sobota, 18 stycznia 2014

Animorphs. 12 - The Reaction

fragment okładki, całość tutaj.

The Reaction jest ostatnim tomem, jaki czytałem w języku ojczystym i przedostatnim wydanym u nas przez Egmont. Do dziś nie wiem, co spowodowało, że wydawnictwo przerwało publikowanie kolejnych odcinków serii. Najprawdopodobniej chodziło o słabą sprzedawalność, bo pamiętam jeszcze sytuacje, w których Egmont dodawał egzemplarze różnych książek (głównie Star Wars i Animorphs właśnie) do pisma Kaczor Donald – ot tak, żeby nie zalegały w magazynach po przerwaniu linii wydawniczych. Tak czy inaczej, szkoda. Ze względu na swoją unikalność i mocne osadzenie akcji w latach dziewięćdziesiątych szanse na wznowienie publikacji w języku ojczystym są mniej, niż nikłe. Nawet w USA drugie wydanie serii ślimaczy się niemożebnie, a jego kontynuacja stoi pod znakiem zapytania. Animorphs mieli swoją epokę i ona już dawno minęła. Dziś po te książki sięgają już tylko ci, którzy mieli z nimi kontakt w dzieciństwie. Ale do rzeczy. Narratorką tego tomu jest Rachel, jedna z moich ulubionych bohaterek serii. W Rachel podoba mi się to, że jest postacią wychodzącą poza schemat – atrakcyjna blondynka zajmująca się typowo „dziewczyńskimi” sprawami, takimi jak zakupy, ciuchy, wzdychanie do gwiazd filmowych i gimnastyka jest równocześnie inteligentna, pewna siebie i bardzo impulsywna. Nie jest karykaturą – to pełnowymiarowa, wyemancypowana postać. Z drugiej strony – unika marysuizacji. To naprawdę pomysłowa kreacja, szczególnie, że Applegate w tym tomie prześwietla ją od najmniej ciekawej, zdawałoby się, strony.

Powieść zaczyna się klasycznie – po zwyczajowej mantrze o tym, jak to nasi bohaterowie są osamotnieni w swojej walce, następuje scena, które idealnie obrazuje nam postać Rachel – dziewczyna, przebywając w ogrodzie zoologicznym, ratuje małe dziecko, które wpadło do zagrody krokodyli, pobierając morpha jednego z nich, zmieniając się weń i walcząc z nim do czasu przybycia strażników zoo. Miast podziękowań i zachwytów nad swoim wyczynem, dostaje zwyczajową burę od Jake’a, któremu nie podoba się takie ryzykanctwo i wystawianie się na ryzyko dekonspiracji. Tobias podpowiada jej, by zapytała Jake’a, jak on by postąpił na jej miejscu, co szybko zamyka mu usta. Ach, Tobias i Rachel… uwielbiam tę dwójkę, to łączące ich niedookreślone, ale bardzo silne uczucie. To, w jaki sposób się do siebie odnoszą i się wspierają. Nie wiem czemu – może dopowiadam sobie pewne rzeczy, ale ich relacja jest bardzo subtelna, bardzo naturalna i przesiąknięta drobnymi, ale znaczącymi niuansami. W jakiś niemożliwy do sprecyzowania sposób oni do siebie pasują, choć różni ich niemal wszystko. Oboje oddzielnie są bardzo interesującymi postaciami, zaś razem... po prostu mistrzostwo. Jedyną wadą tej unikalnej relacji jest fakt, że na jej tle uczucie łączące Jake’a i Cassie jest tak mdłe, trywialne i niespecjalnie interesujące. A właśnie, propo Cassie… w tym tomie dowiadujemy się, że dziewczyna słucha Nine Inch Nails. W życiu bym jej o to nie podejrzewał.

Głównym zadaniem bohaterów w niniejszym tomie jest uniemożliwienie Yeerkom przejęcia popularnego aktora młodzieżowego, który planuje wizytę w miejscowości zamieszkiwanej przez Animorphy. Nastoletnia gwiazdka, w której kochają się wszystkie nastolatki w kraju jest dla Yeerków łakomym kąskiem – zdominowana przez jednego z kosmitów mogłaby bowiem dołączyć do The Sharing i publicznie propagować tę organizację, zachęcając do wstępowania w jej szeregi. Nastolatki masowo zaczną zapisywać się do The Sharing, niektóre wciągną w to swoje rodziny i to zapewni Yeerkom znacznie szersze możliwości w przejmowaniu ciał znaczących ludzi. Całkiem cwany plan, przyznaję. Cała afera opiera się na tym, że Rachel także podkochuje się w tym młodocianym aktorze. Nie, żeby było w tym coś dziwnego – jak świat długi i szeroki, nastolatki wzdychają do idoli popkultury i bardzo dobrze, że autorka pokazuje, iż Animorphy nie są tu wyjątkiem. Siłą tej serii jest ukazywanie nastolatków takimi, jakie są naprawdę – czy też, by być bardziej precyzyjnym, takimi, jakie były naprawdę w latach dziewięćdziesiątych. Nie zapominajmy też, że to nie jest seria obyczajowa, tylko przygodowe science-fiction, więc i to wzdychanie osadzone jest w ciekawym kontekście. Rachel bowiem, o czym później informuje ją Ax, złapała alergię – okazuje się, że jest uczulona na morpha krokodyla, którego pobrała jakiś czas wcześniej. To sprawia, że pod wpływem silnych emocji przestaje panować nad swoim darem i zaczyna automatycznie zmieniać się w któreś z „pobranych” wcześniej zwierząt – albo wręcz mieszankę kilku różnych. Coś takiego zdarza się po raz pierwszy w chwili, gdy bohaterka szuka w Internecie informacji o aktorze – nagle zmienia się w mieszankę muchy i krokodyla, by ostatecznie skończyć jako słoń, który swoim ciężarem przebija podłogę jej pokoju i ląduje w kuchni. Pewnie dostanę za to w pysk, ale wydaje mi się, że to znakomita metafora pierwszej menstruacji.

W każdym razie cała ta sytuacja ściąga do miasta ojca Rachel i mamy okazję zauważyć, w jaki sposób dziewczyna odnosi się do obojga rodziców – kocha ich równie mocno, ale cieszy się na widok taty, z którym ma dość ograniczony kontakt. Zdaje sobie sprawę, że takie silne eksponowanie uczuć wobec jednego z rodziców będzie bolało drugie. Ładnie to wychodzi w scenie, gdy Rachel decyduje się przenocować u ojca. To budowanie tła rodzinnego u tej bohaterki jest jednym z mocniejszych punktów całego tomu – widzimy, przed jakimi dylematami stają dzieci rozwiedzionych rodziców, nawet jeśli ich rozwód zakończył się polubownie i oboje są w stanie normalnie ze sobą rozmawiać. Prędzej czy później musi jednak dojść do konfliktu interesów i faworyzowanie jednego z rodziców. Rachel, ze względu na swoją wrażliwość, doskonale zdaje sobie z tego sprawę i to budzi w niej to konfuzję. Przyznam, że z tomu na tom coraz bardziej doceniam umiejętność Applegate w interesującym i wiarygodnym kreowaniu tła rodzinnego u poszczególnych bohaterów – widać, że sprawy nastolatków są autorce bardzo bliskie, że rozumie je i potrafi o nich opowiadać bez męczącego dydaktyzmu. Coraz bardziej mam ochotę sięgnąć po napisaną przez Applegate serię Making Out, obyczajową sagę o nastolatkach dorastających w trudnych warunkach, bo zwyczajnie podoba mi się złożoność i kompleksowość relacji pomiędzy bohaterami w Animorphs – nawet bardziej, niż wstawi sci-fi – i ciekawi mnie, jak zrobiłaby to autorka w książkach nieskrępowanych konwencją przygodową.

Ale wróćmy do Rachel. Z jednej strony dziewczyna zmaga się z uczuleniem, które wprowadza nieprzewidywalne zmienne do procesu transformacji w zwierzęta, z drugiej – jej zadurzenie się w aktorze kończy się dość paskudnie, bo ukrytym pod postaciami mew dzieciakom udaje się go podpatrzyć na jachcie, w którym dobija on targu z Visserem Trzy, co definitywnie burzy jego wyidealizowany obraz, jaki miały Rachel i Cassie. Podoba mi się taka puenta – o ile nie ma niczego złego w podkochiwaniu się w celebrytach, o tyle warto zdawać sobie sprawę, że wykreowany przez media wizerunek nie musi mieć wiele wspólnego z rzeczywistością. Samo podkochiwanie się też jest zresztą przedstawione raczej bezboleśnie, bo zarówno Rachel, jak i Cassie patrzą na obiekt swoich uczuć raczej w kategoriach „brałabym”, niż „zostałabym jego niewolnicą”.

Rachel robi w pewnym momencie coś bardzo głupiego, bardzo impulsywnego i bardzo w jej stylu – widząc, że jej brak panowania nad swoimi umiejętnościami skutkuje odsunięciem od misji, kłamie swoim przyjaciołom, że jej przypadłość się skończyła i Rachel „wydaliła” morpha, na którego miała uczulenie, tak jak przewidział to Ax. Wszystko dlatego, iż wyłączenie z misji pozbawiłoby ją szansy na zobaczenie swojego idola i obiektu westchnień z bliska. Wszystko oczywiście wychodzi na jaw i mocno komplikuje całą operację przeprowadzaną w studiu nagraniowym. Operacja była dość złożona i uczestniczył w niej – wierzcie lub nie – Marco w morphie lamy. Marco jest świetną lamą. Marco jest najlepszą lamą w historii literatury młodzieżowej. Możliwie, że jest najlepszą lamą w historii literatury w ogóle. Wróćmy jednak do Rachel, na której nieodpowiedzialność mści się w straszliwy sposób – proces wydalania morpha krokodyla dopada ją właśnie w kluczowym dla misji momencie, co kończy się tym, iż na ciele dziewczyny zaczyna w błyskawicznym tempie rozwijać się nowotwór formujący się w krokodyla i odklejający się od niej. W międzyczasie dziewczyna barykaduje się w toalecie i zmienia się w niedźwiedzia, co prowadzi do bardzo frankensteinowskiej, sugestywnie opisanej sceny transformacji. Całość oczywiście kończy się dobrze i nawet misja nie kończy się zupełnym fiaskiem, ale Rachel dostała porządną nauczkę – nie dać się ponosić emocjom, brać odpowiedzialność za swoje czyny, zdawać sobie sprawę, że jej błędy mogą negatywnie odbić się na innych.

Powiem tak – to był przyzwoity tom. Ani bardzo dobry, ani bardzo zły. Nie zawierał w sobie jakichś ważnych wydarzeń czy informacji, nie miał jakoś wspaniale skomponowanej fabuły, ani nie zapada w pamięć. Rozwija nieco postać Rachel, pokazując ją jako zwyczajną w gruncie rzeczy nastolatkę mającą – obok tych wielkich i trudnych – także zwyczajne nastoletnie problemy, a o Rachel zawsze przyjemnie się czyta. Warto też odnotować, że Cassie wykazuje tu trochę inicjatywy, ratując sytuację pod koniec powieści – zawsze warto docenić coś takiego, bo ta bohaterka dramatycznie cierpi na brak ekspozycji. No i Marco jako lama totalnie niszczy system. W sumie The Reaction to taki zapychacz, ale bardzo sympatyczny. Czyta się przyjemnie, ale to u Applegate norma. Ogółem, kolejny przyjemnie się czytający tom bardzo sympatycznej sagi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...