![]() |
fragment grafiki autorstwa Dwayne'a Vance'a, całość tutaj. |
Dawno nie było recenzji książkowej. Nie dlatego, że czytam
jakoś dramatycznie mało książek (choć ostatnimi czasy faktycznie, dostrzegam
pewien regres), ale po prostu mało kiedy czuję, że mam coś mądrego i
odkrywczego do powiedzenia o przeczytanej pozycji. Żałując za jutro Sebastiana Uznańskiego okazała się książką na tyle
specyficzną, by wyrwać mnie z tego marazmu, choć niestety nie na tyle dobrą,
bym podczas czytania nie miał wrażenia straty czasu. Choć i tu sprawa nie jest
aż tak oczywista, bo nie umiałbym z czystym sumieniem nazwać tej powieści
beznadziejną.
Ale do rzeczy. Żałując
za jutro rozpoczyna się jak rasowa powieść science-fiction z ambicjami – a
to niestety oznacza dużą dawkę patosu, sążnistych opisów i niezgrabnie
wplecionych w fabułę wypracowań, które mają na celu przybliżenie czytelnikowi
prawideł świata przedstawionego. Sama historia sprowadza się niestety do bardzo
archetypowego motywu dziedzica tronu, który zmuszony jest udać się na banicję,
na której zdobywa mądrość i umiejętności i zasoby umożliwiające mu tryumfalny
powrót. Wszystko to narzuca silne skojarzenia z Diuną i ośmielam się wysunąć hipotezę, że to właśnie na Franka
Herberta zapatrywał się Uznański pisząc swoją debiutancką powieść. Nie ma w tym
oczywiście nic złego, autor nie zżyna bezrefleksyjnie wszystkiego, co się da,
tylko podejmuje się ambitnego zadania wykreowania własnego oryginalnego
uniwersum. I to mu się w sumie udaje, chociaż odnoszę wrażenie, że lepiej by
było, gdyby tego nie robił.
Bo widzicie – wykreowany przez Uznańskiego Wszechświat jest
po prostu dziwaczny. Już na pierwszych stronach powieści głównego bohatera
atakuje maszkara będąca skrzyżowaniem robota, istoty żywej i ducha. Później robi
się jeszcze dziwniej, bo autor – po skrupulatnym i drobiazgowym opisaniu zasad,
jakimi rządzi się świat przedstawiony – zaraz potem rzuca protagonistę do
równoległego wymiaru, który wyglądem przypomina mokry sen Franka Frazetty,
pełen elfów, orków, demonów, diabłów i aniołów. W zasadzie Uznański wrzucił do Żałując za jutro pewnie każdy pomysł,
jaki przyszedł mu do głowy, nie bacząc, jak to wpłynie na spójność koncepcyjną
i estetyczną dzieła. A pływa tak, że czytelnik nie jest w stanie brać na
poważnie tego kolażu fantastyki naukowej, nieklasycznego fantasy w oprawie
rodem z Heavy Metala, jakiejś
wyjątkowo nieprzemyślanej kalki Diuny i
całego mnóstwa truizmów udających filozofię i tajemną mądrość życiową dostępną
tylko nielicznym oświeconym. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam rozmaite
eksperymenty, odważne syntezy niepasujących, zdawałoby się, koncepcji i inne
podobne wyskoki – ale tylko wtedy, kiedy są w jakiś sposób uzasadnione. W tym
przypadku autor chciał dobrze, ale przesadził, bo kompletnie nie umiał zachować
umiaru i powieść inicjacyjna przekształca się nagle w traktat pseudofilozoficzny,
potem w epickie fantasy z walką aniołów i demonów w roli głównej, potem w
klasyczne heroic fantasy z zabijaniem potworów, jeszcze potem militarno-polityczne
sci-fi… A biedny czytelnik nie przestaje się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim
jest sens i logika.
W całym tym misz-maszu stylistycznym i konwencyjnym fabuła
jest w zasadzie tylko bardzo sztampowym szkieletem mającym usprawiedliwiać
popisy wybujałej wyobraźni autora. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Żałując za jutro to taaaaka katastrofa
fabularna, bo w swoim życiu przeczytałem wiele gorszych książek. A tutaj
autorowi w miarę udaje się utrzymać spójność przyczynowo-skutkową i choć
nadużywa deus ex machinae to kilka
razy udaje mu się ustrzelić Czechowa, zaś pod sam koniec zaskoczył mnie małym,
ale sympatycznym i nieoczekiwanym zwrotem fabularnym. Niestety, nie ratuje to
całości, która grzeszy nudą i bardzo płaskimi charakterologicznie bohaterami.
Protagonista imieniem Zanael nie ma właściwie ani krzty charakteru i trzeba
naprawdę dużej dozy dobrej woli, by jakoś się wczuć w przeżywane przez niego
przygody. Choć uczciwie trzeba przyznać, że Uznańskiemu dość sprawnie i
subtelnie udało się przedstawić jego ewolucję „od zera do bohatera”, podczas
której bohater staje się ostrożniejszy, rozważniejszy i bardziej doświadczony. W
dodatku autor dość wyraźnie relatywizuje swojego bohatera. Zanael nie ma
złudzeń, że jego rebelia jest czymś więcej, niż tylko aktem zemsty za śmierć
bliskich i chęcią zdobycia władzy. Nie wpływa to jednak w najmniejszym stopniu
na zanaelowy charakter, który od początku do końca pozostaje papierowy i
nijaki. Doskonale odzwierciedlają to bardzo pretensjonalne monologi wewnętrzne
i koszmarne wręcz dialogi – pozbawione swady, błyskotliwości i jakichkolwiek
walorów. Nie brzmią może sztucznie, ale są bardzo, bardzo nijakie, co jest
paradoksalnie jeszcze gorsze.
Co do bohaterów drugoplanowych – jest niewiele lepiej. W Żałując za jutro drażni bardzo
nadużywanie przez autora motywu damy w opałach. Jeśli dobrze liczę, główny
bohater ratuję jakąś dziewoję coś około czterech czy pięciu razy na przestrzeni
całej powieści. I choć, w większości, bohaterki nie są w jakiś rażący sposób
uprzedmiotawiane (poza jednym wyjątkiem, który raczej spokojnie można
usprawiedliwić wymogiem fabularnym), to i tak koniec końców szczęście i
spełnienie mogą odnaleźć tylko przyjmując rolę podrzędną wobec głównego
bohatera. Główna postać kobieca, Dayla (demonica ubrana w skórzany gorset)
właściwie oddaje się głównemu bohaterowi w niewolę, choć przez cały czas
trwania powieści była najbardziej niezależną i wyemancypowaną postacią kobiecą w
całej powieści. A zatem, jak to w polskiej fantastyce bywa – silna postać
kobieca i tak koniec końców sprowadzona zostaje do fetyszu absolutnie podległej
głównemu bohaterowi kobiety.
Czytając Żałując za
jutro uświadomiłem sobie, jak współczesna literatura fantastyczna zmieniła
się pod wpływem popkultury w kwestii prowadzenia narracji. Obecnie młodzi
twórcy fantastyki piszą powieści tak, jakby przeprowadzali transkrypcję
hollywoodzkiego blockbustera czy animacji przerywnikowej z gry video – opisując
poszczególne sceny tak, jakby słowo narratora było tożsame z okiem kamery.
Strasznie cierpią na tym sceny opisowe, bo autorzy nie wykorzystują możliwości pisanego
medium, tylko traktują literaturę niemal jak medium wizualne, ale bez
jakiejkolwiek prawdziwej wizualności, którą zastępują opisy. Przez to narracja
bardzo często jest sucha i pozbawiona finezji. Nie wiem, czy to tylko jakieś
moje majaki, czy faktycznie kultura obrazkowa wywarła taki, a nie inny skutek
na współczesnych pisarzach, ale to wrażenie chodzi za mną już od dłuższego
czasu i powieść Uznańskiego też wpisuje się w ten trend.
A zatem – to nie jest dobra książka. Okładka obiecywała mi
hard sci-fi, a dostałem średnio strawny kolaż tylu fantastycznych motywów, że
można byłoby nimi obdzielić kilkanaście różnych powieści. Doceniam kreatywność
i wyobraźnię autora, ale byłoby nieporównywalnie lepiej, gdyby ograniczył się
do kilku idei i je odpowiednio dopracował, a nie rzucał się w taki koncepcyjny
rollercoaster, jak w swoim debiucie.