niedziela, 25 marca 2018

RECENZJA: Gwiezdny zamek. 1869 - Podbój kosmosu

fragment okładki polskiego wydania, całość tutaj.

Gwiezdny zamek. 1869 to francuska seria autorstwa i scenarzysty Alexa Alice, a sięgając po jej pierwszy tom wiedziałem o niej w zasadzie tylko tyle. Do przeczytania tego komiksu zachęciła mnie okładka obiecująca coś z jednej strony odwołującego się do tradycji fantastyki przygodowej Juliusza Verne, z drugiej – do estetyki znanej choćby z Tajemniczych Złotych Miast. Jako fan tego typu klimatów postanowiłem sprawdzić, na ile Gwiezdny Zamek jest w ogóle wart uwagi. Na francuskiej Wikipedii wyczytałem, że autor mocno inspirował się vernowską powieścią Z Ziemi na Księżyc. Pamiętam dobrze ten utwór, bo była to jedna z pierwszych książek tego autora, jakie miałem przyjemność czytać – opowiadała o amerykańskim towarzystwie entuzjastów broni palnej, którzy chcieli zbudować gigantyczne działo, dzięki któremu byliby w stanie zrobić dziurę w Księżycu. Plan ostatecznie zmodyfikowano, a kula armatnia została wydrążona i wyposażona w załogę. Jeśli Alice ma zamiar inspirować się dziełem, w którym zblazowani Amerykanie chcą wystrzelić z wielkiej armaty w stronę najbliższego ciała niebieskiego – cóż, proszę mi zrobić miejsce na pokładzie. 

Akcja rozgrywa się w – zaskoczenie! – 1869 roku i, co ciekawe, fabuła dość interesująco to wykorzystuje, wpisując główny wątek opowieści w historyczny kontekst geopolityczny, ważną rolę pełni chociażby bawarski książę Ludwik II Wittelsbach, przez karty pierwszego tomu przewijają się również Richard Wagner i Elżbieta Bawarska. Wydarzenia historyczne (zarówno te prawdziwe jak i zmyślone) w żadnym jednak razie nie konsumują głównego wątku – raczej pozwalają na jego urozmaicenie i całkiem płynnie się z nim łączą. Osią fabuły jest odkrycie matki głównego bohatera, Serafina, która oddała życie by udowodnić istnienie eteru, owej hipotetycznej substancji mającej wypełniać pustkę kosmosu i wprawiać w ruch ciała niebieskie. Claire, tak bowiem ma na imię ta bohaterka, ginie w trakcie pionierskiego lotu balonem na niewyobrażalną wcześniej wysokość – wcześniej jednak udaje jej się spisać swoje odkrycia dzienniku, który zrzuca na ziemię w hermetycznym pojemniku. Pojemnik zostaje odnaleziony rok później, co sprawia że mąż i syn naukowczyni trafiają na dwór bawarskiego księcia, który postanowił wykorzystać odkrycie Claire celem budowy statku kosmicznego. 

Fabuła zbudowana jest z klisz – i, niestety, nie mogę napisać z czystym sumieniem, że te klisze są wykorzystane w umiejętny sposób. Weźmy chociaż postaci – każda z nich realizuje jakiś charakterologiczny szablon (Podstępny Szambelan, Wyrywna Chłopczyca, Ekscentryczny Najlepszy Przyjaciel Głównego Bohatera, Troskliwy Ojciec), ale właściwie żadna nigdy nie wychodzi poza ramy swojego archetypu. Wiadomo, że postać X okaże się zła, bo wszystko, z jej projektem włącznie (cienkie wąsiki, trójkątna twarz i monokl. Monokl! Równie dobrze mógłby mieć wieczorową pelerynę i chichotać złowieszczo co drugie słowo) sugerują to od samego początku i nie dochodzi do żadnej subwersji, żadnego zmyślnego zagrania schematem w sposób, który uczyniłby go mniej zużytym i mniej przewidywalnym. Odnoszę zresztą wrażenie, że co najmniej połowa postaci w tym komiksie znajduje się w nim jedynie na zasadzie obligatoryjnego wypełnienia fabuły rozpoznawalnymi archetypami. Same koncepcje fabularne wypełniające ten komiks mogłyby być fascynujące… gdyby były w jakiś sposób eksplorowane. Poza kilkoma pierwszymi stronami, na których autor przybliża samą ideę eteru i sposób jego funkcjonowania w kreowanym przez siebie uniwersum. Eter jest, esencjonalnie, fabularnym wytrychem, elementem świata przedstawionego o arbitralnych zasadach funkcjonowania. 

Nieco lepiej prezentuje się warstwa graficzna komiksu. Alice jest znacznie lepszym rysownikiem niż scenarzystą i w chwili, gdy pozwala sobie na graficzne szaleństwa, komiks błyszczy. Niestety, takich chwil jest niewiele, bo Gwiezdny zamek cierpi na dość częstą przypadłość komiksów frankofońskich – plansze przeładowane są kadrami poukładanymi w niekoniecznie atrakcyjny sposób. Nie zrozumcie mnie źle, komiks cały czas jest bardzo czytelny i nigdy nie traci przejrzystości – oko czytelnika płynie przez kolejne kadry nie doświadczając konfuzji – problem polega na tym, że na ogół kadrów jest zbyt wiele i są zbyt gęsto upakowane. Wiem, nie każdy może być Moebiusem czy Andreasem z ich żelazną dyscypliną i kreatywnością, która potrafi ogarnąć ten bałagan i skonstruować z niego imponujące kompozycje, jednak Gwiezdny zamek momentami męczy tym natłokiem niepotrzebnie porozbijanych na zbyt wiele kadrów scen. 

Drugą stroną tego problemu jest kolorystyka – Alice operuje łagodnymi, nieco pastelowymi barwami bez wyrazistych, jaskrawych kolorów czy mocnych kontrastów. W połączeniu z nieco rozmytymi liniami konturowymi sprawia to, że komiks posiada bardzo fajną, oryginalną konwencję graficzną… która niespecjalnie pasuje ani do treści, ani do formy. Już tłumaczę – jak pewnie nietrudno się domyśleć, Gwiezdny zamek to komiks nieuciekający od estetyki steampunku i dieselpunku, czyli czegoś, co wymaga dużej precyzji i szczegółowości ilustracji, by wiarygodnie rozrysować te wszystkie przekładnie, zębatki i mechanizmy. Tymczasem konwencja, jaką obrał Alice nie zakłada takiej precyzji – przeciwnie, większość mechanizmów przypomina rozmazane plamy. Jasne, pojawia się jedna czy dwie rozkładówki, na których prezentowane są szczegółowe projekty mechanizmów i tam wygląda to fajnie, jednak sam komiks unika prezentowania złożonych konstrukcji. Drugim problemem jest fakt, że brak czytelnych kolorystycznych punktów odniesienia przy tak dużym nagromadzeniu kadrów na stronie sprawia, że wizualnie komiks ma tendencję do rozmywania się w jedną, barwną plamę. 

Gwiezdny zamek to Tajemnicze Złote Miasta o jakieś trzydzieści lat za późno. Nie jest to komiks zły, w żadnym razie – choć drewniane dialogi, szczególnie na początku, potrafią zaboleć, a rozwijanie wątków, które później nie mają żadnego znaczenia dla fabularnego progresu nieco zniechęca do dalszej lektury, bo można było zamiast nich wprowadzić jakieś znaczące, pogłębione relacje między bohaterami pierwszoplanowymi albo pobawić się koncepcjami związanymi z eterem. Zamiast tego dostaliśmy jednak komiks, który jest.. przyzwoity. To chyba najlepsze określenie – jest przyzwoicie pomyślany, napisany i narysowany. Nadaje się na w miarę bezpieczny prezent, ładnie wygląda na półce i można go bez bólu przeczytać – ale to w zasadzie tyle. Jako pierwszy tom dłuższej komiksowej serii nie obiecuje jednak niczego ciekawego.

Egzemplarz recenzyjny dostarczyło wydawnictwo Egmont

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...