![]() |
fragment grafiki autorstwa Andrew Fereza, całość tutaj. |
Zacznijmy od tego, że absolutnie nie mam zamiaru w jakiś sposób atakować, czy choćby umniejszać cedrowego sposobu na smakowanie tekstów kultury. Mnie się zresztą w ogóle bardzo to podoba, bo ja generalnie lubię obcować z ludźmi mający inaczej skalibrowany aparat poznawczy i patrzący na kulturę w inny sposób – zawsze daje to jakąś matrycę do interesujących dyskusji czy sposobność do spojrzenia na, zdawałoby się, przerobione już koncepcje z nowej strony. Po drugie – w toku dyskusji być może błędnie przedstawiłem niektóre swoje poglądy (innych z kolei nie przemyśliwując), przez co można było odnieść wrażenie, że w interpretacji najważniejszy jest dla mnie autor, podczas gdy filozofia Cedra przenosi ciężar na odbiorcę. Otóż nie do końca tak jest w praktyce, Ale o tym niżej.
Na tekst literacki patrzę generalnie jak na zaszyfrowaną wiadomość, jaką przekazuje mi twórca. Wiem, że pisarz generalnie coś chce powiedzieć, po coś napisał to, co napisał* i ja stawiam sobie zadanie rozszyfrowania tego ukrytego przekazu. Czasem mu nie wyjdzie i zaczyna się dysputa, ale generalnie o to właśnie w tym chodzi. Ze sposobem Cedra mam ten problem, że dyskwalifikuje on możliwość nadinterpretacji i że patrząc w ten sposób na teksty literackie nieuchronnie dochodzimy do konkluzji, że właściwie wszystko może opowiadać właściwie o wszystkim, a z tym nie mogę się zgodzić. Teksty kultury to nie są abstrakcyjne plamy podtykane pod nos pacjentom psychoterapeutów w celu zdiagnozowania tego, czy innego schodzenia na gruncie psychicznym. No, może poza dziełami pokroju gry komputerowej The Path (którą, jak mi wiadomo, Cedro bardzo poważa) będącej w zasadzie piaskownicą interpretacyjną, o czym zresztą dawno temu pisałem na Jawnych Snach. Ale generalnie nie umiem traktować tekstów kultury tylko jako krzywego zwierciadła, w którym się przeglądam. Każde dzieło literackie jest czymś, ale czymś też bezsprzecznie nie jest. Jak to przytaczałem we wcześniejszej dyskusji (bezczelnie łamiąc przy okazji Godwin’s Law) Mein Kampf Hitlera nigdy nie będzie afirmacją tolerancji i umiłowania różnorodności etnicznej, niezależnie od tego, w jaką erystykę ubierze się taką tezę. Samo jej postawienie urąga zdrowemu rozsądkowi.
Ciężko mi konstruować jakąś radykalną obronę swoich poglądów na tę sprawę. Z paru powodów – ta cedrowa po wieloma względami jest bardzo kusząca, w dodatku znakomicie przezeń uargumentowana, za zaś mam za sobą tylko instynktowne przeświadczenie, że gdzieś muszą być jakieś granice interpretacyjne, bez których interpretacja właściwie nie miałaby żadnego sensu. Bo skoro w tekście można zobaczyć wszystko – to jaki sens badać, analizować, po co docierać do sedna, skoro tego sedna nie ma? O ile rozumiem argumentację Cedra na poziomie koncepcyjnym, o tyle nie potrafię się z nią pogodzić na gruncie emocjonalnym. Nie wiem, czy świadczy to o mnie dobrze, czy źle, ale – obawiam się – niewiele mogę na to poradzić.
Jestem w stanie zgodzić się z Cedrem, że humanistyka jest generalnie mocno zrelatywizowanym obszarem (co, nawiasem mówiąc, jest w niej piękne), zaś w Krainie Interpretacji jest tyle zmiennych, że praktycznie nie da się po niej podróżować inaczej, niż błądząc, we mgle. Zgadzam się, że im silniejsza argumentacja, tym bardziej „prawdziwa” interpretacja. A jednak wciąż coś mnie gryzie. I najgorsze jest w tym wszystkim to, że nijak nie umiem tego skonkretyzować choćby w połowie tak umiejętnie, jak Cedro zrobił to u siebie.
No cóż. Miejmy tylko nadzieję, że inne zeszłoroczne upiory okażą się dla mnie nieco łaskawsze.
_______________
*czasem, oczywiście, dla pieniędzy, ale umówmy się, że rozmawiamy tylko o tych twórcach, którzy istotnie mają coś do przekazania.