![]() |
Fragment grafiki autorstwa Benjamina Wilsona, całość tutaj. |
Dzisiejszy odcinek sponsoruje zwariowana nastolatka, która porywa Artiego, uczeń Kopernika, nieudana teleportacja, pani Frederic i spektrometr czasowy. Dowiadujemy się też, że Myka zna łacinę, a Pete ma głuchoniemą siostrę. Aha, i wraz ze zjawieniem się Claudii Donovan pojawiają się też żarty z wieku Artiego. I pani Frederic powraca, co jest miłe, bo to jedna z ciekawszych postaci Warehouse 13. I nie ma Leeny. To znaczy – nie ma jej jeszcze bardziej, niż zwykle.
Na początek muszę powiedzieć, że ten odcinek już na starcie ma ode mnie duży plus za złamanie schematu klasycznego procedurala. Nie mamy tu bowiem do czynienia ze standardową sprawą kryminalną, tylko ratowaniem Artiego z rąk Claudii – hackerki, która przez ostatnie dwa odcinki infiltrowała Magazyn. W końcu dowiadujemy się, o co ten cały hałas – otóż Artie, w czasach, gdy był jeszcze wykładowcą akademickim, zetknął się z Joshuą, starszym bratem Claudii, któremu zamarzyło się odtworzyć eksperyment Retyka, przez co nieborak – jak wszyscy dotąd myśleli – zmarł tragicznie. Znaczy, brat Claudii, nie Retyk. Koniec końców okazuje się, że ambitny młodzian utknął między wymiarami.
Podobało mi się w tym odcinku zachowanie Myki i Pete’a gdy dowiedzieli się o porwaniu Artiego. Na pierwszy rzut oka wszystko postawiono na głowie – Pete zachowuje się logicznie i konsekwentnie, natomiast Myka reaguje impulsywnie i emocjonalnie. Widać to szczególnie w scenie rozmowy z panią Frederic, gdy opiekunka Magazynu nakazuje agentom poszperać w rzeczach Retyka, nim radośnie ruszą Artiemu na odsiecz. Myka krzyczy, awanturuje się i domaga zdecydowanych działań. Tymczasem Pete ją stopuje i podporządkowuje się. To bardzo fajnie pogłębia portrety charakterologiczne postaci, bo widzimy, jak bohaterowie reagują na sprawy, kiedy są zaangażowani emocjonalnie.
Pisałem już, że Warehouse 13 to dla mnie serial o stosunkach rodzinnych. Myka i Pete to wiecznie skłócone, ale kochające się rodzeństwo, natomiast Artie przyjmuje tu figurę ojca. Zauważmy, że zarówno Pete, jak i Myka są w jakiś sposób pozbawieni uczuć swoich biologicznych ojców. Myka, zyskując uznanie i szacunek Artiego (czego nigdy nie miała u swojego prawdziwego ojca) boi się utraty bliskiej osoby, co powoduje, że jej wystudiowany, analityczny tok myślenia wali się w gruzy. Myka w ten właśnie sposób reaguje na możliwość utraty bliskich, z czym miała już przecież doświadczenia (Denver).
Z kolei Pete pokazuje tu jedną z cech swojego charakteru, za którą lubię go chyba najbardziej – umiejętność uczenia się na własnych błędach. Niepijący alkoholik, który stara się naprawić relacje z byłą żoną (to jeszcze przed nami) i pokłada bezgraniczne zaufanie w swoją intuicję, ponieważ, kiedy raz ją zignorował, stracił przez to ojca. Tu mamy to samo – Pete (który, podobnie jak Myka, traktuje Artiego jak substytut ojca) wie, że potrzebne jest skupienie i przemyślane działanie, wzięcie pod uwagę wszystkich zmiennych przed przystąpieniem do akcji. Wie o tym – bo raz już to zlekceważył, przez co jego ojciec umarł. Rozciągając dalej tę analogię, możemy powiedzieć, że pani Frederic jest tu figurą matki, zaś wychowany przez samotną matkę Pete nauczony jest podporządkowania się poleceniom rodzicielki. Nie wspominając już o tym, że mama Pete’a i pani Frederic okazują się mieć ze sobą bardzo dużo wspólnego. Ale to też jeszcze przed nami. Aż strach pomyśleć, co się stanie z tą „familiarną” analogią, kiedy do naszej wesołej rodzinki dołączy H.G. Wells…
Tymczasem Artie zmaga się z poczuciem odpowiedzialności za obecny stan Claudii i jej brata. W toku odcinka wychodzi na jaw, że Artie niby to starał się odwieść Joshuę od z góry skazanego na niepowodzenie doświadczenia, w konsekwencji jednak całkiem świadomie go do tego popychając. Przez to zaniechał ucieczki i zaczął pomagać Claudii w próbach przywrócenia światu jej brata. W połowie odcinka dochodzi do zaskakującej zmiany perspektywy – Joshua (który okresowo manifestuje swoją obecność w „naszej” płaszczyźnie wymiarowej) wyjawia Artiemu, że każde jego pojawienie się kosztuje Claudię utratę energii życiowej. Nakazuje mu zniszczenie eksperymentu i, w konsekwencji, zabicie go, byle tylko Claudia przeżyła. Artie jest rozdarty pomiędzy chęcią ocalenia Claudii, a Joshuy. Szczęśliwie Pete i Myka wkraczają do akcji w słynnym Ostatnim momencie, mając na podorędziu rozwiązanie tej sytuacji umożliwiające przeżycie obojga Donovanów.
Sama Claudia natomiast – to już jest temat na oddzielny akapit. Nie będzie żadnym wielkim spoilerem ujawnienie faktu, że po tym odcinku Claudia dołącza do stałej obsady serialu, więc ten odcinek de facto jest przedstawieniem jej postaci. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Claudia z tego odcinka, a Claudia z dalszych epizodów to trochę inne bajki. Tutaj mamy do czynienia z zaszczutą, przypartą do muru nastolatką, która ma za sobą epizod w ośrodku psychiatrycznym i jest napędzana straszliwą determinacją w celu uratowania brata za wszelką cenę. Później jej charakter dość radykalnie łagodnieje do nieco zahukanego techno-geeka z ujmującym młodzieńczym zapałem, co poczytuję za lekką niekonsekwencję scenarzystów… Ale, dla komfortu psychicznego, widz może przyjąć, że w tym odcinku Claudia znajdowała się pod wpływem artefaktu, zaś po „zdjęciu klątwy” jej psychika wraca do normy. Szczególnie, że "nowa" Claudia to jedna z najfajniejszych postaci w serialu (gdzie pod tym względem poprzeczka zawieszona jest naprawdę wysoko).
Ogółem – odcinek bardzo udany. A, i byłbym zapomniał – duży plus za uwikłanie w fabułę Retyka, który jest ciekawą, a mało znaną postacią historyczną. I piorunochron Benjamina Franklina – też fajny smaczek. I… i już kończę, bo zawsze tak jest z tym serialem – co odcinek, to cała moc smaczków i ciekawostek.