piątek, 29 listopada 2019

Pociąg (do) Nieskończoności

fragment grafiki promocyjnej, całość tutaj.


Minęło kilka miesięcy od premiery ostatniego odcinka Infinity Train i jedyną emocją, jaka nawiedza mnie w zawiązku z tą kreskówką jest niejasne, nieco nieskonkretyzowane poczucie rozczarowania. Nie rozumiem tego – Infinity Train to udany serial. Bardzo polubiłem Tulip, jego główną bohaterkę. Rozwiązanie zagadki Konduktora jednocześnie zaskoczyło mnie i usatysfakcjonowało. Koncepcja Pociągu Nieskończoności sama w sobie jest bardzo fascynująca, a serial przedstawił ją ciekawie, jednocześnie tłumacząc niektóre kluczowe zasady jego funkcjonowania, implikując część innych i pozostawiając resztę na kolejne sezony serialu, zapowiedziane tuż po wyemitowaniu ostatniego epizodu. Oprawa graficzna jest… całkowicie akceptowalna, może odrobinę zbyt surowa jak na mój gust, ale w żadnym wypadku nie mógłbym nazwać jej brzydką albo nieestetyczną.

A jednak, za każdym razem, gdy przypominam sobie o istnieniu Infinity Train, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie jest to ta rzecz, na którą czekałem. A czekałem na ten serial od momentu obejrzenia jego odcinka testowego wyprodukowanego na zlecenie Cartoon Network i zamieszczonego na ich kanale YouTube. Zachwyciła mnie bardzo wyraziście nakreślona rama fabularna – młoda nastolatka uwięziona w pociągu, którego każdy wagon jest całkowicie inną rzeczywistością rządzącą się własnymi prawami – i zaintrygowały zadane pytania (co oznaczają liczby pojawiające się na dłoni Tulip? Czym jest tajemnicza maszyna ścigająca główną bohaterkę? O co właściwie chodzi z tym pociągiem?), na które pilot nie udzielił odpowiedzi. Bardzo się ucieszyłem, gdy zapowiedziano zamówienie pełnego serialu. Potem zasmuciłem się, gdy na kilka dni przed premierą pierwszego odcinka Cartoon Network oznajmiło, że Infinity Train będzie jedynie miniserią. Jeszcze później znów ucieszyłem się, gdy ujawniono, że poprzednia wiadomość była zmyłką i kontynuacja, w niesprecyzowanej jeszcze formie, nastąpi. Czy taka emocjonalna sinusoida była warta tego, co dostałem? To… skomplikowane.

Wspomniany wyżej pilot kreślił idealny punkt wyjścia dla serialu w stylu Gravity Falls – narracji podzielonej na w zasadzie samodzielne fabularnie epizody połączone kilkoma wątkami przewijającymi się przez kolejne odcinki. Tytułowy Pociąg Nieskończoności był do tego idealnym środowiskiem – każdy wagon to właściwie oddzielna rzeczywistość i poszczególnego odcinki spokojnie mogłyby być poświęcone eksploracji każdej z nich. Równolegle Tulip powoli odkrywałaby zależność liczb, które wyświetlają się na jej dłoni i czynionych przez nią postępów, poznawała zasady, jakimi rządzi się Pociąg i tak dalej. Struktura świata przedstawionego oraz zalążek fabuły zaprezentowany w pilocie były idealnie dopasowane do tego typu opowieści i myślę – bo tak było w moim przypadku – że to właśnie zaintrygowało dużą część osób, które obejrzały odcinek testowy w Internecie.

Tymczasem dostaliśmy coś innego. Niekoniecznie gorszego, po prostu mocno rozmijającego się z obietnicami składanymi w pilocie. Nie zrozumcie mnie źle, wszystkie elementy fabularne wymienione przeze mnie w poprzednim akapicie w jakimś stopniu pojawiają się w serialu – po prostu z wielu względów są one niedopracowane. Pociąg Nieskończoności pełni w tej historii rolę narracyjnego tła, podporządkowanego rozwojowi głównej bohaterki. To Tulip jest tu na pierwszym planie, jej historia oswajania się z nową dla siebie sytuacją (rozwód rodziców) dominuje fabułę, a struktura narracyjna całkowicie podporządkowana jest jej wątkowi. Nawet historia głównej postaci antagonistycznej – drugiej po Tulip najgłębiej rozwiniętej postaci serialu – służy przede wszystkim jako moralny kontrapunkt dla głównej bohaterki, pokazujący, jaki czeka ją los, jeśli nie dokona w sobie istotnej przemiany charakteru. Przemiany, którą – oczywiście – przez cały czas stymulował Pociąg.

Czemu jest to problem? Przede wszystkim… nie jest. A przynajmniej nie musi nim być. Seria została jednak zamówiona z uwagi na entuzjastyczne przyjęcie pilota – a okazała się być od niego zupełnie odmienna. W odcinku testowym nie pada nawet wzmianka o trudnej sytuacji życiowej głównej bohaterki, głównym punktem programu była dziwaczność kolejnych wagonów oraz tajemnice związane z samą naturą pociągu. Tymczasem serial spycha te elementy na dalszy plan, na pierwszy wciągając coś zupełnie z innej beczki. Osobisty wątek Tulip zdominował Infinity Train tak mocno, że nie pozostało już wiele miejsca na cokolwiek innego.

Serial rozczarowuje na poziomie, nazwijmy to, mitologicznym – tym samym, który stanowił przecież najatrakcyjniejszy motyw w pilocie. Dobrym przykładem są wspomniane już liczby na dłoni Tulip, które zmieniają się pozornie bez większego sensu. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem ten motyw w pilocie, od razu zacząłem teoretyzować, co też mogą oznaczać. Czy są ciągiem układającym się w jakiś specyficzny kod? Może ma to związek z liczbami pierwszymi i złożonymi? Albo matematycznymi ciągami? Albo z czymś jeszcze innym? Fakt, że Tulip interesuje się programowaniem wzmocnił tylko moje przekonanie o tym, że jest tu jakaś matematyczna łamigłówka dla widza, którą będzie się dało rozwiązać samodzielnie – coś jak zaszyfrowane wiadomości z Gravity Falls.

Rozwiązanie tej tajemnicy okazało się dogłębnie rozczarowujące. Im niższa liczba, tym Tulip jest bliżej rozwiązania swoich wewnętrznych problemów. Tyle. Wartość liczb, ich kolejność i tak dalej – nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Nie wymagam od serialu jakichś wyjątkowo ekwilibrystycznych machinacji matematycznych, ostatecznie to kreskówka skierowana do młodszych nastolatków, ale fakt, że rozwiązanie jednej z największych zagadek całego serialu jest tak trywialne rozczarowuje. Głównie dlatego, że ta trywialność przekłada się na całą koncepcję Pociągu. On nie funkcjonuje wedle jakichkolwiek interesujących zasad, które jesteśmy w stanie stopniowo odkrywać – to raczej Silent Hill na kółkach (co brzmi znacznie ciekawiej niż prezentuje się w praktyce) z tą różnicą, że zamiast uśmierć osoby, które przekroczyły jego granice, próbuje pomóc im przepracować traumę.

Najgorsze jest to, że ja naprawdę lubię Tulip i uważam, że jej historia została bardzo dobrze opowiedziana – nie jakoś wybitnie, ale na tyle umiejętnie, by zadziałała na widza tak, jak zadziałać powinna. Polubiłem tę bohaterkę od samego początku, kibicowałem jej w kolejnych zmaganiach i cieszyłem się, gdy raz po raz wychodziła zwycięsko z konfrontacji z własnymi urazami, traumami i lękami. Cały czas jednak tkwiło mi w pamięci przeświadczenie, że wszystko to dzieje się kosztem świata przedstawionego, który ma w sobie znacznie więcej potencjału, niż skłonni są wykorzystać scenarzyści kreskówki. Wszystkim elementom fabuły poza historią Tulip brakuje szlifu, który uczyniłby serial wybitnym, zamiast po prostu bardzo dobrym. Tak jakby twórca serialu, Owen Dennis, chciał skorzystać z (być może niepowtarzalnej) okazji do opowiedzenia swojej historii i uczynił to kosztem zupełnie innej historii – tej, którą zwiastował pilot. W rezultacie dostaliśmy naprawdę niezłą opowieść o niełatwym dojrzewaniu w nieidealnej rodzinnej sytuacji… która nie wykorzystuje nawet ułamka potencjału wyjściowej koncepcji.

To boli, ale ten ból uśmierzony jest obietnicą kontynuacji serialu. Nie wiemy jeszcze kiedy, w jakiej formie – kolejnego miniserialu, filmu telewizyjnego czy czegoś jeszcze innego – ani czy Tulip (albo ktokolwiek z dotychczasowej obsady) powróci na arenę wydarzeń, jednak sama arena powróci na pewno. I naprawdę mam nadzieję, że tym razem proporcje zostaną trochę bardziej wyważone i kolejna historia wyeksponuje mitologię Pociągu Nieskończoności tak, jak na to zasługuje.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...