![]() |
fragment grafiki autorstwa Luizy Ho, całość tutaj. |
Obejrzałem w końcu FullMetalAlchemist: Brotherhood, serię anime stworzoną na podstawie mangi FullMetal Alchemist autorstwa Hiromu Arakawy. Nie była to pierwsza ekranizacja tego komiksu – w 2003 roku ukazała się inna adaptacja FMA, nazwana po prostu FullMetal Alchemist. Różniła się ona znacząco od mangowego pierwowzoru, choć większość początkowych wydarzeń była zbieżna. Brotherhood zaczął powstawać w chwili, w której autorka mangi kończyła już pracę nad swoją najpopularniejszą serią, toteż nowsza ekranizacja jest wierna materiałowi źródłowemu od początku do końca – może tylko czasami zmieniając kolejność prezentowanych zdarzeń (choć nie ich chronologię). W niniejszej notce będę się odnosił do wszystkich trzech FullMetali – zarówno do mangi (której przeczytałem przeszło połowę), jak i ekranizacji (widziałem obie w całości), za bazę przyjmę jednak najnowsze anime. Z tego powodu wpis może się wydawać nieco nieskładny, za co z góry przepraszam. Postaram się też ograniczyć spoilery do absolutnego minimum.
Muszę się do czegoś przyznać – w moim
późnogimnazjalnym/wczesnolicealnym okresie życia czytałem mangi, oglądałem
anime i kupowałem magazyn Kawaii. Wiem,
że się może wydawać wstrząsające w świetle tego, w jaki sposób dzisiaj odnoszę
się do japońskiej popkultury. Nie umiem tego wyjaśnić, nie zaistniał żaden
gwałtowny regres czy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Po prostu z upływem
czasu czytałem i oglądałem coraz mniej mangi i anime, coraz bardziej zwracałem
się w stronę komiksu europejskiego i amerykańskiego, brytyjskich seriali
telewizyjnych, francuskiej animacji… i pewnego dnia, odpalając jakąś serię
anime coś w moim umyśle zrobiło „meh!” i pewien etap w moim życiu dobiegł
końca. Od tamtej pory owe „meh!” towarzyszyło mi za każdym razem, gdy sięgałem
po jakiś japoński komiks czy animację, po barokowości i wysublimowaniu komiksów
frankofońskich azjatycki styl rysunku wydał mi się absurdalny i karykaturalny.
Podobnie sposób prowadzenia narracji, który nagle okazał się kompletnie do mnie nieprzemawiający. Dlatego bardzo prosiłbym o
nieprezentowanie pod niniejszą notką komentarzy zawierających sobie frazę „W
takim razie obejrzyj sobie…”, ponieważ najprawdopodobniej już oglądałem albo
przynajmniej próbowałem oglądać większość popularniejszych anime. Poza tym –
gdy deklaruję swoją niechęć do anime to nie jest to jakaś zakamuflowana prośba
o przedstawienie mi czegoś, co ma mnie przekonać i przeciągnąć na właściwą
stronę.
Po obejrzeniu FMA:B doszedłem
do interesującego wniosku – niejednego zresztą, ale do tego jeszcze dojdziemy –
o ile mangowa stylistyka jest dla mnie absolutnie nie do strawienia, o tyle
powinienem jednak od czasu do czasu zacisnąć zęby i obejrzeć jakieś anime albo
poczytać mangę. Ot, żeby nie zgnuśnieć i nie zahermetyzować się w jednym kręgu
kulturowym, nie stracić perspektywy - albo wręcz nabrać nowej. Brotherhood
był w tym o tyle przydatny, że w warstwie estetycznej zdaje się bardzo dużo
czerpać z europejskiego mempleksu i w pewnym stopniu uświadomił mi, jak nasz
kontynent i jego historia wyglądają oczami mieszkańca Kraju Kwitnącej Wiśni.
Ostatecznie akcja FullMetal Alchemist rozgrywa
się w rzeczywistości do złudzenia przypominającej któreś z europejskich
mocarstw z początku XX wieku. Autorka mangi najwyraźniej wzorowała się na
Wielkiej Brytanii, choć sytuacja geopolityczna Amestris pasuje bardziej do
Niemiec. Rząd tego mocarstwa nosi znamiona wojskowej dyktatury, zaś agresywna
polityka międzynarodowa i czystki etniczne narzucają silne skojarzenia z
Trzecią Rzeszą.
Mój pierwszy problem z FMA
– w różnej mierze dotyczy to wszystkich trzech produkcji – polega na tym,
że cały ten europejski mempleks zostaje potraktowany w dużej mierze po
macoszemu i raczej tylko na poziomie estetycznym. O ile bohaterowie noszą
europejskie – głównie angielskie – nazwiska, podają sobie ręce zamiast się
kłaniać (przynajmniej z początku, później twórcy anime zdają się o tym
zapominać), o tyle ich zachowanie niczym nie odbiega od zachowań typowych
postaci z większości anime. Podobnie alchemiczna zasada równowartej wymiany,
która pełni ważną rolę w mitologii serialu, stając się czymś w stylu filozofii
życiowej większości bohaterów, więcej ma wspólnego z karmiczną sprawiedliwością
czy też równowagą Yin i Yang, niż chrześcijańskim „A kiedy ktoś chce się z tobą
sądzić i zabrać twoją suknię, oddaj mu i płaszcz” (Mt 5,40). O chrześcijaństwie
wspominam z tego powodu, że w FullMetal
Alchemist pojawia kilka silnych nawiązań do tradycji judeochrześcijańskich,
ale znów – są one tylko fajnymi fabularnymi gadżetami pokroju homunkulusów
biorących swoje imiona od grzechów głównych. To jest, jak zauważyłem, znamienne
dla japońskich twórców popkultury, zawierać w swoich dziełach nawiązania do
innych kultur na bardzo płytkim, trywialnym poziomie estetyki – podczas gdy w
sytuacji odwrotnej, zachodni twórcy, jak mi się zdaje, przejawią chęć
zgłębienia także sposobu myślenia, filozofii i uwarunkowań kulturowych. Nie
twierdzę, że japońskie podejście jest w jakiś sposób szkodliwe czy niepoprawne,
bo to autonomiczna twórczo decyzja na poziomie koncepcyjnym – ubrać japoński
sposób myślenia, kreowania opowieści w europejskie ciuszki. Problem polega na
tym, że autorka mangi, intencjonalnie lub nie, poruszyła przez to kilka
drażliwych i trudnych kwestii.
Jedną z nich jest sprawa eksterminacji ludności Ishvalu.
Choć autorka mangi oparła tę historię na dziejach Ajnów, to umieszczenie jej w
kontekście pseudoeuropejskim musi się kojarzyć z Holocaustem. Szczególnie, że
Arakawa podrzuca tu i ówdzie drobne wskazówki, na przykład ubiór patriarchy
Ishvalskiego przywodzący na myśl żydowski chałat. Jest to o tyle interesujące,
że większość bohaterów biorących udział w czystkach etnicznych (Roy Mustang,
Maes Huges, Riza Hawkeye i naprawdę wielu innych) jest przedstawiona w sposób
pozytywny, bardziej jak wspaniałe osoby, które popełniły błąd. W naszym kręgu
kulturowym istnieje tendencja do popkulturowego odczłowieczania postaci
odpowiedzialnych za czystki etniczne, a jakakolwiek relatywizacja najczęściej
budzi duże kontrowersje, stąd ten wątek może deprymować zachodniego odbiorcę.
Koncepcja Boga przedstawiona w FMA (manga
i drugie anime – w pierwszym ten wątek pominięto) także kłóci się z europejskim
wyobrażeniem o Stwórcy. Trudno mi jest o tym pisać bez uciekania w potężne
spoilery, ale wystarczy wspomnieć, że Bóg w świecie FullMetal Alchemist nie jest bytem jednoznacznie dobrym – w istocie
ma bardzo upiorną, przerażającą reprezentację fizyczną przywodzącą na myśl
któregoś z Wielkich Przedwiecznych, niż dobrotliwego staruszka z brodą
siedzącego na chmurze i przyglądającego się maluczkim z wysokości.
Głównym tematem fabuły FMA
jest nie tyle spirytualizm – zakręcony, tajemniczy i ewidentnie w modnej wersji
pop – co próba odkupienia własnych grzechów z przeszłości. Obaj główni
bohaterowie podróżują po świecie, by odzyskać swoje ciała utracone wskutek
złamania alchemicznego tabu ludzkiej transmutacji, ambitny wojskowy Roy Mustang
chce objąć władzę nad krajem, by uniknąć rzezi i czystek etnicznych, w jakich
sam musiał brać udział, ojciec Eda i Ala także ma zaszłe sprawy, za które musi
odpokutować. Jako, że na drodze stają im homunkulusy, które reprezentują
chrześcijańskie grzechy główne (choć przynajmniej niektóre z nich są
przedstawione w sposób bardzo niejednoznaczny moralnie) cała opowieść w
warstwie metaforycznej przybiera postać wręcz moralitetu. Oczywiście jest to
moralitet, w którym bohaterowie biegają po ścianach, prowadzą długie walki przeplatane
jeszcze dłuższymi rozmowami i slapstickowe, antyklimatyczne wstawki „komediowe”,
które pasują tam jak pięść do nosa.
Ale, ale – mimo wszystko, nie uważam FMA za słabą opowieść. Wyjąwszy może pierwszą ekranizację, którą
dość szybko dopadł paskudny kryzys tożsamości, zarówno manga, jak i drugie
anime to zaskakująco niezłe fabuły. Bardzo złożone, momentami błyskotliwe z
bardzo silnym punktem, jakim są bohaterowie. Arakawa ma naprawdę spory dryg do
kreowania zróżnicowanych, intrygujących i dających się lubić bohaterów i z tego
drygu korzysta. Momentami jednak przesadza, co jest szczególnie odczuwalne w
finale opowieści, który jest nieprzyzwoicie wręcz rozwleczony pomiędzy
kilkanaście przeplatających się wątków. To sprawia, że akcja, choć dynamiczna i
angażująca emocjonalnie, wlecze się jak mucha w smole. Tego jest po prostu za
dużo, percepcja odbiorcy przeskakuje pomiędzy kolejnymi wątkami i nagle w
precyzyjnie zaplanowaną intrygę wkrada się chaos. Wielki finał opowieści i jej
punkt kulminacyjny jest w anime rozwleczony na jakichś piętnaście odcinków i
muszę przyznać, że przez grubo połowę z nich odczuwałem znużenie przemieszane z
konfuzją. Strasznie mi zależało na tym, żeby oni w końcu przestali się lać i
przeszli do rzeczy. Może to jest też powód, przez który odebrałem zakończenie
jako nieco rozczarowujące. Taka dekompresja fabuły nie służy niczemu, a tu
mieliśmy tego aż za dużo.
Mimo to, polecam. Zapewne wielbiciele japońskiej popkultury
ocenią FMA lepiej, niż ja. A ja
uważam, że to ponadprzeciętna rozrywka w interesującej oprawie estetycznej z
naprawdę fajnymi bohaterami. I warto się z nią zapoznać, nawet jeśli jest się
mangowym hejterem. Słowo mangowego hejtera. Wszystkie sześćdziesiąt cztery odcinki, składające się na FullMetal Alchemist: Brotherhood obejrzałem w ciągu niespełna tygodnia, poświęcając temu serialowi każdą wolną chwilę. Po zakończeniu czułem fizyczne niemal wyczerpanie - już dawno nie fundowałem sobie podobnego maratonu. I to chyba najlepiej świadczy o FMA. A jeśli macie szansę przeczytać mangę - zróbcie to.