czwartek, 16 października 2014

It's Jungle Fury time!

fragment grafiki autorstwa Brandona McAllistera, całość tutaj.

Bycie fanem Power Rangers polega w znacznej mierze na obserwacji – a nierzadko i uczestniczeniu w – potężnej ilości flejmów i kłótni. Nie z tymi nieuświadomionymi, którzy wyśmiewają miłośników tej serii, ale tak zwyczajnie, między sobą. Fandom wyraźnie nie jest w stanie zgodzić się, który z sezonów Power Rangers jest dobry, a który nie. Przykład? Choćby omawiany wcześniej Power Rangers Operation Overdriveo ile znaczna część fandomu uznaje go za najgorszy sezon w historii marki, o tyle z niejakim zaskoczeniem odkryłem, że ów sezon posiada też niemałą grupę sympatyków. Tak jest właściwie z każdą serią – niektórzy kochają, niektórzy nienawidzą, jeszcze inni w ogóle nie mają opinii albo uznają coś za średniaka. Jest to spowodowane faktem, iż od pewnego czasu każdy sezon Power Rangers to zupełnie inna historia, z innymi bohaterami, tematyką, obsadą, ekipą produkcyjną, poetyką, dynamiką… Poza tym to bardzo długi serial oglądany już przez co najmniej dwa pokolenia fanów. Wiem, że może to się wydawać wstrząsające, ale istnieją fani Power Rangers, którzy nie dorastali z Tommy’m i znają go jedynie jako – nomen omen – dinozaura z Power Rangers Dino Thunder. Sytuacja przypomina więc nieco problemy fandomu Doctor Who, gdzie weterani odsądzają od czci i wiary wszystkich, którzy nie znają starych odcinków. Ale nawet Doctor Who posiada większą ciągłość i spójność konceptualną, niż Power Rangers.

Czemu o tym piszę? Ponieważ z Power Rangers Jungle Fury, sezonem, nad którym pochylam się w tej notce, sprawa jest niezmiernie intrygująca. Otóż, przeglądając Internet, nie potrafię znaleźć niemal żadnych opinii na jego temat. Ani dobrych, ani złych. O ile fani chętnie wypowiadają się o każdym sezonie – żeby pochwalić albo skrytykować – o tyle Jungle Fury pomijają milczeniem. Nie wiem czemu tak się dzieje, podejrzewam, że relatywnie mało osób w ogóle widziało ten sezon, jako iż po fatalnym Operation Overdrive oglądalność Power Rangers poleciała na łeb na szyję i za panowania Disney’a już nigdy nie osiągnęła zadowalającej wysokości. Jak wspomniałem w poprzedniej notce – gdyby nie naciski zewnętrznych firm, na czele z Jetix Europe, Jungle Fury w ogóle by nie powstał. Oczywiście, pozostaje też najprostsza odpowiedź, że Power Rangers Jungle Fury jest tak średni i nijaki, że nie warto poświęcać mu czasu, ani zawracać nim sobie głowy. W mojej świadomości Jungle Fury przez długi czas funkcjonował tylko jako bufor pomiędzy najgorszym (Operation Overdrive), a najlepszym (RPM) sezon w historii serialu. A jak to wygląda w praktyce? Za chwilę się przekonamy. Dodam jeszcze, że to pierwsza notka, którą piszę bez znajomości dokumentu History of Power Ranger autorstwa Linkary. Odcinek poświęcony Jungle Fury ukaże się dopiero na Gwiazdkę i jego lektura będzie dla mnie interesującym doświadczeniem – dowiem się, czy ja i Linkara naprawdę mamy podobne poglądy wobec poszczególnych sezonów, czy po prostu przesiąknąłem jego opiniami zanim zdołałem wyrobić sobie własne.

Zacznijmy tradycyjnie, od czołówki. Muszę to napisać – temat muzyczny tego sezonu jest jedną z najlepszych muzycznie rzeczy, jaka przytrafiła się serialowi. Jest mocny, dynamiczny, niesamowicie energetyczny, wpada w ucho, świetnie się go nuci… a w kontraście do koszmarka z poprzedniego sezonu wypada wręcz fenomenalnie. Dla mnie to poziom Rona Wassermana i to poziom Wassermana będącego w naprawdę dobrej formie. Jasne, stylistycznie utworowi bliżej do muzyki choćby z Ninja Storm, ale to nie przeszkadza w ogóle. O ile w Power Rangers Operation Overdrive zawsze przewijałem czołówkę, by do minimum ograniczyć kontakt z paskudnym tematem muzycznym, o tyle w Power Rangers Jungle Fury nie robiłem tego nigdy. Tak bardzo jest przyjemny dla ucha. Zresztą, sami posłuchajcie. Po takiej czołówce widz jest naprawdę dobrze nastawiony do serialu.

Odcinek otwierający serię nosi tytuł Welcome to the Jungle (hell yeah!). Nie wiem czy zauważyliście tę prawidłowość, ale od kiedy Bruce Kalish zajął się produkcją serial, odcinki zawsze mają stałą liczbę słów. I tak w S.P.D. odcinki miały jednowyrazowe tytuły, w Mystic Force dwuwyrazowe i tak dalej. W Jungle Fury dobiliśmy do tytułów czterowyrazowych i zastanawiam się, jak długo by to eskalowało, gdyby Kalish pociągnął serial jeszcze przez kilka lat. Ale to tylko taka dygresja. Akcja rozpoczyna się w jakiejś położonej na krańcu świata świątyni (ale oddalonego o pół dnia drogi piechotą od najbliższego amerykańskiego miasta – geografia świata Power Rangers mnie powala chwilami), w której dochodzi do swego rodzaju egzaminu. Trenujący kung fu młodzi adepci pojedynkują się o pewien niesprecyzowany jeszcze zaszczyt. Po całkiem fajnej cywilnej walce poznajemy troje zwycięzców – Jarroda, Lily i Theo. Cała trójka pomyślnie przeszła egzamin, jednak Jarrod po jego zakończeniu brutalnie potraktował jednego z młodszych adeptów, co nie umknęło uwadze nauczyciela całej trójki, mistrzowi Mao. W obronie młodego adepta stanął Casey, który – choć nie tak wyszkolony jak Jarrod – bez wahania zasłonił napastowanego młodzieńca przez atakiem i wykazał umiejętność panowania nad swoim wewnętrznym zwierzęciem ducha. Mao zobaczył to, po czym odprawił Jarroda i jego miejsce zajął Casey. Po chwili cała trójka dowiaduje się, o co chodzi. Otóż dziesięć tysięcy lat temu w świecie Power Rangers rozegrała się bitwa (czyżby ta sama, w której udział brali Rita i Zedd?) z potężnym demonem imieniem Dai Shi, którego ostatecznie udało się uwięzić w skrzyni, zaś świątynia w której szkoli się adeptów została wybudowana specjalnie po to by chronić uwięzionego demona i nie dopuścić do tego, by się wydostał. Casey, Lily i Theo zostali wybrani do bycia strażnikami sanktuarium, w którym przebywa uwięziony Dai Shi. W chwili, gdy Mao pokazuje adeptom skrzynię, do sanktuarium wkracza zły jak chrzan Jarrod z pretensjami o to, że jego miejsce zajął jakiś żółtodziób. W gniewie atakuje mistrza, przez co wypuszcza on skrzynię z rąk. Skrzynia upada na ziemię, otwiera się i Dai Shi się z niej wydostaje. Rany – można by pomyśleć, że skoro trzymają w tej skrzyni potężnego demona, powinna być ona trochę mocniejsza i nie rozwalać się od upuszczenia na podłogę z wysokości jednego metra.

Jakby nie było – Dai Shi atakuje mistrza Mao, po czym ucieka. Jarrod, uświadamiając sobie co zrobił, również daje drapaka ze świątyni. Umierający Mao odsyła całą trójkę do pobliskiego miasta, w którym żyje mistrz sztuk walk. On ma ich przygotować do obrony przed Dai Shi, który z pewnością natychmiast przystąpi do odbudowywania swojego imperium zła. Casey, Theo i Lily wyruszają do miasta i ostatecznie lądują w pizzerii Jungle Karma Pizzeria, gdzie mają znaleźć mistrza. Poznają tam właściciela knajpki, sympatycznego młodego człowieka imieniem RJ oraz Fran, stałą klientkę. Tymczasem Dai Shi najwyraźniej uzyskał fizyczną formę (przez cały odcinek nie widzimy jego twarzy, co jest fajnym zabiegiem, bo wzmaga tajemniczość i grozę tej postaci) i powrócił do swojej starej twierdzy. Tam spotyka Camille, swoją podwładną ze starych i dobrych czasów oraz armię mięsa armatniego – demonicznych wojowników Rinshi. W dotychczasowych notkach nie przywiązywałem do tego wagi, ale każda seria Power Rangers ma jakichś odpowiedników kitowców – grupę wyglądających identycznie żołnierzy, którzy zazwyczaj asystują potworowi tygodnia. Kiedy w poprzednich notkach pisałem coś w stylu „siły zła” czy „mięso armatnie” miałem na myśli właśnie takich piechociarzy. Pewnie powinienem o nich wspominać, bo na ogół są ważnym elementem serialu, który pojawia się w nich regularnie, ale dotychczas nie zawracałem sobie tym głowy. Rinshi są… słabi. To znaczy, zamiast grozy budzą śmiech, głównie z uwagi na swój karykaturalny sposób poruszania się. Otóż Rinshi przemieszczają się za pomocą drobnych skoków na wyprostowanych nogach i mechanicznie machają rękami. Wygląda to słabo.

Wracając do fabuły odcinka – adepci zatrudniają się u RJ-a, by mieć za co przeżyć do czasu, aż odnajdą mistrza, po czym miasto zostaje zaatakowane przez grupę Rinshi, w tym jednego dopakowanego mocą Dai Shi, co umożliwia mu przyjmowanie postaci potwora. Kiedy potwór atakuje adeptów, na miejscu pojawia się RJ. Okazuje się, że to on jest mistrzem, o którym mówił Mao. RJ odpędza potwora, po czym zabiera swoich nowych podopiecznych z powrotem do pizzerii. Tymczasem Dai Shi wysyła Camille na front, gdzie ma pomagać pokonanemu potworowi. RJ zaprowadza adeptów na tyły swojej pizzerii, gdzie ma całkiem sympatyczne mieszkanko połączone z salą treningową. Tam wręcza Casey’owi, Lily i Theo nowe uniformy. Niespecjalnie wymyślne, szczerze powiedziawszy te z Ninja Storm były o wiele fajniej zaprojektowane. Stwierdza też, że o ile osobiście nie przyłączy się do walki z siłami zła, które powróciły na ulice miasta, o tyle wyposaży adeptów w coś, co znacznie im tę walkę ułatwi. Tym czymś są oczywiście morphery. I tu mamy do czynienia z chyba największym trollingiem w historii Power Rangers.

Nawet nie chodzi mi o sam kształt morpherów, choć o tym też koniecznie trzeba napisać. Otóż w tym sezonie morphery mają postać… okularów przeciwsłonecznych. Nie wygłupiam się – by się transformować wojownicy zakładają okulary przeciwsłoneczne na oczy. Okulary wyglądają dość tandetnie, ale po pewnym czasie do nich przywykłem, po prostu… sama idea jest tak egzotyczna, że nie jestem pewien, na ile ten pomysł mi się podoba. Morphery zawsze były specyficznymi urządzeniami noszonymi na ogół na nadgarstkach. Ale mnie chodzi o coś innego. Otóż sama geneza morpherów jest niezwykła. Wedle słów RJ-a, bycie Power Rangers nie łączy się w żaden sposób z tradycją klasztoru, w którym adepci pobierali nauki. Skąd więc tak potężne artefakty w rękach RJ-a? Jak sam powiedział – znał gościa, który znał innego gościa, który miał wujka, który miał kontakty… słowem – zdobył je od kogoś, komu udało podpiąć się pod sieć morphowania. Aż nie wiem jak to skomentować. 

To znaczy – to ma sens. Początkowo Power Rangers otrzymywali możliwość korzystania z sieci morphowania od potężnych kosmicznych bytów takich jak Zordon czy Ninjor. Jednak idea, że człowiek jest w stanie osiągnąć technologię morphowania pojawił się w serialu już dość wcześnie. Początkowo moce Turbo miały być wynalezione przez Billy’ego, który po swojej wizycie na Aquitarze postanowił stworzyć niezależne źródło mocy. Z tego pomysłu wycofano się po rezygnacji aktora grającego Billy’ego w dalszym uczestnictwie w serialu, ale to nie znaczy, że porzucono ideę rdzennie ludzkich mocy. Powrócono do niej w Power Rangers Lightspeed Rescue, gdzie po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z czysto ludzką technologią morphowania. Fakt, była ona awaryjna (choćby niemożliwy do skalibrowania Titanium morpher), ale jednak funkcjonowała na tyle dobrze, by umożliwić istnienie rządowej grupy Power Rangers. Kolejnym sezonem, w którym mieliśmy do czynienia z wynalezionymi przez współczesnego człowieka morpherami jest Power Rangers Operation Overdrive. Nie było tam powiedziane, czy Hartford wynalazł Overdrive morphery, czy może je kupił.  Podejrzewam to drugie – zapewne w jakimś punkcie historii uniwersum technologia morphowania „wypłynęła” (obstawiam, że zostały wykradzione plany Lightspeed morpherów) i była rozwijana przez niezależne korporacje, agencje rządowe i rozmaite grupy, które w ten czy inny sposób uzyskały do niej dostęp. Mógł się rozwinąć czarny rynek morpherów, kontrolowany przez mafię… czy ja się nie zapędzam? Możliwe. W każdym razie – sama idea czarnego rynku morpherów jest według mnie niesamowicie pasjonująca.

Wojownicy transformują się i ruszają do walki z Camille. I tak ukonstytuowała się drużyna w składzie Casey (Czerwony Jungle Fury Ranger), Lily (Żółta Jungle Fury Rangerka) i Theo (Niebieski Jungle Fury Ranger). Słowo o ich kostiumach, ponieważ tutaj też mamy do czynienia z bardzo kontrowersyjnym zagraniem. Kostiumy Jungle Rangers prawie nie przypominają dotychczasowych bojowych uniformów Power Rangers. Ich kaski przypominają bardziej maski, nie mają pasów (nie wiecie nawet, jak dziwnie to wygląda), ani kolorystyki opierającej się na kombinacji bieli z kolorem odpowiadającym danemu Wojownikowi czy Wojowniczce. W dodatku mają pomarańczowe rękawice, które w niektórych przypadkach gryzą się z kolorem kostiumu. Te pomarańczowe dodatki  to rezultat faktu, iż morphery z odpowiadającego Jungle Fury sentaia to właśnie rękawice, więc tam ma to jakiś sens. Fakt jednak, że wygląda niefajnie w zestawieniu chociażby z niebieskiemu kolorem. W ogóle kostiumy wydają się trochę jakby z innej bajki i patrząc na Jungle Fury Rangers dość trudno jest mi odruchowo myśleć o nich jak o Power Rangers.

Po pokonani Rinshi potwór powiększa się, ale na miejscu pojawia się duch Mao, który potężnym uderzeniem energii odpędza monstrum i teleportuje Wojowników w ustronne miejsce, gdzie tłumaczy im, że powinni kontynuować walkę. Zaraz potem znika. Wojownicy wracają do RJ-a, który mówi im o technice powiększania swoich zwierzęcych duchów, czytaj: O lokalnym ekwiwalencie zordów. Oczywiście świeżo upieczeni Wojownicy bardzo chcą poznać tę technikę, ale RJ odmawia im jej wyjawienia do czasu, gdy cała trójka nie opanuje sztuk walk w stopniu dostatecznym. O ile Lily i Theo  są znakomicie wyszkoleni, o tyle Casey ma spore problemy. Theo pomaga mu w treningu. Tymczasem Camille odnajduje potwora, który już dwukrotnie zawiódł w walce z Rangerami i pomaga mu w urealnieniu jego planu – zburzenia tamy chroniącej miasto przed zalaniem. Fran zostaje zatrudniona w pizzerii, a pozostali lecą ratować sytuację. Ostatecznie udaje im się przywołać zordy i stworzyć z nich megazorda. Przy okazji poznajemy kolejne udziwnienie serii Jungle Fury. Jest nim Flit – mały demon w kształcie muchy, który towarzyszy Camille. Jego rolą jest komentowanie starć zordów z potworami, trochę na kształt komentarzy meczów bokserskich. To strasznie dziwaczny zabieg – dziwaczny nawet jak na standardy Power Rangers, co mówi wiele – i kompletnie niepasujący do serialu. Postać Flita zaadaptowana z sentaia i kompletnie nie rozumiem, co po to zrobiono. Ostatecznie potwór zostaje pokonany i wszystko kończy się dobrze. Pod koniec odcinka widzimy też twarz Dai Shi – jest nim Jarrod, którego prastary demon opętał. Muszę się czepić jego designu – a raczej braku jego designu. Jarrod wygląda normalnie, ma tylko obszerny czarny płaszcz. Do tej pory złoczyńcy w Power Rangers mieli świetne, dopracowane kostiumy, wyposażone w interesująco zaprojektowane maski, makijaże, z atrybutami pomagającymi „wypełnić” ich charakter i osobowość. Lord Zedd, Mesogog, Gruumm czy Ransik są tu najznamienitszymi przykładami, ale nawet Lothor po założeniu swojej sado-maso maski wyglądał bardziej upiornie. Tutaj złoczyńca wygląda niczym odrzut z Mortal Kombat. Nie budzi grozy, choć bardzo się stara.

Odcinek otwierający Power Rangers Jungle Fury jest… niezły. Ale piszę to bez większego przekonania, ponieważ mimo jego dwukrotnego obejrzenia nie zdołałem sobie na jego podstawie wyrobić opinii, ani jakichś oczekiwań wobec reszty serii. Największym problemem jest chyba fakt, że tyle rzeczy jest w nim nietypowych i odbiegających od kanonu Power Rangers, że nie umiem na tym etapie ocenić, czy odbieram je pozytywnie czy negatywnie. Choćby design kostiumów czy morpherów. Podobnie rzecz ma się z bohaterami, którzy mają dość jasno zarysowane charaktery – Theo to pragmatyk lubiący załatwiać rzeczy zgodnie z planem, Lily to niesamowicie pozytywna i towarzyska osoba entuzjastycznie nastawiona do świata, zaś Casey to żółtodziób – ale wszyscy oni są jacyś tacy… generyczni? Brakuje im jakichś indywidualizujących cech, jakie mieli choćby Xander czy Bridge. W dodatku nie można nie wspomnieć o kalishplozjach, których jest dużo (aczkolwiek mniej, niż w poprzednich sezonach).

Ale to nie znaczy, że odcinek był zły. Muzyka jest świetna, walki cywilne wyglądają chyba najlepiej od czasów Dino Thunder, estetyczne wycieczki w stronę azjatyckiego kina akcji działają odświeżająco, a relacje pomiędzy bohaterami wypadają świetnie. Zwłaszcza na ten ostatni punkt warto zwrócić uwagę. Casey wpisuje się w dość długą tradycję „Czerwonego Rangera żółtodzioba”, ale tutaj jest ten zabieg przeprowadzony z głową – nigdzie wprost nie jest powiedziane, ani nawet zasygnalizowane czy zasugerowane, że Casey jest liderem drużyny. Przeciwnie – jest młodszy i mniej doświadczony od pozostałych członków zespołu, od których uczy się walki i właściwych postaw. Uczy się również RJ, który wyraźnie – ale nie w karykaturalny, przesadzony sposób – nie nawykł do bycia czyimś mistrzem i mentorem. RJ jest w ogóle bardzo fajną postacią. Nie bierze sam siebie nazbyt poważnie, przez co unika wpisania w schemat „Wielkiego, Tajemniczego i Pompatycznego Mistrza”. W dalszych odcinkach widzimy, że choć jest kompetentnym mentorem i wojownikiem, bywa niezdarny, ma rozliczne wady… jest jednak inteligentny i kompetentny. Nietrudno uwierzyć, że z racji swojego indywidualizmu odszedł z klasztoru, by wybrać żywot pracownika pizzerii. Nietrudno też zrozumieć, czemu Mao wysłał adeptów na nauki właśnie do niego. Jako, że Casey, Lily i Theo będą musieli walczyć z Dai Shi. Żeby go pokonać będą musieli wyjść poza konserwatywny schemat myślenia adeptów z odseparowanego od świata (Lily wspomina, że od wielu lat nie oglądała telewizji) klasztoru. To żyjący wśród zwykłych ludzi RJ może nauczyć ich innego rodzaju myślenia.

Słowem – z jednej strony nic specjalnego, z drugiej naprawdę fajny epizod otwierający. A co się dzieje dalej? W Sigh of the Tiger Casey, widząc swoje braki w umiejętnościach sztuk walk, prosi RJ-a o dodatkowe treningi. Mentor zamiast tego zleca mu szereg prac domowych, takich jak wypranie maty, masaż pleców, zmywanie podłogi i naprawa fotela. Oczywiście – co wie każdy, kto oglądał Karate Kid – te trywialne czynności okazują się kluczowe w treningu i uczą młodzieńca istotnych technik, które pomogły mu pokonać kolejnego potwora. Z wyjątkiem masażu – RJ bez większej żenady przyznał, że po prostu bolały go plecy. W A Taste of Poison zostaje nam przedstawiona drużyna pięciu potworów, których Wojownicy będą odstrzeliwać z częstotliwością jednego na odcinek. Wyeksponowano również relację Casey’a i Lily. Początkowo wydaje się, że – ku niezadowoleniu Theo – coś między nimi iskrzy, ale Lily szybko rozwiewa wątpliwości twierdząc, że traktuje Casey’a jak młodszego brata. W Can’t Win Them All poznajemy bliżej Theo, jego perfekcjonizm i słabą silną wolę (nie „słabą wolę”, tylko właśnie miałki hart ducha, który pomaga mu rozwinąć RJ). W Dance The Night Away Casey i Theo rywalizują o względy Lily, przy ogromnej irytacji tej ostatniej. W tle historia miłosna dwóch potworów. Pizza Slice of Life to epizod skupiający się na drugiej stronie barykady – Camille broni swojego mistrza przed zdradą ostatniego ocalałego ze wspomnianej wyżej piątki potwora, ukazane są też skomplikowane relacje jej i Dai Shi. Równolegle Casey w bardzo naturalny sposób zostaje liderem zespołu. Początkowo w ogóle tego nie chce, dopiero kiedy on i reszta drużyny na własnej skórze przekonują się, jak ważny jest łańcuch dowodzenia chłopak zostaje liderem. 

W Way of the Master Wojownicy mierzą się z gigantycznym jeżozwierzem. By go pokonać, muszą odnaleźć mistrzaa, który dawno temu opuścił zakon i zaczął wieść żywot samotnika. W Good Karma, Bad Karma Casey zostaje okradziony przez małego chłopca, którego postanawia sprowadzić na dobrą drogę. Odcinek Blind Leading the Blind opowiada o kolejnym mistrzu zakonu, który uczy Theo skupienia się na pojedynczej rzeczy (Niebieski jest królem multitaskingu, co niestety sprawia, że nie potrafi się dłużej skupić na pojedynczej sprawie). Mistrz Swoop uczy go umiejętności lewitacji oraz daje Wojownikom nowego zorda – nietoperza (wcześniej dostali słonia od mistrza Phanta). Tymczasem po drugiej stronie barykady… Dai Shi, korzystając z artefaktów, które odebrał zdradzieckiemu demonowi z wcześniejszych odcinków, wskrzesza prastarego demona zwanego Carnisoar, by pobrać od niego nauki. Carnisoar godzi się przyjąć Dai Shi na czeladnika i pomóc w treningu. W tym celu przenoszą się do przeszłości… Jarroda. Hmm, dziwne. Do tej pory myślałem, że Jarrod znajduje się pod mentalną kontrolą Dai Shi, okazuje się jednak, że najwyraźniej doszło u nich do jakiegoś zespolenia osobowości. W każdym razie Carnisoar przenosi się do kluczowych wspomnień Jarroda i zmienia je tak, by wypalić z niego resztki człowieczeństwa, dzięki czemu będzie on w stanie uzyskać nadludzkie moce. Camille niezbyt się to podoba.

Wątek kontynuowany jest w Pushed to the Edge, gdzie Camille postanawia wskrzesić kolejnego prastarego overlorda – tym razem jest nim mistrzyni Jellica – by wyrwać Dai Shi spod wpływu Carnisoara. Camille zawiązuje też ciekawą relację z Liliy, gdy w ludzkim kamuflażu przychodzi do pizzerii i zwierza się jej ze swoich problemów. Jellica godzi się przyjąć Dai Shi na ucznia. W One Master Too Many poznajemy trzeciego mistrza, który pomaga w szkoleniu Casey’a. Ponadto, mistrz Finn okazuje się być ojcem RJ-a. Fakt, że Casey jest pod tak wielkim wrażeniem umiejętności Finna smuci RJ-a, który z ojcem jest lekko skonfliktowany przez fakt, iż nigdy nie chciał uczyć się techniki rekina przekazywanej z pokolenia na pokolenie w ich rodzinie. Po raz pierwszy poznajemy też zwierzę ducha RJ-a. Jest nim wilk.

Kolejnym epizodem jest dwuczęściowy Ghost of a Chance, w którym Dai Shi w końcu rzuca bezpośrednie wyzwanie Wojownikom. Adepci bez chwili namysłu rzucają się do walki – a wszystkie poprzednie potyczki wzbudziły w nich poczucie niezwyciężoności – i zostają pokonani. W zamian za ich życie RJ oddaje swoją wolność i zostaje więźniem Dai Shi, który chce go rytualnie zabić na arenie, pierwej odebrawszy mu jego zwierzę ducha. Dochodzi do walki w klatce – która byłaby znacznie fajniejsza, gdyby RJ skupiał się na skopaniu tyłka Dai Shi, a nie na pilnowaniu, by nie wypuścić swojego ducha, ale to zrozumiałe, czemu nie chce do tego dopuścić – gdzie RJ zostaje ciężko ranny w ramię. Tymczasem Wojownicy udają się z powrotem do świątynni, gdzie zaczęła się cała ta afera. Tam spotykają ducha mistrza Mao, który mówi im o trzech dawno zmarłych w bitwie mistrzach, którzy obecnie przebywają w Zaświatach. Casey, Theo i Lily bez wahania decydują się udać w to upiorne miejsce.

W drugiej części epizodu cała trójka spotyka w Zaświatach tróje mistrzów – mistrza Rillę, mistrzyni Guin i mistrza Lopę – którzy testują ich hart ducha, konfrontując każdego adepta z jego największym strachem. Test zostaje zdany i Wojownicy otrzymują nowe zwierzęta ducha oraz nowy tryb bojowy kostiumów.. Nowe kostiumy są… niby fajne. Niby, bo powraca biały kolor, więc wyglądają bardziej jak kostiumy Power Rangers. Z drugiej strony – tego białego jest trochę za dużo i nie jest równoważony przez odpowiadające poszczególnym Wojownikom barwy. Kostiumy mają też małe silniczki rakietowe porozmieszczane na całym kostiumie. O ile wygląda to możliwie, o tyle nie do końca rozumiem, jaka stała za tym idea. Wojownicy mają latać, spoko – ale w takiej serii powinni latać nie dlatego, że ktoś im przyczepił małe jetpaki, tylko dlatego, że, bo ja wiem, ich chi jest lżejsze od powietrza? Czy coś w tym  stylu? No, nieważne. Jakby nie było, wyposażenia w nowe moce Wojownicy pokonują potwora, ratują RJ-a i gonią Dai Shi kota. I wszystko kończy się szczęśliwie. Poza tym, że Fran odkrywa ich tożsamość. I to jest fajne, bo Fran jest najukochańszą postacią drugoplanową jaką można sobie wyobrazić.

W Bad to the Bone (hell yeah!) Lily zostaje zainfekowana kolcem wielkiego potwornego jeżozwierza, przez co z aniołka zmienia się w diabełka – zaczyna nosić skórzaną kurtkę, jeździć na motocyklu, lekceważyć RJ-a, pyskować postronnym i generalnie być bardzo nieprzyjemną osobą. Wszystko to ku niewypowiedzianej uciesze Cacey’a i Theo (chłopcy najwyraźniej lubią niegrzeczne dziewczynki) i bezbrzeżnej irytacji Fran, która nabrała pewności siebie po rozpoczęciu pracy w pizzerii, bo nie jest już aż taką szarą myszką i potrafi obsunąć odmienioną Lily. W pewnym momencie dochodzi też do kolejnego trollingu scenarzystów. Otóż w pewnym momencie Lily dostaje wezwanie do akcji, ale lekceważy je, bo woli obżerać się pizzą. Co robi Fran? Wkurzona łapie morpher i sama zamierza ruszyć do walki! Niestety, nim jest w stanie to zrobić, Lily się na nią rzuca, rozpoczyna się szamotanina w czasie której z Lily wypada zatruty kolec i wraca ona do przytomności umysłu (pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy gdy ocknięta Lily pyta Fran „Czemu ja na tobie leżę?” było „Spokojnie, Lily, autorki fanfików wytłumaczą ci to z najdrobniejszymi szczegółami”), rusza na pomoc kolegom i tak dalej, bla bla bla… nuda! Ja chcę zobaczyć Fran transformującą się w Żółtą Rangerkę! Pod koniec odcinka jest przecudna scena, w której obie dziewczyny żartują z zachowania Lily będącej pod wpływem kolca. Fran w pewnym momencie narzuca na siebie skórzaną kurtkę i drze się na Casey’a i Theo, którzy w popłochu dają drapaka, nim dziewczyna tłumaczy im, że tylko się wygłupiała. Przy tych wszystkich atrakcjach może umknąć fakt, iż RJ, wskutek ran odniesionych w poprzednim epizodzie zmienia się w wilkołaka.

Ten wątek pociągnięty jest we Friends Ddon’t Fade Away, gdzie wychodzi na jaw, iż RJ po walce z Dai Shi nie potrafi już kontrolować swojego zwierzęcia ducha. I kto pomaga mu opanować wewnętrznego wilka i odzyskać równowagę? Oczywiście Fran – kochana Fran, która wyrasta na moją ulubioną cywilną bohaterkę serialu Power Rangerts. RJ nie dość, że dochodzi do siebie, to jeszcze wyciąga z pudełka kolejny morpher i zostaje pierwszym w historii uniwersum Fioletowym Wolf Rangerem. Tymczasem po drugiej stronie barykady też dzieją się ciekawe rzeczy – zostaje wskrzeszony trzeci overlord, Grizzaka, który strąca Dai Shi z tronu i sam obejmuje władzę nad odradzającymi się siłami zła, uważając, że po zespoleniu z człowiekiem Dai Shi jest zbyt słaby. W No „I” In Leader Casey zauważa, że traci swoją pozycję przywódcy na rzecz RJ-a, jednak ostatecznie udaje im się dojść do porozumienia i Casey odzyskuje pewność siebie oraz zaufanie Thea i Lily. Tymczasem Dai Shi, upokorzony i zepchnięty do drugiego szeregu, zostaje nawiedzony przez ducha mistrza Mao, co podsuwa mu pomysł dotarcia do Ogniwa Nosorożca. W True Friends, True Spirits – wierzcie albo nie – zostaje rozwinięta postać Flita, comic reliefa Camille. Flit okazał się wojownikiem, który dziesięć tysięcy lat temu walczył z siłami Dai Shi, a którego Camille przeklęła i uwięziła w formie muchopodobnej istoty. Flit zaprzyjaźnia się RJ-em i pomaga mu uporać się z jego wilkołaczym problemem, który znowu zaczął mu doskwierać z powodu działania sił zła. Dai Shi dociera do Ogniwa, ale nie jest w stanie przebić się przez pole siłowe.

W Path of the Rhino zostaje nam przedstawiony Dom – dawny znajomy RJ-a, adept, który został odprawiony ze świątyni do czasu, aż odnajdzie swoją prawdziwą ścieżkę. Dom początkowo żartuje sobie z naszych bohaterów, udając inspektora sanitarnego, przez co Casey dość długo mu nie ufa. Po odkryciu, że RJ i spółka są Wojownikami, Dom postanawia do nich dołączyć, ale RJ stopuje jego zapędy – najpierw musi wyrobić sobie zaufanie u pozostałych członków drużyny. Choć nie można odmówić mu dobrych chęci, to idzie mu to dosyć marnie. Kiedy daje sobie spokój i odchodzi, Fran – kochana Fran! – zarzuca pozostałym, że nawet nie chcieli dać mu szansy i nie dopuszczali go do swojej zgranej paczki. Ostatecznie Dom ochrania Fran przed spadającym szyldem reklamowym, co przekonuje Casey’a do dania szansy nowemu. I tak do ekipy dołącza nowy Wojownik – Biały Rhino Ranger. Tymczasem Dai Shi zostaje schwytany i uwięziony przez Grizzakę za spiskowanie przeciwko niemu.

Szczerze, to niespecjalnie podszedł mi ten odcinek. To znaczy był okej, a Doma można polubić – jest inteligentny, ma poczucie humoru i można empatyzować z jego pragnieniem posiadania celu w życiu – ale fakt, że został przestawiony tak pospiesznie… trochę boli. Do tej pory mieliśmy dość płynne przejścia od cywilnego bohatera do Wojownika. Trwały one co najmniej kilka odcinków, wiązały się jakoś z głównym wątkiem fabularnym, a często do drużyny dołączał ktoś, kogo znaliśmy już od pierwszego odcinka. Dom wyskakuje jak Filip z konopi i trochę dezorientuje widza.

Ale przejdźmy dalej. W Dash for the Dagger Dom ma sen, w którym mistrz Mao każe mu odnaleźć sztylet Nosorożca. Tego sztyletu potrzebuje też Dai Shi, by dostać się do ogniwa. Ostatecznie zdobywa go w tym epizodzie, dzięki czemu wydostaje się z więzienia i rusza z powrotem do Ogniwa. Wcześniej Theo i Dom współpracują, by odnaleźć sztylet, a niefrasobliwość Doma działa Niebieskiemu na nerwy. Tych dwóch odnajduje jednak wspólny język. W Race to the Nexus Po dłuższej potyczce między overlordami, Rangerami i Dai Shi Dom zdobywa moc zorda nosorożca, ale i Dai Shi otrzymuje coś dla siebie – w kontakcie z Ogniwem jego umiejętności znacznie wzrastają. Ginie również mistrz Carnisoar, co składania Dai Shi do powrotu z wygnania. W Arise of Crystal Eyes siły zła chcą zgromadzić osiem tajemniczych kryształów oczu. Dzięki interwencji Wojowników zdobywają zaledwie trzy. Ginie też mistrz Grizzaka, co sprawia, że Jellica zostaje ostatnim żywym overlordem. By zyskać przewagę nad coraz potężniejszym Dai Shi w odcinku Fear and the Phantoms  używa ona trzech zdobytych Kryształowych Oczu, by przyzwać trzech potężnych generałów oraz grupę ich podwładnych. Ech… cały ten nadchodzący wątek jest powtórzeniem tego, co mieliśmy już wcześniej w związku z piątką najbardziej uzdolnionych Rinshi oraz z Terrorami w Mystic Force – pojawia się grupa potężnych potworów, która zostaje przedstawiona widzom i bohaterom, po czym w każdym odcinku Wojownicy pokonują jednego, aż nie zostanie już zadem. Nuda. Szczęściem w tym wypadku na samym początku dostajemy nieco urozmaicenia. Otóż generałowie przysięgają wierność nie Jellice, tylko Dai Shi, którego uznają za bardziej wartościowego przywódcę. Jellica ginie, a Dai Shi rozkazuje swoim nowym podwładnym porwać trzech mistrzów – Phanta, Swoopa i Finna, tych samych, u których terminowali nasi bohaterowie we wcześniejszych odcinkach. Udaje im się to i wskutek pewnego jakiegoś złożonego rytuału (w skład którego weszły Kryształowe Oczy) Dai Shi przejmuje nad nimi kontrolę i wykorzystuje ich do mentalnego kierowania trzema własnymi Rangerami.

Po raz pierwszy od czasów S.P.D. dostajemy grupę ekskluzywnych Power Rangers, niewystępujących w sentaiu. Spirit Rangers – tak się bowiem nazywają – to mistrz Phant (Zielony Spirit Ranger), mistrz Swoop (Czarny Spirit Ranger) i mistrz Finn (Jasnoniebieski Spirit Ranger). Cała trójka mistrzów na odległość kontroluje drony będące „fizycznymi” Wojownikami. W Blue Ranger, Twin Danger  Jungle Fury Rangers szybko dostają od nich w kość. RJ buduje urządzenie, które może zerwać połączenie mistrzów z ich zwierzętami ducha, co spowoduje zniknięcie Spirit Rangers. Tymczasem do miasta zawitał Luen, brat-bliźniak Theo, dzięki któremu dowiadujemy się, że Theo cierpi na syndrom mniej dopieszczonego dziecka. Wątek ciekawy, bo rozwijający postać Niebieskiego, ale na dłuższą metę odwracający uwagę od Spirit Rangers. Dzięki urządzeniu RJ-a udaje się zerwać na jakiś czas więź pomiędzy złymi Wojownikami, a mistrzami i RJ za pomocą medytacji na krótki moment kontaktuje się ze swoim ojcem, mistrzem Finnem. 

Po tym wydarzeniu – czyli w odcinku zatytułowanym One Last Second Chance – przebudowuje jedną z broni Wojowników, by była w stanie niszczyć zwierzęta ducha, co ma ostatecznie rozwiązać problem Spirit Rangers. Fakt, że mistrzowie mogą ponieść śmierć w tym procesie spędza mu sen z powiek, lecz nie cofa się przed tym. Plan się powodzi – wydaje się, iż Niebieski Spirit Ranger został zniszczony, a ojciec RJ-a zginął. Okazuje się jednak, iż esencja mistrza Finna została uwięziona w jednym z oczu. Dai Shi nakazuje ukrycie oka tak, by nikt nigdy go nie znalazł. Flit słyszy to i przy najbliższej sprzyjającej okazji dostarcza oko RJ-owi i tłumaczy mu, co zaszło. By uwolnić więźnia z oka potrzebne jest światło z gwiazdy, która na długo zaszła kilka dni temu, ale RJ przypomina sobie teleskop ojca, w którym (jak się okazuje) mistrz Finn uwięził nieco tego szczególnego światła. Dzięki temu udaje mu się odzyskać ojca. Obaj ruszają do pałacu Dai Shi na pomoc dwóm pozostałym uwięzionym mistrzom. W międzyczasie dostajemy też wyraźną sugestię, że Jarrod i jego człowieczeństwo nadal w jakiś sposób oddziałują na Dai Shi. Finn i RJ uwalniają mistrzów, którzy dołączają do drużyny.

To był… całkiem niezły wątek. Dynamiczny, sporo się działo, emocje były nieźle przedstawione, a trzech nowych Wojowników, którzy są wyprodukowani specjalnie na potrzeby Power Rangers Jungle Fury naprawdę świetnie się sprawdzają jako fabularny wytrych. Kolejny odcinek, Don’t Blow That Dough, to clipshow i to, jak to zwykle w Power Rangers bywa, bardzo sympatyczny. Bohaterowie zostają porwani przez jednego z podwładnych Dai Shi i zmuszeni do wzięcia udziału w teleturnieju, w którym zostają zadawane im pytania o ich wcześniejsze przygody. Następny odcinek to Tigers Fall, Lions Rise, w którym jeden z potworów, Whiger, kradnie Casey’owi jego zwierzę ducha. Dai Shi i Camille otrzymują z kolei status Phantom Beast, nowe formy bojowe i spory zastrzyk energii. W The Spirit of Kindness Casey odzyskuje swoje zwierzę ducha, gdy Whiger zostaje zdradzony przez Dai Shi, co prowadzi do jego przejścia na stronę dobra. Niestety Whiger ginie w tym samym odcinku, a szkoda, bo to postać z potencjałem i jego relacja z Casey’m była świetnie przedstawiona.

W Maryl and the Monkeys Dom zadurza się w młodej naukowczyni pracującej nad czymś, co interesuje Dai Shi. Z kolei Fran – kochana Fran! – która czuje do Dominica miętę, reaguje w charakterystyczny dla siebie sposób – nieśmiałością i wycofaniem. Cały odcinek jest niesamowicie sympatyczny i skupia się na rodzącej się subtelnie relacji Dominica i Fran. Dowiadujemy się też, że Dai Shi ma coraz większy problem z korzystaniem ze swoich mocy. W To Earn Your Stripes Jarrod powoli zaczyna odzyskiwać świadomość i kontrolę nad swoim ciałem. Widząc to, Phantom Beast postanawiają unicestwić Camille, podejrzewając, że jej bliski związek z Dai Shi sprawia, iż demon przestaje kontrolować opętanego nosiciela. Tymczasem Jungle Fury Rangers wracają do świątyni, by zdać ostateczny egzamin. O ile Lily i Theo z powodzeniem przechodzą próbę, o tyle Casey okazuje być nieco zbyt słaby. Czerwony wychodzi pobiegać i widzi, jak Phantom Beast walczą z wciągniętą w pułapkę Camille. Na miejscu pojawia się Jarrod, który chwilowo odzyskał kontrolę nad swoim ciałem i ochrania ją. Casey opowiada o tym pozostałym, ale nie wydają się przekonani. W Path of the Righteous Czerwony Ranger wciąż przeżywa swoje niepowodzenie. Wypytuje Dominica o Jarroda. Fran – kochana Fran! – próbuje zeswatać Theo i Lily. Casey postanawia uwolnić Jarroda od Dai Shi. Duch mistrza Mao próbuje go powstrzymać, twierdząc, że skoro on zawiódł, to i Casey’emu się nie uda. Stwierdza, że to poczucie winy kieruje chłopakiem, nie wiara w to, że Jarrod jeszcze żyje. Casey ignoruje go i wkracza do pałacu Dai Shi. Tam stacza naprawdę brutalną i intensywną walkę z Dai Shi. Pokonuje go, ale nie dobija. Zamiast tego wraca do formy cywilnej,  zamyka oczy i wyzywa Dai Shi, żeby go zabił, o ile będzie w stanie. Demon próbuje to zrobić, ale Jarrod powstrzymuje go. Wściekły Dai Shi opuszcza jego ciało i postanawia zabić Jarroda, ale Camille i Casey go powstrzymują. Cała trójka ucieka z pałacu i natyka się na pozostałe Phantom Beasts. Nam miejscu pojawiają się pozostali Jungle Fury Rangers i wszyscy wspólnie pokonują zagrożenie. To wydarzenie sprawia, że Casey przechodzi test i zostaje mistrzem.

I tym sposobem docieramy do finałowego odcinka zatytułowanego Now The Final Fury. A w nim – Jarrod angstuje z powodu tego, co zrobił jako Dai Shi. Ostatni generał Dai Shi z kolei atakuje miasto. Wojownicy lecą go powstrzymywać, a tymczasem Casey odnajduje Jarroda i prosi go o pomoc. Jarrod odmawia, mimo namów Camille. Casey wraca na pole walki, gdzie dołączają do niego trzej mistrzowie Phant, Swoop i Finn. Mistrzowie, wraz z RJ-em i Domem walczą z Rin Shi. Theo, Lily i Casey natomiast zmagają się z generałem. Po pokonaniu go na miejscu zjawia się Dai Shi i otwiera portal do świata duchów, skąd przyzywa armię potworów. Przechodzą przez niego również zmarli mistrzowie, którzy dołączają do bitwy. Po długiej i wyczerpującej walce potwory zostają pokonane. Swoją drogą – formy zwierząt ducha mistrzów wyglądają po prostu paskudnie, ale pewnie kwestia tego, że zaczerpnięto je z Sentaia. Szczęśliwie nie musimy oglądać ich zbyt długo, bo chwilę później na miejscu pojawia się Dai Shi i wysysa z mistrzów ich zwierzęta ducha, zmieniając się w olbrzymiego smoka. Flit przybywa do kryjówki Jarroda i Camille i ich o tym informuje. Camille, pamiętając, co dawno temu powiedziała jej Lily, wyrusza pomóc Wojownikom. Dom i RJ przyzywają swoje megazordy i podejmują walkę, ale szybko zostają  unicestwione. I wtedy na pole bitwy wkracza Jarrod. Rzuca się na Dai Shi i zadaje mu decydujący cios. Lily, Theo i Casey korzystają z okazji i atakują demona całą swoją mocą. Dai Shi zostaje ostatecznie pokonany. Casey wraca do świątyni i szkoli nowych adeptów – między innymi Jarroda i Camille, którzy postanawiają zacząć wszystko od nowa. Theo i Lily zostają w pizzerii i w końcu zaczynają ze sobą chodzić. Flit zostaje zmieniony z powrotem w człowieka i zaczyna pracować dla RJ-a. Dom i Fran udają się na wycieczkę do Europy. I wszystko kończy się szczęśliwie.

Jaki był Power Rangers Jungle Fury? Świetny! Poważnie, o ile na samym początku byłem wobec tego sezonu sceptyczny, a wobec pierwszego odcinka miałem bardzo mieszane odczucie, to z czasem pokochałem tę inkarnację. Podejrzewam, że od lektury tej serii większość osób odstraszyły nieprzyjemne wspomnienia z Power Rangers Operation Overdrive oraz dużo dziwnych, nietypowych elementów (specyficzny design kostiumów i morpherów, chińska mitologia będąca rdzeniem estetyki – możecie się śmiać, ale to z tego powodu Sentai, na którym wzorowano Jungle Fury jest mało popularny w Japonii) oraz nieszczególny pierwszy odcinek. A szkoda, bo ta seria to dla mnie jeden z najmocniejszych – zaraz po RPM i Dino Thunder – punktów Ery Disney’a.

Fabuła jest dobra – a miejscami wręcz znakomita. Zaskoczyło tak duże skupienie się na złoczyńcach, roszadami w ich szeregach i przede wszystkim budowaniu związku Jarroda/Dai Shi i Camille. Było tu dużo subtelności, relacja oparta na obopólnej lojalności, szczypcie okrucieństwa i „ludzkiej składowej” głównego złoczyńcy, co dało nam jeden z lepszych wątków w historii całego serialu. Ostatni raz tak interesująco poprowadzone wątki związane z tą drugą stroną barykady widziałem chyba w Lost Galaxy. Największym minusem fabuły serii jest powtarzanie raz za razem motywu z grupą przeciwników, która zostaje nam przedstawiona w jednym epizodzie, przez kilka kolejnych jest sukcesywnie przerzedzana przez Wojowników i w końcu ostatni jej członek zostaje pokonany. Reprodukcję tego motywu mamy w Jungle Fury co najmniej dwa razy i w obu przypadkach jest to zrobione… średnio.

Muzyka jest fenomenalna. Ożenienie rocka i etnicznych rytmów afrykańskich bębnów oraz innych tradycyjnych instrumentów muzycznych, których moje drewniane ucho nie potrafi zidentyfikować okazało się strzałem w dziesiątkę. Po dziwnych eksperymentach, jakie mogliśmy usłyszeć w obu poprzednich sezonach taka energetyczna, melodyjna i wpadająca w ucho ścieżka dźwiękowa jest niczym orzeźwiający łyk świeżego powietrza. W czasie oglądania serii, ani razu nie przewinąłem czołówki, by nie uronić nawet jednej nuty z mistrzowskiego tematu muzycznego Jungle Fury.

Bohaterowie pierwszoplanowi są fajni. Najciekawszy jest chyba Theo, Niebieski Ranger, z tym swoim wibrującym kompleksem niższości, który sprawia, że chłopak bywa nieprzyjemny w obyciu i próbuje być we wszystkim najlepszy. Lily, Żółta Rangerka jest po prostu fajna – ekstremalnie towarzyska, ciepła i entuzjastyczna, widząca w ludziach to, co w nich najlepsze, nawet jeśli oni sami w sobie tego nie dostrzegają od razu zdobywa sobie sympatię widzów. Z kolei Casey… ja wiem, że fani serialu go lubią, ale dla mnie jest on trochę za bardzo everymanem i generycznym herosem w stylu „od zera do bohatera”. Jasne, jest sympatyczny i jego relacja z Jarrodem pod koniec sezonu zasługuje na wspomnienie, ale jednak mojego serca nie podbił. Podbił je natomiast RJ, mentor drużyny i Croucing Moron, Hidden Badass. RJ jest najlepszym mentorem w historii serialu (wybacz, Tommy), łączy w sobie cechy mądrego i doświadczonego mistrza sztuk walk i nieco niezdarnego, czasami bujającego w obłokach i beztroskiego łapserdaka. Jego metoda nauki – szczególnie w pierwszych epizodach – przywodzi na myśl pana Miyagi z Karate Kid. Relacja RJ-a z ojcem, którą widzimy mniej więcej w połowie sezonu nadaje tej postaci nieco głębi. Nie przeszkadza też fakt, że odtwarzający jego rolę aktor jest diabelnie przystojny. Dominic, Biały Ranger jest natomiast… sam nie wiem. Widać, że twórcy próbowali uczynić z niego indywidualistę, i nieco zagubionego życiowo samotnika, ale ostatecznie wyszedł im Generic Guy. Nie, żebym go nie lubił, ale… jakoś do samego końca nie potrafiłem się do niego przekonać.

No i jest jeszcze Fran – ultymatywna szara myszka i najukochańsza postać drugoplanowa całej Ery Disney’a. Kiedy ją poznajemy nie ma przyjaciół, jest społecznie wycofana i rekompensuje sobie brak życia towarzyskiego lekturą książek. W trakcie serii obserwujemy, jak powoli zaczyna wychodzić ze swojej skorupki, nawiązywać relacje z poszczególnymi członkami Jungle Fury Rangers, nabierać śmiałości, wnosić coś od siebie w życie zespołu i w finale pięknie rozkwitnąć, nie tracąc jednak nic ze swojego uroku. Fani uwielbiają Fran i ja nie jestem w tym momencie wyjątkiem. Więcej takich postaci poproszę!

Tak więc – oglądać. Jedna z najfajniejszych rzeczy, jakie wyprodukowano pod szyldem Power Rangers. Uśmiecham się pisząc tę notkę, bo spodziewałem się przeciętniaka, a dostałem serię, którą zaliczam od teraz do grona moich ulubionych. Ale uśmiecham się też z jeszcze innego powodu. Otóż zaraz będę robił sobie rewatch Power Rangers RPM. A, wierzcie mi, to jest powód do bardzo szerokiego uśmiechu. Do przeczytania w kolejnym odcinku!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...