![]() |
fragment grafiki autorstwa Niny Matsumoto, całość tutaj. |
Obejrzałem sobie jeszcze raz Sucker Punch i muszę przyznać, że teraz już znacznie lepiej rozumiem ten film i umiem go docenić. Bo to w gruncie rzeczy bardzo zmyślnie nakręcony i świetnie pomyślany obraz jest. Raz, że porno dla nerdów, które paradoksalnie w nerdów wali, dwa, że manifest artystyczny (gdzie reżyser mówi o tym, że nie może kręcić takich filmów, jakie by chciał, bo jest zależny od producentów i słupków oglądalności, tak jak główna bohaterka zależna jest od ojczyma/lekarzy/alfonsa), trzy, że przepiękny audiowizualnie, cztery, że bardzo feministyczny (jak zauważył Pstrąg, jedyny męski bohater pozytywny jest tylko wytworem wyobraźni Babydoll, a jedyna kobieca bohaterka negatywna okazuje się nie być taką złą). W ogóle ta precyzyjnie zaplanowana wielopłaszczyznowość obrazu Snydera budzi podziw, szczególnie, że nawet na najpłytszym poziomie interpretacyjnym to bardzo efektowny karnawał efektów specjalnych i nerdowskich fetyszy.
Ale ja niezupełnie o tym chciałem. Otóż podczas oglądania Sucker Punch przypomniał mi się najbardziej niedoceniony film ostatnich kilku lat, nieodżałowany Scott Pilgrim vs. The World i uderzyło mnie, jak te dwa filmy różnią się od siebie podejściem do popkultury. Oba są adresowane do nerdów, oba operują językiem komiksu, gry video i muzyki, oba są cudownie metafikcyjne (choć każdy z nich na swój sposób) i pewnie mógłbym wymieniać tak jeszcze bardzo długo. Mnie jednak ciekawi jedna rzecz, która bardzo te filmy bardzo różni, mianowicie – podejście do popkultury jako zjawiska socjologicznego.
Sucker Punch to, między innymi, film o ucieczce. Ucieczce w świat fantazji, maskowanie traumy kreowanymi przez umysł fantasmagoriami. Światy nieistniejące stają się tu metaforą psychicznej alienacji, bohaterka odpływa w piętrowe rojenia, by ukryć się przed złą i ponurą rzeczywistością. Świat realny jest Piekłem, więzieniem, dopiero wejście w świat fantazji daje możliwość – czy też ułudę możliwości – podjęcia walki. Dopiero odlatując w fantazje o luksusowym burdelu Babydoll jest w stanie zacząć działać, planować ucieczkę. Dopiero zatracając się w tańcu bohaterka zmienia się we wszechmocnego wojownika. Granice pomiędzy kolejnymi światami są płynne, lecz wyraźnie zarysowane i doskonale widoczne. Na tym poziomie Sucker Punch można odczytać jako film o popkulturze (bo te nerdowskie fetysze w filmie pojawiły się przecież nie bez powodu) będącej środkiem wiodącym do alienacji, ucieczki przed złym światem zewnętrznym. Co prawda ucieczki nie do końca udanej – bo fantazje Babydoll wciąż przesycone są okrucieństwem i upodleniem – ale jednak pozwalających na chwilowe przetrwanie, bo przecież nie zwycięstwo.
Tymczasem Scott Pilgrim vs. The World podchodzi do tego zupełnie inaczej. W zwariowanym świecie przestawionym filmu nikogo nie dziwią ludzie zmieniający się w monety, rozwalanie budynków przez wściekłych nerdów czy wegańska policja odbierająca supermoce niesubordynowanym członkom niejedzącej mięsa społeczności. Główny bohater jest nerdem pełną gębą, ale nie czyni to z niego wyalienowanego outsidera. Wręcz przeciwnie – w jego świecie bycie nerdem to właściwie podstawa prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie. Nerd to superbohater obdarzony nadnaturalnymi zdolnościami, heros, który odważnie zmaga się z przeciwnościami losu. Popkultury nie używa jako pancerza, w którym chroni się przed światem, ale jako oręża, środka samoidentyfikacji i realizacji własnych zamierzeń.
Jeśli chwilę się nad tym zastanowić – w naszym świecie jest podobnie. Kto nie zna memów, kultowych kwestii z będących na topie blockbusterów, nie wie, co się działo w najnowszym odcinku popularnego serialu – ten ma bardzo utrudnione zadanie w budowaniu relacji towarzyskich. Nerdyzm już dawno stał się nowym mainstreamem, wyłapywanie tropów popkulturowych przestało być domeną garstki zapryszczonych dziwolągów. Nikt już nie ucieka w popkulturę, bo go biją i dręczą, a on chciałby wymiatać, jak Conan i „im wszystkim pokazać”. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że ten terapeutyczny aspekt kultury popularnej został rozwodniony we współczesnym mainstreamie, ale to akurat kwestia na inną notkę. Dość napisać – to już przeszłość. Edgar Wright to rozumie, Zack Snyder chyba nie do końca – albo rozumie, ale świadomie zignorował, bo nie pasowało mu to do koncepcji Sucker Punch. Wszystko jedno, bo – muszę to zaznaczyć – w najmniejszym stopniu nie burzy to mojego dobrego zdania i tym filmie. Uwielbiam zarówno Scotta Pilgrima, jak i Sucker Punch. Każdy za coś innego.