fragment okładki, całość tutaj. |
The Invasion, pierwszy
tom cyklu, zaczyna się bardzo klimatyczną inwokacją, w której Jake – narrator pierwszego tomu i jeden
z głównych bohaterów serii – kreśli niewesołą sytuację, w jakiej znalazł się
wraz ze swoimi przyjaciółmi. Przyznam, że to całe „nikt nie może wiedzieć, kim
jesteśmy” naprawdę bardzo fajnie buduje klimat, już od samego początku
wprowadzając czytelnika w ten stan beznadziejnej partyzantki. Taka otwarcie
retrospektywna narracja daje też pole do popisu dla autorki, która drażni się z
czytelnikami, przemycając niejasne sugestie tego, co zdarzy się w przyszłości.
W ogóle, narracja jest w tym tomie bardzo przejrzysta, przez większość czasu
budząc w czytelniku stan pozasłowia – czytając, nie zwracamy uwagę na to, jaki
językiem jest napisany tekst, tylko co przekuje. Niczego innego nie wymagam od
komercyjnej serii powieści młodzieżowych.
Generalnie akcja pierwszego tomu gna na złamanie karku, nie
dając czytelnikowi chwili wytchnienia. Bohaterowie zdobywają moce – uciekają –
decydują się podjąć walkę z kosmicznym najeźdźcą – robią rekonesans – zdobywają "zasoby wojenne" – przypuszczają szturm na placówkę wroga. Wszystko to idzie
piorunem, co nie znaczy, że podczas lektury mamy wrażenie jakiejś skrótowości.
Przeciwnie, pomiędzy jedną, a drugą rewelacją (a czasem i podczas nich) autorka
zajmuje się kreśleniem tła fabularnego i ekspozycją postaci. A te, jak już
nadmieniłem we wstępie, są naprawdę świetnie zaprojektowane. Szybko się
okazuje, że archetypy są tak naprawdę jedynie punktami wyjścia do znacznie
ciekawszego, mniej sztampowego ujęcia. Dobrym przykładem jest Marco, typowy – zdawałoby się – comic relief, którego sarkastyczne,
dowcipne uwagi mają na celu rozładowanie napięcia. Już w pierwszym tomie
okazuje się, iż chłopak jest wychowywany przez samotnego ojca, który wciąż nie
może pozbierać się po śmierci żony i wegetuje jedynie dzięki poczuciu
odpowiedzialności za wychowanie syna. Przez to Marco bardzo długo waha się, czy
podjąć walkę z Yeerkami – boi się nie tyle o własne życie, co o swojego ojca,
który nie pozbierałby się po śmierci syna.
W ogóle każda z postaci, oprócz ratowania świata, ma też
własne problemy, które zajmują w całym cyklu sporo miejsca i które sprawiają,
że Animorphs nigdy nie zmienia się w
abstrakcyjną bajkę o walce nastolatków z inwazją w kosmosu. Rodzice przebojowej
i zdeterminowanej Rachel są
rozwiedzeni, brat Jake’a, Tom, okazuje się Kontrolerem – nosicielem Yeerka,
który całkowicie nad nim dominuje. Ich problemy nie znikają magicznie w chwili,
w której pokonają monster of the week i wrócą do domów. Większość
tych wątków jest w pierwszym tomie tylko zarysowana, postać Cassie, miłej i spokojnej nastolatki,
której rodzice prowadzą lecznicę dla zwierząt jest właściwie tylko lekko
nakreślona. To się oczywiście z czasem zmienia, ponieważ narracja kolejnych
tomów prowadzona jest z perspektywy różnych członków drużyny, co jeszcze bardziej
uatrakcyjnia koncepcję i pomaga czytelnikowi lepiej poznać i polubić każdą z
postaci.
Najciekawszym i najlepiej zarysowanym w pierwszym tomie
bohaterem wydaje się być Tobias.
Porzucony przez samotnie wychowującą go matkę tułał się pomiędzy kolejnymi krewnymi,
którzy niespecjalnie mieli ochotę go wychowywać. W szkole był powszechnie
wyszydzanym outsiderem. Dla Tobiasa
walka z Yeerkami wydaje się być ucieczką od przykrej i rozczarowującej
rzeczywistości, trochę szukaniem celu w życiu, trochę rezultatem empatii wobec
umierającego Andality, który przekazał dzieciakom moc zmiennokształtności.
Przyznam, że to bardzo zaskakująca i dosyć rzadko spotykana w literaturze
młodzieżowej motywacja do walki ze złem – nie jakaś doniosła misja czy krwawa zemsta, tylko eskapizm. Tobias chętniej i częściej, niż inni
bohaterowie korzysta ze swoich zdolności, za co już w tym tomie płaci wysoką
cenę – po przekroczeniu kardynalnej granicy dwóch godzin nieustannego przebywania w nieswojej postaci chłopiec permanentnie
zastyga w kształcie myszołowa rdzawosternego. Wątek Tobiasa i jego stopniowego oswajania się
ze swoją nową postacią jest chyba najciekawszym motywem w serii.
W ogóle nie wspomniałem o jeszcze jednym, bardzo fajnym
literackim „gadżecie”, który sprawia, że Animorphs
czyta się z przyjemnością. Jest to tak zwane oswajanie morpha – zwierzęcia,
w które przemienia się dana postać. Podczas pierwszej metamorfozy w daną istotę
bohaterowie muszą oswoić się ze sposobem jej rozumowania. Co jest znakomitym
patentem, bo dzieciaki momentami przejmują cechy, nazwijmy to, psychologiczne
danego zwierzaka. Świetnym przykładem jest fragment, w którym Jake zmienia się
w psa i psia skłonność do zabaw i oszczekiwania nieznajomych na moment
przejmuje inicjatywę i modyfikuje jego ludzkie postrzeganie rzeczywistości.
Nieco później ten sam bohater przybiera postać jaszczurki i również traci
kontrolę nad jej instynktami, przez co… pożera pająka, co okazuje się dlań
mocno traumatycznym przeżyciem. Ten motyw konfliktu ludzkiego i zwierzęcego
postrzegania rzeczywistości u przemienionych bohaterów daje bardzo duże pole do
popisu narracyjnego – i potencjał tej zagrywki jest w dużym stopniu
wykorzystany.
Powiem tak – po przeczytaniu tego tomu byłem zaskoczony.
Zaskoczony tym, że pierwsza część serii o dzieciakach zmieniających się w
zwierzęta po to, by walczyć z inwazją porywaczy ciał może być świetną,
wciągającą i zaskakująco niegłupią lekturą. Zaskoczony tym, że po dziesięciu
bez mała latach, jakie dzielą mnie od pierwszej lektury (…chwila refleksji nad
tym, jaki stary już jestem, mój Thorze…) powieść nie straciła zbyt wiele ze
swojego pierwotnego uroku i przywdziewanie różowych okularów nostalgii, by
zamaskować niedoróbki nie jest potrzebne. To jest po prostu znakomita książka
dla młodzieży, przy której niejeden dorosły też będzie się znakomicie bawił.
Zresztą, co ja się będę usprawiedliwiał – w świecie, w którym funkcjonują
bronies czytanie Animorphs nie może
być przecież żadną ekstrawagancją…