czwartek, 23 października 2014

The Longest Return

fragment grafiki autorstwa Shalizeth, całość tutaj.

No to się doczekałem. Minęło osiem lat od premiery poprzedniej gry z serii The Longest Journey. Długo. Bardzo długo – niektórzy zaczynali już tracić nadzieję, że kiedykolwiek doczekają się konkluzji historii April Ryan, Zoe Callisto i Kiana Alvane. Sam bałem się, że gra na dobre utknie w produkcyjnym Piekle, jak to się zwykle dzieje z sequelami moich ukochanych tytułów – Psychonauts, Beyond Good & Evil, Syberia, Mirror’s Edge i wieloma innymi grami, które dostały od swoich fanów bardzo dużo miłości, ale zbyt mało pieniędzy. Szczęśliwie jednak Ragnarowi Tørnquistowi udało się zebrać na Kickstarterze sumę, która umożliwiła mu wyprodukowanie kolejnego rozdziału jednej z najlepszych gier przygodowych w historii gatunku. Oczywiście nie obyło się bez problemów produkcyjnych – grę planowano wydawać w epizodach, później zarzucono ten pomysł, a jeszcze później – gdy okazało się, że studiu Red Thread Games nie uda się wyprodukować gry w przewidzianym terminie – powrócono do niego. Z tego też powodu póki co obcować możemy jedynie z pierwszą Księgą Dreamfall Chapters.

Z góry ostrzegam – to nie jest gra dla ludzi, którzy dotychczas nie mieli styczności z serią i chcieliby wskoczyć do pociągu zwanego The Longest Journey na przystanku Dreamfall Chapters. Oczywiście, twórcy gry dołożyli wszelkich starań, by historia Zoe i reszty bohaterów była możliwie najbardziej czytelna dla neofitów (oraz ludzi, którzy z The Longest Journey i Dreamfallem styczność mieli dawno temu), ale ja i tak jestem zdania, że aby w pełni cieszyć się opowieścią i móc ją docenić, trzeba znać poprzednie części sagi. I to znać dość dobrze. To jest jedna z takich opowieści, gdzie wszystko łączy się ze wszystkim, drugoplanowe postaci powracają w nowych, często zaskakujących rolach, kontekst wydarzeń jest kluczowy dla ich zrozumienia, a przywiązanie się do bohaterów wzmaga zaangażowanie w śledzenie ich kolejnych przygód. To kolejny rozdział jednej z najważniejszych opowieści w historii gier video (to nie jest przesada) i warto o tym pamiętać. Poniższy tekst uczynię tak bezspoilerowym jak to tylko możliwe, więc nawet jeśli ktoś nie grał jeszcze w nową odsłonę Dreamfalla, spokojnie może przystąpić do jego lektury.

Od razu rozwieję wszelkie wątpliwości i obawy – gra jest przecudna. Tørnquist po raz kolejny stworzył wciągającą, wielowątkową opowieść, która pochłania gracza bez reszty. Jeśli ktoś – podobnie jak ja – zakochał się w poprzednich odsłonach serii, Dreamfall Chapters będzie dla niego/niej spełnieniem największych marzeń. Mimo upływu lat, to nadal jest ta sama opowieść, bohaterowie wciąż są przesympatyczni, ożenienie fantasy i science-fiction działa tak jak działało (czyli zaskakująco dobrze), zaś dynamika prowadzenia fabuły jest nawet jeszcze lepsza, niż dotychczas. Już otwierająca grę scena pogrzebu i narodzin będzie stanowiła niezły wstrząs dla fanów serii, a im dalej, tym lepiej. Główną bohaterką gry jest doskonale nam już znana Zoe Castillo, choć przyjdzie się nam wcielić także i w inne postaci, zarówsno znane z wcześniejszych części, jak i nowe. W pierwszym epizodzie Chapters zwiedzimy drobny kawałek Marcurii, dziwny wymiar, w którym Zoe utknęła pod koniec Dreamfalla oraz Europolis – potężną aglomerację miejską położoną w Europie Środkowej. W tej ostatniej lokacji spędzimy większą część epizodu.

Zatrzymajmy się w tym miejscu. Strasznie spodobała mi się kreacja futurystycznego europejskiego megapolis, które pochłonęło większą część Czech, Polski, Niemiec i Niderlandów, stając się odurzającym w swym bogactwie, dystopicznym konglomeratem ras i kultur – nie tylko rdzennie europejskich, ale też arabskich, afrykańskich i azjatyckich. Bardzo miłą niespodzianką jest fakt, że w dialogi gęsto powplatane są między innymi polskie słowa – z ust Zeo oraz bohaterów i bohaterek drugoplanowych słyszymy takie wyrazy jak „dobry”, „babka”, „ziomal” (wymawiany z angielska, but still) oraz – bo w grze, której akcja rozgrywa się na ziemiach polskich tego słowa zabraknąć nie może – „dupa”. Jedna z bohaterek – nazwiskiem Umińska – podróżuje do Warszawy, inna postać pochodzi z Poznania… Sporo tego. Interesującą rzeczą jest fakt, że Tørnquist sporo czasu poświęcił na przedstawienie graczom sytuacji politycznej Europolis – akcja gry rozgrywa się w okresie przedwyborczym, a Zoe jest aktywisktą wspierającą socjaldemokratyczną kandydatkę na prezydenta, której głównym rywalem jest zachowawczy konserwatysta. Oprócz tego swoich kandydatów mają również partie marksistowska i skrajnie nacjonalistyczna. Zastanawiam się, na ile jest to umyślny komentarz społeczny odnośnie obecnej sytuacji politycznej, a na ile nietypowy i kontrowersyjny sposób ukazania świata przedstawionego. Kontrowersyjny – bo główna bohaterka gry dość jednoznacznie deklaruje się jako socjalistka, co może zrazić prawicowo zorientowanych graczy. Kiedy tak teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że Zoe to chyba pierwsza (jeśli się mylę, niech ktoś poprawi mnie w komentarzach) protagonistka gry video o wyraźnie nakreślonych poglądach politycznych. Twórcy gier – szczególnie wysokobudżetowych, które wszak muszą mieć jak największą sprzedawalność – wolą unikać tego typu tematów w lęku przez zrażeniem do siebie części potencjalnych nabywców.

Fabularnie, jak już wspomniałem, mamy dokładnie to, za co pokochaliśmy poprzednie części gry. Jednym z najfajniejszych motywów serii The Longest Journey jest pokazywanie zwyczajnego życia zwyczajnych ludzi w niezwyczajnym świecie. Tak jak w pierwszej części gry towarzyszyliśmy April w negocjacjach podwyżki i realizowaniu projektu zaliczeniowego na uczelni, tak w Dreamfall Chapters przez chwilę żyjemy zaskakująco zwyczajnym życiem Zoe – pracownicy pokątnego warsztatu prowadzonego przez lekko zdziwaczałą Niemkę, aktywistki politycznej, dziewczyny w dość stabilnym związku ze swoim chłopakiem… Wszystko to bardzo mocno przywiązuje nas do Zoe i pomaga nam poznać tę bohaterkę, wczuć się w jej sytuację i z nią empatyzować. Oczywiście w tle rozgrywa się większa historia i bizantyjska intryga powoli zaczyna na nowo oplatać życie Zoe, ale pierwszy epizod – rozstawiający fabularny pionki na planszy, przedstawiający status quo, przybliżający, co zdarzyło pomiędzy końcówką poprzedniej części gry, a początkiem obecnej – skupił się właśnie na tym przyziemnym aspekcie i to wypadło bardzo, bardzo dobrze. I to nawet jak na wyśrubowane standardy serii. Z pewnością pomogły w tym znakomicie napisane, soczyste dialogi i równie znakomity voice acting (chyba najlepszy jaki słyszałem od czasów Gone home). Z drugiej strony, szkoda że gra nie doczekała się polskiego dubbingu. The Longest Journey to – obok Gothica – jedna z nielicznych gier, w których polscy gracze wyżej cenią rodziny dubbing od oryginalnego. I słusznie, bo zarówno The Longest Journey, jak i Dreamfall miał mistrzowsko zrealizowaną polską wersję, z doskonale dobranymi głosami i świetnym tłumaczeniem. Początkowo gra miała dostać pełną polską lokalizację, ale decyzja o epizodycznym trybie publikacji Dreamfall Chapters zniweczyła te plany. Szkoda – pozostaje mieć nadzieję, że po wydaniu wszystkich epizodów polski dystrybutor pokusi się o pudełkową wersję gry z polskim dubbingiem. Póki co jednak o tym cisza.

Gameplay'owo gra przypomina Dreamfalla – grywalnymi bohaterami sterujemy za pomocą myszy i klawiatury. Kiedy zbliżymy się do jakiegoś przedmiotu interaktywnego, wyświetli nam się celownik, za pomocą którego możemy aktywować małe menu dające nam kilka alternatywnych wyborów, co możemy z daną rzeczą uczynić. Interfejs wymaga chwili przyzwyczajenia i momentami bywa irytujący, ale tragedii nie ma i gra się całkiem wygodnie. W Chapters zaimplementowano również mechanikę doskonale znaną fanom i fankom gier Telltale Games – są w grze decyzje, których podejmowanie w przyszłości przyniesie pewne reperkusje. Póki co jednak nie mamy jak zweryfikować tego w praktyce, ponieważ reperkusje te odłożone są w czasie i podjęte przez gracza decyzje będą miały wpływ na fabułę dopiero w kolejnych epizodach. Ciekawie wygląda też drzewko dialogowe – znowu widać silne inspiracje takimi produkcjami jak The Walking Dead czy The Wolf Among Us. Gracz wybiera jedną z kilku opcji (choć, w przeciwieństwie do przywołanych wyżej tytułów, nie musi się z tym spieszyć). Nim to zrobi, może – po najechaniu kursorem na daną kwestię – wysłuchać jakie uzasadnienie ma Zoe (albo inny protagonista) dla udzielenia takiej, a nie innej odpowiedzi. Bardzo fajny zabieg pomagający graczowi wczuć się w kierowaną postać i lepiej zrozumieć motywy jej postępowania.

Zagadki nie są trudne – widać, że twórcom bardziej zależy na opowiadaniu historii, niż łamaniu głów graczy. Mnie to nie przeszkadza, bo dokładnie tego się spodziewałem, ale fani MacGyverowania mogą być nieco rozczarowani. Ani razu w trakcie gry nie musiałem sięgać po solucję. To kwestia stosunkowo małej liczby interaktywnych elementów. Jeśli gdzieś się zaciąłem to na ogół dlatego, że przegapiłem jakiś przedmiot i chwila poszukiwać doprowadziła do w miarę prostego rozwiązania.

Niestety gra jest fatalnie wręcz zoptymalizowana. Loadingi są absurdalnie długie. Dreamfall Chapters nawet na stosunkowo mocnym sprzęcie i przy ustawionych średnich detalach potrafi zafundować taki pokaz slajdów, że aż złość bierze. Nic, co widzimy na ekranie nie usprawiedliwia tego typu nieprzyjemności – modele postaci są średnie, animacje mimiki i ruchu nieliczne i oszczędne, tła to na ogół bitmapy, a ilość szczegółów jest co najwyżej dostateczna. Mimo wszystko, gra wizualnie prezentuje się bardzo ładnie i szkoda, że skopana optymalizacja tak bardzo psuje przyjemność z cieszenia się świetnymi projektami świata przedstawionego. Z drugiej strony, muzyka jest znakomita i doskonale ilustruje to, co się aktualnie dzieje na monitorze. Pierwszą Księgę Dreamfall Chapters przejść można w kilka godzin, choć mnie to zajęło około sześciu. Po prostu zgubiłem się w Europolis i przez sporą ilość czasu włóczyłem się po całkiem rozległej dostępnej części miasta. Jako, iż na wiele rzeczy można sobie kliknąć i wysłuchać, co Zoe ma do powiedzenia odnośnie metropolii, jej obywateli, sytuacji politycznej i wielu innych rzeczach, włóczenie się było pouczające i bardzo przyjemne,

Czyli tak – uprzejmie donoszę, że warto było czekać przez osiem lat na nową odsłonę Dreamfalla. Pierwszy epizod przynosi zarówno odpowiedzi, jak i nowe pytania, służy za podbudowę pod kolejną intrygę i przynosi niemało godzin doskonałej zabawy. Jest trochę łez, trochę śmiechu, powrót do starych znajomych, przedstawienie kilku nowych, wizyty w znanych miejscach i odnajdywanie się w obcych… i oczywiście duch wielkiej opowieści unoszący się gdzieś ponad niebem. Jest wspaniale i już nie mogę się doczekać kolejnego odcinka. Mamy na co czekać, drogie koleżanki i drodzy koledzy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...