piątek, 9 listopada 2018

Droga Białego Wilka 09 – Okruch lodu

fragment grafiki z gry The Witcher 3, całość tutaj.

Treść Królowej Śniegu, dziewiętnastowiecznej duńskiej baśni autorstwa Hansa Christiana Andersena, z której Sapkowski zaczerpnął kilka motywów wykorzystanych w Okruchu lodu, jest stosunkowo dobrze znana, nie będę jej więc tu opisywał w jakiś wyjątkowo szczegółowy sposób. Jeśli ktoś jakimś cudem nie słyszał o tej baśni, dzięki dobrodziejstwom domeny publicznej może ją legalnie i za darmo przeczytać na Wikiźródłach, w czterech różnych tłumaczeniach. Pozwolę sobie tylko zwrócić uwagę na jeden motyw, który będzie miał znaczenie dla analizy Okruchu lodu, bo to do niego właśnie autor czyni aluzje. Mianowicie – wbrew temu, co mogą twierdzić niektóre adaptacje Królowej Śniegu tytułowa bohaterka nie jest postacią negatywną. Owszem, jest postacią pełniącą rolę antagonistyczną, ale jej motywacje Andersen pozostawił niedookreślone. Przyczyną, dla której Kai przyłączył się – z własnej woli – do orszaku Królowej i – również z własnej woli – pozostał w jej pałacu był okruch rozbitego lustra, które sporządził sam diabeł (występujący pod postacią Trolldena, złego trolla) planujący za jego pomocą, ehm, trollować anioły oraz samego Wszechmogącego. Lustro wymknęło mu się jednak z rąk, nim zdążył dolecieć z nim do Nieba i rozprysło się na miliony kawałków, które rozsypały się po ziemi, a jeden z nich wpadł do oka Kaiowi. Lustro miało tę właściwość, że odbijało wyłącznie to, co najgorsze, ignorując wszystko inne – oraz śmiało się za każdym razem, gdy stawało przed nim cokolwiek dobrego, co było zresztą powodem, dla którego diabeł nie był w stanie utrzymać go w rękach w miarę zbliżania się do Nieba. 

Wróćmy jednak do Królowej – jak już wspomniałem, Andersen nigdy nie zobrazował jej jako jednoznacznie złej. Gdy pod koniec opowieści Gerda zjawiła się po Kaia, była w stanie zabrać go ze sobą z powrotem do domu bez konieczności konfrontacji z Królową Śniegu. Głównie dlatego, że ona nie jest siłą negatywną w tym tekście – Trollden nią jest, o ile ktokolwiek, bo też diabelski występek jest tu wyłącznie dziełem nieszczęśliwego wypadku. Rozmaite adaptacje i remiksy próbowały przypisywać jej negatywne intencje – Terry Pratchett zrobił z niej amoralną konkwistadorkę, inni próbowali tłumaczyć zachowanie Królowej Śniegu z niezaspokojonym instynktem macierzyńskim, żałobą po stracie własnego dziecka czy zwykłą niegodziwością – jednak nic takiego nie ma miejsca w pierwowzorze. Królowa Śniegu jest neutralną siłą natury, podobnie jak żywioł, którego jest personifikacją. Baśń Andersena to, na najbardziej podstawowym poziomie, opowieść o depresji i wychodzeniu z niej dzięki oddaniu najbliższych nam ludzi. 

Jak to się ma do Okruchu lodu? Baśń istnieje w świecie wiedźmina pod postacią ludowej opowieści, którą przytacza Yennefer: 


– Wśród elfów – szepnęła czarodziejka w zamyśleniu – krąży legenda o Królowej Zimy, która w czasie zamieci przebiega kraje saniami zaprzężonymi w białe konie. Jadąc, królowa rozsiewa dookoła twarde, ostre, maleńkie okruchy lodu i biada temu, kogo taki okruch trafi w oko lub w serce. Taki ktoś jest zgubiony. Nic już nie będzie w stanie go ucieszyć, wszystko, co nie będzie miało bieli śniegu, będzie dla niego brzydkie, wstrętne, odrażające. Nie zazna spokoju, porzuci wszystko, podąży za Królową, za swoim marzeniem i miłością. Oczywiście, nigdy jej nie odnajdzie i zginie z tęsknoty. 


Pomówimy o tym – póki co przyjrzyjmy się jednak, w jaki sposób Sapkowski otwiera to opowiadanie, czyli scenie walki z zeuglem, monstrum buszującym wśród ludzkich odpadków. To jedyna scena walki w całym tym opowiadaniu – w zasadzie to jedyna dynamiczna scena w całym okruchu lodu, który jest niemal pozbawiony jakichkolwiek nadnaturalnych elementów i skupia się wyłącznie na zarysowaniu skomplikowanych relacji między bohaterami. W dobrym tekście literackim – a Okruch lodu jest więcej niż dobry – każdy jego element pełni określoną funkcję. Potyczka na wysypisku śmieci nie jest tu zatem jedynie obligatoryjną sceną dynamicznej akcji, ale również ustawieniem klimatu całej opowieści. To nie dramatyczna walke ze strzygą czy pojedynek z jakimś dzikim potworem w leśnej gęstwinie, tylko starcie ze ścierwojadem na arenie składającej się z odpadków. Nie ma w tym nic romantycznego czy widowiskowego, jak próba odczarowania zaklętego w potwora szlachcica czy rozwiązywanie politycznego sporu na królewskim dworze – to oczyszczanie ścieków z buszującego w nich szkodnika. Zadanie nieprzyjemne i przyziemne – i właśnie w nieprzyjemnym, przyziemnym duchu utrzymane jest całe opowiadanie. 

Na początku tego opowiadania widzimy, że pragnienie Geralta, które motywowało go przez dwa poprzednie opowiadania, doczekało się realizacji – jest z Yennefer w związku, relatywnie szczęśliwym i udanym, pełnym szczerych uczuć i satysfakcjonującego życia erotycznego. Więc skoro jest tak dobrze, czemu jest tak źle? Wiedźmin nie jest w stanie w pełni cieszyć się swoim szczęściem. Jest rozdrażniony, wszystko go denerwuje i złości – jak w lustrze z andersenowskiej baśni, w jego oczach odbija się tylko to, co na świecie najgorsze i najbrzydsze. Miasto, prawdopodobnie wcale nieróżniące się zbytnio od większości innych metropolii, które odwiedzał, staje się w jego oczach ucieleśnieniem brzydoty i szkaradzieństwa, moralnego zepsucia i odpychającej atmosfery. Jest ku temu powód, a na imię mu Istredd. Istredd to miejscowy mag, który ma z Yennefer wspólną przeszłość – i, jak się później okaże, również wspólną teraźniejszość. Geralt jest tego świadom i mocno trapi go ta sytuacja – jego emocjonalna niedojrzałość i brak doświadczenia w długotrwałych relacjach międzyludzkich sprawia, że nie jest w stanie się z tym uporać. 

Pierwsza konfrontacja wiedźmina i czarodzieja następuje relatywnie szybko, bo już w połowie opowiadania, i stanowi istotną jego część. Już od samego początku ich relacje są bardzo konfrontacyjne, zamiast uprzejmości na powitanie wymieniają zaczepki: 


– Za każdym razem, gdy widzę te rzeczy – wiedźmin usiadł naprzeciw, wskazując na słoje i słoiki – zastanawiam się, czy rzeczywiście nie można uprawiać magii bez tego całego obrzydlistwa, na widok którego kurczy się żołądek.
– Kwestia gustu – rzekł czarodziej. – Jak też i przyzwyczajenia. Co jednego brzydzi, drugiego jakoś nie rusza. A ciebie, Geralt, co brzydzi? Ciekawe, co też może brzydzić kogoś, kto, jak słyszałem, dla pieniędzy potrafi wejść po szyję w gnój i nieczystości? Nie traktuj, proszę, tego pytania jako obrazę czy prowokację. Naprawdę jestem ciekaw, co może wywołać u wiedźmina uczucie odrazy.
– Czy w tym słoiku nie trzymasz przypadkiem krwi miesięcznej nietkniętej dziewicy, Istredd? Wiedz, że brzydzi mnie, gdy wyobrażam sobie ciebie, poważnego czarodzieja, z buteleczką w garści, usiłującego zdobyć ten cenny płyn, kropla po kropli, klęcząc, że się tak wyrażę, u samego źródła. 


Kilka akapitów dalej Istredd zdawkowo tłumaczy wiedźminowi, że – istotnie – krew dziewicy niczym specjalnym nie różni się od krwi wieprza, a specyficzne, rzadki i ciężkie do zdobycia składniki można bez szkody dla magicznego procesu zastąpić powszechniejszymi zamiennikami. Czarodzieje dbają jednak o to, by ta informacja nie stała się powszechną wiedzą, by powstrzymać amatorów przed samodzielnymi eksperymentami. Ten fragment pełni w Okruchu lodu dwie funkcje. Pierwszą z nich jest wzmocnienie ciągnącego się przez całe opowiadanie motywu odczarowywania rzeczywistości, ukazywania brzydkiej, przyziemnej prawdy o czymś, co do tej pory wydawało się szlachetne, potężne i cudowne. Drugą jest subtelne wskazanie Geraltowi, że maluczcy i nieuświadomieni powinni trzymać łapy z dala od magicznego sacrum i wszelkich spraw z nim związanych, pozostawiając je osobom predestynowanym do tego typu rzeczy. To podkreślenie nierównowagi ich społecznego statusu. 

W miarę rozmowy jakiekolwiek pozory subtelności szybko jednak znikają i dochodzi do słownych przepychanek. Sapkowski odwalił tu kawał naprawdę dobrej roboty, ponieważ Istredd bardzo łatwo mógł się stać czystą funkcją fabularną bez własnej osobowości i określonych motywacji. Ostatecznie jest przecież postacią stworzoną wyłącznie na potrzeby Okruchu lodu i permanentnie znikającą z areny wydarzeń, gdy tylko opowiadanie się kończy – o ile mnie pamięć nie myli jego miano pada potem tylko raz, w Chrzcie ognia, w kontekście całkowicie oderwanym od wydarzeń z Okruchu lodu. Tymczasem o magu wiemy zaskakująco sporo i ta wiedza przekazana jest nam w bardzo organiczny sposób. Dzieciństwo i młodość spędził na żmudnej nauce czarnoksięskich sztuk, stroniąc od przyjemności i uciech. „Nie użyłem ani wojaczki, ani dziewcząt, ani piwa za najlepszych lat, kiedy wszystkie te rozrywki najlepiej smakują.” mówi Geraltowi i jest w tym wyznaniu jakaś pretensja, która może stanowić klucz do zrozumienia tej postaci. 

Istredd oświadczył się Yennefer i żywi przekonanie, iż jej relacja z Geraltem utrudnia czarodziejce podjęcie decyzji – dlatego naciska na wiedźmina, by ten się wycofał. Wspiera to argumentem, jakoby Geralt był dla czarodziejki tylko przelotną miłostką, zabawką, którą i tak prędzej czy później odrzuci, gdy tylko znajdzie sobie lepszą alternatywę. To forma samooszukiwania, ponieważ Istredd musi zdawać sobie sprawę, że gdyby tak było, egzystencja Geralta i jego relacja z Yennefer nie stanowiłaby dla tej drugiej żadnego czynnika komplikującego podjęcie decyzji. Nie – Istredd czuje, że musi ustawić Geralta niżej od siebie, podważyć jego wartość, ustawić niżej w konflikcie o względy czarodziejki. Idzie za tym kolejny argument – wiedźmin, wedle opinii Istredda, nie posiada uczuć, jedynie ich pusty ekwiwalent. Jest wyhodowanym mutantem i jako taki nie jest w stanie odczuwać osobistego szczęścia, dlatego jego relacja z Yennefer nie powinna mieć racji bytu. To wszystko oczywiście nieprawda, wiemy doskonale, że Geralt posiada emocje, prawdopodobnie doskonale wie o tym również Istredd, ale cynicznie posuwa się jeszcze o krok dalej w poniżaniu Geralta – próbuje go zdehumanizować. Kto wie, może faktycznie wierzy we własną hipotezę o tym, że wiedźmin jest wypranym z jakichkolwiek emocji, uczuciowo pustym biologicznym golemem i to przekonanie daje czarodziejowi poczucie supremacji. 

Geralt oczywiście tego wszystkiego nie kupuje, odwraca argumenty dziecinną metodą „wcale nie, bo ty” i zaraz potem, równie dziecinnie, wytacza największe w jego przekonaniu działa: 


– Przestań – przerwał Geralt ostro, być może nawet zbyt ostro. – Przestań odmawiać mi z uporem praw, mam tego dosyć, słyszysz? Powiedziałem ci, nasze prawa są równe. Nie, do nagłej cholery, moje są większe.
– Doprawdy? – czarodziej pobladł lekko, sprawiając tym Geraltowi niewysłowioną przyjemność. – A to z jakiego tytułu?
Wiedźmin zastanowił się chwilę i zdecydował dobić go.
– A z takiego – wypalił – że wczoraj w nocy kochała się ze mną, a nie z tobą.
Istredd przyciągnął czaszkę blisko ku sobie, pogładził ją. Ręka, ku zmartwieniu Geralta, nie drgnęła mu nawet.
– To, według ciebie, daje jakieś prawa?
– Tylko jedno. Prawo do wyciągania wniosków.
– Aha – rzekł wolno czarodziej. – Dobrze. Jak chcesz. Ze mną kochała się dziś przed południem. Wyciągnij wnioski, masz prawo. Ja już wyciągnąłem. 


No cóż, jeśli Geralt udowodnił Istreddowi cokolwiek, to na pewno to, że – owszem – wiedźmin emocje posiada. Są to emocje silne, ale niedojrzałe, sprowadzające całą sytuację do walki kogutów albo wyrostków. Ona jest moja, bo ja zaklepałem ją pierwszy – tak to mniej więcej brzmi. Tak jakby do stosunków seksualnych sprowadzała się cała uczuciowość. Oczywiście to nieprawda i sam Geralt również w to nie wierzy – po prostu w zacietrzewieniu obaj mężczyźni sprowadzili swój spór do emocjonalnej przepychanki i najbardziej karykaturalnej definicji męskości. 

Porozmawiajmy jednak o Yennefer, która nie jest w tej sytuacji przedmiotem sporu dwóch mężczyzn, tylko podmiotem w skomplikowanej relacji trojga osób. To bardzo ważne, by o tym pamiętać – Sapkowski nigdy nie okrada Yennefer z jej decyzyjności, nigdy nie sprowadza jej do nagrody, o zdobycie której walczą ze sobą Geralt i Istredd. Czarodziejka jest aktywną uczestniczką tej sytuacji, w toku opowiadania podejmuje decyzje, które mają wpływ na zachowanie obydwu mężczyzn i zarazem sama działa zarówno pod wpływem ich działań, jak i własnych niedoskonałości charakteru. Yennefer, jak pokazały nam jej poprzednie wystąpienia w Ostatnim życzeniu oraz Granicy możliwości, nienawidzi bycia uprzedmiotowianą – doświadczenia, które ją ukształtowały, sprawiły, że czarodziejka bardzo źle reaguje na sytuacje, w których ktoś manipuluje jej losem. W ramach potwierdzania przed samą sobą, że nic takiego nie ma miejsca sama Yennefer manipuluje, uwodzi i kontroluje innych ludzi – innych mężczyzn – by potwierdzić swoją wartość i zaspokoić swoje emocjonalne potrzeby… po czym porzuca ich, by powtórzyć cały ten proces od nowa. Mówi o tym zresztą wiedźminowi w bardzo poetycki i tylko trochę pretensjonalny sposób: 


Bo ja, królowa elfów, pragnę ciepła. To właśnie jest moja tajemnica. Dlatego co roku wśród śnieżnej zamieci moje sanie niosą mnie przez jakieś miasteczko i co roku ktoś porażony moim czarem pętli uprząż swoich sań w płozy moich. Co roku. Co roku ktoś nowy. Bez końca. Bo ciepło, którego tak pragnę, niweczy zarazem czar, niweczy magię i urok. Mój ugodzony lodową gwiazdką wybranek staje się nagle zwykłym nikim. A ja w jego odtajałych oczach staję się nie lepsza od innych… śmiertelniczek… 


Yennefer zdaje sobie sprawę z wzorca tego zachowania i nie ma pewności, czy sytuacja Geraltem – a także i z Istreddem – nie jest właśnie kolejnym tego typu przypadkiem i właśnie dlatego nie jest w stanie odpowiedzieć Geraltowi na to pytanie, którego nie miał odwagi jej zadać. Nie dlatego, że nie zna odpowiedzi – ale dlatego, że nie wie, czy jej odpowiedź nie jest wyłącznie okruchem lodu, który z czasem roztopi się, utraci swój urok i ukaże swoją przyziemną szpetotę. „Prawda jest okruchem lodu”, mówi przecież magicznie sporządzona pustułka, którą Yennefer planowała wysłać jednemu z mężczyzn w ramach pożegnania. Po czasie uznała jednak, że jedna pustułka nie wystarczy. 

Wróćmy jednak do Istredda, który podejmuje decyzję o wyzwaniu wiedźmina na pojedynek o względy Yennefer. Największą słabością tego opowiadania jest fakt, iż nie znamy dynamiki relacji między Istreddem i Yennefer, nie wiemy więc, co skłoniło go do takiej próby przełamania impasu. Rzucenie wyzwania sugeruje zmianę nastawienia do oponenta – czarodziej już nie traktuje Geralta jak podrzędnego amanta, który dla Yennefer stanowi zaledwie zabawkę niewartą nawet zestawiania z Istreddem, ale jako równorzędnego rywala, z którym musi załatwić tę sprawę na równej stopie. Bo widzicie, tak samo jak Yennefer, Istredd też cały czas musi sobie coś udowadniać – że nie jest od wiedźmina gorszy. Pamiętajmy, że czarodziej wyhodował sobie w głowie obraz Geralta jako odczłowieczonej marionetki, mięsnej kukiełki pozbawionej uczuć i ludzkich emocji. Mieć przekonanie, że w oczach ukochanej osoby jest się od kogoś takiego gorszym, to mieć przekonanie, że jest się mniej mężczyzną. Gorzej – że jest się mniej człowiekiem. Dlatego by potwierdzić we własnych oczach swoją męskość (i swoje człowieczeństwo) Istredd przywołuje uświęcony wielowiekową tradycją sposób uprawomocnienia swojej pozycji jako dominujący mężczyzna – pojedynek o ukochaną. Jest w tym wątku wiele z dekonstrukcji toksycznego typu męskości, między innymi dzięki temu, że sam czarodziej – a również i Geralt – zdają sobie sprawę, że dobrowolnie odgrywają role społeczne, w których żaden z nich nie czuje się komfortowo: 


– Geralt?
– Co?
– Nie czujesz się głupio?
– Czuję się głupio – przyznał niechętnie wiedźmin.
– Ulżyło mi – mruknął Istredd. – Bo ja czuję się jak ostatni kretyn. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś będę musiał bić się z wiedźminem na śmierć i życie z powodu kobiety.
– Wiem, jak się czujesz, Istredd.


Wiedźmin czuje się osaczony i przytłoczony cała tą sytuacją. Z jednej strony bardzo kocha Yennefer i jest przy niej szczęśliwy. Z drugiej – nie jest pewny swoich uczuć, ponieważ internalizuje tezę Istredda o własnej bezuczuciowości, o tym, że to, co bierze za swoje emocje jest wyłącznie empatycznym powidokiem wzbudzanym przez neurony. Na kryzys miłosny nakłada się zatem kryzys egzystencjalny. Z trzeciej strony Yennefer również nie jest w stanie dać mu jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy odwzajemnia jego uczucia – z podobnych zresztą powodów. To bardzo mroczny moment w życiu Geralta i już drugi raz (po dywagacjach Nenneke z Głosu rozsądku co do zachowania wiedźmina pod koniec walki ze strzygą) kontekst wydarzeń zdaje się sugerować, iż Geralt chce popełnić samobójstwo – w momencie, gdy przestaje opierać się opryszkom, którzy napadli na niego w ciemnej uliczce i przeżywa wyłącznie dzięki reputacji wiedźmińskiego medalionu, który dostrzegli na jego piersi napastnicy. Jeden z nich przed ucieczką mówi nawet: „Następnym razem, gdy będziesz chciał popełnić samobójstwo, wiedźminie, to nie wciągaj w to innych. Po prostu powieś się w stajni na lejcach.” Geralt jest przekonany, że zawodzi jako istota ludzka, jako wiedźmin i jako potencjalny partner ukochanej osoby. Uwikłany w sieć trudnych do rozsupłania emocjonalnych sytuacji zaczyna się dusić. 

Właśnie dlatego dwie ostatnie konfrontacje Okruchu lodu są tak fascynujące – ponieważ Geralt znajduje się już na krawędzi i nie wiemy, w jaki sposób się zachowa. Pierwszą z tych konfrontacji jest starcie z Cykadą. Dla zachowania precyzji i przejrzystości blognotki nie wspominałem wcześniej o tym wątku – przez całe opowiadanie przewija się motyw cieszącego się złą sławą najemnika, który pracuje dla miejscowego starosty i który czuje w stosunku do Geralta silną i nieskrywaną niechęć. Cykada od samego początku rozbudowywany jest jako postać, z którą wiedźmin będzie musiał się skonfrontować – pozbawiony jakichkolwiek śladów moralności i skrupułów ksenofob nienawidzący Geralta i wszystkiego, co ów (w przekonaniu Cykady) sobą reprezentuje. Gdy ostatecznie dochodzi do starcia, jest ono krótkie i umyślnie niesatysfakcjonujące – napięcie zostaje rozładowane w jednej chwili, gdy wiedźmin nokautuje Cykadę i odchodzi, nie poświęcając mu zbyt wielkiej uwagi. Cały incydent nie jest przedstawiony jako tryumf Geralta – błyskawiczne zwycięstwo silniejszego i sprawniejszego herosa nad podłym złoczyńcą. Tego typu ujęcie byłoby potwierdzeniem narracji, którą Sapkowski przez całe to opowiadanie z premedytacją dekonstruuje. Zamiast tego mamy odrzucenie wyzwania, natychmiastowe zakończenie walki i rozładowanie sytuacji bez dania jej poprawnej konkluzji. 

Druga konfrontacja następuje między wiedźminem i Istreddem. Ten drugi nadal uwięziony jest w swoim zacietrzewieniu, a otrzymanie pożegnalnej wiadomości od Yennefer tylko to zacietrzewienie wzmocniło. Teraz czarodziej nie chce się już po prostu pojedynkować z Geraltem – Istredd planuje pokonać go w walce na miecze. Musimy pamiętać, z kim mamy tu do czynienia – nie tylko z odrzuconym kochankiem, ale też z człowiekiem, który własne wyobrażenia o świecie i innych stawia powyżej faktycznego stanu rzeczy. Dlatego nie był w stanie zaakceptować wiedźmina jako równego sobie konkurenta. Teraz, w podobnie niedojrzały sposób tłumaczy sobie odrzucenie go przez Yennefer. Istredd jest przekonany, że jeśli pokona Geralta w jego własnej grze – walce na miecze – udowodni sobie i Yennefer swoją wartość jako lepszy i godny względów czarodziejki. Albo też, jak sugeruje Geralt, uwikłał się w podobną plątaninę sprzecznych emocji co wiedźmin i również na wpół świadomie próbuje wyrwać się z tego impasu samobójstwem. Geralt odmawia konfrontacji – wie, że na niego również czeka magiczna pustułka z pożegnalną wiadomością od Yennefer i że porażka Istredda nie jest zwycięstwem wiedźmina. 

Okruch lodu to opowieść o złożonościach ludzkich relacji. To opowiadanie jest niesamowicie zdyscyplinowane tematycznie, z czytelnymi metaforami, którym podporządkowane są wszystkie elementy. Nawet przejęzyczenie starosty, który myli imię Yennefer nazywając ją „Guinever” ma tu swoje określone znaczenie – „Guinever” to jedna z mutacji imienia Ginewry, żony króla Artura uwikłanej w miłosny trójkąt między władcą Camelotu i Lancelotem, wprost z ukochanych przez Sapkowskiego arturiańskich legend. Tak wielkie przywiązanie do detali zdradza znakomitą umiejętność panowania nad literackim tworzywem i nadawania mu określonych kształtów. Okruch lodu jest jednym z najlepszych wiedźmińskich opowiadań i jednym z najlepszych tekstów autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...