![]() | ||
fragment grafiki autorstwa Fiony Marchbank, całość tutaj. |
Kilka dni temu Konrad „Sama dupę myj przed rżnięciem”
Lewandowski, popularny pisarz polskiej fantastyki (co jest jakby znamienne) w dość
ostrych słowach skrytykował zjawisko amatorskiego komentowania literatury na
blogach powszechnie utożsamiane z subkulturą tak zwanych blogerek
książkowych. Jaką formę owa krytyka przyjęła – domyśla się każdy, kto już wcześniej
zetknął się kiedyś z jakimikolwiek wypowiedziami Konrada „Sama sobie pomachaj, idiotko” Lewandowskiego.
Generalnie jednak przewodasowe wynurzenia przypomniały mi o
jednej ważnej rzeczy – o tym, jak bardzo kocham blogerki książkowe. Nie jako
poszczególne jednostki oczywiście (choć i w takim ujęciu są przypadki, wobec
których żywię cieplejsze uczucia), ale jako zbiorowość osób, które beztrosko i
bezpretensjonalnie zajmują się czytaniem, komentowaniem, recenzowaniem, krytykowaniem, odradzaniem
i polecaniem literatury wszelakiej. Dziewczyny (i chłopaki – nie ma bowiem
żadnego logicznego powodu, dla którego facet nie mógłby zostać blogerką książkową)
dzielnie stawiające czoła wszystkiemu, co zrzuci na nie pęczniejący z każdym
rokiem rynek książkowy budzą mój najszczerszy podziw i to im właśnie chciałbym
poświęcić niniejszą notkę.
W rzeczywistości, w której przeciętny mieszkaniec naszego
kraju czyta mniej, niż pół książki rocznie blogerki książkowe, niczym Siłaczka
z wiadomej lektury szkolnej nie dosyć, że podciągają tę średnią, to jeszcze
swoją działalnością promują czytelnictwo. Duch przedsiębiorczości i zaradności
pozwala im na załatwienie sobie całej sterty darmowych egzemplarzy
recenzenckich (szczególnie podziwiam tę umiejętność, mnie bowiem nigdy nie
udało się wysępić czegokolwiek od jakiegokolwiek wydawnictwa), sumienność i
odpowiedzialność nakazują czytanie każdej podesłanej pozycji, ewentualne
ostrzeżenie potencjalnych czytelników przed nabyciem literackiej kupy oraz
wyławianie niespodziewanych perełek. I, co najważniejsze – tworzenie społeczności,
powiązywanie swoich blogów siateczkami linków i odsyłaczy tworzących
blogosferowy system naczyń połączonych.
Czy ich opinie zawsze są profesjonalne, wybitnie
inteligentne, spójne i wyważone? Nie. Czy to coś złego? W żadnym razie, i to
niezależnie od tego, co twierdzi Lewandowski. Dla mnie działalność blogerek
książkowych to nie tyle krytyka, co internetowy ekwiwalent opowiadania o przeczytanych
przez siebie książkach znajomym. Często przecież ludzie czytający chcą w jakiś
sposób skanalizować swoje odczucia wobec przeczytanej pozycji, ale brakuje im
zacięcia, intelektualnych narzędzi, doświadczenia lub wykształcenia, by w
odpowiedni sposób opowiedzieć osobie trzeciej o danym dziele. Wiem, że ja tak
mam z muzyką – kompletnie się na niej nie znam i choć czasem coś mnie
ewidentnie zachwyci, to nie jestem w stanie wyartykułować, czemu akurat dana
piosenka mi się podoba. Dlatego też bardzo rzadko piszę na blogu o muzyce, a
jeśli już, to i tak najczęściej zamykam się w ogólnikach i pustych frazesach, z
których ostatecznie nigdy nie jestem zadowolony. Jestem w stanie zrozumieć osoby, które mają
podobny problem w pisaniu o literaturze – coś strasznie, ale to strasznie im
się podoba, ale nie potrafią wskazać elementów, które to powodują, ponieważ
odbierają prozę na poziomie emocjonalnym, nie analitycznym. Czy pisanie o książkach
z poziomu emocjonalnego jest czymś złym? Oczywiście, że nie, choć należy
podkreślić, iż takie podejście niewiele ma wspólnego z analizą krytyczną.
Ale, ale – żeby nie było, że robię z blogerek książkowych
intelektualne kaleki, które trzeba usprawiedliwiać jakimiś pokrętnymi
tłumaczeniami. Daleki jestem od tego. Jest całe mnóstwo blogerek książkowych,
które nie tylko mają przygotowanie merytoryczne do wnikliwego, kompetentnego
pisania o literaturze, ale też potrafią z tekstu wydobyć rzeczy, których ja
nigdy nie umiałbym dostrzec. I na dodatek potrafią to w błyskotliwy, zajmujący
sposób opisać. Takie blogerki trzeba kochać i szanować, albowiem są one
nieocenionym skarbem wartym wagi ich stosików książkowych w złocie.
Czasem zdarza mi się podśmiewywać ze stereotypowego obrazu
wiecznie szczęśliwej blogerki książkowej, która publikuje na swoim kolorowym blogu
kolejne zdjęcia książkowych stosików. Nie ma tym jednak złośliwości, a raczej
pewne rozczulenie folklorem tego nieformalnego środowiska, które w rodzimej
blogosferze pełni niedającą się przecenić rolę animującą środowiska czytelnicze
– z reguły takie, które przez wysoki i poważny mainstream niebrane na poważnie i, w
najlepszym wypadku, są przezeń ignorowane (w najgorszym – traktowane w sposób, w
jaki robi to Przewodas). Blogerki książkowe „obsługują” ten segment czytelniczy
– osoby, które po prostu chcą ze sobą rozmawiać o ostatnio przeczytanej książce
bez żadnych intelektualistycznych pretensji. I dobrze, że to robią. Tak więc,
dziewczyny (i chłopaki) – trzymam za Was kciuki. Nie dajcie się zastraszyć
Lewandowskim tego świata, tylko dalej róbcie swoje.