czwartek, 10 października 2019

Anime. Esencjalizm

fragment grafiki, całość tutaj.

Jak zdefiniować anime? Jeśli macie doświadczenia z właściwie jakimkolwiek fandomem popkulturowym, prędzej czy później ta kwestia pojawi się w którymś z podwątków facebookowej dyskusji albo – jeśli jesteście dostatecznie oldskulowi – w którymś temacie na forum. Dyskusji na ten temat była cała masa i, wedle mojej wiedzy, nie został wypracowany w tej materii żaden twardy konsensus. Ja też nie mam zamiaru żadnego proponować, po prostu sam dyskurs na ten temat dość dobrze obrazuje koncepcję, o której chciałbym opowiedzieć w tej notce. To taki przypadek, gdy pytanie nie dostarcza odpowiedzi… ale samo w sobie może dostarczyć odpowiedzi na zupełnie inne pytanie.

Spróbujmy zatem zbudować jakąś definicję. Zacznijmy od najprostszej – anime to animacja z Japonii. Tu od razu pojawia się szereg problemów, ponieważ istnieje sporo animowanych produkcji stworzonych w Japonii (dla jasności – przez japońskich twórców, z inicjatywy japońskich twórców, w japońskich studiach produkcyjnych, nie w ramach outsourcingu), które nie są uznawane za anime. Kreskówka Panty & Stocking with Garterbelt nie jest uznawana za anime, ponieważ zarówno w treści, jak i w formie ta bardzo silnie wzorowana jest na produkcjach Cartoon Network z początków XXI wieku. Okej, czemu Panty & Stocking with Garterbelt nie jest uznawane za anime? Ponieważ nie jest stworzone „w stylu” anime. Anime to bowiem określona estetyka, ze specyficznie rysowanymi postaciami, określonym sposobem animacji i tak dalej. Problem polega na tym, że ta estetyka wykorzystywana jest również przez twórców z innych krajów – i ich dzieł nie nazywamy „anime”. Przykładem może być choćby Boondocks, stworzone głównie przez amerykańskich animatorów w USA. Albo Avatar: The Last Airbender. Albo Castlevania od Netflixa. Dla laika te kreskówki są nieodróżnialne od anime, ale nazwanie którejś z nich tym terminem jest bardzo prostym sposobem na poirytowanie twojego kumpla pasjonującego się japońską animacją.

No dobrze – w takim razie anime to kreskówka w określonym stylu, która została stworzona wyłącznie przez Japończyków? Cóż… też jakby nie? Cannon Busters, nowa animowana produkcja Netflixa, została wyprodukowana w Japonii, przez rdzennie japońskie studio Satelight… której twórcą jest rdzennie amerykański (konkretnie – nowojorski, do tego czarnoskóry) twórca LaSean Thomas, a samo anime jest adaptacją jego autorskiego komiksu – nie mangi – za scenariusz odpowiedzialny jest natomiast sam Thomas oraz Joseph Torres, Kanadyjczyk (żeby było śmieszniej, pochodzący z Filipin). A jednak Cannon Busters jest, z tego co mi wiadomo, uznawane i raczej bezdyskusyjnie powszechnie za anime – ma swój profil na MyAnimeList.net, piszą o nim portale specjalizujące się w anime…

Mógłbym tak jeszcze długo, ale myślę, że rozumiecie już, co chcę przekazać – niezależnie od tego, jaką definicję anime zbudujemy, gwarantuję, że zawsze znajdziemy jakieś przykłady dzieł, które uznawane są za anime, ale do tej definicji w jakimś stopniu nie pasują oraz dzieł, których nie nazywamy anime, choć w teorii wyczerpują wszelkie znamiona definicji. Niezależnie od tego, w jaki sposób rozłożymy parasol, nigdy nie będzie on na tyle szeroki, by pokryć wszystkie dzieła anime i zawsze będzie przykrywał jakieś dzieła, które anime nie są. Byłem świadkiem bardzo wielu dysput na ten temat, które najczęściej kończyły się albo wielką kłótnią albo wyczerpaniem dyskutantów – nigdy wyczerpaniem dyskusji czy odnalezieniem Złotego Graala ultymatywnej definicji anime.

Esencjalizm jest wywodzącym się z filozofii starożytnej poglądem, że wszystko ma swoją esencję – pewną określoną właściwość, za pomocą której odróżnia się daną rzecz od innych. Jeśli coś ma esencję, powiedzmy, jabłka, jest jabłkiem. Jeśli nie ma esencji jabłka, jest czymś innym, możliwe że gruszką ale niewykluczone, że śledziem, stołem albo kulturowym zawłaszczeniem. Każda esencja (albo, jakby to powiedział Arystoteles, substancja) jest unikalna dla rzeczy, którą określa – gdyby gruszka i jabłko miały taką samą esencję, byłyby tą samą rzeczą. Esencjalizm to jeden z najstarszych i najbardziej podstawowych poglądów filozoficznych w naszym kręgu cywilizacyjnym. Nauki ścisłe bardzo, bardzo długo na nim – bez esencjalizmu kategoryzowanie, na przykład gatunków i podgatunków zwierząt w biologii, byłoby niemożliwe. Generalnie zatem esencjalizm działał sobie całkiem nieźle. Potem jednak przyszedł Charles Darwin i wszystko poszło w diabły.

Darwin, czego oczywiście nie muszę pisać, ale dla precyzji wywodu jednak to zrobię, napisał książkę O powstawaniu gatunków, w którym wyłożył swoją rewolucyjną teorię ewolucji mówiącą, najprościej rzecz ujmując, że jedne zwierzęta mogą stawać się innymi zwierzętami, jeśli Natura będzie robić im straszne rzeczy en masse i przez bardzo długi okres. A to w oczywisty sposób rozwala fundament esencjalizmu – jeśli ryba może się (poprzez niezliczone lata doboru naturalnego) stać jaszczurką, to znaczy, że esencja ryby i esencja jaszczurki są… takie same? A zatem oba te zwierzęta są tak naprawdę jednym zwierzęciem i tak powinniśmy je traktować? Generalnie wprowadziło to mnóstwo zamieszania, nie tylko w świecie nauk ścisłych, ale też religijnych i filozoficznych. Odkrycie Darwina było zresztą istotną inspiracją filozofii postmodernizmu – dawało bowiem bardzo solidną podstawę do kwestionowania faktu, iż istnieje jakaś inherentna, niezmienna natura rzeczy.

Antyesencjonaliści – osoby podrzucające przekonanie, że każda rzecz posiada właściwą sobie esencję odróżniającą ją od innych rzeczy – najczęściej utożsamiani się z antyfundacjonistami, czyli osobami odrzucającymi ideę, że istnieje jakiś fundamentalny punkt wyjścia dla całej wiedzy, że istnieje jakiś niekwestionowany, niezaprzeczalny osąd, na którym opiera się cała reszta osądów. Tak jak Kartezjusz, który wypowiedział słynne słowa „myślę, więc jestem”, po tym jak odrzucił wszystko, w co tylko mógł wątpić i doszedł do wniosku, że tym, co pozostało, podstawą wszelkiej wiedzy, owym niezaprzeczalnym fundamentem jest jego istnienie jako myśląca jednostka. Potem przyszedł Hegel i zwrócił mu uwagę, że jego myślenie, tak samo jak wszystko, co odrzucił po drodze, wcale nie jest takie niekwestionowalne. Gdyby nie wpływy z zewnątrz, takie jak edukacja, wychowanie w określonych warunkach, uczestnictwo w życiu społecznym, przyswojenie języka i umiejętności rozumowania, nie byłby w stanie dojść do konkluzji „myślę, więc jestem”. Antyfundacjonalistami byli, jak nietrudno się domyśleć, moi ukochani postmodernistyczni dziadkowie, z Jacquesem Derridą i Michelem Foucaultem na czele.

Esencjalizm jest bardzo poręczną ideą – dostarcza nam bowiem bardzo prostych, jednoznacznych rozróżnień rzeczy, procesów, przedmiotów i idei. Większość nauk ścisłych prawdopodobnie nie byłaby w stanie rozwinąć się gdyby nie esencjalistyczne podeście do świata. O ile jednak esencjalizm był i nadal pozostaje pożytecznym narzędziem jeśli chcemy przeprowadzić jakieś obliczenia matematyczne albo sporządzić atlas zwierząt, o tyle pojawiają się problemy, gdy dwóch otaku zaczyna kłócić się o to, czy Neo Yokio jest anime czy zachodnią kreskówką. Albo gdy – na moment odwołując się do innego fandomu – czy Rok 1984 George’a Orwella jest science-fiction czy nie. Esencjonalizm nie jest nam w stanie pomóc, ponieważ nie istnieje żadna funkcjonalna esencja takich pojęć jak anime czy fantastyka naukowa. Istnieje pewna pula dość luźno powiązanych ze sobą cech i właściwości przez którą nawigujemy, w znacznej mierze intuicyjnie, opierając się na konsensusach. Oczywiście, tworzy to problemy nie tylko dla piwniczaków przekrzykujących się wzajemnie w mediach społecznościowych. Koncepcja esencjalizmu płciowego – założenia, że kobiecość i męskość posiadają odmienne esencje – jest dość powszechnie wykorzystywana do wykluczania osób nienormatywnych płciowo z różnych przestrzeni życia społecznego. Esencjalizm jest fajny i pożyteczny, dopóki sytuacja nie robi się trochę bardziej skomplikowana, jak przy pojęciach pokroju „rasa”, „inteligencja” czy nawet „człowiek”.

Ważna jest jeszcze jedna rzecz i chciałbym przyłożyć do niej dużą wagę, bo wiem, że tego typu nieporozumienia są w tym temacie na porządku dziennym. Antyesencjalizm nie oznacza relatywizmu. To, że rzeczy nie mają indywidualnych esencji, nie oznacza, że wszystko może być wszystkim innym i nic tak naprawdę nie ma sensu. Generalnie najłatwiej jest myśleć o tym jak o spektrum. Wyobraźcie sobie prostokątny pasek papieru, który na jednym końcu jest biały, na drugim czarny, a przestrzeń pomiędzy wypełnia cała skala szarości. Na białym końcu umieśćmy coś, co na pewno, niezaprzeczalnie jest anime – powiedzmy, Dragon Ball Z. Na czarnym końcu umieśćmy coś, co anime nie jest z całą pewnością – dajmy na to What’s Opera, Doc?, słynną kreskówkę z królikiem Bugsem i Elmerem Fuddem z 1957 roku. Przestrzeń pomiędzy zajmować będą rzeczy, takie jak wspomniane wyżej Neo Yokio, Castlevania, Boondocks albo Samurai Jack (prawdopodobnie bliżej czarnego końca). Różnice oczywiście istnieją, ale są znacznie bardziej złożone niż zerojedynkowa kategoryzacja.

Osobiście staram się stosować regułę funkcjonalności – jeśli w danej sytuacji używanie terminu „anime” ma sens w kontekście prowadzonej dyskusji, ułatwia komunikację i wzajemne zrozumienie, dopóty będę je stosował. Jeśli nie – to nie. Jeśli ktoś na przykład mówi o stanie japońskiego przemysłu animacji w kwestiach logistycznych, finansowych i tak dalej i za przykład przywoła Avatara – będę się czepiał. Jeśli inna osoba, w innej dyskusji przywoła tę samą kreskówkę w kontekście estetyki anime – nie będę miał z tym problemu. Wydaje mi się, że to najlepsze podejście do tego typu spraw. Nie tylko gdy rozmawiamy o kreskówkach.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...