wtorek, 10 września 2013

Bez uznania

fragment grafiki autorstwa Dwayne'a Vance'a, całość tutaj.

Dawno nie było recenzji książkowej. Nie dlatego, że czytam jakoś dramatycznie mało książek (choć ostatnimi czasy faktycznie, dostrzegam pewien regres), ale po prostu mało kiedy czuję, że mam coś mądrego i odkrywczego do powiedzenia o przeczytanej pozycji. Żałując za jutro Sebastiana Uznańskiego okazała się książką na tyle specyficzną, by wyrwać mnie z tego marazmu, choć niestety nie na tyle dobrą, bym podczas czytania nie miał wrażenia straty czasu. Choć i tu sprawa nie jest aż tak oczywista, bo nie umiałbym z czystym sumieniem nazwać tej powieści beznadziejną.

Ale do rzeczy. Żałując za jutro rozpoczyna się jak rasowa powieść science-fiction z ambicjami – a to niestety oznacza dużą dawkę patosu, sążnistych opisów i niezgrabnie wplecionych w fabułę wypracowań, które mają na celu przybliżenie czytelnikowi prawideł świata przedstawionego. Sama historia sprowadza się niestety do bardzo archetypowego motywu dziedzica tronu, który zmuszony jest udać się na banicję, na której zdobywa mądrość i umiejętności i zasoby umożliwiające mu tryumfalny powrót. Wszystko to narzuca silne skojarzenia z Diuną i ośmielam się wysunąć hipotezę, że to właśnie na Franka Herberta zapatrywał się Uznański pisząc swoją debiutancką powieść. Nie ma w tym oczywiście nic złego, autor nie zżyna bezrefleksyjnie wszystkiego, co się da, tylko podejmuje się ambitnego zadania wykreowania własnego oryginalnego uniwersum. I to mu się w sumie udaje, chociaż odnoszę wrażenie, że lepiej by było, gdyby tego nie robił.

Bo widzicie – wykreowany przez Uznańskiego Wszechświat jest po prostu dziwaczny. Już na pierwszych stronach powieści głównego bohatera atakuje maszkara będąca skrzyżowaniem robota, istoty żywej i ducha. Później robi się jeszcze dziwniej, bo autor – po skrupulatnym i drobiazgowym opisaniu zasad, jakimi rządzi się świat przedstawiony – zaraz potem rzuca protagonistę do równoległego wymiaru, który wyglądem przypomina mokry sen Franka Frazetty, pełen elfów, orków, demonów, diabłów i aniołów. W zasadzie Uznański wrzucił do Żałując za jutro pewnie każdy pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, nie bacząc, jak to wpłynie na spójność koncepcyjną i estetyczną dzieła. A pływa tak, że czytelnik nie jest w stanie brać na poważnie tego kolażu fantastyki naukowej, nieklasycznego fantasy w oprawie rodem z Heavy Metala, jakiejś wyjątkowo nieprzemyślanej kalki Diuny i całego mnóstwa truizmów udających filozofię i tajemną mądrość życiową dostępną tylko nielicznym oświeconym. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam rozmaite eksperymenty, odważne syntezy niepasujących, zdawałoby się, koncepcji i inne podobne wyskoki – ale tylko wtedy, kiedy są w jakiś sposób uzasadnione. W tym przypadku autor chciał dobrze, ale przesadził, bo kompletnie nie umiał zachować umiaru i powieść inicjacyjna przekształca się nagle w traktat pseudofilozoficzny, potem w epickie fantasy z walką aniołów i demonów w roli głównej, potem w klasyczne heroic fantasy z zabijaniem potworów, jeszcze potem militarno-polityczne sci-fi… A biedny czytelnik nie przestaje się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim jest sens i logika.

W całym tym misz-maszu stylistycznym i konwencyjnym fabuła jest w zasadzie tylko bardzo sztampowym szkieletem mającym usprawiedliwiać popisy wybujałej wyobraźni autora. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Żałując za jutro to taaaaka katastrofa fabularna, bo w swoim życiu przeczytałem wiele gorszych książek. A tutaj autorowi w miarę udaje się utrzymać spójność przyczynowo-skutkową i choć nadużywa deus ex machinae to kilka razy udaje mu się ustrzelić Czechowa, zaś pod sam koniec zaskoczył mnie małym, ale sympatycznym i nieoczekiwanym zwrotem fabularnym. Niestety, nie ratuje to całości, która grzeszy nudą i bardzo płaskimi charakterologicznie bohaterami. Protagonista imieniem Zanael nie ma właściwie ani krzty charakteru i trzeba naprawdę dużej dozy dobrej woli, by jakoś się wczuć w przeżywane przez niego przygody. Choć uczciwie trzeba przyznać, że Uznańskiemu dość sprawnie i subtelnie udało się przedstawić jego ewolucję „od zera do bohatera”, podczas której bohater staje się ostrożniejszy, rozważniejszy i bardziej doświadczony. W dodatku autor dość wyraźnie relatywizuje swojego bohatera. Zanael nie ma złudzeń, że jego rebelia jest czymś więcej, niż tylko aktem zemsty za śmierć bliskich i chęcią zdobycia władzy. Nie wpływa to jednak w najmniejszym stopniu na zanaelowy charakter, który od początku do końca pozostaje papierowy i nijaki. Doskonale odzwierciedlają to bardzo pretensjonalne monologi wewnętrzne i koszmarne wręcz dialogi – pozbawione swady, błyskotliwości i jakichkolwiek walorów. Nie brzmią może sztucznie, ale są bardzo, bardzo nijakie, co jest paradoksalnie jeszcze gorsze.

Co do bohaterów drugoplanowych – jest niewiele lepiej. W Żałując za jutro drażni bardzo nadużywanie przez autora motywu damy w opałach. Jeśli dobrze liczę, główny bohater ratuję jakąś dziewoję coś około czterech czy pięciu razy na przestrzeni całej powieści. I choć, w większości, bohaterki nie są w jakiś rażący sposób uprzedmiotawiane (poza jednym wyjątkiem, który raczej spokojnie można usprawiedliwić wymogiem fabularnym), to i tak koniec końców szczęście i spełnienie mogą odnaleźć tylko przyjmując rolę podrzędną wobec głównego bohatera. Główna postać kobieca, Dayla (demonica ubrana w skórzany gorset) właściwie oddaje się głównemu bohaterowi w niewolę, choć przez cały czas trwania powieści była najbardziej niezależną i wyemancypowaną postacią kobiecą w całej powieści. A zatem, jak to w polskiej fantastyce bywa – silna postać kobieca i tak koniec końców sprowadzona zostaje do fetyszu absolutnie podległej głównemu bohaterowi kobiety.

Czytając Żałując za jutro uświadomiłem sobie, jak współczesna literatura fantastyczna zmieniła się pod wpływem popkultury w kwestii prowadzenia narracji. Obecnie młodzi twórcy fantastyki piszą powieści tak, jakby przeprowadzali transkrypcję hollywoodzkiego blockbustera czy animacji przerywnikowej z gry video – opisując poszczególne sceny tak, jakby słowo narratora było tożsame z okiem kamery. Strasznie cierpią na tym sceny opisowe, bo autorzy nie wykorzystują możliwości pisanego medium, tylko traktują literaturę niemal jak medium wizualne, ale bez jakiejkolwiek prawdziwej wizualności, którą zastępują opisy. Przez to narracja bardzo często jest sucha i pozbawiona finezji. Nie wiem, czy to tylko jakieś moje majaki, czy faktycznie kultura obrazkowa wywarła taki, a nie inny skutek na współczesnych pisarzach, ale to wrażenie chodzi za mną już od dłuższego czasu i powieść Uznańskiego też wpisuje się w ten trend.

A zatem – to nie jest dobra książka. Okładka obiecywała mi hard sci-fi, a dostałem średnio strawny kolaż tylu fantastycznych motywów, że można byłoby nimi obdzielić kilkanaście różnych powieści. Doceniam kreatywność i wyobraźnię autora, ale byłoby nieporównywalnie lepiej, gdyby ograniczył się do kilku idei i je odpowiednio dopracował, a nie rzucał się w taki koncepcyjny rollercoaster, jak w swoim debiucie. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...