![]() |
fragment grafiki autorstwa Mateu, całość tutaj. |
Lubię filmy Vinceza Nataliego – do tej pory jeszcze ani razu
nie zawiodłem się na tym reżyserze. No dobra, żaden z jego filmów nie zachwycił
mnie bezwarunkowo, ale każdy obejrzałem z zaciekawieniem i czasem zdarza mi się
wracać do nich pamięcią. Kanadyjski filmowiec czasami nie do końca panuje nad
celuloidowym tworzywem, niekiedy trafiają mu się dłużyzny czy przeszarżowane
rozwiązania fabularne. Jednak wszelkie niedociągnięcia nadrabia błyskotliwością
scenariusza i bardzo, bardzo klimatycznymi zdjęciami. I niezależnie, czy mówimy
tu o półprofesjonalnej komedii nakręconej z kumplami dla frajdy, czy o
wysmakowanym, ambitnym biopunkowym moralitecie.
Cypher okazał się
jednak rozczarowaniem. Co prawda łagodnym, bo to mimo wszystko raczej udany
film, ale jednak podczas oglądania na przemian irytowałem się i przysypiałem.
Irytacja wynikała z przekombinowania scenariusza – przy takim poziomie
złożoności fabularnej należy operować historią w sposób mistrzowski, tworzyć
opowieść klarowną i spójną. Tej klarowności trochę w Cypherze zabrakło, przez co bizantyjska intryga, finta w fincie w
fincie doprowadzić może do pogubienia
się widza, który nie bardzo wie, czy główny bohater jest jeszcze podwójnym
agentem, czy już potrójnym. A może nawet poczwórnym. Nie pomaga też fakt, że
nieźle zapowiadająca się krytyka społeczna (ubrana w paranoidalny thriller
sci-fi) pod koniec skręca w nieznośnie sentymentalne romansidło – finał mnie
zniesmaczył, bo odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że cała para poszła w gwizdek.
Ale właśnie – fabuła. Metodą X meet Y można ją określić jako skrzyżowanie Matrixa z Inception. Główny
bohater staje się kluczowym pionkiem w grze dwóch potężnych korporacji, które
nie wahają się korzystać z prania mózgów, wymuszeń i zabójstw w celu uzyskania
przewagi nad konkurentem. Dopóki opowieść trzyma się takiej
spiskowo-sensacyjnej konwencji, jest nieźle. Kiedy próbuje krytyki
rzeczywistości korporacyjnej i krwiożerczego kapitalizmu, robi się jeszcze
fajniej. Niestety pod koniec całość odlatuje w nieomal szklanopułapkową
sensację, co strasznie psuje poprzednią część filmu – kameralną i bardzo
powściągliwą w kreowaniu dynamizmu. To rozczarowuje, bo Natali chyba nigdy nie
celował w czysto wizualne efekciarstwo – nawet Splice zawsze miał dynamizm ściśle podporządkowany opowieści. Tutaj
cała sekwencja brawurowej ucieczki z podziemnego kompleksu została wrzucona
właściwie po nic, kompletnie nie przystawała do reszty filmu. Dla równowagi
dodam, że przez większość trwania filmu Cypher
ma bardzo poprawnie wykreowany klimat. Paranoiczny, neurotyczny – widz od
samego początku podskórnie wyczuwa, że coś jest nie tak. W miarę jak główny
bohater filmu, Morgan Sullivan, odkrywa kolejne warstwy intrygi, film robi się
coraz cięższy, coraz bardziej tajemniczy i generalnie przy każdym dialogu
zaczynamy coraz bardziej rozmyślać, czy rozmówca wie, czy wie, że Morgan wie i
czy Morgan wie, że on wie, że on wie. To, co konkretnie wie też nie jest do
końca wiadome. To zatem wyszło świetnie.
Podobała mi się rola, jaką wykreował Jeremy Northam. Jego
bohater jest nieco flegmatyczny, początkowo sprawia też wrażenie ociężałego
umysłowo. Umiarkowanie podobała mi się też kreacja Lucy Liu – nie zapadała, co
prawda, w pamięć, ale jej bohaterka, Rita – druga najważniejsza postać w grze –
została zagrania odpowiednio do konwencji. Trochę jak famme fatale, trochę action
girl. Ogółem nieźle. Oczywiście w pewnym momencie film kradnie dla siebie
David Hewlett, który po raz kolejny gra postać smartassa i robi to z właściwym sobie wdziękiem. Pozostałe postaci
nie zapadają w pamięć, ale raczej kwestia tego, że Cypher stawia na złożoną intrygę, nie na bogatą galerię postaci i
pozostali zwyczajnie nie mają okazji rozwinąć skrzydeł.
Oczywiście, jak każdy film Nataliego, Cypher niszczy wizualną stroną. Skupienie na detalach, długie
ujęcia, specyficzna praca kamery – lubię, i to bardzo. Natali ma znakomity
zmysł estetyczny i to widać w każdym jego filmie. W Cypher dominuje paranoidalny klimat, podkręcany właśnie przez pracę
kamery i prezentowanie otoczenia jako przytłaczającej klatki, w której
zamknięty jest główny bohater. Coś podobnego mieliśmy też w Cube, ale w tym wypadku zrobiono to
daleko bardziej subtelnie.
A zatem rozczarowanie. Ale łagodne. Cypher to film przyjemny, choć nużący. Chyba najsłabszy z
nakręconych dotychczas przez kanadyjskiego filmowca. Mimo wszystko jednak, pod
paroma względami to bardzo przyjemny obraz. Chyba jednak lubię.