piątek, 8 listopada 2019

RECENZJA: PocketBook/Legimi

czytnik

Zaczęło się od tego, że mój stareńki czytnik ebooków zaniemógł. Ot tak, pewnego dnia najzwyczajniej w świecie odmówił mi współpracy, nie pomogło maltretowanie przycisków, potrząsanie, prośby ani groźby. A tak się nieszczęśliwie złożyło, że zbliżała się właśnie jesień – pora roku, w której zazwyczaj najmocniej uaktywniają się moje czytelnicze instynkty. Napisałem o tej sytuacji na fanpage’u, półżartem wspominając o tym, że jeśli znajdzie się jakaś wielka zła korporacja (niebędąca Amazonem, albowiem nawet zło powinno mieć czasem jakieś standardy) skłonna załatwić mi nowy czytnik książek elektronicznych, ja w zamian postaram się od czasu do czasu wydusić z siebie jakieś ciepłe słowo pod jej adresem.
                             
Możecie sobie wyobrazić, jak wielkie było moje zaskoczenie, gdy kilka dni później odezwał się do mnie PocketBook Polska z propozycją współpracy. Z tego co rozumiem, za cała tą sprawą stał jeden z moich czytelników, który przeczytał wspomniany wyżej status na fanpage’u i pociągnął za kilka sznurków dając znać komu trzeba. Niestety, nie jestem teraz w stanie dogrzebać się do jego personaliów, a zatem – dziękuję Ci bardzo, Anonimowa Osobo! (EDIT: Osoba się odezwała, więc mogę podziękować jej imiennie - dzięki, Szymon!) Z drugiej strony jest coś budzącego dyskomfort w tym, że mój ostentacyjnie kontrkulturowy blog stał się na tle kuszącą platformą reklamową, by duże firmy szukały na niej przestrzeni do lokowania swoich produktów.

W tym momencie musi pojawić się pewien disclaimer – poniżej będę opisywał produkty, do których otrzymałem swobodny i nieodpłatny dostęp od ich producentów. Jeśli ktoś uważa, że taki układ może wpłynąć na moją ocenę zarówno czytnika oraz powiązanej z nim platformy udostępniającej książki (o tym za moment) to… no cóż, to ta osoba teraz już wie, że taka zależność istnieje i może brać poprawkę na wszystko, co napisałem niżej. Ze swojej strony mogę napisać, że nie jest to tekst sponsorowany i nikomu nie mam zamiaru udzielać żadnej taryfy ulgowej, niezależnie od tego, czy dany produkt sobie kupiłem czy dostałem go za darmo od producenta. A dostałem – w tym przypadku – czytnik książek elektronicznych PocketBook Touch Lux 4 wraz z wykupionym trzymiesięcznym abonamentem Legimi, platformy udzielającej dostępu do swoich zasobów książkowych na podobnej zasadzie, co Netflix dla seriali i Spotify dla muzyki.

Zacznijmy od czytnika. Urządzenie jest bardzo praktyczne i proste w obsłudze. Jeśli ktoś kiedykolwiek korzystał z jakiegokolwiek innego czytnika książek elektronicznych, połapanie się co i jak będzie kwestią sekund. Jeśli ktoś nigdy wcześniej nie korzystał z żadnego czytnika książek elektronicznych, połapanie się co i jak będzie kwestią minut, ponieważ interfejs jest naprawdę dobrze zaprojektowany, z listą ostatnio przeczytanych książek na czele (czyt. ekranie głównym), szybkim dostępem do zasobów biblioteki oraz przeglądarki internetowej. Opcji personalizacji jest sporo – poza tak podstawowymi funkcjonalnościami jak zmiana języka, rozmiaru i kroju czcionki (polecam Cambrię) albo natężeniu podświetlenia możemy również stworzyć kilka indywidualnych profili, jeśli z czytnika korzysta więcej niż jedna osoba. Wyszukiwarka internetowa jest… działająca, ale nie oszukujmy się, to czytnik ebooków i jeśli macie opcję korzystania z Internetu na dosłownie jakimkolwiek innym urządzeniu, skorzystajcie z niego.

Z rzeczy najważniejszych – urządzenie obsługuje wszystkie najpopularniejsze formaty dokumentów (pdf, mobi, epub) plus wiele nieco bardziej egzotycznych. Gdy tylko dostałem mój egzemplarz i zorientowałem się w jego obsłudze od razu zacząłem trollować czytnik, wrzucając coraz bardziej egzotyczne rozszerzenia plików. Z przyjemnym zaskoczeniem stwierdzam, że częściej niż nie, udawało się je wyświetlać. Obsługa czytnika opiera się na dość intuicyjnej kombinacji „ekran dotykowy - przyciski”, a czas reakcji jest całkowicie zadowalający dla kogoś, kto chce czytać książki, a nie grać w pinballa. Bateria trzyma naprawdę długo – po pierwszym naładowaniu dopiero po tygodniu dość intensywnego użytkowania czytnika musiałem zrobić to ponownie. Ogółem PocketBook Touch Lux 4 to bardzo, bardzo dobry czytnik ze średniej półki i desperacko szukam czegoś, do czego mógłbym się w nim na poważnie przyczepić, by zachować moją reputację bezwzględnego marudy.

Póki co najpoważniejszym zarzutem, jaki przychodzi mi do głowy jest brak opcji powiększania ilustracji, co może być dokuczliwe, jeśli są na nich istotne napisy, brak możliwości odtwarzania dźwięku… i to tyle. PocketBook Touch Lux 4 w pełni zaspokoił wszystkie moje oczekiwania i, jeśli mam być tak zupełnie szczery, teraz trochę nie wyobrażam sobie bez niego życia, tak prostym i przyjemnym w obsłudze jest urządzeniem. Jeśli szukacie porządnego czytnika książek elektronicznych, ten nada się naprawdę znakomicie. Na tym jednak nie koniec, bo – jak już wspomniałem – PocketBook dorzucił mi kwartalny abonament na Legimi, z którą to platformą producent współpracuje, więc wypadałoby i o tym napisać kilka słów.

Jak już wspominałem. Legimi jest czymś w rodzaju Netfliksa dla książek. Po wykupieniu abonamentu (istnieje dość elastyczny wachlarz cenowy) otrzymujemy dostęp do całej książkowej – oraz audiobookowej, jeśli wykupimy odpowiednio kosztowny pakiet – bazy danych platformy. Warto dokładnie przyjrzeć się detalom każdego pakietu przed jego wykupieniem, bo zmiennych jest dość sporo i w zależności od oferty pojawia się wiele ograniczeń, na przykład liczba urządzeń, na których można odpalić dany profil, liczba książek, które można wrzucić na swój profil spoza zasobów Legimi, dostęp do audiobooków i sporo innych. Sam mam przyjemność korzystać z najbardziej ekskluzywnego pakietu i muszę przyznać, że oferta jest co najmniej zadowalająca. Zasoby Legimi są dość spore i w dziewięciu przypadkach na dziesięć pożądana przeze mnie pozycja książkowa była dostępna. Nie ma tam wszystkiego czy też nawet prawie wszystkiego, ale jest na tyle dużo rzeczy, by zakup pakietu miał sens. Szczególnie, jeśli ktoś dużo czyta – po dwóch, góra trzech pozycjach miesięcznie nawet najdroższy abonament zaczyna się zwracać w tym sensie, że jego cena jest niższa niż łączna cena dwóch-trzech książek.

Do tego dochodzi wygoda obsługi. Legimi oferuje własną aplikację zarówno na smartfony, Kindle, jak i PocketBooka. Wiąże się z tym zabawna sprawa – przysłany mi czytnik nie miał tej aplikacji uaktywnionej (a powinien), więc musiał skontaktować się z obsługą platformy celem sprzężenia z nią mojego czytnika. Dzięki temu dowiedziałem się, że Legimi ma bardzo szybki i bardzo profesjonalny dział obsługi technicznej, bo problem został rozwiązany w ciągu niespełna dziesięciu minut, bez żadnych perturbacji po drodze. Później było już kompletnie z górki, naściągałem sobie książek na PocketBooka jak głupi i teraz nadrabiam zaległości w lekturze, czego rezultaty w postaci recenzji i notek możecie sobie poczytać na blogu i fanpage’u.

Apka pozwala na czytanie książek, pobieranie ich i grupowanie w wygodne kategorie, odtwarzanie audiobooków oraz automatycznego czytania na głos przez syntezator głosowy (który jest… automatyczny, nie oszukujmy się, to raczej rozwiązanie ostateczne jeśli koniecznie chcemy coś przeczytać w danym momencie, ale kompletnie nie mamy do tego warunków, by robić to w normalny sposób – na przykład w ekstremalnie zatłoczonym autobusie – i musimy polegać na sprzęcie słuchawkowym), zaznaczanie i kopiowanie partii tekstu, tworzenie zakładek, przypisów, komentarzy i generalnie wszystko, co tylko może być przydatne w pracy nad tekstem wykraczającym poza jego bierne czytanie.

Największą zaletą okazała się dla mnie synchronizacja postępu czytania na wszystkich urządzeniach. Stojąc w kolejce do kasy w Biedronce czytam nową powieść Stephena Kinga na smartfonie, a po powrocie do domu, uświadomieniu sobie, że zostawiłem mleko na gazie i spaliłem połowę kuchenki, dwóch godzinach przeklinania, wściekłego szorowania i zdrapywania spalenizny z garnka i kuchenki, próbie zaparzenia sobie kawy i odkryciu, że połowa czajnika jest spalona na węgiel, odprawieniu sąsiadów pytających co to za straszliwy smród, mogę wziąć do ręki czytnik i podjąć lekturę w tym samym miejscu, w którym przerwałem ją na smartfonie. Synchronizacja odbywa się automatycznie po uruchomieniu aplikacji, trwa kilka sekund i w przypadku jakichkolwiek komplikacji urządzenie pyta, czy wznowić lekturę pod kątem tego, gdzie przerwałem ją na tym urządzeniu czy pod kątem synchronizacji z profilem. Szalenie wygodna rzecz, którą na pewno wykorzystam w drodze do sklepu z garnkami.

Jedynym poważnym zastrzeżeniem, jakie mam do Legimi jest fakt, że nie mogę dodać na swoją półkę pozycji książkowej bezpośrednio z czytnika. Muszę zrobić to ręcznie z pozycji mojego profilu za pośrednictwem przeglądarki internetowej na komputerze albo aplikacji na smartfonie – ale nie z aplikacji na czytniku. Jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe, bo przecież powinno to być podstawową funkcją. Nie jest to jakiś olbrzymi problem, bo dodanie książki na wirtualną półkę to kwestia kilku sekund, ale… czemu? Nie przychodzi mi do głowy żadne logiczne wytłumaczenie.

Podsumowując – biorąc pod uwagę wszystkie moje doświadczenia z PocketBook Touch Lux 4 oraz serwisem Legimi nie pozostaje mi nic innego jak silna rekomendacja zarówno jednego, jak i drugiego. Dla osób czytających więcej niż dwie, trzy książki miesięcznie (o ile nie są to jakieś egzotyczne, ekstremalnie niszowe rzeczy) to ekonomiczny strzał w dziesiątkę, bo udziela natychmiastowego, bezproblemowego dostępu do zasobnej biblioteki, z której można korzystać w stosunkowo przystępnej cenie. 

Tekst powstał w ramach współpracy z portalem Legimi oraz producentem czytników książek elektronicznych PocketBook

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...