piątek, 11 września 2020

RECENZJA: Axiom's End


Czekałem na premierę Axiom’s End. Bardzo szanuję intelektualny dorobek Lindsay Ellis. Jej wideoeseje na temat kultury popularnej są zawsze błyskotliwe, zabawne, przemyślane oraz informatywne. Ze zniecierpliwieniem oczekuję na każdą kolejną YouTubkę, które autorka tworzy na szczęście stosunkowo regularnie. Gdy jednak przyszło do lektury jej debiutanckiej powieści, moje uczucia okazały się… mieszane. To nie jest zła powieść, w żadnym wypadku. Po prostu Ellis do tej pory dawała mi się poznać jako teoretyczka mająca dużą świadomość istnienia popkulturowych mechanizmów, struktur narracyjnych i fabularnych. Patrzenie jak wpada w te same pułapki, które latami krytykowała w swoich wideoesejach było dość rozczarowujące i przypomniało mi starą prawdę, że nie każdy dobry krytyk jest jednocześnie dobrym twórcą.

Zdaję sobie sprawę, że to dziwna rzecz do rozpoczęcia od niej recenzji, ale weźmy choćby decyzję osadzenia akcji powieści w dwa tysiące siódmym roku. W teorii i na papierze doskonale rozumiem, o co chodziło Ellis – był to specyficzny kulturowo i politycznie okres w historii USA, z agresywną polityką militarną poza granicami kraju, nadal niezaleczoną traumą społeczną po jedenastym września, zbliżającym się coraz większymi krokami kryzysem finansowym i kontrowersyjną prezydenturą Busha. Cała ta patriotyczna gorączka i rosnąca niechęć do nacji spoza amerykańskiego bloku kulturowego potencjalnie całkiem nieźle rezonuje z tematem powieści, czyli Pierwszym Kontaktem z obcą rasą istot pozaziemskich operujących inną wrażliwością i innym sposobem życia na poziomie biologicznym i społecznym. Była tu przestrzeń do kreślenie interesujących porównań i wzmacniania przekazu.

Przestrzeń, którą autorka wykorzystała… raczej tak średnio. Gdy twórcy kultury popularnej osadzają swoje opowieści w konkretnym punkcie przeszłości – szczególnie historii najnowszej – często zdarza im się wpadać w pułapkę przerysowania. Wiecie, jak w Stranger Things, gdzie główni bohaterowie chodzą do kina tylko na te filmy, które zniosły próbę czasu, w radiu lecą tylko ikoniczne i rozpoznawalne do dziś przeboje, a wszystko wygląda nie jak prawdziwe lata osiemdziesiąte, ale wizja tego okresu przefiltrowana przez kolektywną nostalgię. Axiom’s End wpada w tę pułapkę dość mocno – nawiązania do popularnych w pierwszej dekadzie XX wieku tekstów kultury sypią się na tyle gęsto, by całość robiła wrażenie spaceru po skansenie.

W dodatku interpretowanie dwa tysiące siódmego roku jako historycznego bąbla, który warto traktować jak interesującą arenę wydarzeń wydaje mi się trochę bezsensowne. Minęło po prostu zbyt mało czasu, by porywać się na coś podobnego. Świat nie zmienił się aż tak bardzo. Większość czytelników i czytelniczek Axiom’s End stosunkowo dobrze pamięta tamten okres, co utrudnia jego mitologizowanie bo prawie wszyscy mamy swoje własne mitologie z zeszłej dekady. W dodatku Ellis rzadko kiedy skupia się na różnicach między dwa tysiące siódmym rokiem, a współczesnością. Nie wydaje mi się, by miało to jakiś głębszy sens.

Gdy Stranger Things (odwołuję się do tego serialu nie przez przypadek – w materiałach reklamowych Axiom’s End tytuł Stranger Things przewija się bez przerwy) rzucało nas cztery dekady wstecz, scenarzyści wykorzystywali fakt, że nikt nie miał Internetu, telefonów komórkowych, a dzieciom w wieku przednastoletnim dawano mnóstwo swobody, by budować i uprawdopodobniać opowieści, jakie dziś byłyby albo niemożliwe albo niewiarygodne. W dwa tysiące siódmym mieliśmy już zarówno telefony komórkowe jak i powszechny dostęp do Internetu, obyczajowość i moda też nie zmieniły się w jakiś znaczący sposób. Im dłużej o tym myślę, tym trudniej mi znaleźć powody, dla których akcja Axiom’s End nie toczy się w, dajmy na to, dwa tysiące siedemnastym roku. Albo dwa tysiące dwudziestym siódmym.

Powieść autorka obudowała wokół postaci Cory Sabino, młodej kobiety, której rodzina – głównie ojciec i ciotka – zamieszana jest w rządowe przekręty USA. Ten pierwszy zmuszony jest porzucić żonę i dzieci, po czym uciec do Europy po tym jak upublicznił kilka wrażliwych, utajnionych przez rząd informacji, przez co zainteresowało się nim CIA. Ta druga pracuje przy badaniu grupki kosmitów, która rozbiła się na Ziemi lata przed rozpoczęciem akcji Axiom’s End. Cora zostaje wplątana w tę aferę wbrew własnej woli, gdy do jej domu włamuje się kosmita i wszczepia jej cybernetyczny implant, który pozwala mu kontrolować dziewczynę i komunikować się z nią. Po nieudanej próbie wykorzystania Cory jako marionetki w celu włamania się do siedziby Google, Spójnik (takie bowiem imię przybrał sobie przybysz z kosmosu) zawiązuje z Corą niestały sojusz. Teraz oboje starają się znaleźć między sobą jakąś nić porozumienia oraz uratować przetrzymywanych przez rząd kosmitów, za czym też zresztą stoi nieco głębsza historia.

Tematem powieści jest próba zrozumienia siebie nawzajem oraz samych siebie. Cora i Spójnik zmuszeni są do otworzenia się przed sobą, co jest o tyle trudne, że różnią się od siebie na poziomie fundamentalnym. Obcość kosmitów z Axiom’s End znajduje się gdzieś pomiędzy Star Trekiem (praktycznie ludzie z kilkoma kulturowymi i biologicznymi ekscentryzmami), a prozą Petera Wattsa (bardzo obce i właściwie niezrozumiałe dla człowieka organizmy z kosmosu), mimo wszystko bliżej tego pierwszego. Nie ma tu jednak niczego, co wyróżniałoby alienów Ellis od stockowych Niezrozumiałych Kosmitów, Z Którymi Da Się Jednak Dogadać, jakich w ostatnim półwieczu fantastyki naukowej dostaliśmy już całą masę. Autorka nie robi też z tym wątkiem niczego specjalnie interesującego i, koniec końców, dąży on do stosunkowo przewidywalnego finału.

Innym problemem jest sama główna bohaterka. Okej, ten akapit będę musiał pisać wyjątkowo ostrożnie, by nie palnąć czegoś głupiego po drodze. Spróbujmy zatem… Lindsay Ellis wielokrotnie wspominała, że pisała tę powieść od przeszło dekady i, faktycznie, główna oś relacji na linii Cora-Spójnik wygląda jak wymyślona przez dwudziestolatkę w czasach, gdy Zmierzch był dziełem definiującym literaturę dla jej grupy demograficznej. Nie, spokojnie, be obaw – już teraz zdradzę, że relacja obojga głównych bohaterów nigdy nie przeistacza się w romans. Nie zmienia to jednak faktu, że poza tym wpada w bardzo wiele kolein tego typu literatury. 

Oto mamy bowiem bohaterkę, w której nie ma absolutnie nic wyjątkowego, a która naznaczona zostaje przez tajemniczego i groźnego kosmitę, który po pewnym czasie okazuje się równie przerażony i przytłoczony całą sytuacją, co ona. Bohaterka bierze zatem na siebie rolę jego powierniczki i w kilka dni zbliża się do niego emocjonalnie oraz intelektualnie bardziej niż wyszkoleni naukowcy przez lata zbliżyli się do „swoich” kosmitów. Wszystko to wygląda jak kolejna eskapistyczna fantazja o byciu przeciętną dziewczyną desygnowaną do wyjątkowości przez unikalnego partnera – z tą różnicą, że Ellis nie poszła na całość, w międzygatunkowy romans. To odrobinę dziwne, że autorka powiela fabularne klisze, które wielokrotnie krytykowała w swoich wideoesejach.

I nie byłoby w tym niczego złego – w sumie to teraz też nie ma – gdyby nie fakt, że Cora jest po prostu… nudna. Jest na tyle rozgarnięta, by sensownie reagować w kluczowych sytuacjach, ale to w zasadzie tyle. Bardzo rzadko przejmuje inicjatywę, nie ma żadnych szczególnych umiejętności, motywacji czy cech charakteru, które usprawiedliwiałyby jej wyjątkową umiejętność nawiązania kontaktu z przedstawicielem obcej cywilizacji. Prawie wszystko, co udało się jej osiągnąć, udało się dzięki instrukcjom postaci drugoplanowych i/albo szczęśliwym zbiegom okoliczności. Z drugiej strony, nie ma też żadnych istotnych wad albo skaz charakteru.

Odnoszę wrażenie, że drugoplanowa postać ciotki Cory sprawdziłaby się znacznie lepiej w roli protagonistki, bo to odrobinę starsza, nieco bardziej doświadczona przez życie osoba, która w dodatku od początku jest zawodowo zaangażowana w całą tę kosmiczną aferę, ma akademickie wykształcenie, cięty język i silną osobowość, za pomocą której napędza wydarzenia, a nie – jak jej bratanica – biernie daje się nim nieść. Luciana, bo tak ma na imię ta postać, jest naprawdę całkiem fajne napisana i poprowadzona. Cora po prostu… jest. I tyle. Pełni narracyjną funkcję protagonistki i nic więcej.

Z jednym wyjątkiem, który jest zarazem najlepszym – dla mnie – motywem całej powieści. Jest nim relacja Cory z Nilsem, jej ojcem, który porzucił całą rodzinę, by z Europy prowadzić partyzancką wojnę informacyjną z rządem USA. Nils nigdy nie pojawia się na kartach powieści, znamy go jedynie z cytatów, wspomnień i rozmów między bohaterami. Cora, jak nietrudno się domyśleć, ma dość skomplikowane relacje z ojcem. Boi się, że staje się jak on – narcystyczna i cyniczna w swym pragmatyzmie – a jednocześnie momentami postępuje tak, jakby on to robił, by odnaleźć się w nowej sytuacji. Jest to zrobione na tyle subtelnie, by stymulowało wyobraźnię i prowokowało do przemyśleń, na ile obawy Cory są uzasadnione. Dywagacjom sprzyja też fakt, iż nie znamy Nilsa inaczej niż z drugiej ręki, więc niewykluczone, że bohaterka projektuje na niego wiele własnych skaz charakteru czy niedoskonałości. To frapujący, umiejętnie wyeksponowany konflikt wewnętrzny i w tym aspekcie Ellis naprawdę zrobiła na mnie spore wrażenie. Nie obraziłbym się, gdyby w kolejnych tomach serii wątek fantastycznonaukowy zszedł na nieco dalszy plan i ustąpił miejsca rozwojowi relacji Cory i Nilsa.

Podsumowując, Axiom’s End jest całkiem obiecującym początkiem cyklu powieściowego (autorka napomyka o trylogii), który nawet jeśli nie zapisze się złotymi zgłoskami w kronikach historii fantastyki naukowej, to i tak stanowi stosunkowo przyzwoitą lekturę. Jest lepiej niż się bałem, ale gorzej niż miałem nadzieję. 

Czyli, w sumie, bez zaskoczenia.


Tekst powstał w ramach współpracy z producentem czytników książek elektronicznych PocketBook.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...