych filmowych serii nie budziły mojego entuzjazmu. W tym wypadku było jednak inaczej – chciałem obejrzeć ten film i nie mogłem się doczekać dnia jego premiery. Przed wejściem do kina czułem to, co czuł każdy Trekkie przed premierą filmu Star Trek J.J. Abramsa. Niestety, po wyjściu z kina również czułem to, co zapewne czuł każdy Trekkie po premierze filmu Star Trek J.J. Abramsa. 

No dobrze, może nie było aż tak źle, bo mimo wszystko najnowszy film Power Rangers jest – summa summarum – całkiem przyzwoitym filmem superbohaterskim (choć trochę daleko mu jednak do marvelowskiej średniej), to jednak ja oglądałem go nie jako niedzielny widz, który mętnie kojarzy elementy mitologii serialowego pierwowzoru i nie ma wobec filmu żadnych sprecyzowanych oczekiwań, ale jako fan, który zna serial o podszewki, wie czym Power Rangers jest, czym być potrafi i ma dość określoną wizję tego, jaki powinien być ten film. Oczywiście nie oznacza to, że film krytykuję, ponieważ nie spełnia on moich oczekiwań – krytykuję go, ponieważ ma pewne oczywiste wady, które są od tych określonych oczekiwań zupełnie niezależne. Żeby nie było, posiada również zalety. Tak jak pisałem wyżej, Power Rangers nie jest żadną katastrofą na miarę ostatniego Fantastic Four, czego po cichu się obawiałem… co nie zmienia faktu, że gdybym miał wymienić jego mocne i słabe punkty, to tych drugich byłoby jednak więcej. 

Chyba największą bolączką Power Rangers jest jego tempo – ponad połowa filmu stanowi podprowadzenie pod finałową walkę, która jednak rozczarowuje. Jeśli ktoś planuje obejrzeć Power Rangers, sugeruję nastawienie się na dość długie budowanie obrazu sytuacji oraz ekspozycję charakterologiczną poszczególnych bohaterów. Ma to oczywiście swoje dobre strony, ponieważ dzięki temu jesteśmy w stanie lepiej poznać głównych bohaterów oraz ich polubić, ale niestety trwa to odrobinę zbyt długo – pod koniec nawet już trochę traciłem cierpliwość, choć polubiłem wszystkich bohaterów i bohaterki. W ogóle piątka tytułowych postaci jest bardzo dobrze i odważnie skonstruowana. Odważnie – ponieważ scenarzyści nie bali się takich posunięć jak uczynienie jednego z Wojowników osobą autystyczną (i pokazanie, że nie jest to żadną przeszkodą w byciu pełnoprawnym, kompetentnym superbohaterem) czy zasugerowanie, że jedna z nastolatek nie jest heteronormatywna (inna sprawa, że zrobiono to w strasznie tchórzliwy, zachowawczy sposób, ale i tak jest to krok, na jaki nie odważyłby się żaden film Marvela) oraz podkreślenie, że Zack, Czarny Ranger ma chińskie korzenie (rozmawia ze swoją mamą po mandaryńsku). Taka charakteryzacja jest bardzo w duchu serialowego pierwowzoru, który zawsze podkreślał, że nieważne, jaka jest twoja płeć, kolor skóry, charakter czy sytuacja materialna, zawsze możesz być Rangerem, jeśli tylko jesteś dobrą, szlachetną osobą i się na to zdecydujesz. 

I tu musimy przejść do kolejnej sprawy, dla mnie odrobinę kontrowersyjnej. Widziałem, jak wiele osób w Internecie żartuje z oryginalnego, serialowego Zordona, że Power Rangerów traktuje jako nastoletnich żołnierzy przymuszonych do prowadzenia wojny, na jaką nie są oni przygotowani. Jest to bzdurą, z wielu względów. Po pierwsze – serial dość wyraźnie nam powiedział, że Wojownicy zostali starannie wyselekcjonowani, by mieć pewność, że kolorowe kostiumy założą osoby, które podołają temu zadaniu i będą w stanie wyjść z tego bez psychicznego szwanku. Po drugie – serialowi Rangerzy zdecydowali, że zostaną Rangerami po tym, jak Zordon poprosił ich o to i trwali przy tej decyzji do momentu, w którym zaczęła ona za bardzo kolidować z ich życiami osobistymi – w takich wypadkach Zordon ZAWSZE zwalniał Rangerów z ich obowiązków i przydzielał je komuś nowemu, w międzyczasie zresztą kilkakrotnie proponując im odejście i przekazanie pałeczki innym osobom. Te dzieciaki nigdy nie były zmuszane do wzięcia na siebie tego brzemienia i w każdej chwili mogły zrobić krok do tyłu, gdy tylko poczuły, że nie dają rady. 

Tyle serial. Film natomiast… i tu mam trochę problem, ponieważ bycie Rangerami zostało zrzucone na tę konkretną drużynę bez wykazania przez nich woli podjęcia się tego zadania. Po tym, jak uzyskali moce Zordon esencjonalnie powiedział im „Macie jedenaście dni na przygotowanie się do walki z Ritą, a jeśli nie dacie rady to wszyscy umrzemy” niespecjalnie przejmując się tym, czy nastolatki chcą podjąć się tego zadania i nie dając im żadnego wyboru. Jasne, bohaterowie ostatecznie decydują się podjąć walkę z Ritą, ale ich decyzja i tak wydaje się wymuszona okolicznościami. Nie da się zrobić z kogoś superbohatera przymusem, a trochę z taką sytuacją mamy tu do czynienia. Sam Zordon zresztą nie jest tu zresztą mądrym i opiekuńczym mentorem, który dba o swoich podopiecznych – motywy jego postępowania są w pierwszej części filmu bardzo egoistyczne. Na początku mnie to irytowało (poważnie, Zordon – wielka głowa w szklanej tubie – był moim pierwszym świadomym wyobrażeniem osobowego Boga), ale że ta postać w dalszej części filmu przechodzi przemianę i poświęca naprawdę wiele dla jednego z Rangerów, to jednak poczytuję ten motyw na plus. 

Rita Repulsa jest natomiast absolutnie, totalnie, obłędnie doskonała, deklasująca prawie wszystkich marvelowych złoczyńców (nie, żeby ta konkretna poprzeczka zawieszona była jakoś szczególnie wysoko). Duża tym zasługa Elizabeth Banks, która potrafiła „sprzedać” tę postać w dokładnie taki sposób, w jaki Rita być powinna – jednocześnie przesadzona i przerażająca, trochę jak postać z horroru, trochę jak opętana złem wariatka bez żadnego poczucia przestrzeni osobistej. Wypadła idealnie, choć niewiele miała w sumie wspólnego ze swoją odpowiedniczką z serialu, to jednak kupiła mnie już od pierwszych swoich chwil na ekranie. Jednak uczciwie trzeba przyznać, że nie jest ona w żądnym wypadku jakąś oryginalną postacią, bo ma bardzo proste motywacje i równie prosty charakter, ale sposób gry aktorskiej oraz kilka mały scen – jak choćby ta, w której Rita zatrzymuje się na moment w trakcie demolowania miasta, by zjeść pączka – indywidualizują tę złoczynkę i sprawiają, że przyjemnie ogląda się ją na ekranie. W ogóle aktorsko film wypadł nadspodziewanie dobrze. Choć większość postaci pierwszoplanowych trudno nazwać hollywoodzką pierwszą ligą, to jednak znakomicie odnajdują się w swoich rolach. 

Dużym problemem jest scenariusz, który momentami za bardzo idzie na skróty i boruje niepotrzebne dziury fabularne. Część z nich kupuję i przymykam na nie oko, bo bohaterowie są nastolatkami (niekiedy z dość otwarcie zaprezentowanymi problemami mentalnymi), więc sporo im można wybaczyć. Nie zmienia to jednak faktu, że są rzeczy, których film nie tłumaczy, choć powinien – czemu Rita nie zabiła Wojowników, gdy miała ich na swojej łasce? Czemu Zordon nie powiedział Wojownikom, że mogą ze swoich pojazdów uformować Megazorda i sami musieli do tego dojść? Pytań bez choćby zasugerowanej odpowiedzi jest znacznie więcej, ale samo ich sformułowanie byłoby już sporymi spoilerami, więc po prostu uwierzcie – momentami scenariusz dość średnio trzyma się kupy. Nie ma tam oczywiście żadnych ewidentnych idiotyzmów, ale i tak momentami skrobałem się po głowie, zastanawiając się, czy przypadkiem nie przespałem jakiegoś fragmentu filmu. 

Może powinienem napisać coś o estetyce Power Rangers, która bardzo mocno odstaje od tego, do czego przyzwyczaił nas serial. Z jednej strony to dobrze, bo o ile kampowa przaśność niszowym serialu dla dzieci jeszcze ujdzie, o tyle w filmie z budżetem idącym w setkę tysięcy dolarów byłaby już czymś mocno nie na miejscu. Projekty ekwipunku Wojowników – zbroi i zordów – są… cóż są różne gusta, ale ja osobiście jestem do nich raczej chłodno nastawiony. Trochę dlatego, że za mocno odchodzą od swoich pierwowzorów, trochę z powodu boob plates i obcasów w zbrojach żeńskich Rangerek, a trochę dlatego, że są po prostu brzydkie. I znów – to tylko moja opinia i nie mam problemu z tym, że ktoś się z mną nie zgodzi, ale kostiumy Rangerów wglądają raczej jak odrzucone projekty zbroi Iron Mana, zaś zordy są tak dziwaczne, że momentami ciężko się zorientować, gdzie jest ich przód, a gdzie tył (co ma znaczenie, bo jeden z gagów późniejszych fragmentach filmu opiera się na tym, że Billy pilotuje swojego zorda na wstecznym). Nie chcę wyjść na malkontenta, którego drażni brak ślepego odtwarzania pierwowzoru – w ciągu ostatniego ćwierćwiecza widziałem już setki wariacji na temat zordów i kostiumów w Power Rangers, niektóre lepsze, niektóre gorsze… filmowe niestety zaliczają się do tych gorszych. Sama ich koncepcja wyjściowa była fajna – coś w rodzaju biomechanicznego symbionta pokrywającego ciało użytkownika – ale z jakiegoś powodu się nie sprawdza. W dodatku widzimy je może przez dziesięć minut w ciągu całego filmu, w trakcie (strasznie pociętych i generalnie mało imponujących) walk. 

Czy opłaca się obejrzeć ten film? Z mojej perspektywy był to w zasadzie obowiązek i choć nieco rozczarowujący, to w żadnym razie nie przykry. Film ostatecznie wygrywa silną charakteryzacją poszczególnych postaci, faktem że naprawdę można naszych bohaterów polubić, zrozumieć i kibicować im. To naprawdę dość unikalna sytuacja we współczesnym kinie superbohaterskim, które preferuje raczej chodzące archetypy, niż pełnowymiarowe postaci. Zdecydowanie pomaga fakt, że bohaterowie są nastolatkami – z jednej strony więcej jesteśmy im w stanie wybaczyć, z drugiej natomiast okres nastoletni to moment, w którym tożsamość człowieka jest czymś bardzo płynnym i podatnym na zmiany, łatwo więc wyeksponować wiarygodną przemianę charakterologiczną. I tutaj Power Rangers nie zawodzi. Jason z kłopotliwego, pakującego się w problemy egoisty zmienia się w odpowiedzialnego lidera z rozwiniętym poczuciem moralności. Billy po raz pierwszy w życiu zyskuje prawdziwych przyjaciół i zaczyna lepiej rozumieć złożoność relacji międzyludzkich. Trini powoli wychodzi ze swojej introwertycznej skorupki (świetna scena, w której „walczy” z Kim o widelec), Zack staje się nieco bardziej okrzesany, a Kimberly uświadamia sobie, jak okropną była osobą… choć w jej przypadku charakterologiczna ewolucja jest trochę zepsuta pozbawionymi konsystencji scenami. 

Ostatecznie dostaliśmy więc nie objawienie, ale przyjemny, choć miejscami wadliwy film. Power Rangers można docenić za to, że robi rzeczy, których inne, „poważne” filmy superbohaterskie robić się nie odważają – inkluzywna obsada, przeniesienie ciężaru opowieści na rozwój charakterologiczny bohaterów, poruszanie tak trudnych tematów, jak traumy, zaburzenia psychiczne czy kwestionowanie własnej seksualności. Mocno to współgra w transgresyjnością całej marki Power Rangers, której motywem przewodnim jest pokazanie, że każdy może być superbohaterem i walczyć ze złem. Nie musisz być białym, heteroseksualnym mężczyzną o konwencjonalnym typie urody dysponującym wielką fortuną i błyskotliwym umysłem. Billy, który jest absolutnie najjaśniejszą gwiazdą całego filmu, mówi w pewnym momencie coś w stylu, że jego umysł nie działa tak, ja umysły innych ludzi. Jason natychmiast odpowiada mu „To nie jest niczym złym” – i to chyba najlepiej obrazuje przesłanie tego filmu. Bardzo lubię, gdy wysokobudżetowe filmy wychodzą poza swoje konwencje i są o czymś – jak na przykład filmy z serii X-Men opowiadają o dyskryminacji i prześladowaniach, pierwszy Captain America opowiada o patriotyzmie, a Ant-Man o braniu odpowiedzialności za swoje dzieci – w przeciwieństwie do filmów takich jak Avengers czy Guardians of the Galaxy, które są znaczeniowo puste. Power Rangers opowiada o budowaniu więzi międzyludzkich, akceptowaniu różnic, wychodzeniu poza swoje kręgi towarzyskie i dostrzeganie wartości w ludziach odmiennych od nas samych. To bardzo mądre, ważne przesłanie, szczególnie w dzisiejszych czasach i nawet jeśli nie zostało one przedstawione w sposób idealny, to i tak nie umiem nie docenić filmu za próbę poruszenia tego tematu. 

Power Rangers zawodzi jako film superbohaterski – stosunkowo niewiele w nim scen walk, zaś te, które się pojawiają nie robią odpowiedniego wrażenia – ale jako film o dorastaniu młodych ludzi i kształtowaniu się prawdziwej przyjaźni jest całkiem przyzwoity. Po zakończeniu seansu może i generalnie byłem rozczarowany niezadowalającą jakością filmu, ale z czasem uświadomiłem sobie, że... ja lubię tych bohaterów. Jason, Kimberly, Zack, Trini i Billy nie są dla mnie tylko soczewką, przez którą obserwuję fabułę – są dla mnie prawdziwymi osobami z problemami, które z łatwością jestem w stanie zrozumieć, ponieważ miałem i mam podobne problemy, z osobowościami, które są dla mnie atrakcyjne, z wadami, które nie denerwują, tylko dopełniają ich charaktery i nadają im głębi, z relacjami i interakcjami, których obserwacja sprawia mi przyjemność.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...