piątek, 26 czerwca 2020

RECENZJA: Potężna Thor - tom 3

fragment grafiki okładkowej, całość tutaj.

Trzeci tom polskiego wydania zbiorczego serii Potężna Thor – komiksu opowiadającego o Jane Foster, która przyjęła na siebie rolę bogini gromów z całym dobrodziejstwem inwentarza, jednocześnie zmagając się z zabijającą ją powoli chorobą nowotworową – jak w soczewce skupia w sobie wszystkie problemy, jakie mam z Jasonem Aaronem, scenarzystą tego komiksu. Aaron zawsze był popularnym twórcą, ale w czasach, w których powstawała Potężna pełnił rolę niemal architekta sporej części uniwersum Marvela oraz odpowiadał za pisanie głównej serii komiksowej na licencji Star Wars. To z kolei sprawia, że Egmont, w ramach nadrabiania coraz mniejszych zaległości z głównego nurtu komiksowego w USA, intensywnie publikuje w naszym kraju mnóstwo komiksów tego scenarzysty. 

Do Jasona Aarona mam bardzo specyficzny stosunek, bo nie jest to w żadnym wypadku scenarzysta słaby. Czytałem mnóstwo jego komiksów i wiem, że w momencie, gdy odpowiada mu jakaś konwencja, jest w stanie dostarczyć naprawdę świetnych historii. Jego dwunastoczęściowy run komiksu Conan Barbarzyńca to jedna z najlepszych rzeczy, jakie miałem przyjemność czytać w zeszłym roku i, gdy tylko Egmont zapowiedział jego publikację, z miejsca postanowiłem, że nabędę ten komiks, bo po prostu chcę go mieć na półce – nie tylko jako fan Conana, ale również jako fan dobrego komiksu. Pozostałe jego rzeczy są jednak… dziwne. Nie, żeby była to wada w taśmowo produkowanym komiksie superbohaterskim, w którym absurd często jest jedyną podtrzymującą uwagę rzeczą, ale Aaron zdaje się nie znać umiaru i przesadza z absolutnie wszystkim w stopniu, w którym przestaję się już łapać na ile jest to umyślna autoparodia, a na ile nieironiczne szarżowanie w ramach konwencji. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar, o której mowa w tej notce zdaje się utrzymywać mniej więcej pośrodku Aaronowego spektrum campu. Wydanie zawiera w sobie dwie opowieści kontynuujące wątki z poprzednich albumów. W pierwszej z nich Thor staje na czele drużyny do zadań specjalnych złożonej z przedstawicieli i przedstawicielek wszystkich światów z thorowego zakątka uniwersum. Prowadzi to oczywiście do nieufności i tarć w drużynie, z którą musi radzić sobie główna bohaterka. Druga, dłuższa historia, opowiada o pojedynku z parą bogów wyznawanych przez kosmiczną rasę Shi’Ar, w który wmanewrowana została Thor. W tle przewijają się wątki przewodnie całej serii, jak walka Jane Foster z nowotworem oraz wojna z elfami. 

Obie historie są bardzo sztampowe i napędza je niemal wyłącznie barwna akcja. Nie ma tu znaczącego rozwoju postaci czy interesującego budowania zależności między frakcjami. To komiks czysto rozrywkowy, który bawi, bo to jego jedyna ambicja. I naprawdę nie ma w tym niczego złego, od tego jest przecież kolorowa superbohaterszczyzna, by na kilka kwadransów oderwać się od rzeczywistości i zanurzyć w świecie, w którym wszystkie problemy można rozwiązać odpowiednio mocnym uderzeniem przeciwnika albo wykazaniem dostatecznej determinacji. I w tej roli Potężna Thor sprawdza się doskonale. Dzieje się dużo, akcja pędzi na złamanie karku i nie zatrzymuje się aż do samego końca. Co więc jest nie tak? 

Jane Foster. Nie sama bohaterka, która pisana jest nieco na autopilocie, ale na tyle umiejętnie, bym nie mógł się czepić niczego konkretnego. Chodzi mi o jej wątek. Wyjściowy pomysł na postać Thor była tragedia postaci – doktor Foster cierpi na raka i walczy o życie. Za każdym razem gdy dokonuje transformacji w potężną Thor wszystkie działania mające na celu przejście przez chorobę – środki przeciwbólowe, chemioterapia – resetują się. Im częściej dokonuje transformacji, tym bardziej maleją jej szansę na przeżycie choroby, bo gdy wraca do swojego ciała wszystko trzeba zaczynać od początku. 

Kontrast wiotkiej, wyniszczonej chorobą Jane i witalnej, zdrowej, potężnej Thor działa jako fajny kontrapunkt, a walka z nowotworem w sytuacji, gdy bohaterka musi kalkulować swoje szanse na wyzdrowienie przez pryzmat tego, co dzieje się wokół niej potencjalnie dodaje całej tej zabawie większego dramatyzmu… niestety tylko potencjalnie. Rak jest straszliwą chorobą, zabijającą powoli i boleśnie. Wiąże się on z długim i wyniszczającym cierpieniem i olbrzymimi obciążeniami psychicznymi. W jaki sposób ogrywa to komiks? 

W bardzo nijaki. Motyw raka funkcjonuje tu na zasadzie niemal gimmicka, któremu poświęcone jest absolutne obligatoryjne minimum uwagi i zaangażowania. Nie twierdzę, że cała seria o Thor powinna być kroniką gaśnięcia pod kroplówką, bo nie po to czytamy głównonurtowe komiksy od Marvela, by się dołować albo przeżywać intymne studium emocjonalne. Skoro jednak wprowadzono już taki wątek do historii postaci, w dodatku jako istotną jej część, wypadałoby odnieść się do niego w jakiś znaczący sposób. Tego niestety, póki co, w tym komiksie brakuje. To daje rezultat w postaci dziwnego dysonansu, nie jestem przekonany czy umyślnego. 

Ilustracje są natomiast znakomite i wydaje mi się, że to właśnie one są główną atrakcją tej serii – soczyste, dynamiczne kadry, żywa kolorystyka i umiejętne operowanie narracją graficzną. To pewien standard tej serii i jedna z tych rzeczy, za które zawsze będę ją chwalił. Szczególnie podobały mi się ilustracje wątku boskiej wojny z Shi’Ar, w których rysownik dokonywał małych cudów kreatywności by należycie zaprezentować konflikt między tak potężnymi siłami. 

Potężna Thor: Wojna Asgardu z Shi’Ar to kolejny komiks Jaona Aarona zawierający w sobie całe to cudowne bezguście przesady, z którego znany jest ten twórca. Tylko tyle albo aż tyle. 

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...