![]() |
fragment grafiki autorstwa Matta Fergusona, całość tutaj. |
Iron Man 3 to film, który rozpoczął
Drugą Fazę filmowego uniwersum Marvela. Słyszałem o nim masę sprzecznych opinii
– że najlepszy, że najgorszy, że lepszy niż drugi, ale gorszy, niż pierwszy, że
lepszy niż pierwszy, ale gorszy, niż drugi, że zepsuto postać Mandarina, że
stworzono najlepszego dotąd złoczyńcę w marce, że godne zakończenie trylogii,
że rozczarowujące zakończenie trylogii… i tak dalej, i tak dalej. Film
oglądałem niedługo po premierze i zrobił na mnie generalnie bardzo dobre
wrażenie. Na potrzeby tej notki odświeżyłem go do sobie i znów świetnie się
bawiłem w czasie seansu. Tradycyjnie przestrzegam przed spoilerami. Jeśli ktoś filmu nie oglądał, niech naprawdę daruje sobie lekturę tej notki.
Gdybym miał jednym słowem podsumować, o czym jest Iron Man 3, powiedziałbym, że opowiada o
strachu – tym osobistym, który dręczy Tony’ego wskutek traumatycznych przeżyć z
Avengers i tym, nazwijmy to,
ogólnonarodowym, na którym żeruje Mandarin. Oba te rodzaje lęków mają tę samą
genezę – zostały spowodowane przez wstrząsające przeżycia (u Tony’ego jest to
otarcie się o śmierć w trakcie bitwy o Nowy Jork, u narodu amerykańskiego ataki
terrorystyczne na terenie całego kraju) i oba powodują nieracjonalne zachowania
zalęknionych (Tony otwarcie wyzywa Mandarina, podając prasie swój adres, rząd
przemalowuje War Machine’a na Iron Patriota, czyniąc z potężnej, nowoczesnej
broni propagandowy symbol USA).
Motyw altruizmu w starciu z egoizmem, silnie zaakcentowany w
dwóch poprzednich częściach trylogii o Iron Manie jest obecny także i tutaj. W
będącej retrospekcją pierwszej scenie filmu widzimy Tony’ego takiego, jakim był
przed staniem się Iron Manem – zapatrzonego w siebie egoistę, który gardzi
słabszymi od siebie. Widać to doskonale w czasie jego pierwszego spotkania z
Killianem, gdzie widać, że ci dwaj pochodzą z zupełnie różnych światów. Tony
jest przystojny, charyzmatyczny i otoczony pięknymi kobietami, podczas gdy
Aldrich jest nieatrakcyjny, kulejący, w powyciąganym T-Shircie. Tony – ten
dawny Tony, który nie dba o ludzi – upokarza go właściwie machinalnie i
bezrefleksyjnie. I musi za to zapłacić. Zło rodzi się w wyniku wyalienowania,
desperacji i urażonej ambicji – i Tony Stark, ten nowy, który dba o ludzi, nawiązuje
więź emocjonalną z opuszczonym przez ojca dwunastolatkiem i nawet stara się uprzejmie
traktować irytującego fana, bierze za to odpowiedzialność.
Właśnie – Killian i Mandarnin, a raczej Mandarin będący
Killianem. Widziałem w Internecie mnóstwo płaczu i zgrzytania zębów, jak to Iron Man 3 zmarnował, zniszczył
potencjał Mandarina, w połowie filmu ujawniając, że jest on zaledwie figurą wykreowaną
przez Aldricha jako narzędzie do manipulowania opinią publiczną. Szczerze? Ja
byłem (i nadal jestem) zachwycony tym zabiegiem. Filmowy Mandarin nie jest
terrorystą – on jest ideą terroryzmu. Podobnie jak w prawdziwym świecie, gdzie
terroryzm to nie tylko krwawe zamachy wojskowe, ale też propaganda, sztuczne
podsycanie strachu i niepewności. Czyniąc z Mandarina taką, a nie inną postać
reżyser prezentuje bardzo kontrowersyjną tezę na temat terroryzmu – jest on
niebezpieczny przede wszystkim z powodu tego, jak może być wykorzystany przez
producentów broni czy polityków zbijających kapitał na prowadzeniu wojny z
terrorystami. Jeśli terroryzm ma twarz, to jest to z reguły twarz symboliczna,
rozpalająca emocje zarówno wśród zwolenników, jak i potencjalnych ofiar.
Killian wiedział o tym bardzo dobrze, dlatego postanowił stworzyć sobie
własnego terrorystę dla własnych potrzeb. To nie zamachowców musimy się bać –
zdaje się mówić Shane Black, reżyser filmu – ale tych, którzy żerują na naszym
strachu przed nimi.
A gdzie jest w tym wszystkim Tony Stark? Tony to czysty Tony
– przynajmniej w chwilach, gdy nie miota się pomiędzy jednym, a drugim napadem
paniki. Jednym ze słabszych elementów filmu jest przedstawienie ewolucji
głównego bohatera, jego dorastania do niebycia Iron Manem. To znaczy – ja nie
byłem w stanie uchwycić momentu, w którym Stark zdecydował, że ma już dosyć
bycia Iron Manem. Możliwe, że moją uwagę odwróciło kilka kretyńskich zabiegów
fabularnych, takich jak deusexmachinowa armia Iron Manów, którą Tony mógł
najwyraźniej wezwać w dowolnym momencie (czemu nie zrobił tego wcześniej?) czy
dziwna niewytrzymałość tychże Iron Manów, które rozwalały się na kawałki przy
byle zderzeniu z przeszkodą. Głupot jest w tym filmie zresztą znacznie więcej,
ale do tego filmy z Marvel Cinematic Universe zdążyły nas już przyzwyczaić.
Czyli tak – film mi się podobał. Nie był jakiś specjalnie
wybitny, ale też przecież nie musiał. To sprawnie zrealizowany blockbuster z
dobrze rozegranym scenariuszem, ciekawymi motywami społecznymi przepuszczonymi
przez popkulturową maszynkę do zarabiania pieniędzy. Obejrzałem go z
satysfakcją i zapewne jeszcze kiedyś do niego wrócę.