![]() |
fragment grafiki autorstwa Sary Richard, całość tutaj. |
Nie znoszę świąt. Nienawidzę. Nie podoba mi się ogólna atmosfera wymuszonej uprzejmości i obowiązkowej świątecznej radości (jakby było się z czego cieszyć), nie lubię legionu szturchających mnie cioć i wujków pytających ciągle „Kiedy ty się ożenisz?” (jakby to był jakiś obowiązek), ciągnącego mnie za nogawki młodszego kuzynostwa, błyskających mi po oczach choinkowych ozdób i generalnie bycia miłym dla osób, które widzę raz, dwa razy do roku i w ogóle udawania, że znaczą dla mnie coś więcej, niż pierwszy lepszy przechodzień z ulicy tylko dlatego, że łączą nas mniej lub bardziej sprecyzowane więzy krwi. Może jestem gorszy, niż Grinch i Scrooge razem wzięci, ale święta Bożego Narodzenia powinny być według mnie zakazane na mocy Konwencji Praw Człowieka. Jedynym jaśniejszym punktem w tym oceanie obsypanej śniegiem hipokryzji jest świąteczny odcinek specjalny serialu Doctor Who i gdyby nie to, najprawdopodobniej nie zdzierżyłbym. I oto jest – kolejny odcinek pierwszego, najdłuższego, najstarszego i prawdopodobnie najlepszego serialu science-fiction w historii telewizji. Jak wypadła utrzymana w świątecznym klimacie opowieść o szalonym kosmicie dysponującym wehikułem czasu? No cóż.
Przyznam, że trudno mi jest napisać o Snowmen coś jednoznacznie pozytywnego. Na pierwszy rzut oka to bardzo dobry odcinek – bo ma i odpowiednie tempo, i dramaturgię, i plejadę wyrazistych postaci, i charakterystyczne dla całego serialu żarty, i nową bohaterkę… Tyle, że to tylko na pierwszy rzut oka. Po zakończeniu seansu pomyślałem sobie: „Jej, jakie to było nieudane” i dopiero głębsze przemyślenia pozwoliły mi jakoś skonkretyzować zarzuty, jaki mam wobec Snowmen. A imię ich Legion. Nim przejdę do rzeczy, zwróćcie, proszę, uwagę w jak perfidny sposób nie ostrzegam przed nad wyraz paskudnymi spoilerami, jakie zaatakują poniżej.
Mamy zatem Doctora, który po wydarzeniach z The Angels Takes Manhattan popadł w marazm i siedzi nabzdyczony na sztucznej chmurze nad wiktoriańskim Londynem. Jego odosobnienie starają się, nader nieskutecznie, przerwać madame Vastra, Jenny i (w niewyjaśniony, póki co, sposób) zmartwychwstały Strax – bohaterowie towarzyszący mu w inwazji na Demon’s Run (Good Man Goes to War). Impas zostaje przełamany w chwili, gdy w całym mieście zaczynają pojawiać się demoniczne bałwany, zaś młoda kobieta imieniem Clara wpada na trop Doctora i wyrywa go z jego otępienia. Potem, tradycyjnie – dużo biegania, żartów, dramy i końcówka zwiastująca przyszłe wydarzenia. Tyle w kwestii fabuły. Co sprawiło, ze ten odcinek tak mi się nie podobał? Nic kardynalnie złego, raczej mnóstwo niedoróbek, nietrafionych decyzji scenarzysty, słabych chwytów fabularnych i rozmaitych niedociągnięć, które – nakładając się na siebie – sprawiają, że oglądało mi się mało przyjemnie.
Zacznijmy od tego, że cały ten odcinek cierpi na nieznośny wręcz whedonizm, stając się w gruncie rzeczy korowodem fanserwisu, inside joke’ów, zaskakująco mało zabawnych gagów i puszczanych do fanów oczek, przez co bardzo mocno cierpi fabuła – prosta jak drut, rozpisana bez polotu, niezaskakująca i ewidentnie będąca usprawiedliwieniem kolejnych scenopisarskich popisów Moffata. Występ lesbijskiego duetu wiktoriańskich pań detektyw spowodowany jest chyba tylko i wyłącznie popularnością, jaką cieszą się te postaci w fandomie, ich udział w całej tej śnieżnej awanturze ogranicza się tylko do biegania wkoło i czekania, aż Doctor uratuje sytuację. Jeszcze mniej sensowny jest występ Straxa, który jest bardzo słabym comic reliefem, zaś jego runnig joke o granatach to jeden z bardziej żenujących motywów odcinka. Ponadto mamy też występ Doctora jako Sherlocka Holmesa, z którym mam duży problem, nawet mimo tego, że bardzo podoba mi się anarchistyczne podejście do dedukcji, jakie przejawia nasz Time Lord. Doctor wpadający do siedziby głównego złego w sherlockowej czapce, sherlockowym płaszczu i z sherlockową laską może budzić radość fanów seriali Moffata, ale mnie ten fragment poraził nienaturalnością – Doctor zaplanował swoje wejście w takim image’u, by… właściwie po co? Ekscentryzm tej postaci jest raczej czysty i niewymuszony, jego niekonwencjonalny sposób bycia przychodzi sam z siebie, z nieokiełznanego charakteru Doctora, zaś absurdalne zachowania to domena potrzeby chwili albo przejaw jakiegoś planu (patrz – symulowanie stanu nietrzeźwości w The Girl in the Fireplace). Tutaj Doctor przebrał się za słynnego detektywa nie wiadomo, po co. To znaczy – wiadomo. Moffat mu kazał, żeby podbić nerd factor, w moim przekonaniu rozbijając przy tym spójność charakteru tej postaci. To nie jest ten rodzaj wygłupów i ekscentryzmu, do jakiego przyzwyczaił nas Doctor.
Wszystkie te mniej lub bardziej wymuszone gadżety mające ubarwić odcinek przykryły motywy naprawdę fajne – choćby krytyka wiktoriańskiego modelu wychowania, gdzie rodzic to na wpół mityczny fantom majaczący się za barierą niań, opiekunek, guwernantek i nauczycielek czy izolacja społeczna jako źródło problemów natury emocjonalnej (tu podwójnie – izoluje się zarówno główny zły, jak i sam Doctor, co w obu przypadkach przynosi katastrofalne skutki). Na tych motywach można było skomponować naprawdę udaną, angażującą emocjonalnie opowieść, która pozostałaby w pamięci na długo (jak to było w mistrzowskim Christmas Carol) i nie byłoby potrzeby łatać dziurawej barki fanserwisem. A że Moffat tak potrafi, to przecież wszyscy wiemy.
Ale przejdźmy do głównej gwiazdy programu, czyli zapowiadanej nowej towarzyszki Doctora – Clary. Jak wypadła w tym odcinku? No cóż, gdybym miał opisać ją jednym słowem (nawiązując do jednego z bardziej udanych fragmentów odcinka) powiedziałbym „rezolutna”. I faktycznie – po mdłej i rozmemłanej charakterologicznie Amy Clara prezentuje się nad wyraz spójnie i atrakcyjnie (także wizualnie). Jest bystra, bezpretensjonalna, potrafi przejąć inicjatywę i jest najwyraźniej nieślubnym dzieckiem kapitana Jacka Harknessa i Rory’ego Williamsa, bo ginie w obu odcinkach, w jakich dotąd się pokazała. I w końcu nie jesteśmy pod tym względem ani trochę mądrzejsi – kim (czym?) jest Clara i jaką rolę odegra w życiu Doctora. Końcówka odcinka wskazuje na to, że to dziewczyna ze współczesnego Londynu, tak więc wszyscy, którzy mieli nadzieję na towarzyszkę z przeszłości/przyszłości mogą się rozejść. Poważnie, rozejdźcie się, nie ma tu niczego ciekawego do oglądania.
Poza tym wszystkim, odcinek cierpi też na inne wady – wspomniane wyżej drapieżne bałwany to wstrząsający powrót do epoki RTD, czyli potworów typu Slitheen czy ten stwór z Love & Monsters. Proszę, nie. Ponadto, niektóre fragmenty (choćby Clara zwiedzająca „krótsze w środku” schody) dłużą się niemiłosiernie, nie wnosząc absolutnie niczego do fabuły. Biorąc to wszystko do kupy, stwierdzam, że Snowmen jest odcinkiem po prostu słabym. Dziękuję za uwagę, Szczęśliwego Nowego Roku.
PS: A nowy wystrój TARDIS spowodował u mnie dramatyczne wzruszenie ramion.