![]() |
fragment grafiki autorstwa Sany Takedy, całość tutaj. |
Komiks superbohaterski to – obok gier video – jeden z
najsilniejszych obecnie bastionów maczyzmu, dlatego kiedy w jakimś komiksie
superbohaterskim pojawia się motyw przemocy o charakterze seksualnym,
automatycznie włącza mi się w mózgu czerwona lampka. Choć, jak już zdążyliście
się zapewne zorientować, jestem bardzo wyczulony na kwestie seksualne i
genderowe w popkulturze, to nie znaczy, że wszelkie tego typu zagrywki
fabularne z punktu uznaję za złe czy niewłaściwe. Wszystko zależy od bardzo
wielu czynników – sposobu, w jaki temat zostanie przedstawiony i potraktowany
przez twórców, kontekst kulturowy, sensowność danej sytuacji, wpływ na postać i
tak dalej. Problem polega na tym, że w mediach tak zmaskulinizowanych jak te
wyżej wymienione gwałt i molestowanie seksualne bardzo często wykorzystywane są
jako metoda przyciągnięcia uwagi nastoletnich heteroseksualnych odbiorców,
którzy liczą na „momenty”. Szczególnie w komiksach superbohaterskich, w których
kobiety wciąż są na ogół przedstawiane tak, aby były możliwie atrakcyjne dla
męskich odbiorców.
Choćby kwestia ubioru – zdecydowana większość bohaterek nosi
obcisłe, wiele odsłaniające kostiumy, co dosyć często kłóci się z ich
sylwetkami charakterologicznymi (o ile takowe posiadają). Nie zawsze jest to pozbawione
sensu – są bohaterki, które traktują swoją seksualność w sposób swobodny
(She-Hulk) albo pragmatyczny (White Queen), więc wyzywające stroje są
stosunkowo zgodne z ich charakterami. Problem polega na tym, że to nie działa w
drugą stronę – bohaterki, u których obcisłe trykoty z wycięciami w
strategicznych miejscach byłyby nie na miejscu i tak je noszą. To oczywiście
wątpliwej wartości spadek po pionierskich czasach komiksów superhero, gdy rola kobiet w komiksie ograniczała się do bycia
wpatrzoną w głównego herosa niczym w obraz głupiutką nimfą. Kiedy w komiksach
na poważnie zaczęły pojawiać się superbohaterki, wciąż nie wykraczały poza
barwne tło, na którym młody czytelnik z chęcią zawiesił oko – szczególnie, gdy
heroina wpadła w niecne łapy obdarzonego supermocami złoczyńcy, który rozebrał
ją i skrępował, co zdarzało się ustawicznie. I choć podejście do traktowania
przez scenarzystów kobiecych heroin znacznie się zmieniło, to ta ewolucyjna
kość ogonowa w postaci wiele odsłaniających strojów pozostała.
W takich sytuacjach niemożliwa do uniknięcia wydaje się
kwestia przemocy seksualnej. W końcu obdarzeni supermocami złoczyńcy na ogół
nie mają dżentelmeńskich inklinacji i, w obliczu pokonanych, skąpo odzianych,
pięknych heroin mogą zachować się bardzo różnie. Siłą rzeczy musiały zdarzać
się jakieś incydenty na tle seksualnym. Postanowiłem zagłębić się w ten temat,
żeby sprawdzić, jak współczesny (i nie tylko współczesny) komiks
superbohaterski radzi sobie z takimi – szalenie przecież trudnymi – tematami. W
swoich rozważaniach ograniczyłem się tylko do komiksów Marvela. Z prostej
przyczyny – marvelową mitologię znam po prostu najlepiej. Choć i tak daleko mi
do statusu znawcy, czy nawet dobrze oblatanego fana. Z tego też względu
niniejsza notka ma raczej charakter luźnych rozważań i analiz, niż czegoś
bardziej ambitnego.
Już na samym wstępie muszę wspomnieć o chyba najbardziej
rażącym przykładzie przedmiotowego potraktowania kobiecej postaci w komiksie
superbohaterskim, a przy tym jednej z najbardziej pokręconych fabuł w historii
Marvela. Chodzi mi tu, oczywiście, o jubileuszowy, dwusetny numer serii Avengers, wydany pod koniec lat
siedemdziesiątych. Opowiada on o tym, jak Carol „Ms. Marvel” Danvers orientuje się, że jest w ciąży, która – na
dodatek – postępuje kilkanaście razy szybciej, niż zazwyczaj. Dzięki temu w
kilka dni powiła dziecko, które równie szybko osiągnęło wiek dojrzały i
przedstawiło się jako Marcus. Rzeczony Marcus okazał się synem Immortusa (jeden
z bardziej znanych przeciwników Avengers). Po śmierci ojca (notabene Immortus zginął z własnej
ręki, zabijając swoją wersję z przeszłości) bohater utknął w alternatywnej
rzeczywistości, z której postanowił się wydostać za pomocą Ms. Marvel.
Wykorzystując odziedziczoną po ojcu technologię Marcus sprowadza ją do swojego
wymiaru, zapładnia ją sobą samym (w „tradycyjny”, nie technologiczny sposób),
po czym odsyła. Po wyjaśnieniu tego fenomenu Carol decyduje się odejść ze swoim
„synem”, zaś Avengers życzą im wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
Ta historia jest tak paskudna, że nawet nie wiem, od czego
zacząć. Ms. Marvel od samego początku była kreowana na marvelowy „symbol
kobiecości”, co już w samo w sobie jest w pewien sposób seksistowskie, bo
uprzedmiatawia tę bohaterkę, sprowadzając ją do kategorii szablonu, schematu,
symbolu (eksperyment myślowy – wymieńcie choćby jednego superbohatera
jednoznacznie kreowanego jako „symbol męskości”), ale mniejsza o to, bo takie
podejście i tak jest krokiem naprzód. Carol była przedstawiana jako postać
silna i niezależna. W tym komiksie heroina została zmanipulowana, upokorzona i
zgwałcona. A potem… nie dość, że wybacza swojemu gwałcicielowi, to jeszcze
zakochuje się w nim i decyduje na wspólne życie. I Avengers nie widzą w tym nic
dziwnego. Podejrzewam, że w zamierzeniu ta historia miała być romantyczna. Nie
jest romantyczna. Jest obrzydliwa. Zwróciła na to uwagę imienniczka Ms. Marvel,
Carol A. Strickland, historyczka komiksowa, która kompleksowo rozłożyła ten
komiks na czynniki pierwsze w swoim eseju The Rape of Ms. Marvel. Poparł ją Chris Claremont, autor kultowej The Dark Phoenix Saga, który zresztą
próbował odkręcić cała sytuację w jednym z rocznicowych numerów Avengers. Ujawniony został tam fakt, że
Carol cały czas była pod mentalnym wpływem Marcusa. Po odzyskaniu kontroli Ms.
Marvel nie wróciła w szeregi Avengers (przynajmniej nie tak od razu), ponieważ
miała żal do kolegów z drużyny, że wykazali się tak wielkim brakiem empatii i
brakiem rozsądku, pozwalając Marcusowi nią manipulować.
Komiks Avengers #200 ukazał
się przeszło trzydzieści lat temu. Jak tego typu tematy porusza się w bardziej
współczesnych komiksach? Z moich luźnych badań wynika, że… zaskakująco
dojrzale. To znaczy – owszem, dzisiejszy przemysł komiksowy wciąż boryka się z
wieloma problemami dotyczącymi seksualizacji bohaterek, ale akurat w kwestii
przemocy seksualnej marvelowscy scenarzyści na ogół wykazują się dojrzałością i
traktują ten temat z wyczuciem. Postaram się omówić kilka najbardziej
interesujących przykładów, z zaznaczeniem, że jest ich znacznie więcej, niż te
wymienione i opisane niżej.
Kiedy Laura „X-23” Kinney pojawiła się komiksie po raz
pierwszy, była już doskonale znana fanom mutantów – ta postać zadebiutowała
bowiem w popularnej kreskówce X-Men
Evolution. Taka migracja ze szklanego ekranu na karty komiksu nie jest może
czymś bardzo częstym, ale od czasu do czasu takie sytuacje się zdarzają –
najbardziej znanym przykładem jest chyba Harley Quinn z Batman: The Animated Series. Wróćmy jednak do Laury – jej „papierowy”
debiut nastąpił w trzecim numerze miniserii NYX
opowiadającej o grupie młodych mutantów z nizin społecznych, którzy walczą
nie tyle ze złem, co z trudami życia na ogarniętych wojnami gangów slumsach.
Ten naturalizm i osadzenie fabuły w mikrokosmosie nowojorskiej dzielnicy ujął
mnie na tyle, że do dzisiaj uznaję NYX za
jeden z najciekawszych komiksów Marvela. Laura w NYX była nastoletnią prostytutką pogrążoną w stanie podobnym do katatonii,
co sprawiło, że dostawali jej się najgorsi klienci (w myśl zasady, że i tak nie
będzie protestować). Z marazmu (i burdelu) wyrwały ją dopiero pozostałe
bohaterki (niemal wszystkie główne postaci NYX
to kobiety), z którymi Laura na krótko się związała. To było w ogóle bardzo
odważne zagranie – poruszenie tematyki przemocy seksualnej wobec nieletnich na
tkance amerykańskiej popkultury, w komiksie dla młodzieży… W każdym razie,
szacunek dla scenarzysty – Joe Quesady – za odpowiedzialne ujęcie tematu. Empatyzujemy
z Laurą (choć z uwagi na jej „suchy” charakter nie jest to łatwe) i jej
współczujemy. Najciekawsze jest jednak to, co z bohaterką zrobiono później. W
dwóch miniseriach (których fabuła toczy się przed i po NYX) przybliżono nam origin Laury, o czym szeroko rozpisałem się w tej notce. A zatem, w telegraficznym skrócie – Laura jest klonem Wolverine’a
stworzonym przez The Facility („spadkobierców” Weapon X), która wynajmowała
Laurę różnym organizacjom, mafiom i złoczyńcom, po uprzednim wyszkoleniu
dziewczynki na zabójcę idealnego.
Historia Laury to jedna z najciekawszych, najmądrzej
przedstawionych fabuł w Marvelu ostatnich lat. Nowi bohaterowie w Marvelu kończą
zwykle jako mięso armatnie, po tym jak zostaną wyeksploatowani do cna i fani
przestaną się nimi interesować (casus chociażby
Dakena, syna Wolverine’a). Z X-23 było inaczej, a to ze względu na fakt, że
przez bardzo długi czas opiekę nad nią piastowali ci sami scenarzyści, którzy
mieli pomysł na ewolucję Laury i konsekwentnie ten pomysł realizowali.
Zarysowaną przez Quesadę sytuację obdarzyli kontekstem jednostki zdominowanej
przez wolę innych (naukowców, alfonsów, Cyclopsa), jednocześnie pokazując, jak
powoli Laura zaczyna się usamodzielniać, szukać własnej drogi, kształtować
swoją niezależność i indywidualizm. W tym wypadku motyw przemocy seksualnej był
rozsądnym posunięciem, w dodatku przedstawionym bardzo rozważnie – mocno, ale
nie w sposób przegięty.
Innym interesującym przypadkiem jest Kate Bishop – członkini
oryginalnego składu Young Avengers, w którym nosiła pseudonim Hawkeye. W Young Avengers Special poznajemy
przeszłość dziewczyny. Pochodząca z dobrej rodziny o wysokim statusie materialnym
społeczniczka została pewnego wieczoru napadnięta, co spowodowało u niej dużą
traumę i sprawiło, że Kate zaczęła szkolić się w sztukach samoobrony, by taka
sytuacja nigdy więcej się nie powtórzyła. Co ciekawe, nie jest do końca jasne,
czy wzmiankowana napaść miała podłoże seksualne – w komiksie nie zostały
pokazane żadne szczegóły, zaś narracja pozostawała niejednoznaczna. Możliwe, że
napaść w ogóle pozbawiona była elementów przemocy seksualnej, a była po prostu
napadem rabunkowym. Ale na dłuższą metę nie ma to znaczenia. I w tym przypadku
temat potraktowano raczej porządnie, choć nazbyt powierzchownie – o ile mnie
pamięć nie myli, poza YAS w żadnym
innym komiksie nie poruszono tego tematu. Inna sprawa, że Kate Bishop do
bohaterka o bardzo silnej osobowości i bardzo możliwe, że po prostu nie wraca
myślami do tej napaści, o czym świadczyć może fakt, iż opowiedziała tę historię
tylko jednej osobie – Jessice Jones, która także ma za sobą epizod z
molestowaniem seksualnym.
Jessica Jones zadebiutowała w komiksie Alias autorstwa Briana Michaela Bendisa. Komiks powstał na potrzeby
imprintu MAX, w którym Marvel prezentował komiksy dla dojrzałych, pełnoletnich
czytelników. Sam Alias jest naprawdę
świetnym komiksem opowiadającym o
trzeciorzędnej heroinie, która zawiesiła kostium na kołku i założyła agencję
detektywistyczną. Nim do tego doszło, Jessica, kryjąc się pod pseudonimem
Jewel, działała jako jedna z licznych nowojorskich superbohaterek. Jej brak
doświadczenia w tej profesji i splot nieszczęśliwych okoliczności sprawił, że
natknęła się na Purple Mana – jednego z pomniejszych przeciwników Daredevila.
Purple Man zdominował świadomość i wolę Jessiki, dla kaprysu niemal zmuszając
ją do rozebrania się pośrodku kawiarni. Przez następne osiem miesięcy Jessica
znajdowała się pod całkowitą kontrolą Purple Mana, który traktował ją jak
niewolnicę i zabawkę. Co jednak wyraźnie podkreślono – ani razu jej nie
zgwałcił. „Jedynie” kazał jej obserwować, jak napastuje przypadkowe kobiety
oraz, mentalnie manipulując jej uczuciami, rozkochał ją w sobie, doprowadzając
do sytuacji, w której to ona zabiegała o stosunek, a on jej go odmawiał.
To chyba najbardziej kontrowersyjne z omawianych tu
przypadków (oczywiście nie licząc tego z Avengers
#200), choć mnie osobiście bardzo podobał się ten wybieg fabularny, o ile o
czymś tak perwersyjnym i traumatycznym dla głównej bohaterki można powiedzieć,
że „się podoba”. To bardzo mocny zabieg, ale skuteczny – empatyzujemy z
Jessicą, która przepracowuje tę, przez dłuższy czas tajoną, traumę. Cały Alias jest generalnie o radzeniu sobie z
własną przeszłością, bezwładem egzystencjalnym i marazmem, z którego główna
bohaterka koniec końców wychodzi zwycięsko, realizują się zarazem jako żona i
matka (w związku ze, znanym skądinąd, Lukiem Cagem), jak i jako
superbohaterka. Alias to także komiks
pokazujący nam świat superbohaterów niejako od kuchni, znajdują się w nim
motywy i wątki, na które w tradycyjnych seriach superbohaterskich nie ma
miejsca. Najlepszym przykładem jest chyba epizod, w którym Ms. Marvel nie
bierze udziału w kosmicznej eskapadzie Avengers z powodu… przeziębienia. Dzięki czemu
Jessica może się z nią skontaktować. Generalnie polecam Alias wszystkim szukającym w komiksach silnych, niezależnych
postaci kobiecych i po prostu dobrych scenariuszy w ciekawej, niesztampowej
oprawie graficznej.
Motywów przemocy seksualnej wobec kobiet jest w komiksach Marvela
znacznie więcej i gdybym miał opisywać wszystkie, notka byłaby kilka razy
dłuższa. Już teraz jednak można wyciągnąć nader zaskakujący (przynajmniej dla
mnie) wniosek – przemoc seksualna w komiksach Marvela traktowana jest na ogół z
wyczuciem i odpowiedzialnością, służy rozwojowi postaci, nie prostemu,
dwuznacznemu moralnie, szokowaniu. Owszem, zapewne zdarzają się wpadki, jednak
podczas moich badań natrafiłem tylko na wątki, w najgorszym razie, dyskusyjne.
Oczywiście z wyjątkiem tego nieszczęsnego Avengers
#200, ale to było trzydzieści lat temu i od tamtego czasu zmieniło się
naprawdę wiele. I to na lepsze. To nie zmienia faktu, że w dużej mierze komiksy
superhero są po prostu seksistowskie – ale ten akurat aspekt jest bardzo dobrze
wyważony i potraktowany przyzwoicie. Poprzednia notka mogła zasugerować, że ja
jestem absolutnie przeciwko jakimkolwiek opresyjnym przedstawianiu kobiet w
popkulturze. No więc nie jestem – wszystko zależy od tego, w jaki sposób dany
zwrot fabularny wpływa na rozwój postaci, czy jest uzasadniony fabularnie, czy
w jakiś interesujący sposób stawia bohaterkę (czy bohatera) w nowej sytuacji,
jak zmienia status quo.
PS: Za ilustrację niniejszej notki posłużył fragment okładki trzynastego numeru serii Heroes for Hire v2. Tak - naprawdę Marvel opublikował komiks z okładką rodem z hardkorowego hentaja.
PS: Za ilustrację niniejszej notki posłużył fragment okładki trzynastego numeru serii Heroes for Hire v2. Tak - naprawdę Marvel opublikował komiks z okładką rodem z hardkorowego hentaja.