niedziela, 15 stycznia 2012

Krzywa wypadkowa

fragment grafiki autorstwa Emmy Rios, całość tutaj.
Będzie ciężko. Do napisania tej notki zbierałem się już od bardzo długiego czasu – i wciąż nie jestem przekonany, czy przemyślałem temat na tyle, by móc swobodnie się w nim wypowiadać. Zaczęło się od gościnnego tekstu, jaki napisałem na potrzeby bloga Jawne Sny (IMHO najciekawszy blog okołogrowy w polskiej blogosferze) dotyczący najlepszej książki na świecie, a konkretniej – jej powinowactwa ze światkiem gier wideo. Pod tekstem wywiązała się całkiem sympatyczna dyskusja, w toku której pojawił się dylemat, który obiecałem tam rozwinąć w osobnej notce, co też, koniec końców, czynię.

W życiu każdego czytelnika/widza/gracza/słuchacza/odbiorcy kultury (nie tylko popularnej) może przyjść taki moment, w którym jego pupil – że zacytuję środowisko TTDKNowskie – puści się poręczy i odpali jakąś bzdurę, która kompromituje go w oczach fana. Pół biedy, gdy będzie to jednorazowy wybryk – gorzej, jeśli okaże się, że osoba, której twórczość szanujemy, czasem wręcz wielbimy, od zawsze głosi rzeczy kompletnie niezgodne naszym światopoglądem, a my nie mieliśmy o tym pojęcia, bo w swej ignorancji nie zapoznaliśmy się z linią poglądową naszego ulubieńca. Piję tu, rzecz jasna, do Orsona Scotta Carda, autora najlepszej książki na świecie, którego poglądy dotyczące spraw homoseksualizmu są, jakby to grzecznie ująć, niezbyt dla samych zainteresowanych przyjemne. Mnie ten temat z bardzo wielu względów szczególnie porusza, stąd homofobiczne akcje i wypowiedzi pisarza bolą podwójnie – a bywa, że i potrójnie. O dość niepoważnych poglądach Carda dowiedziałem się już po tym, jak nieodwołalnie zakochałem się w „Grze Endera”. I doznałem mindfucka – czy, widząc tak absurdalną postawę autora wobec istotnego dla mnie tematu mam z punktu odsądzić od czci i wiary jego dorobek twórczy?

Zanim (być może – błędnie) odpowiem na to pytanie, kolejna opowieść. Tym razem nieco wstydliwa, dlatego co bardziej pruderyjnych czytelników prosiłbym o czytanie z zamkniętym przynajmniej jednym okiem. Otóż kiedyś byłem miłośnikiem twórczości Andrzeja Pilipiuka. Ze wszystkich błędów mojej młodości ten plasuje się na bardzo wysokiej pozycji – na mojej półce wciąż stoją zaczytane do granic możliwości „wędrowycze”, których widok nieodmiennie budzie we mnie uczucie zażenowania. Z wątpliwych rozkoszy śledzenia przygód wojsławickiego egzorcysty zrezygnowałem mniej więcej w czasie, gdy zapuściłem włosy, zrezygnowałem z muzyki reggae na rzecz rocka progresywnego (plus przyległości), pogodziłem się z własnym ateizmem i zacząłem odróżniać lewicę od prawicy. Wtedy właśnie wybiłem sobie zęby o poglądy polityczne Pilipiuka, co, jak mniemam, zapoczątkowało proces obrzydzania jego twórczości w moich oczach. To było tak, jakby z oczu spadły mi łuski i okazało się, że cesarz jest nagi, jeno w gumofilcach wzutych na nogi. Nie wiem, czy to z powodu poznania poglądów autora czy po prostu dorosłem i zorientowałem się, że pilipiukowa twórczość to literacki odpowiednik waty cukrowej – fakt, że „wędrowycze” z mojej półki kurzą się już od paru długich lat.

To jest w ogóle fascynujący temat. Jest mnóstwo artystów – głównie pisarzy – którzy mierzą mnie w większym lub mniejszym stopniu, jednak jestem w stanie czerpać przyjemność z ich dorobku twórczego. Sapkowski (rasistowskie wypowiedzi, brak szacunku dla czytelników), Dukaj (niebezpieczne odjazdy w niektórych wypowiedziach), Lyman Frank Baum (rasizm). Oddzielenie autora od jego twórczości to rzecz dość złożona i każdy przypadek należy rozpatrywać oddzielnie. Wziąwszy poprawkę na okres historyczny inaczej patrzę na rasizm Bauma i Lovecrafta, a inaczej na odpały Sapkowskiego. Zazwyczaj moje zapatrywania na fakt, czy osoba autora obrzydza mi jego twórczość można przedstawić na wykresie, gdzie oś x (pozioma) to stopień odchyłu danego autora, zaś oś y (pionowa) poziom jego twórczości. Im bardziej genialny jest autor, tym więcej jestem mu w stanie wybaczyć. Dość wdzięcznym przypadkiem jest tu Philip K. Dick, któremu peron odjechał tak dalece, że wszelkie wykresy są kompletnie nieprzydatne, generalnie jednak zasada się sprawdza.

Ale nie w przypadku Carda. Jest on człowiekiem inteligentnym i stabilnym psychicznie, więc odpada casus Dicka – nie mogę zamknąć OSCa w stereotypie genialnego wariata, bo zwyczajnie tam nie pasuje. Zarówno na osi x jak i y plasuje się na bardzo wysokim poziomie (przynajmniej na początku swojej pracy twórczej). Wszystkie te rozważania nieodmiennie wprawiają mnie w konfuzję z którą wciąż nie bardzo umiem sobie poradzić. Sam dylemat patrzenia na tekst przez pryzmat autora jest tematem na długaśny esej, a nie lapidarną blognotkę. Być może są ludzie, którzy nie mają z tym żadnego problemu (zazdroszczę), ja jednak do nich nie należę. Na dzień dzisiejszy konsensus wygląda tak – dopóki Card nie przemyca do swoich tekstów swoich wywrotowych poglądów (lub, robiąc to, nie przekracza pewnej granicy dobrego smaku – a w moich oczach taka granica jest bardzo, ale to bardzo cienka) dopóty raczej nie wystąpi u mnie syndrom wymiotny na widok jego nazwiska na jakiejś książce.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...