niedziela, 1 września 2013

Babylon Effect

fragment grafiki autorstwa Pera Sjögrena, całość tutaj.

O Babylon 5 miałem napisać już dawno, dawno temu, bo ten serial był po prostu fenomenem – z bardzo wielu względów. To ewidentnie jedna z najbardziej rozbudowanych epickich fabuł w historii telewizyjnej fantastyki naukowej, z jakimi było mi dane się mierzyć. Ja generalnie uwielbiam rozbudowane, wielopoziomowe fabuły, w których pokazana z pierwszym akcie strzelba wypala w akcie piątym, zaś wszystko łączy się ze wszystkim innym w jednej misternie skonstruowanej intrydze, dlatego B5 to dla mnie ucieleśnienie największych marzeń. W tym serialu niemal wszystkie odcinki napisał jeden scenarzysta, który precyzyjnie zaplanował fabułę na pięć lat do przodu i w ciągu tego czasu konsekwentnie realizował swoje założenia. W dzisiejszych czasach coś takiego byłoby po prostu niewykonalne, a nawet w latach dziewięćdziesiątych okazało się mocno problematyczne. Tym niemniej – udało się. Babylon 5, wraz z projektami ościennymi (filmy i spin-off), stał się opowieścią o szokującym wręcz rozmachu, a przy tym wewnętrznie spójną, konsekwentną i po prostu fascynującą.

Co najciekawsze, J. Michael Straczynski, intelekt sterujący całym uniwersum, absolutnie nie sili się na nic oryginalnego, nie wprowadza do Babylon 5 żadnych indywidualizujących markę udziwnień czy oryginalnych elementów, które na pierwszy rzut oka wyróżniałyby serial na tle innych, podobnych produkcji. Przeciwnie – konsekwentnie podąża szlakami przetartymi przez Star Treka, prozę Asimova, Herberta i Clarke’a realizując tym samym serial będący wręcz kwintesencją space opery. Mamy świetlaną, stechnologizowaną przyszłość, obce rasy, których wzajemne interakcje napędzają fabułę, telepatów, prastare artefakty, potyczki z przemytnikami oraz solidaryzujące wszystkich kosmiczne zagrożenie. Siła fabuły tkwi w takim trochę Martinowskim przedstawieniu epickiej opowieści z wielu różnych punktów widzenia osób w taki czy inny sposób uwikłanych w intrygę oraz skupieniu się nie tyle na wartkiej, dynamicznej akcji co politycznych wybiegach, zakulisowych machinacjach i dyplomacji. To z kolei sprawiło, że ciężar fabuły został przeniesiony właśnie na konstruowanie złożonej pajęczyny powiązań, sojuszy, bizantyjskich intryg oraz kreślenie sylwetek charakterologicznych, co obyło się kosztem dynamizmu – i to może być największy (i niejedyny) problem dla współczesnego widza. Ten serial, szczególnie w pierwszych sezonach, utrzymuje bardzo powolne tempo mające na celu przedstawienie obowiązującego status quo, podbudowę charakterologiczną postaci i porozstawianie pionków na planszy. Im dalej, tym tempo wzrasta, dynamicznych starć (tak w przestrzeni kosmicznej, jak i w bliskim kontakcie z wrogiem) robi się coraz więcej, ale sporo widzów nastawionych na tempo akcji porównywalne choćby ze StarGate SG-1 do tego czasu zrezygnuje.

Ale to tylko jeden z szeregu problemów. Sporym kłopotem może być ogólna i szczególna siermiężność Babylon 5. Chciałbym napisać, że jakość dekoracji i efektów specjalnych B5 stoi na poziomie pierwszych sezonów Power Rangers, ale – szczerze mówiąc – Power Rangers w swoim najgorszym okresie nigdy nie wyglądali aż tak sztucznie i siermiężnie, jak Babylon 5 w swoim najlepszym okresie. Dekoracje w Babylon 5 wyglądają sztucznie, wszystko jest szaro-bure, kanciaste i umowne, kostiumy wyglądają jakby były pościągane z innych seriali, wykorzystana w scenach rozgrywających się w kosmosie grafika komputerowa wygląda jak animacje przerywnikowe z bardzo starych gier video. Do tego trzeba dodać bardzo marne sceny walk i potyczek, przy których niesławna scena pojedynku ze Star Treka wygląda niczym majstersztyk choreografii. Choć Babylon 5 (1994) od przywoływanego wyżej StarGate SG-1 (1997) dzieli raptem kilka lat, to przepaść pomiędzy nimi (pod względem jakości wykonania) jest potężna. Choć B5 był pionierski w kwestii tak silnego wykorzystania technik animacji trójwymiarowej, z perspektywy czasu ta decyzja okazała się, według mnie, błędna, ponieważ to 3D dzisiaj wygląda po prostu śmiesznie. W dodatku w całym serialu nie ma ani jednej (!) sceny, która rozgrywałaby się w plenerze, przez co niejednokrotnie podczas oglądania serialu doświadczałem uczucia podobnego do klaustrofobii i musiałem pójść na spacer do parku, ponieważ ten klimat zamknięcia i sterylności mnie dobijał.

Archaiczność serialu objawia również w pracy kamery – dominują długie, statyczne ujęcia rodem z teatru telewizji, przez co większość czasu serial jest nieznośnie wręcz statyczny. Gra aktorska, szczególnie w pierwszym sezonie też jest bardzo nierówna – odtwarzający większość głównych ról aktorzy grają tak, jakby nie wiedzieli do końca, czy mają brać serial na poważnie. Z biegiem czasu to się trochę poprawia – albo po prostu widz przywyka. Kolejną przeszkodą w bezstresowym odbiorze Babylon 5 jest scenopisarska maniera Straczynskiego, który wkłada swoim bohaterom w usta bardzo… Hmm, nienaturalne dialogi. Nie zrozumcie mnie źle, Babylon 5 ma naprawdę świetnie rozpisane dialogi, po prostu bardzo często bohaterowie informują się nawzajem o rzeczach, których normalni ludzie zwykle nie poruszają w codziennych rozmowach – a przynajmniej nie robią tego w tak jednoznaczny sposób. Postaci, by poinformować widza o swojej przeszłości albo przedstawić kontekst danego epizodu, często prowadzą takie długie rozmowy, na przykład zwierzając się ze swoich tajemnic i traum przygodnie spotkanym bohaterom epizodycznym. To razi i jest sztuczne jak cholera, ale jeśli się chce oglądać Babylon 5 to trzeba do tego przywyknąć i już. Zresztą, w komiksach autorstwa Straczynskiego jest bardzo podobnie, ale komiksowe medium rządzi się trochę innymi prawami i tam do tego typu zabiegów jesteśmy przyzwyczajeni, więc rażą mniej.

Słowem – jeśli ktoś mimo wszystko zdecyduje się oglądać Babylon 5, to musi się nastawić na bardzo dużą dawkę umowności. Hardkorowym miłośnikom oldskulowego science-fiction nie będzie to oczywiście przeszkadzać, ale oni (to znaczy – my, bo i ja się do tego grona zaliczam) Babylon 5 mają już raczej za sobą. A ten serial jest klasykiem i to klasykiem jak najbardziej zasłużonym, więc naprawdę warto pójść na pewne kompromisy, przymknąć oko na niedoróbki i go obejrzeć, bo B5 naprawdę odwdzięcza się widzowi, prezentując mu historię o gigantycznym rozmachu. Poważne bitwy mieszają się z osobistymi dramatami niejednowymiarowych bohaterów, polityczne zagrywki sprawiają, że status quo zmienia się nie do poznania, upadają konfederacje, przyjaciele wbijają sobie noże w plecy, wrogowie zawierają sojusze, stare rasy walczą z młodymi i ze sobą nawzajem. Każda postać ma jakieś tajemnice i własne plany, każda przechodzi też metamorfozy (niekiedy w bardzo dosłownym sensie), każda zarysowana jest w umiejętny sposób, prezentując określony zestaw cech, co daje nam mieszankę wybuchową w chwili, gdy dwoje bohaterów o silnych, ale kompletnie odmiennych osobowościach wchodzi w konflikt. A to wszystko ubrane w konsekwentnie i logicznie rozwijaną opowieść. Coś niesamowitego.

Tematy poruszane na przestrzeni odcinków to właściwie kompendium problematyki science-fiction. Mamy bowiem poruszone dylematy związane z religiami, polityką, poszanowaniem praw obywatelskich, rasizmem, nacjonalizmem, wpływem mediów na społeczeństwo i wiele, wiele innych. Głównym motywem serialu wydaje się być fenomen kształtowania rzeczywistości w skali makro przez zachowania jednostek w skali mikro. Serial niejednokrotnie pokazuje nam, jak pozornie błahe wydarzenia, kłótnie, chwile słabości czy zwątpienia eskalują, doprowadzając, na przykład, do konfliktu na skalę międzyplanetarną. W ramach kreacji świata przedstawionego Straczynski sięga między innymi, do Władcy Pierścieni, arturiańskich legend, prozy H.P. Lovecrafta, Nowego Testamentu czy herbertowskiej Duiny – a ten krótki przebieg po najbardziej oczywistych inspiracjach bynajmniej nie wyczerpuje listy. Choć fabuła toczy się w sposób linearny (na ogół) i epizody rzadko kiedy są zupełnie autonomiczne, to zdarza się kilka prawdziwych perełek. Moim ulubionym epizodem jest jeden z końcowych odcinków czwartego sezonu, który w całości rozgrywa się w jednym pomieszczeniu i ma bardzo orwellowski rys. Kameralny, neurotyczny i po prostu mistrzowski w kreowaniu obłędnego klimatu. Tego typu smaczków jest zresztą znacznie więcej – choćby odcinek w całości poświęcony obsłudze technicznej stacji, który pozwala nam spojrzeć na działalność Babylon 5 niejako od kuchni.

O bohaterach mógłbym pisać bardzo długo, bo każdy z nich – jak już wspomniałem – to oddzielny wszechświat charakterologiczny. Główną postacią, centralizującą większość wątków Babylon 5 jest komendant John Sheridan, który w drugim sezonie zastępuje dotychczasowego dowódcę stacji Jeffrey’a Sinclaira. Początkowo to właśnie Sinclair miał być głównym bohaterem, ale z powodu odejścia odtwarzającego tę postać Michaela O’Hare zdecydowano się zmienić tę koncepcję. Okazało się to nadzwyczaj udanym zabiegiem, bo Sheridan był postacią znacznie ciekawszą (i lepiej zagraną) od Sinclaira – ten drugi wydawał się bardziej pasywny i był większym służbistą, podczas gdy Sheridan miał mniejsze opory w łamaniu regulaminu celem uzyskania wymiernych rezultatów swoich działań. W dodatku pozytywnym efektem ubocznym takiej roszady był fakt, że Sinclair początkowo był promowany jako bohater, z którym wiążą się bez mała wszystkie przedstawione wątki – jego zniknięcie w ciekawy sposób przepisało całe status quo. Na szczęście później udało się ściągnąć Michaela O’Hare na plan na kilka odcinków, by załatać największe dziury fabularne, widz nie ma zatem poczucia, że coś stracił.

Muszę tu napisać o dwóch chyba najbardziej lubianych bohaterach Babylon 5 – Londo Molari i G’Kar. Właściwie gdyby cały serial ograniczył się tylko i wyłącznie do relacji tych dwóch postaci, to i tak byłby niesamowitym zjawiskiem. Obaj panowie są ambasadorami swoich ras oddelegowanymi na Babylon 5. Problem polega na tym, że Rasy Centauri (Londo) i Narn (G’Kar) mają wspólną, nieciekawą przeszłość, co polaryzuje obu bohaterów – szczególnie, że obaj mają dość gwałtowny temperament i dość często dochodzi pomiędzy nimi do animozji. Obserwowanie jak ewoluuje relacja pomiędzy nimi i jak wpływa ona na sytuację polityczną w Galaktyce to prawdziwa przyjemność – szczególnie, że obaj niejednokrotnie stawiani są w sytuacjach, w których muszą na nowo zrewidować poglądy o sobie nawzajem. Niekiedy sprawy pomiędzy nimi przybierają tak zaskakujący obrót, że oglądanie scen rozwijających ten wątek staje się ciekawsze, niż główne tematy poszczególnych sezonów.

Inną lubianą przez widzów postacią jest Michael Garibaldi, dowódca Straży Miejskiej… to jest, sił porządkowych na Babylon 5. Niepijący alkoholik o nieco cynicznym podejściu do życia, który próbuje poukładać sobie życie – ze zmiennym szczęściem. Przez długi okres czasu – poza byciem Samuelem Vimesem świata Babylon 5 – Garibaldi był Hiobem świata Babylon 5, bo Straczynski z sadystycznym uwielbieniem zrzucał na tego bohatera wszelkie możliwe nieszczęścia życiowe, jakie tylko przyszły mu do głowy. Garibaldi jednak zwykle twardo stąpa po ziemi i jest chyba najbardziej „ludzką” postacią w serialu – popełnia błędy, stacza się na dno, mozolnie wygrzebuje się z kryzysów, by zaraz popaść w następny. Robi to z takim urokiem, że widzowi nie sposób jest go nie polubić, albo przynajmniej empatyzować z nim.

Pozostałe postaci są równie ciekawe – warto zwrócić uwagę na to, że Straczynski wykreował sporo silnych, niezależnych i świadomych własnej wartości postaci kobiecych, które mają olbrzymi wpływ na fabułę. Telepatki Talia Winters i Lyta Alexander, pierwsza oficer Susan Ivanova, ambasador Delenn – to tylko niektóre z nich. Szczególnie Ivanova ze swoim specyficznym podejściem do życia i rozwiniętym poczuciem odpowiedzialności szybko zdobywa serce widza, choć pozostałym bohaterkom też niczego nie brakuje. Wszystkie ważniejsze kobiece postaci aktywnie biorą udział w kreowaniu rzeczywistości wokół siebie i realizują ambitne plany. Jakbym miał wskazać jeden serial sci-fi, który mógłby być przykładem na to, jak powinno się traktować kobiece bohaterki, to bez wahania wymieniłbym Babylon 5.

Straczynskiego w pisaniu scenariuszy do serialu wspomagało kilku scenarzystów – co ciekawe, dziś są oni znani przede wszystkim ze swojej pracy przy komiksach. Peter David na przykład – polscy czytelnicy mogą go kojarzyć z wydawanej przez Albatrosa komiksowej adaptacji Mrocznej Wieży Stephena Kinga. Kolejnym, dość problematycznym przykładem jest Neil Gaiman, a o którym często się pisze, że był współscenarzystą Babylon 5. No więc, niniejszym odkłamuję – Gaiman napisał JEDEN epizod, w dodatku bardzo słaby i nic niewnoszący do głównego wątku zapychacz, który udowodnił to, co dziś wszyscy wiemy już bardzo dobrze – Neil Gaiman cannot into sci-fi, bo po prostu nie czuje gatunku. Każdy, kto czytał jego fanfika do Matrixa z pewnością przyzna mi rację – kiedy Gaiman pisze fantastykę naukową to jak ognia unika tego, co stanowi samo mięso science-fiction i odpływa w jakieś nudne, antyklimatyczne dywagacje. Nie inaczej było i w tym przypadku, w którym zgwałcił klasyczną wręcz space operę swoim zwyczajowym „Fuck you, it’s magic!” . Nie znoszę gościa.

Generalnie Babylon 5 to specyficzny zwierz i nie potrafię go nikomu polecić z czystym sumieniem – bo to serial po prostu nie dla wszystkich. Zbyt siermiężny, by współczesny widz zdołał łatwo się w nim odnaleźć, momentami niedopracowany i wiejący sztucznością. Ale wynagradza to znakomitą fabułą i klimatem, pełnokrwistymi bohaterami i atmosferą wielkiej kosmicznej bitwy. Fan sci-fi obejrzeć ze wszech miar powinien –ale i zwykłych widzów gorąco zachęcam do dania szansy tej opowieści.

Wspomnę też o jednej ciekawej rzeczy – popularna trylogia gier video Mass Effect czerpie pełnymi garściami z serialu Straczynskiego. Grający w ME widz bez trudu dostrzeże całe mnóstwo nawiązań i inspiracji do Babylon 5. Oczywiście pierwsza rzuca się w oczy sama koncepcja stacji kosmicznej, „miejsca spotkań” wszystkich rozumnych ras kosmosu, na której następuje wymiana handlowa i intelektualna całej Galaktyki. Trudno byłoby mi uwierzyć, że koncepcja Cytadeli nie była wzorowana na tytułowej stacji kosmicznej z B5. Analogii można się też doszukiwać w relacjach pomiędzy rasami, których „wspólna przeszłość” niejednokrotnie utrudniała Shepardowi działanie – w Babylon 5 ten problem stanowił właściwie podstawę większości wątków. Także Cienie – główni antagoniści Babylon 5 – bardzo przypominają Żniwiarzy. Tak samo jak oni, działali poprzez zindoktrynowane jednostki, wykorzystywali żywe jednostki do produkcji swoich sił oraz obierali podobne strategie. John Sheridan i Shepard też mają dużo wspólnego – chyba przede wszystkim mesjanistyczny motyw, motywujące przemowy i ogólny charakter postaci będącej wielkim zbawcą Galaktyki. W Babylon 5 pojawia się także paramilitarna ksenofobiczna organizacja o nazwie Nightwatch – i tu też można dopatrywać się dużych podobieństw z masseffectowym Cerbersusem. Nie twierdzę, że Mass Effect to jedna wielka zżynka z Babylon 5 – ale już na pierwszy rzut oka widać bardzo wiele nawiązań. Dlatego, jeśli ktoś jest fanem trylogii gier Bioware, to myślę, że bardzo chętnie sięgnie po B5. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...