piątek, 9 kwietnia 2021

RECENZJA: Potężna Thor. Thor Wojny – tom 4

fragment grafiki okładkowej
fragment grafiki okładkowej


Pozwólcie, że opowiem Wam o Jerrym. Jerry jest moim starym znajomym, zapalonym miłośnikiem horroru, Gwiezdnych Wojen oraz komiksów Marvela. Świetny gość, prawdopodobnie najsympatyczniejsza osoba, jaką znam. Jerry ma jednak jedną wadę – jest podcasterem, który przekuwa swoje zainteresowania w audycje podcastowe. Samo w sobie nie jest to absolutnie niczym złym, problem polega jednak na tym, że jest również fanem komiksu Thor oraz moim najsympatyczniejszym znajomym. Jest to kombinacja, która kończy się, dla mnie osobiście, w bardzo niekorzystny sposób. Jerry bowiem, po tym jak Egmont wyda w Polsce kolejny tom tego komiksu, uderza do mnie z propozycją nagrania o nim podcastu. W duecie, bo samemu to tak trochę smutno i zawsze fajniej – zarówno dla słuchaczy jak i dla podcastera – gdy jedna opinia skonfrontowana jest z inną.

I ja, z uwagi na to, że Jerry jest tak cholernie sympatyczną osobą, zawsze się na to godzę. Przez co zamawiam ten cholerny komiks, czytam ten cholerny komiks i rozmawiam z Jerrym w jego podcaście na temat tego cholernego komiksu. Możecie posłuchać sobie tego na kanale YouTubowym podcastu Konglomerat Podcastowy ostrzegam jedna, że szybko może się to zrobić wyjątkowo nużącym doświadczeniem – Jerry jest zwykle entuzjastyczne, choć niebezkrytycznie nastawiony do każdej kolejnej odsłony komiksu, ja natomiast nieustannie jestem kwaśny i cały czas marudzę.

To tak słowem wyjaśnienia, czemu w ogóle piszę o tym komiksie, skoro jasnym jest, iż nie czerpię z jego lektury zbyt wielkiej przyjemności i za każdym razem mam o nim do powiedzenia mniej więcej to samo – skoro już Egmont daje mi do recenzji egzemplarz komiksu, czuję się zobowiązany tę recenzję napisać. Miejmy już to zatem za sobą i wszystkie ewentualne uwagi kierujcie pod adresem Jerry’ego.

Czwarty (w praktyce siódmy, bo w międzyczasie wyzerowała się numeracja) tom przygód Jane Foster w roli potężnej Thor skupia się, co ciekawe, głównie na postaci Volstagga – pobocznego Asgardczyka, który wraz ze swoimi kompanami regularnie przewija się przez komiksy z Thorem w roli głównej. Otyły, acz szlachetny wojownik doświadcza w nim pewnej traumy związanej z toczącą się w komiksie wojną z Malekithem, przez co wpada w amok. To samo w sobie byłoby już wystarczająco mocnym pniem narracyjnym, ale scenarzysta Jason Aaron, z właściwym sobie brakiem umiaru, dodatkowo podbija stawkę, pakując w ręce Volstagga kolejny thorowy młot, który zmienia go w jeszcze jedną inkarnację Thora – tytułowego Thora Wojny, niepowstrzymanego anioła zemsty niszczącego wszystko, co napotka na swojej drodze.

Wątek ten pochłania większą część komiksu. Sam w sobie wypada… nawet nieźle, choć upierałbym się, że ta konkretne historia znacznie lepiej sprawdziłaby się jako oddzielna miniseria. W serii głównej wypada ona jedynie jako sympatyczny bo sympatyczny, ale jednak – zapychacz, który na kilka rozdziałów pauzuje główną fabułę (wspomnianą już wojnę) i jednocześnie odbiera pierwszy plan Jane Foster, nominalnej głównej bohaterce serii.

Z Jane jest w ogóle problem, bo o ile wyjściowy pomysł na tę postać jest naprawdę interesujący (rak i słabnący z tym organizm) i stanowi fundament, na którym można zbudować wiele przejmujących opowieści, o tyle Jason Aaron zdaje się nie mieć żadnego wyraźnego pomysłu na postać i po prostu rzuca ją w wir kolejnych wydarzeń, które tematycznie nie kleją się w nic ciekawego.

No cóż, przynajmniej komiks wygląda naprawdę bardzo ładnie. Zespół rysowników i kolorystów odpowiedzialny za oprawę graficzną serii jak zwykle dostarcza nam spektakularnych doznań wizualnych – czytelnych i wyrazistych, ale jednocześnie bogatych w detale ilustracji napędzających fabułę. Wszystko wygląda tu naprawdę świetnie. Ostatni rozdział skomponowany jest z prac kilkorga artystów operujących zróżnicowanymi estetykami, co początkowo może budzić konfuzję, ale z czasem zaczyna zachwycać, bo w tym szaleństwie tkwi metoda.

Ciężko mi jest w sensowny sposób podsumować tę recenzję. To siódmy tom długiego cyklu wydawniczego, który zdecydowanie nie jest komiksem dla mnie. To nie jest tak, że nie lubię Jasona Aarona – jego Conan Barbarzyńca, również wydawany u nas przez Egmont jest prawdopodobnie jednym z moich ulubionych komiksów ostatnich lat – ale w tym konkretnym przypadku wady jego stylu przyćmiewają zalety. Osoby, które przeczytały sześć poprzednich tomów kupią pewnie i ten, więc ich nie trzeba zachęcać. Co do reszty… cóż, komiksów wychodzi w naszym kraju mnóstwo. Nawet jeśli to koniecznie musi być coś superbohaterskiego, to jest naprawdę wiele znacznie lepszych rzeczy.

Ja tymczasem kończę i czekam kilka kolejnych miesięcy na to, aż ukaże się kolejny tom. Bo wiem, że Jerry zacznie mnie pytać, czy chcę z nim nagrać podcast. A ja prawdopodobnie się zgodzę.

Cholerny Jerry.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...