
fragment grafiki autorstwa Guillaume Bonneta, całość tutaj.
Nie wiem jak to się dzieje, że gwiezdnowojenna saga mimo upływu lat wciąż tak dobrze radzi sobie na popkulturowym poletku i sezon za sezonem zbiera dorodne owoce swojej marki – ostatnio za sprawą niezłego ponoć serialu telewizyjnego, aczkolwiek nie tylko. Ilość kontentu rozwijającego uniwersum odległej galaktyki może przerazić nawet zaprawionych w bojach popkulturożerców, te wszystkie gry, komiksy, książki, spin-offy, seriale animowane… Jeśli w filmie jakaś postać pojawiła się na ekranie na pół sekundy, można być pewnym, że jej losy są dogłębnie przedstawione i opisane w jakiejś komiksowej serii, grze albo cyklu powieściowym. Z jednej strony takie kronikarskie zacięcie twórców żeglujących pod banderą Lucas Licensing może budzić autentyczny podziw, z drugiej jednak – wydaje się, że takie zajeżdżanie marki już dawno powinno do cna wyeksploatować temat.
Jak się zapewne domyślacie, nie jestem fanem Star Wars. Nie, nie dlatego, że to słaba marka oparta na słabych filmach (bo oczywiście tak nie jest). Po prostu nie wychowałem się na tej franszyzie – pierwszą (to znaczy – czwartą) część gwiezdnej sagi obejrzałem już w gimnazjum, a zatem o wiele za późno, by magia lucasowego filmu zdołała chwycić w swe kleszcze moje popkulturowe serce (zresztą, to miejsce było już wtedy zajęte). Całość obejrzałem niejako z obowiązku i zachwyciło mnie raczej średnio.
Widzicie, problem polega na tym, że dla mnie „Star Wars” to film zwyczajnie anachroniczny. O ile efekty specjalne oryginalnej, klasycznej trylogii dość dobrze zniosły próbę czasu, o tyle koncepcja Jasnej i Ciemniej Strony Mocy spolaryzowała uniwersum na tych dobrych i złych, bez absolutnie żadnych etapów pośrednich – o ile takie uproszczenie może mieć sens w przypadku młodych widzów, o tyle ci starsi nie powinni się tak łatwo nabrać. Osobiście wątpię, by element sentymentu grał tu jakąś naprawdę znaczącą rolę, sagę wielbią kolejne pokolenia, ostrze miecza świetlnego wciąż żarzy się mocno i nic nie wskazuje na to, by miało zgasnąć. Kompletnie tego nie rozumiem – wydawało mi się, że w dzisiejszych czasach odcienie szarości pomiędzy nudną bielą, a jeszcze nudniejszą czernią i pewna doza relatywizmu moralnego stanowią już standard w kulturze popularnej.
Do powyższych rozważań sprowokowała mnie lektura pierwszej części cyklu, którego głównym bohaterem jest niejaki Darth Bane. Rzecz nadspodziewanie strawna (choć nic nadzwyczajnego) i pewnie byłaby znacznie lepszą rzeczą, gdyby nie należała do kanonu świata Gwiezdnych Wojen. Podczas czytania widać, jak autor desperacko wił się i szarpał usiłując pogłębić sylwetki postaci, które – jak nakazują kanony Star Wars – muszą być dobre albo złe. Im lepsza/gorsza postać tym Moc jest w niej silniejsza, co wprowadziło w wyżej wymienionej przeze mnie powieści niezamierzony efekt komiczny – coś w stylu operetkowego Drakuli śmiejącego się obłąkańczo do wtóru uderzeń piorunów w wietrzną, deszczową noc. Trudno traktować mi poważnie tego typu postaci. Oczywiście, gdy powstawała Gwiezdna Saga, w erze Zimnej Wojny, ludzie potrzebowali prostych historii z jednoznacznie złym Imperium i równie jednoznacznie dobrymi Rebeliantami. I świetnie, ma to swój unikalny urok, ale nie w dzisiejszych czasach ciągłego wybierania mniejszego zła takie podejście jest czymś rodem z poprzedniej epoki. Nie odmawiam Gwiezdnym Wojnom ich miejsca w popkulturze, dziwi mnie tylko – choć, zważywszy marketing, konsekwencję w kreowaniu uniwersum i status dzieła kultowego, nie powinno – nieustanna moda na dzielnych i prawych rycerzy Jedi.