poniedziałek, 31 grudnia 2012

Mniejszy na zewnątrz

fragment grafiki autorstwa Sary Richard, całość tutaj.
Albo nie, wiecie co? Jeszcze jedna notka.

Nie znoszę świąt. Nienawidzę. Nie podoba mi się ogólna atmosfera wymuszonej uprzejmości i obowiązkowej świątecznej radości (jakby było się z czego cieszyć), nie lubię legionu szturchających mnie cioć i wujków pytających ciągle „Kiedy ty się ożenisz?” (jakby to był jakiś obowiązek), ciągnącego mnie za nogawki młodszego kuzynostwa, błyskających mi po oczach choinkowych ozdób i generalnie bycia miłym dla osób, które widzę raz, dwa razy do roku i w ogóle udawania, że znaczą dla mnie coś więcej, niż pierwszy lepszy przechodzień z ulicy tylko dlatego, że łączą nas mniej lub bardziej sprecyzowane więzy krwi. Może jestem gorszy, niż Grinch i Scrooge razem wzięci, ale święta Bożego Narodzenia powinny być według mnie zakazane na mocy Konwencji Praw Człowieka. Jedynym jaśniejszym punktem w tym oceanie obsypanej śniegiem hipokryzji jest świąteczny odcinek specjalny serialu Doctor Who i gdyby nie to, najprawdopodobniej nie zdzierżyłbym. I oto jest – kolejny odcinek pierwszego, najdłuższego, najstarszego i prawdopodobnie najlepszego serialu science-fiction w historii telewizji. Jak wypadła utrzymana w świątecznym klimacie opowieść o szalonym kosmicie dysponującym wehikułem czasu? No cóż.

Przyznam, że trudno mi jest napisać o Snowmen coś jednoznacznie pozytywnego. Na pierwszy rzut oka to bardzo dobry odcinek – bo ma i odpowiednie tempo, i dramaturgię, i plejadę wyrazistych postaci, i charakterystyczne dla całego serialu żarty, i nową bohaterkę… Tyle, że to tylko na pierwszy rzut oka. Po zakończeniu seansu pomyślałem sobie: „Jej, jakie to było nieudane” i dopiero głębsze przemyślenia pozwoliły mi jakoś skonkretyzować zarzuty, jaki mam wobec Snowmen. A imię ich Legion. Nim przejdę do rzeczy, zwróćcie, proszę, uwagę w jak perfidny sposób nie ostrzegam przed nad wyraz paskudnymi spoilerami, jakie zaatakują poniżej.

Mamy zatem Doctora, który po wydarzeniach z The Angels Takes Manhattan popadł w marazm i siedzi nabzdyczony na sztucznej chmurze nad wiktoriańskim Londynem. Jego odosobnienie starają się, nader nieskutecznie, przerwać madame Vastra, Jenny i (w niewyjaśniony, póki co, sposób) zmartwychwstały Strax – bohaterowie towarzyszący mu w inwazji na Demon’s Run (Good Man Goes to War). Impas zostaje przełamany w chwili, gdy w całym mieście zaczynają pojawiać się demoniczne bałwany, zaś młoda kobieta imieniem Clara wpada na trop Doctora i wyrywa go z jego otępienia. Potem, tradycyjnie – dużo biegania, żartów, dramy i końcówka zwiastująca przyszłe wydarzenia. Tyle w kwestii fabuły. Co sprawiło, ze ten odcinek tak mi się nie podobał? Nic kardynalnie złego, raczej mnóstwo niedoróbek, nietrafionych decyzji scenarzysty, słabych chwytów fabularnych i rozmaitych niedociągnięć, które – nakładając się na siebie – sprawiają, że oglądało mi się mało przyjemnie.

Zacznijmy od tego, że cały ten odcinek cierpi  na nieznośny wręcz whedonizm, stając się w gruncie rzeczy korowodem fanserwisu, inside joke’ów, zaskakująco mało zabawnych gagów i puszczanych do fanów oczek, przez co bardzo mocno cierpi fabuła – prosta jak drut, rozpisana bez polotu, niezaskakująca i ewidentnie będąca usprawiedliwieniem kolejnych scenopisarskich popisów Moffata. Występ lesbijskiego duetu wiktoriańskich pań detektyw spowodowany jest chyba tylko i wyłącznie popularnością, jaką cieszą się te postaci w fandomie, ich udział w całej tej śnieżnej awanturze ogranicza się tylko do biegania wkoło i czekania, aż Doctor uratuje sytuację. Jeszcze mniej sensowny jest występ Straxa, który jest bardzo słabym comic reliefem, zaś jego runnig joke o granatach to jeden z bardziej żenujących motywów odcinka. Ponadto mamy też występ Doctora jako Sherlocka Holmesa, z którym mam duży problem, nawet mimo tego, że bardzo podoba mi się anarchistyczne podejście do dedukcji, jakie przejawia nasz Time Lord. Doctor wpadający do siedziby głównego złego w sherlockowej czapce, sherlockowym płaszczu i z sherlockową laską może budzić radość fanów seriali Moffata, ale mnie ten fragment poraził nienaturalnością – Doctor zaplanował swoje wejście w takim image’u, by… właściwie po co? Ekscentryzm tej postaci jest raczej czysty i niewymuszony, jego niekonwencjonalny sposób bycia przychodzi sam z siebie, z nieokiełznanego charakteru Doctora, zaś absurdalne zachowania to domena potrzeby chwili albo przejaw jakiegoś planu (patrz – symulowanie stanu nietrzeźwości w The Girl in the Fireplace). Tutaj Doctor przebrał się za słynnego detektywa nie wiadomo, po co. To znaczy – wiadomo. Moffat mu kazał, żeby podbić nerd factor, w moim przekonaniu rozbijając przy tym spójność charakteru tej postaci. To nie jest ten rodzaj wygłupów i ekscentryzmu, do jakiego przyzwyczaił nas Doctor.

Wszystkie te mniej lub bardziej wymuszone gadżety mające ubarwić odcinek przykryły motywy naprawdę fajne – choćby krytyka wiktoriańskiego modelu wychowania, gdzie rodzic to na wpół mityczny fantom majaczący się za barierą niań, opiekunek, guwernantek i nauczycielek czy izolacja społeczna jako źródło problemów natury emocjonalnej (tu podwójnie – izoluje się zarówno główny zły, jak i sam Doctor, co w obu przypadkach przynosi katastrofalne skutki). Na tych motywach można było skomponować naprawdę udaną, angażującą emocjonalnie opowieść, która pozostałaby w pamięci na długo (jak to było w mistrzowskim Christmas Carol) i nie byłoby potrzeby łatać dziurawej barki fanserwisem. A że Moffat tak potrafi, to przecież wszyscy wiemy.

Ale przejdźmy do głównej gwiazdy programu, czyli zapowiadanej nowej towarzyszki Doctora – Clary. Jak wypadła w tym odcinku? No cóż, gdybym miał opisać ją jednym słowem (nawiązując do jednego z bardziej udanych fragmentów odcinka) powiedziałbym „rezolutna”. I faktycznie – po mdłej i rozmemłanej charakterologicznie Amy Clara prezentuje się nad wyraz spójnie i atrakcyjnie (także wizualnie). Jest bystra, bezpretensjonalna, potrafi przejąć inicjatywę i jest najwyraźniej nieślubnym dzieckiem kapitana Jacka Harknessa i Rory’ego Williamsa, bo ginie w obu odcinkach, w jakich dotąd się pokazała. I w końcu nie jesteśmy pod tym względem ani trochę mądrzejsi – kim (czym?) jest Clara i jaką rolę odegra w życiu Doctora. Końcówka odcinka wskazuje na to, że to dziewczyna ze współczesnego Londynu, tak więc wszyscy, którzy mieli nadzieję na towarzyszkę z przeszłości/przyszłości mogą się rozejść. Poważnie, rozejdźcie się, nie ma tu niczego ciekawego do oglądania.

Poza tym wszystkim, odcinek cierpi też na inne wady – wspomniane wyżej drapieżne bałwany to wstrząsający powrót do epoki RTD, czyli potworów typu Slitheen czy ten stwór z Love & Monsters. Proszę, nie. Ponadto, niektóre fragmenty (choćby Clara zwiedzająca „krótsze w środku” schody) dłużą się niemiłosiernie, nie wnosząc absolutnie niczego do fabuły. Biorąc to wszystko do kupy, stwierdzam, że Snowmen jest odcinkiem po prostu słabym. Dziękuję za uwagę, Szczęśliwego Nowego Roku.

PS: A nowy wystrój TARDIS spowodował u mnie dramatyczne wzruszenie ramion.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...