![]() |
fragment grafiki autorstwa Shalizeth, całość tutaj. |
No to się doczekałem. Minęło osiem lat od premiery
poprzedniej gry z serii The Longest
Journey. Długo. Bardzo długo – niektórzy zaczynali już tracić nadzieję, że
kiedykolwiek doczekają się konkluzji historii April Ryan, Zoe Callisto i Kiana
Alvane. Sam bałem się, że gra na dobre utknie w produkcyjnym Piekle, jak to się
zwykle dzieje z sequelami moich ukochanych tytułów – Psychonauts, Beyond Good & Evil, Syberia, Mirror’s Edge i
wieloma innymi grami, które dostały od swoich fanów bardzo dużo miłości, ale
zbyt mało pieniędzy. Szczęśliwie jednak Ragnarowi Tørnquistowi
udało się zebrać na Kickstarterze sumę, która umożliwiła mu wyprodukowanie kolejnego
rozdziału jednej z najlepszych gier przygodowych w historii gatunku. Oczywiście nie obyło
się bez problemów produkcyjnych – grę planowano wydawać w epizodach, później
zarzucono ten pomysł, a jeszcze później – gdy okazało się, że studiu Red Thread
Games nie uda się wyprodukować gry w przewidzianym terminie – powrócono do
niego. Z tego też powodu póki co obcować możemy jedynie z pierwszą Księgą Dreamfall Chapters.
Z góry ostrzegam – to nie jest gra
dla ludzi, którzy dotychczas nie mieli styczności z serią i chcieliby wskoczyć do pociągu zwanego The Longest Journey na przystanku Dreamfall Chapters. Oczywiście, twórcy
gry dołożyli wszelkich starań, by historia Zoe i reszty bohaterów była możliwie
najbardziej czytelna dla neofitów (oraz ludzi, którzy z The Longest Journey i Dreamfallem
styczność mieli dawno temu), ale ja i tak jestem zdania, że aby w pełni
cieszyć się opowieścią i móc ją docenić, trzeba znać poprzednie części sagi. I
to znać dość dobrze. To jest jedna z takich opowieści, gdzie wszystko łączy się
ze wszystkim, drugoplanowe postaci powracają w nowych, często zaskakujących rolach,
kontekst wydarzeń jest kluczowy dla ich zrozumienia, a przywiązanie się do
bohaterów wzmaga zaangażowanie w śledzenie ich kolejnych przygód. To kolejny
rozdział jednej z najważniejszych opowieści w historii gier video (to nie jest przesada) i warto o tym
pamiętać. Poniższy tekst uczynię tak bezspoilerowym jak to tylko możliwe, więc nawet
jeśli ktoś nie grał jeszcze w nową odsłonę Dreamfalla,
spokojnie może przystąpić do jego lektury.
Od razu rozwieję wszelkie
wątpliwości i obawy – gra jest przecudna. Tørnquist po raz kolejny stworzył
wciągającą, wielowątkową opowieść, która pochłania gracza bez reszty. Jeśli
ktoś – podobnie jak ja – zakochał się w poprzednich odsłonach serii,
Dreamfall Chapters będzie dla niego/niej spełnieniem
największych marzeń. Mimo upływu lat, to nadal jest ta sama opowieść,
bohaterowie wciąż są przesympatyczni, ożenienie fantasy i science-fiction
działa tak jak działało (czyli zaskakująco dobrze), zaś dynamika prowadzenia fabuły jest nawet jeszcze
lepsza, niż dotychczas. Już otwierająca grę scena pogrzebu i narodzin będzie
stanowiła niezły wstrząs dla fanów serii, a im dalej, tym lepiej. Główną
bohaterką gry jest doskonale nam już znana Zoe Castillo, choć przyjdzie się nam
wcielić także i w inne postaci, zarówsno znane z wcześniejszych części, jak i nowe. W pierwszym epizodzie Chapters zwiedzimy drobny kawałek Marcurii, dziwny wymiar, w którym
Zoe utknęła pod koniec Dreamfalla oraz
Europolis – potężną aglomerację miejską położoną w Europie Środkowej. W tej
ostatniej lokacji spędzimy większą część epizodu.
Zatrzymajmy się w tym miejscu. Strasznie
spodobała mi się kreacja futurystycznego europejskiego megapolis, które
pochłonęło większą część Czech, Polski, Niemiec i Niderlandów, stając się odurzającym w swym bogactwie, dystopicznym konglomeratem ras i kultur – nie tylko rdzennie europejskich,
ale też arabskich, afrykańskich i azjatyckich. Bardzo miłą niespodzianką jest
fakt, że w dialogi gęsto powplatane są między innymi polskie słowa – z
ust Zeo oraz bohaterów i bohaterek drugoplanowych słyszymy takie wyrazy jak „dobry”,
„babka”, „ziomal” (wymawiany z angielska, but
still) oraz – bo w grze, której akcja rozgrywa się na ziemiach polskich
tego słowa zabraknąć nie może – „dupa”. Jedna z bohaterek – nazwiskiem Umińska –
podróżuje do Warszawy, inna postać pochodzi z Poznania… Sporo tego. Interesującą
rzeczą jest fakt, że Tørnquist sporo czasu poświęcił na przedstawienie graczom
sytuacji politycznej Europolis – akcja gry rozgrywa się w okresie
przedwyborczym, a Zoe jest aktywisktą wspierającą socjaldemokratyczną
kandydatkę na prezydenta, której głównym rywalem jest zachowawczy
konserwatysta. Oprócz tego swoich kandydatów mają również partie marksistowska i
skrajnie nacjonalistyczna. Zastanawiam się, na ile jest to umyślny komentarz
społeczny odnośnie obecnej sytuacji politycznej, a na ile nietypowy i
kontrowersyjny sposób ukazania świata przedstawionego. Kontrowersyjny – bo główna
bohaterka gry dość jednoznacznie deklaruje się jako socjalistka, co może zrazić
prawicowo zorientowanych graczy. Kiedy tak teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku,
że Zoe to chyba pierwsza (jeśli się mylę, niech ktoś poprawi mnie w
komentarzach) protagonistka gry video o wyraźnie nakreślonych poglądach
politycznych. Twórcy gier – szczególnie wysokobudżetowych, które wszak muszą
mieć jak największą sprzedawalność – wolą unikać tego typu tematów w lęku przez
zrażeniem do siebie części potencjalnych nabywców.
Fabularnie, jak już wspomniałem,
mamy dokładnie to, za co pokochaliśmy poprzednie części gry. Jednym z
najfajniejszych motywów serii The Longest Journey
jest pokazywanie zwyczajnego życia zwyczajnych ludzi w niezwyczajnym
świecie. Tak jak w pierwszej części gry towarzyszyliśmy April w negocjacjach
podwyżki i realizowaniu projektu zaliczeniowego na uczelni, tak w Dreamfall Chapters przez chwilę żyjemy zaskakująco zwyczajnym
życiem Zoe – pracownicy pokątnego warsztatu prowadzonego przez lekko
zdziwaczałą Niemkę, aktywistki politycznej, dziewczyny w dość stabilnym związku
ze swoim chłopakiem… Wszystko to bardzo mocno przywiązuje nas do Zoe i pomaga
nam poznać tę bohaterkę, wczuć się w jej sytuację i z nią empatyzować.
Oczywiście w tle rozgrywa się większa historia i bizantyjska intryga powoli
zaczyna na nowo oplatać życie Zoe, ale pierwszy epizod – rozstawiający fabularny
pionki na planszy, przedstawiający status
quo, przybliżający, co zdarzyło pomiędzy końcówką poprzedniej części gry, a
początkiem obecnej – skupił się właśnie na tym przyziemnym aspekcie i to wypadło bardzo, bardzo dobrze. I to nawet jak na wyśrubowane
standardy serii. Z pewnością pomogły w tym znakomicie napisane, soczyste dialogi i równie
znakomity voice acting (chyba najlepszy jaki słyszałem od czasów Gone home). Z drugiej strony, szkoda że
gra nie doczekała się polskiego dubbingu. The
Longest Journey to – obok Gothica – jedna
z nielicznych gier, w których polscy gracze wyżej cenią rodziny dubbing od
oryginalnego. I słusznie, bo zarówno The
Longest Journey, jak i Dreamfall miał
mistrzowsko zrealizowaną polską wersję, z doskonale dobranymi głosami i
świetnym tłumaczeniem. Początkowo gra miała dostać pełną polską lokalizację,
ale decyzja o epizodycznym trybie publikacji Dreamfall Chapters zniweczyła te plany. Szkoda – pozostaje mieć
nadzieję, że po wydaniu wszystkich epizodów polski dystrybutor pokusi się o pudełkową
wersję gry z polskim dubbingiem. Póki co jednak o tym cisza.
Gameplay'owo gra przypomina Dreamfalla – grywalnymi bohaterami
sterujemy za pomocą myszy i klawiatury. Kiedy zbliżymy się do jakiegoś
przedmiotu interaktywnego, wyświetli nam się celownik, za pomocą którego możemy
aktywować małe menu dające nam kilka alternatywnych wyborów, co możemy z daną
rzeczą uczynić. Interfejs wymaga chwili przyzwyczajenia i momentami bywa
irytujący, ale tragedii nie ma i gra się całkiem wygodnie. W Chapters zaimplementowano również
mechanikę doskonale znaną fanom i fankom gier Telltale Games – są w grze
decyzje, których podejmowanie w przyszłości przyniesie pewne reperkusje. Póki co
jednak nie mamy jak zweryfikować tego w praktyce, ponieważ reperkusje te
odłożone są w czasie i podjęte przez gracza decyzje będą miały wpływ na fabułę
dopiero w kolejnych epizodach. Ciekawie wygląda też drzewko dialogowe – znowu widać
silne inspiracje takimi produkcjami jak The
Walking Dead czy The Wolf Among Us. Gracz
wybiera jedną z kilku opcji (choć, w przeciwieństwie do przywołanych wyżej
tytułów, nie musi się z tym spieszyć). Nim to zrobi, może – po najechaniu
kursorem na daną kwestię – wysłuchać jakie uzasadnienie ma Zoe (albo inny protagonista)
dla udzielenia takiej, a nie innej odpowiedzi. Bardzo fajny zabieg pomagający
graczowi wczuć się w kierowaną postać i lepiej zrozumieć motywy jej postępowania.
Zagadki nie są trudne – widać, że
twórcom bardziej zależy na opowiadaniu historii, niż łamaniu głów graczy. Mnie
to nie przeszkadza, bo dokładnie tego się spodziewałem, ale fani MacGyverowania
mogą być nieco rozczarowani. Ani razu w trakcie gry nie musiałem sięgać po
solucję. To kwestia stosunkowo małej liczby interaktywnych elementów. Jeśli
gdzieś się zaciąłem to na ogół dlatego, że przegapiłem jakiś przedmiot i chwila
poszukiwać doprowadziła do w miarę prostego rozwiązania.
Niestety gra jest fatalnie wręcz zoptymalizowana.
Loadingi są absurdalnie długie. Dreamfall Chapters nawet na stosunkowo mocnym sprzęcie i przy
ustawionych średnich detalach potrafi zafundować taki pokaz slajdów, że aż
złość bierze. Nic, co widzimy na ekranie nie usprawiedliwia tego typu
nieprzyjemności – modele postaci są średnie, animacje mimiki i ruchu nieliczne i oszczędne, tła to na ogół bitmapy, a ilość szczegółów jest co
najwyżej dostateczna. Mimo wszystko, gra wizualnie prezentuje się bardzo ładnie
i szkoda, że skopana optymalizacja tak bardzo psuje przyjemność z
cieszenia się świetnymi projektami świata przedstawionego. Z drugiej strony, muzyka jest znakomita i
doskonale ilustruje to, co się aktualnie dzieje na monitorze. Pierwszą Księgę Dreamfall Chapters przejść można w kilka
godzin, choć mnie to zajęło około sześciu. Po prostu zgubiłem się w Europolis i
przez sporą ilość czasu włóczyłem się po całkiem rozległej dostępnej części miasta.
Jako, iż na wiele rzeczy można sobie kliknąć i wysłuchać, co Zoe ma do
powiedzenia odnośnie metropolii, jej obywateli, sytuacji politycznej i wielu
innych rzeczach, włóczenie się było pouczające i bardzo przyjemne,
Czyli tak – uprzejmie donoszę, że
warto było czekać przez osiem lat na nową odsłonę Dreamfalla. Pierwszy epizod przynosi zarówno odpowiedzi, jak i nowe
pytania, służy za podbudowę pod kolejną intrygę i przynosi niemało godzin doskonałej zabawy.
Jest trochę łez, trochę śmiechu, powrót do starych znajomych, przedstawienie
kilku nowych, wizyty w znanych miejscach i odnajdywanie się w obcych… i oczywiście duch wielkiej opowieści unoszący się gdzieś ponad niebem. Jest
wspaniale i już nie mogę się doczekać kolejnego odcinka. Mamy na co czekać,
drogie koleżanki i drodzy koledzy.