piątek, 6 września 2019

TAS: “More Tribbles, More Troubles”

fragment kadru z odcinka
Z tribble’ami sytuacja na ogół wygląda tak, że rozmnażają się w całkowicie niekontrolowany sposób – często zupełnie niespodziewany dla właścicieli nieświadomych ich specyficznego cyklu rozrodczego. Pewnego dnia kupujesz jednego tribble’a od pokątnego sprzedawcy na jakiejś podrzędnej stacji kosmicznej, a następnego budzisz się przygnieciony stertą mruczących, puchatych kulek. To z kolei sprawia, że niniejsza notka jest wyjątkowo adekwatna do tematu. Nie planowałem tekstu o tym odcinku, ale w toku researchu do blognotek o dwóch tribble’owych epizodach z seriali aktorskich natrafiłem na tyle interesujących informacji o „More Tribbles, More Troubles”, że uznałem, iż spokojnie zasługuje on na oddzielną. Tak to już jest z tymi tribble’ami.

Zanim zaczniemy, pozwolę sobie najpierw pokrótce naświetlić kwestię dyskusyjnej kanoniczności serialu Star Trek: The Animated Series. Serial stworzony został przez osoby odpowiedzialne za produkcję Star Trek: The Original Series – powrócił zarówno twórca marki, Gene Roddenberry, jak i wielu scenarzystów oraz niemal cała oryginalna obsada. Nie była to sytuacja, w której twórca sprzedaje podwykonawcom licencję na tworzenie dzieł zależnych, nie będąc zaangażowanym w produkcję. Przez długi czas animowany Star Trek traktowany był jako oficjalna kontynuacja serialu aktorskiego. Zmieniło się to w momencie gdy Roddenberry dostał kolejną szansę kontynuowania serii na wielkim (a później znów na mniejszym, w ramach Star Trek: The Next Generation) ekranie. W 1988 roku Roddenberry zadeklarował, że serial animowany jest niekanoniczny – nie licząc kilku motywów z odcinka „Yesteryear”, który opowiadał o dzieciństwie Spocka – i zwrócił się nawet do Paramount Pictures z prośbą o uczynienie tego oficjalnym stanowiskiem producenta.

Co ciekawe, scenarzyści i twórcy kolejnych iteracji Star Treka bardzo często przemycali nawiązania do serialu animowanego w kolejnych iteracjach marki – nawet za czasów panowania Gene’a Roddenberry’ego, choć po jego śmierci ten trend nasilił się. Czasami były to tylko nazwy planet, czasami rasy kosmitów wymyślone na potrzeby animowanej serii. Drugie imię kapitana Kirka – Tiberius – padło właśnie w The Animated Series (i zostało potwierdzone w jednym z filmów kinowych), podobnie jak panieńskie nazwisko matki Spocka, niesławne holopokłady również zostały przedstawione właśnie w kreskówce. Tego typu nawiązań jest po prostu zatrzęsienie w każdym serialu. Mało tego – osoby odpowiedzialne za remaster Star Trek: The Original Series pożyczyły z serialu animowanego kilka projektów gwiezdnych statków (między innymi odcinka, o którym piszę w tej blognotce) i włączyły je do odświeżonej wersji serialu. W dwa tysiące szóstym roku CBS wydał The Animated Series na DVD, w ramach publikacji na nośnikach wszystkich kanonicznych serii i kreskówka tak właśnie została potraktowana – jako kanon. Jeśli mam pisać tylko za siebie – ja jak najbardziej uznaję tę animację za kanon, ponieważ dała ona mocny mitologiczny fundament i płaszczyznę odniesień dla kolejnych seriali, z których żaden nie zrobił niczego, co dekanonizowałoby Star Trek: The Animated Series.

Przejdźmy jednak do samego odcinka. Sequel szalenie popularnego The Troubles with Tribbles to coś, co twórcy serii planowali jeszcze za czasów oryginalnej serii. Gene Roddenberry nie był jakimś wybitnym fanem tego epizodu – nie, żeby go nienawidził czy cokolwiek w tym rodzaju, po prostu uznawał go za niespecjalnie istotny wygłup… którym w sumie był – ale doskonale zdawał sobie sprawę z popularności, jakim cieszył się odcinek i postanowił tę popularność wykorzystać, by podkręcić zainteresowanie trzecim sezonem serialu, bo słupki oglądalności nie były zbyt korzystne dla dalszego istnienia Star Treka. To znaczy – były bardzo korzystne ze współczesnego punktu widzenia, bo przyciągały akurat tę grupę demograficzną, która była najbardziej atrakcyjna dla reklamodawców, ale w latach sześćdziesiątych stacje telewizyjne nie różnicowały jeszcze demografii oglądających. Serial miał kłopoty i powrót tribbli miał być jednym ze sposobów, by go z tych kłopotów wyciągnąć.

Scenariusz zamówiono i ściągnięto nawet Davida Gerrolda, by zajął się ubraniem idei powrotu tribbli w jakąś fabułę. Odcinek prawdopodobnie powstałby, gdyby nie fakt, że Gene Roddenberry pokłócił się ze stacją CBS, która znacząco obcięła budżet na produkcję trzeciego sezonu Star Trek: The Original Series oraz – co było kluczowym punktem spornym – przeniosło jego emisję na mniej korzystną porę. Gene postawił stacji ultimatum – albo zgodzą się na pozostawienie emisji serialu w dotychczasowych godzinach albo on odchodzi. Choć może się to wydawać zachowaniem godnym stereotypowej primadonny (nie, żeby Roddenberry’emu nie zdarzały się tego typu incydenty), to w tym konkretnym przypadku twórca Star Treka miał jednak stosunkowo uzasadnione uwagi do zachowania stacji telewizyjnej, która z jednej strony oczekiwała lepszych wyników w kwestii oglądalności, ale z drugiej dała mu gorsze warunki do osiągnięcia takowych. Gene tupnął więc nogą, a CBS pokazało mu drzwi. Przez te drzwi wyszła wraz z Roddenberrym całkiem spora część ekipy produkującej ten serial, przez co trzeci sezon Star Trek: The Original Series był dość… nierówny.

Nowy producent wykonawczy, Fred Freiberger jest w fandomie Star Treka kontrowersyjną figurą, a o problemach, jakie nawiedzały produkcję trzeciego sezonu można napisać oddzielną blognotkę. Dziś interesuje nas jednak fakt, że Freiberger po prostu nienawidził tribbli. O ile Gene z czystego pragmatyzmu skłonny był poświęcić im kolejny odcinek, nawet jeśli niekoniecznie pałał entuzjazmem do tej idei, o tyle Freiberger zdecydowanie nie życzył sobie żadnych stricte komediowych epizodów. Fakt, że trzeci sezon rozpoczął się niesławnym Spock’s Brain, a po drodze dostaliśmy jeszcze kosmicznych hippisów i prawdopodobnie najbardziej kampową szarżę Shatnera w historii marki czyni tę aspirację wyjątkowo ironiczną. Zanim jednak zupełnie ugrzęznę w dygresjach – wróćmy do tribbli.

David Gerrold nie miał może kluczowej roli w procesie produkcyjnym Star Trek: The Original Series, ale popularność odcinków, w których pracował zapewniła mu dobre stosunki z wieloma twórcami i twórczyniami zaangażowanymi w powstawanie serialu. Jedną z takich osób była D.C. Fontana, z którą Gerrold często widywał się na konwentach i zlotach fanów Star Treka i z którą wypracował dość zażyłą przyjacielską znajomość. Gdy zwrócił się do niej z propozycją napisania odcinka serialu animowanego, Fontana natychmiast zaproponowała mu powrót do tribbli, głównie dlatego, że mieli już szkic fabuły (stworzony z myślą o The Original Series), więc część pracy została wykonana. Gerrold zgodził się – już wcześniej zresztą starał się sugerować twórcom kreskówki, że z przyjemnością coś dla nich napisze.

Wedle słów scenarzysty koncepcja wyjściowa pozostała właściwie niezmieniona, jedynie skompresowano nieco wydarzenia i wycięto kilka mniej kluczowych scen, by dopasować rozpisaną na godzinny odcinek historię do dwudziestominutowego formatu kreskówki. Ze skryptu wypadł również wątek drapieżnika polującego na tribble, który z czasem zaczął polować na redshirtów – uznano jednak, że komediowa historia pomyślana jako odcinek kreskówki niekoniecznie będzie dobrym miejscem dla tego typu urozmaiceń. Sam drapieżnik pojawia się zresztą w dwóch scenach odcinka, ale jako znacznie mniej groźna i znacznie bardziej marginalna dla fabuły istota. Gerrold zdawał sobie sprawę, czego widzowie od niego oczekują – czegoś w stylu pierwszego odcinka o tribblach, ale równocześnie historii, która nie będzie jedynie powtórzeniem raz już opowiedzianego żartu. Tym razem należało wyjść z czymś trochę innym. Historia rozgrywa się więc nie na stacji kosmicznej, ale w trakcie gwiezdnej potyczki z Klingonem Kolothem – tym samym, z którym Kirk starł się w The Troubles with Tribbles. W sprawę zamieszany jest również Cyrano Jones, pokątny sprzedawca tribbli, który także pojawił się w The Troubles with Tribbles – zagrany został zresztą przez tego samego aktora. Wątek starcia klingońskiego krążownika z Enterprise pomógł przyspieszyć i zintensyfikować wydarzenia oraz posłużył za środek do powtórnego wprowadzenia tribbli. Tym razem wysterylizowanych przez Jonesa, więc – pozornie, jak się okazało – niestanowiących już zagrożenia.

W mojej blognotce o The Troubles with Tribbles wspominałem o problemach z (potencjalnymi) posądzeniami o plagiat. Biedny Gerrold musiał przechodzić przez coś podobnego i w tym przypadku, gdy jeden z małoletnich fanów w trakcie spotkania ze scenarzystą w siedzibie Filmation (studio odpowiedzialne za produkcję kreskówki) opowiedział mu o swoim pomyśle na kontynuację odcinka o tribblach. More Tribbles, More Troubles był wówczas już na dość zaawansowanym etapie produkcji, o czym Gerrold wspomniał młodemu fanowi kilka razy w trakcie spotkania. Po emisji odcinka ów fan wysłał do studia gniewny list z posądzeniem scenarzysty o kradzież jego pomysłu na odcinek. Wybuchła drobna afera z której Gerrold musiał się potem gęsto tłumaczyć, szczęśliwie producenci byli na tyle przytomni, by nie robić mu żadnych problemów z tego powodu. W związku z powyższym Gerrold poprosił studio, by nie angażowało go już więcej w spotkania z fanami (choć scenarzysta pozostał aktywnym uczestnikiem konwentów i zlotów).

Osoby kojarzące tribble może zastanawiać, czemu w kreskówce mają one kolor różowy, skoro oryginalny serial aktorski (oraz wszystkie inne inkarnacje marki) obrazuje je jako istoty o szarobrązowej sierści. Wiąże się to z jedną z najbardziej rozbrajających ciekawostek o The Animated Series – Hal Sutherland, jeden z kluczowych animatorów pracujących nad kreskówką był… daltonistą, o czym nie miał pojęcia nikt zaangażowany w pracę nad serialem animowanym. To sprawiło, że wiele rzeczy, które powinny mieć barwę szarą albo zbliżoną do szarej, ostatecznie było różowymi – bo Sutherland nie rozróżniał tych kolorów. Dopiero na późnym etapie produkcyjnym, gdy nie dało się już przekolorować animowanego materiału, zorientowano się, że coś jest nie tak. Nie wiem jak do tego doszło – to oczywiste, że nawet jeśli Sutherland nie zauważył tych różnic, ktoś inny pracujący przy The Animated Series musiał. Przy animacji, nawet tak minimalistycznej jak ta, pracuje mnóstwo osób. Domyślam się, że nastąpiła tu jakaś kombinacja czynników „co z tego, byle do pierwszego”, „to nie jest mój problem” oraz „nie chcę stawiać mojego zwierzchnika w niekomfortowej sytuacji, bo może się to dla mnie źle skończyć”.

Odcinek jest na tyle błyskotliwy i zabawny, że powinienem zarekomendować go jako sympatyczny pomost między The Troubles with Tribbles i Trials and Tribble-ations… i chyba to zrobię, bo zaskakująco dobrze bawiłem się w trakcie jego powtórnego seansu na potrzeby tej blognotki. Widzimy tu początki masowego tribblobójstwa, które doprowadziło do całkowitej eksterminacji tego gatunku, o czym w Deep Space 9 wspominał Worf, a z czego nabijał się Odo. Dax w Trials and Tribble-ations wspominała o tym, iż Koloth bardzo żałował, że nigdy nie miał okazji do wzięcia udziału w bitwie z Kirkiem, co może wydawać się retconem, bo w More Tribbles, More Troubles do takiej walki zdecydowanie dochodzi… ale ja wolę myśleć, że Koloth umyślnie wyparł ten incydent z pamięci i nikomu o nim nie wspominał, bo jego godność umarła  w tym odcinku pod stertą tribbli i gdyby to się rozniosło, jego klingoński honor by tego nie przetrwał. Jeśli komuś wciąż jest mało tribbli – w chwili, w której piszę te słowa Star Trek: The Animated Series w całości dostępny jest na Netfliksie. Według mnie warto.

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...