![]() |
fragment grafiki autorstwa Davida Rapozy, całość tutaj. |
Tak, obejrzałem fanfilm Power/Rangers - trudno było go przegapić w sytuacji, gdy dosłownie wszyscy z dosłownie każdej strony z zachwytem linkowali mi tego czternastominutowego szorta. Po obejrzeniu moje odczucia wobec niego były mocno mieszane. Zrobiłem więc research, dzięki czemu zrozumiałem, jaki cel stał za tą produkcją i co za jej pomocą chciał osiągnąć twórca. Mimo wszystko, wciąż odczuwam podskórną niechęć do tej produkcji. Bo widzicie, nagle wszyscy zaczęli linkować ją gdzie tylko się da, z obowiązkową adnotacją, że takich Power Rangers to oni by oglądali.
Power/Rangers to satyra - satyra na współczesny popkulturowy trend „umraczniania” klasycznych opowieści. To brutalna opowieść o przemocy, seksie, zdradzie i upadku osadzona w alternatywnej rzeczywistości odpowiadającej wydarzeniom z Power Rangers Zeo (Imperium Maszyn) dekonstruująca życiorysy poszczególnych Wojowników znanych z pierwszych sezonów serialu. Poprzez karykaturalne uwypuklenie elementów przemocy, degeneracji i seksu fanfilm wyśmiewa tego typu zabiegi - staje się meta-satyrą. Nie sposób brać na poważnie przedstawionej w Power/Rangers estetyki, bo przekracza granice prawdopodobieństwa i zawieszenia niewiary nawet bardziej, niż materiał źródłowy - tyle tylko, że przegina w drugą stronę, robiąc z ikonicznych bohaterów naszego dzieciństwa bohaterów bardzo tandetnego niskobudżetowego sci-fi klasy B. Nie wszyscy wyłapali żart. Ośmielam się stwierdzić, że większość oglądających tę produkcję osób wpadła w pułapkę tej piętrowej satyry i łyknęła ją jak najbardziej nieironicznie. Sam, choć podejrzewałem jakiś drugi poziom, nie byłem pewien jak odbierać tę produkcję - dopiero podlinkowany wyżej artykuł zawierający wypowiedzi twórców pomógł mi ogarnąć kontekst. W tym wymiarze Power/Rangers okazał się zatem porażką - jako satyra jest nieczytelny.
Moim zdaniem ten zachwyt szortem jest przerażający, bo pokazuje nas, odbiorców popkultury, jako zdegenerowanych popkulturowych zombie, którzy bez popitki łykają taką konwencję, odruchowo odczytując ją jako jakościowo lepszą, bardziej wartościową, niż to, co prezentuje sobą - na przykład - oryginalne Power Rangers. Fanfilm jest, paradoksalnie, znacznie bardziej niedojrzały, niż większość serii oryginalnych Power Rangers - przesiąknięty brutalnością i ciężkim cynizmem (no właśnie, dlaczego daliśmy sobie wmówić, że cynizm jest cool, może mi to ktoś wyjaśnić?) oraz treściami erotycznymi wydaje się skierowany do nabuzowanego hormonami nastolatka, któremu wydaje się, że właśnie te elementy są miarą „dojrzałości”.
Nie są. O wiele dojrzalsza jest historia doktor K. z Power Rangers RPM, zaskakująca transformacja moralna Camille z Power Rangers Jungle Fury czy dorastanie Erica albo Nadiry z Power Rangers Time Force. Brakuje tam przekleństw, krwi i golizny, ale jest coś innego - pokazywanie tej lepszej strony ludzkiej natury, przebłysków szlachetności, odruchów dobra, które może zniszczyć zło niejako od środka. Jeśli się nad tym zastanowić, to Power Rangers tym właśnie jest - opowieścią o ludziach, którzy szukają dobra w sobie i innych. I je odnajdują. Jak Flynn, który ryzykuje życie dla grupy nieznanych sobie ludzi, prostodusznie tłumacząc „This is who I am!”. Albo Karone, która postanawia odpokutować za zło, jakie wyrządziła wcześniej, dołączając do Galaxy Rangers. Albo Eric, rozbitek na morzu własnego gniewu, który w końcu, nieoczekiwanie dla siebie i innych odnajduje w sobie prawdziwą szlachetność. Albo Z, która chce pomagać ludziom, ale czuje, że zabawa w Robin Hooda to za mało. W dzisiejszych czasach - czasach postmodernistycznych dekonstrukcji, tryumfu antybohaterów i relatywizacji moralnych - tego typu opowieści zdarzają się rzadko. A przecież wcale nie są ani mniej wiarygodne, ani mniej naciągane od mrocznych historii, do których współczesna popkultura kazała nam się przyzwyczaić. Po prostu odwołują się do tej lepszej strony ludzkiej natury - a z jakiegoś powodu jesteśmy przekonani, że to coś infantylnego. A przecież niekoniecznie.
Power Rangers bywają całkiem mroczni - na swój własny sposób. Przywoływane wyżej sezony potrafiły poruszać takie tematy jak śmierć najbliższych, terroryzm, nienawiść, wykluczenie społeczne, rasizm, zemstę. To, co odróżnia Power Rangers od innych dzieł popkultury to brak cynizmu. Zawsze gdzieś tam jest szlachetność i dobro, do którego można się odwoływać, jakaś słuszność i wartość, której bohaterowie są wierni. Może być to rodzina, przyjaciele, poczucie obowiązku, miłość, wiara w siebie czy niezłomność charakteru. To bardzo krzepiące. Można mówić o tych tematach bez nachalnego dydaktyzmu czy spłaszczającego, bagatelizującego temat lukru. Niedowiarków zachęcam do zapoznania się z Power Rangers RPM i przekonania się o tym samemu.
And we keep dreamin' of a world/Where all that's good so we were told/We need a hero - śpiewa Ron Wasserman w jednej z najlepszych piosenek wchodzących w skład ścieżki dźwiękowej Mighty Morphin Power Rangers. W komentarzach na YouTube pod tym utworem jedna z osób pisze: „Ta piosenka podsumowuje uczucia pokolenia post-9/11. Wszyscy pragniemy bohaterów… takich jak ci, których oglądaliśmy w dzieciństwie.” No właśnie - w obecnym trendzie brutalizacji popkultury i cynizmu zapomnieliśmy o szczerym, prostodusznym bohaterstwie. Źle by było, gdyby ten trend pakowania popkultury w gęsty mrok i fasadową „dojrzałość” dopadł również Power Rangers. Mamy w popkulturze całe mnóstwo mrocznych dekonstrukcji, pokręconych cynicznych dupków w roli protagonistów, schizowych remiksów. Naprawdę jest z czego wybierać. Power Rangers mamy tylko jedno. Nie ważcie się nam go odbierać.