piątek, 7 lutego 2020

Pierwszy odcinek Picarda był dobry

fragment grafiki promocyjnej

Star Trek: Picard to długo wyczekiwany przez fanów franczyzy serial rozbudowujący chronologię uniwersum o nowe wydarzenia pierwszy raz od… cóż, od bardzo dawna. Po zakończeniu emisji serialu Star Trek: Voyager w dwa tysiące pierwszym roku wszystkie kolejne telewizyjne iteracje Star Treka były prequelami – Star Trek: Enterpreise przedstawiał epokę pionierskich lotów ludzkości w głęboki Kosmos, a Star Trek: Discovery (do tej pory) pokazywał nam okres na dekadę przed oryginalną serią telewizyjną z lat sześćdziesiątych. Kinowy Star Trek: Nemesis z dwa tysiące drugiego roku był ostatnią poważną opowieścią dobudowującą kolejny segment historii Zjednoczonej Federacji Planet. Kolejne filmy kinowe rozgrywały się już bowiem w zupełnie innej rzeczywistości, w dodatku – we wcześniejszej erze.

Po drodze mieliśmy oczywiście drobne dodatki zdradzające nam dalsze dzieje oryginalnej linii czasowej Star Treka. W kinowym restarcie serii dowiedzieliśmy się o zniszczeniu Romulusa, a Short Trek pod tytułem Calypso pokazał nam odrobinę bardzo odległej przyszłości uniwersum. Wszystko to było jednak mało satysfakcjonującymi okruchami, które nijak nie były w stanie zaspokoić ciekawości fanów. Tym bardziej, że uniwersum Treka pozostawiono w bardzo interesującym punkcie – zakończenie wojny z Dominium, ostateczne (być może) pokonanie kolektywu Borg, potencjalne nawiązanie kontaktów z kwadrantem Delta, radykalne przekonstruowanie układu sił w kwadrancie Alfa, wspomniana już katastrofa, która spowodowała zniszczenie ojczystej planety Romulan, niepewny status ontologiczny komandora Daty… wszystko to stanowi bardzo mocny fundament pod nowe, fascynujące opowieści w tym uniwersum. 

Fundament, który do niedawna wykorzystywali jedynie twórcy niekanonicznych dzieł tworzonych przez podwykonawców na licencji serialu. Gdy dowiedziałem się, że w planach jest nowy serial rozgrywający się w tym uniwersum i mający opowiadać o losach emerytowanego Jean-Luca Picarda, naprawdę się ucieszyłem. Nie dlatego, że bardzo lubię tę postać (a lubię), ale dlatego, że w końcu franczyza zaczyna iść do przodu, zamiast cały czas opierać się na odtwarzaniu przeszłości, wypełnianiu białych plam, które nie domagały się wypełnienia i zamykaniu się w komfortowej klatce znajomych postaci, motywów i opowieści. Niedługo później pojawiła się zresztą informacja, że wspomniany wyżej Star Trek: Discovery w trzecim sezonie również przeniesie swoją fabułę w przyszłość (i to znacznie dalszą), więc można mieć nadzieję na to, że franczyza dokonała poprawnej – według mnie, bo nie wykluczam, że ktoś preferuje prequele – korekty kursu.

Pierwszy odcinek serialu Star Trek: Picard był… dobry. Nie jakiś wybitny, na pewno nie zwiastujący wyjątkowo dobry serial (choć potencjał jak najbardziej jest), ale zwyczajnie spełniający swoją rolę. Co nie było proste – pierwsze odcinki nowych seriali zawsze muszą dostarczyć kontekstu wydarzeń, przedstawić głównych bohaterów, antagonistów, konflikty, które napędzać będą serial oraz jego motywy przewodnie – i być przy tym zajmującymi fabułami samymi w sobie. A wszystko to wykonać ma ekipa produkcyjna, która na dobrą sprawę nie do końca wie jeszcze, jaki konkretnie serial chce tworzyć i dokąd uda im się doprowadzić zaplanowaną fabułę. W przypadku Star Treka dochodzi jeszcze zakotwiczenie opowieści w konkretnym punkcie uniwersum i respektowanie historii franczyzy znanej z bycia jednym z najbardziej spójnych narracyjnie i konceptualnie projektów o takiej skali.

Star Trek: Picard na ogół wychodzi z tego wyzwania obronną ręką. Historie o starszych wersjach ikonicznych postaci zwykle są dość powtarzalne i zazwyczaj sprowadzają się do „Stary, zgorzkniały i rozczarowany życiem heros bierze pod swoje skrzydła młodą, niedoświadczoną kobietę, która przypomina mu, co jest w życiu ważne”. Do tego sprowadzał się wątek Luke’a Skywalkera w The Last Jedi, historia Wolverine’a w Logan, Ezia Auditore w Assassin’s Creed: Embers, Jacka w piątym sezonie Samurai Jack, Tommy’ego Olivera w komiksie Power Rangers: Soul of the Dragon i wielu, wielu innych tego typu opowieściach. Zarówno trailery, jak i pierwsza połowa odcinka sugerowały taki właśnie stan rzeczy i gdy utwierdziłem się już w przekonaniu, że mniej więcej wiem, w jaki sposób potoczy się dalsza opowieść… odcinek zrobił mi niespodziankę, komplikując sytuację w bardzo ciekawy sposób. Nie był to zwrot akcji, który kompletnie wyrzuca powyższy schemat fabularny za burtę, ale na pewno interesująco go komplikuje i zamyka pewne utarte ścieżki narracyjne, na które byłem już przygotowany.

Dobrze to wróży serialowi, by tego typu zabieg z jednej strony pokazuje, że twórcy scenariusza nie mają zamiaru iść po linii najmniejszego fabularnego oporu, z drugiej jednak – rozumieją, że niespodziewane zwroty akcji same w sobie są rozwiązaniem na krótką metę i zamykając jedne narracyjne drzwi zawsze trzeba otworzyć inne, wiodące do ciekawszych historii. Póki co udaje im się zachować tę równowagę. Ukazanie Zjednoczonej Federacji Planet jako instytucji moralnie wadliwej, bo pozwalającej na to, by polityczne animozje wzięły górę nad humanizmem (nieudzielenie pomocy uchodźcom z Romulusa z powodu przeprowadzonego w międzyczasie zamachu terrorystycznego na Marsie) zapewne poirytuje niektórych startrekowych purystów… ale też warto pamiętać, że Gwiezdna Flota nigdy nie była tak nieskazitelną organizacją jak chciał tego twórca franczyzy, Gene Roddenberry.

Padła również odpowiedź na pytanie czy Dacie udało się przedśmiertnie zgrać swoją świadomość do ciała bliźniaczego androida. Star Trek Nemesis pozostawił tę kwestię w niedopowiedzeniu. Pierwszy odcinek Picarda zdaje się rozwiewać wszelkie wątpliwości (chyba, że znów czeka nas zaskoczenie), podając jednoznaczną odpowiedź w trakcie ekspozycji głównego wątku sezonu. Który, póki co, zapowiada się całkiem interesująco. Historia tajemniczej młodej kobiety szukającej u Picarda ratunku przed polującymi na nią skrytobójcami jest dość mocno osadzona w głębokiej mitologii uniwersum, ale nie przeszkadza to aż tak bardzo, bo przeszłość nie konsumuje w tym wypadku teraźniejszości, a jedynie nadaje jej kontekstu. Scenarzystom udało się dorzucić do układanki odpowiednio wiele nowych elementów, by początek intrygi wypadł świeżo i nie robił wrażenia powtórki z rozrywki.

Jean-Luc Picard to już nieco inna postać – trudno, by przez dwie dekady od czasu, gdy wiedzieliśmy go po raz ostatni nie zaszły w nim pewne zmiany. Na samym początku widzimy go pogrążonego w apatii – przez emeryturę raczej lunatykuje siłą inercji, zamiast korzystać z jesieni życia i cieszyć się owocami swojej pracy. Wszystko przez wspomniany wyżej incydent z cynicznym odwołaniem ewakuacji Romulusa przez Federację, który spowodował odejście Picarda z Gwiezdnej Floty w przeświadczeniu, że nie jest to już „jego” Flota. Analogie do współczesnej polityki – szczególnie kryzysu uchodźczego i postawy Unii Europejskiej w jego obliczu – są wyraźne, ale przekazywane w na tyle niebezpośredni sposób, by sprawa była zuniwersalizowana. Póki co wątek służy mniej moralizowaniu, a bardziej nakreśleniu ram fabularnych i zrobieniu z Picarda dogłębnie rozczarowanego idealisty. Co ustawia go w interesującym miejscu, z którego może podążyć w wielu kierunkach. Nie mam pojęcia, który jest najbardziej prawdopodobny – dążenie do reformy Federacji, działania na własną rękę, stworzenie siły opozycyjnej albo po prostu załatwienie sprawy na własną rękę – i bardzo mi się to podoba.

Nie chcę porównywać Star Trek: Picard do Star Trek: Discovery bo to dwie zupełnie różne bestie. Ten drugi, mimo pewnych eksperymentów w treści, jest stosunkowo szablonową (i nie ma w tym nic złego!) iteracją Star Treka. Ten pierwszy do raczej osobista historia postaci osadzona w uniwersum Star Treka, ale nie w samej jego konwencji. Od razu napiszę, iż cieszę się z tego, że mamy oba te seriale nadawane mniej więcej równolegle (nawet jeśli poza USA legalne oglądanie obu wiąże się z koniecznością płatnej subskrypcji dwóch różnych platform streamingowych… takie rzeczy powinny być znacznie mniej powszechne niż są), bo po tylu latach posuchy w temacie tego typu różnorodność to najlepsze, co mogło przytrafić się fanom marki.

Bardzo ciężko pisać mi tu o jakichkolwiek konkretach, bo nadal nie jestem, na ile scenarzyści podążą ścieżkami wyznaczonymi przez pierwszy odcinek – ostatecznie pokazali w nim, że nie boją się odważnych zagrywek i nieoczywistych rozwiązań. Nie ma rozczarowania, nie ma objawienia – jest stabilny kurs dający nadzieję na bardzo porządny serial.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...