piątek, 3 lutego 2017

Harry Potter i Zakon Feniksa

fragment grafiki autorstwa Jonny'ego Duddle, całość tutaj.

Harry Potter i Zakon Feniksa… no właśnie, Harry Potter i Zakon Feniksa. To prawdopodobnie moja najmniej ulubiona powieść z serii, po lekturze której porzuciłem ten cykl na długie lata, by powrócić do niego dopiero na studiach. Z kliku względów, o których szerzej oczywiście rozpiszę się niżej, ale kluczowe było najprawdopodobniej zmęczenie bardzo sztywną formułą, o której wspominałem tu już wielokrotnie – Harry spędza wakacje u Dursleyów, pewne nieprzewidziane wydarzenie zmusza go do wcześniejszego powrotu do świata magii, pojawia się jakiś problem, który ciągnie się przez cały rok szkolny i zostaje rozwiązany dopiero na sam jego koniec, następuje konfrontacja z Voldemortem, a potem Dumbledore tłumaczy Harry’emu te sprawy, które mogą się czytelnikowi wydać niejasne po przeczytaniu książki. W międzyczasie mamy dokuczającego bohaterom Malfoya, okruchy szkolnego życia oraz nowego nauczyciela przed czarną magią. Jasne – Zakon Feniksa i tak na tle pozostałych tomów mocno zaburza tę utartą konstrukcję fabularną, ale dla mnie to było trochę za mało, bo w zasadzie przez cały czas nadal uwiązani byliśmy do Hogwartu i Harry’ego, co bolało tym bardziej, że w innych miejscach działy się daleko bardziej interesujące rzeczy. A nawet jeśli nie bardziej interesujące – to przynajmniej odmienne od tego, co przez cztery ostatnie tomy serwowała nam autorka. Na to nałożyły się jeszcze pewne kontrowersyjne zabiegi związane z rozwojem charakteru głównego bohatera i problemy z tempem, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że serię dopadło właśnie „gnicie sezonowe” i lepiej ewakuować się już w tym momencie. 

Dziś, po powrocie do lektury, stwierdzam, że może nie było to aż takie złe… ale i tak ciężko powiedzieć, że Harry Potter i Zakon Feniksa to powieść trzymająca poziom dotychczasowych odsłon serii. Oczywiście nikt nie musi się ze mną zgadzać, co tradycyjnie przypominam już na samym wstępie – mój cykl notek o sadze Harry Potter stanowi jedynie zbiór czysto subiektywnych przemyśleń, spostrzeżeń i analiz. Jeśli ktoś ma inną niż moja percepcję niektórych tematów podnoszonych w tym tekście – super, gdybyśmy się we wszystkim zgadzali świat byłby niesamowicie nudny i pewnie nie zawracałbym sobie głowy prowadzeniem bloga, no bo i po co? Przypominam również, że notka, tak jak i wszystkie poprzednie z tej serii, jest właściwie jednym wielkim spoilerem nie tylko dla Zakonu Feniksa, ale również poprzednich i kolejnych tomów cyklu. Dlatego jeśli ktoś znalazł się tu przypadkowo, lojalnie ostrzegam – będę dość szczegółowo omawiał bardzo wiele kluczowych zwrotów fabuły, których znajomość może zepsuć przyjemność płynącą z późniejszej lektury tej książki oraz kolejnych odsłon serii. 

Zacznijmy może od tego, że Harry Potter i Zakon Feniksa jest powieścią absurdalnie wręcz długą – polskie wydanie książki to ponad dziewięćset pięćdziesiąt stron i jest to zdecydowanie najobszerniejsza odsłona tego cyklu. Dla porównania, Harry Potter i Kamień Filozoficzny, powieść otwierająca całą serię, liczy jedynie nieco ponad trzysta dwadzieścia stron. Na trzysta dwudziestej stronie Zakonu Feniksa Harry po raz pierwszy rozmawia z Cho Chang w sowiarni, Hermiona sztorcuje chłopców za to, że za mało przykładają się do nauki, a główny wątek nie zdążył jeszcze porządnie się rozpędzić. Problem polega jednak na tym, że powieść, choć fabularnie i literacko co najmniej przyzwoita, naprawdę nie zawiera (według mnie) aż tyle substancji, by usprawiedliwiony był tak olbrzymi jej rozmiar. Fabuła nie jest ani jakoś bardziej skomplikowana, ani na tyle rozbudowana, by potrzebne było takie rozdmuchanie. Kilka fragmentów – choćby wizyta w świętym Mungu czy niektóre opisy lekcji (cały wątek profesor Trelawney) wnoszą do fabuły tak niewiele, że bez większego żalu można by je poświęcić na rzecz zwięzłości opowieści. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam długie książki, ale tylko wtedy, gdy ich objętość jest nieodzowna do opowiedzenia zaplanowanej historii. Wywijanie niemal tysiącstronicowym woluminem in folio nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy i jeśli już muszę się zmagać z tak nieporęcznym formatem to wolałbym, by tego typu wyczerpująca aktywność warta była zachodu. Pewne redaktorskie cięcia by się tej książce przydały i zdecydowanie wyszłyby Zakonowi Feniksa na zdrowie. Jednak sam fakt, że jakieś wydawnictwo zgodziło się opublikować tak gigantyczną powieść dla dzieci i młodszej młodzieży jest już kwestią, której warto poświęcić nieco miejsca, co też zresztą uczynię poniżej. Będzie to długa (ale, jak mi się wydaje, dosyć interesująca) dygresja, ale jeśli kogoś to niespecjalnie ciekawi, niech przeskoczy cztery kolejne akapity, by przejść do miejsca, w którym rozpocznie się właściwe omówienie treści książki. 

Porozmawiajmy o tym, w jaki sposób Harry Potter zmienił cały anglojęzyczny (i nie tylko) rynek literatury młodzieżowej. Młodszym czytelnikom i czytelniczkom muszę przypomnieć, że aż do późnych lat dziewięćdziesiątych sytuacja na rynku książki dla młodego czytelnika wyglądała zupełnie inaczej, niż dzisiaj – young adult novels nawet w połowie nie cieszyły taką popularnością, jak obecnie. I nawet nie dlatego, że jakościowo były słabsze – po prostu przed Harrym Potterem nikt nie wyobrażał sobie, że mogą być aż tak dochodowe, nie poświęcano im więc zbyt wiele uwagi. W czasach sprzed potteromanii najpopularniejsze anglojęzyczne młodzieżówki (choćby Goosebumps, Roswell High, The Baby-Sitters Club czy Animorphs) tworzone i wydawane były w bardzo specyficzny sposób. Przede wszystkim były krótkie – poszczególne tomy rzadko kiedy przekraczały objętość stu-dwustu stron dość rozstrzelonego druku, ponieważ mało kto żywił nadzieję, że gruba książka jest w stanie zainteresować młodego czytelnika. Wrażenie robiła natomiast ich częstotliwość – nie było niczym nadzwyczajnym publikowanie czterech, pięciu tomów danej serii rocznie, a te najpopularniejsze ukazywały się z regularnością niemal jednej na miesiąc. Oczywiście niewielu jest pisarzy, którzy są w stanie utrzymać taką wydajność, toteż na ogół twórca danej serii pisał tylko kilka początkowych tomów, by ukonstytuować konwencję serii, jej klimat, fabularne status quo, charaktery postaci i ich relacje, a później w regularnym dostarczaniu kolejnych odsłon pomagali mu zatrudniani przez wydawnictwo autorzy-widma. 

Przez to oczywiście młodzieżowe serie książkowe miały tendencję do dużych wahań jakości, stylistycznej niekonsystencji i dziur fabularnych, zaś nominalny twórca czasami miał bardzo niewiele do powiedzenia w kwestii dalszego rozwoju cyklu, bo całkowite prawa do niego miało wydawnictwo, autor był natomiast pracującym na zlecenie podwykonawcą. Rezultat był więc na ogół łatwy do przewidzenia – autorzy nie przykładali zbyt dużej uwagi do tworzonych przez siebie książek, a rynek zalała fala kiepskich opowiastek o prostych jak drut liniach fabularnych, pisanych i redagowanych na kolanie, by wyrobić się przed kolejnym deadlinem. W USA ten trend rozpoczęty został na początku XX wieku, dzięki oficynie wydawniczej Stratemeyer Syndicate, która do perfekcji doprowadziła ten model dystrybucji. To jej zawdzięczamy powołanie do istnienia wciąż ukazujących się serii młodzieżowych – juvenile series, jak je niegdyś nazywano – Hardy Boys czy Nancy Drew (by wymienić tylko te najbardziej ikoniczne). Cały myk polegał na tym, by wykorzystywać jako autorów-widma dziennikarzy, którym oferowano stawki nieco lepsze, niż te w prasie drukowanej przy tym samym – czy nawet mniejszym – nakładzie pracy. Pomysł chwycił, czego rezultatem stał się opisany powyżej model masowej produkcji i dystrybucji literatury dziecięco-młodzieżowej. To naprawdę jest temat na oddzielną notkę, którą zapewne napiszę w bliżej nieokreślonej przyszłości – póki co, dość powiedzieć, że anglojęzyczna literatura dla młodzieży rządziła się swoimi jasno określonymi i precyzyjnymi prawami, które obowiązywały sporo ponad pół wieku. 

Niebywały sukces Harry’ego Pottera zmienił to na co najmniej kilka sposobów. Przede wszystkim – okazało się, że można wydać grubą, naprawdę grubą powieść młodzieżową, która swoim rozmiarem bynajmniej nie zniechęci docelowego czytelnika. Po drugie – okazało się, że złożone konstrukcje fabularne z licznymi strzelbami Czechowa, subtelnym sygnalizowaniem kolejnych elementów intrygi, wątkami ciągnącymi się przez wiele tomów nie są czymś nie do przeskoczenia dla młodego odbiorcy. Wręcz przeciwnie. Przyjrzyjmy się seriom, które odniosły sukces niejako na fali popularności Harry’ego PotteraEragon, Twilight i Hunger Games to tylko niektóre z przykładów. Abstrahując już od literackiej jakości wymienionych przeze mnie cykli, to są co do jednej dość pokaźnych rozmiarów „kobyły”, które raczej nie miałyby większych szans obronić się w latach dziewięćdziesiątych. Nie mogłyby również być tak zwarte fabularnie – przed Harrym Potterem standardem były serie książek jak najbardziej przyjazne dla nowego czytelnika. Goosebumps był antologią, w której każda powieść była kompletnie odseparowana fabularnie od poprzedniej. Animorphs, choć posiadało spójną chronologię i mitologię, zawsze dbało o to, by czytelnik na samym początku otrzymał wszystkie kluczowe dla zrozumienia fabuły informacje. 

Chciałbym podzielić się z Wami pewną hipotezą, na poparcie której mam raczej słabe argumenty, ale i tak żywię głębokie przekonanie, że coś w tym jest. Rowling na początku pisania swojej serii – tak do, powiedzmy, trzeciego tomu – planowała wpisać się właśnie w tego typu formułę. Pierwsze powieści z cyklu Harry Potter spokojnie mogłyby się ukazać w latach dziewięćdziesiątych, ponieważ są relatywnie krótkie, autonomiczne fabularnie i mocno sformalizowane (co jest ważne dla autorów-widm, którzy nie muszą się intelektualnie wysilać, tylko piszą punkt po punkcie według szablonu). Dopiero gdy okazało się, iż Rowling odniosła tak duży sukces, że nie musi iść na żadne kompromisy, zaczęła tworzyć serię inaczej, po swojemu. I w ten sposób zmieniła cały rynek powieści młodzieżowych. Michael Grant, który w latach dziewięćdziesiątych pod nazwiskiem swojej żony (notabene również znakomitej pisarki) współtworzył dla wydawnictwa Scholastic takie serie książkowe jak Everworld czy Remnants dziś, już na własną rękę i pod swoim nazwiskiem, pisze cieszące się dużą popularnością cykle powieściowe dla młodszego czytelnika, w których porzucił przestarzałą formułę regularnie wydawanych mikropowieści na rzecz wypromowanego przez Rowling modelu „duże cegły spięte mocną fabularną klamrą.” Modelu, myślę, znacznie bardziej przyjaznego twórcom, którzy mają teraz szansę wypromować bardziej wyrafinowane, złożone fabuły pokazujące, że powieści młodzieżowe są gatunkiem mającym w sobie duży potencjał. Jasne, nadal istnieją duże i dobrze prosperujące wydawnictwa działające w myśl „reguły Stratemeyera” – narzuca się choćby Harper Collins – ale dzięki Rowling taka filozofia przestała być niepodważalnym dogmatem. 

Przejdźmy zatem – w końcu! – do samej treści książki. Powieść rozpoczyna się sceną, w której Harry wyleguje się a ogródku Dursleyów, by podsłuchać przez okno wieczorne wiadomości. Już na samym wstępie dostajemy subtelne informacje o tym, iż charakter głównego bohatera uległ dość znaczącej przemianie – Harry jest teraz znacznie bardziej cyniczny w swoich przemyśleniach i obserwacjach (na przykład co do łatwowierności wujostwa w stosunku do wyskoków Dudleya). Ma również znacznie mniej tolerancji dla obłudnego, małomiasteczkowego sposobu bycia swoich opiekunów. W wyraźny sposób zmieniła się natura ich wzajemnych relacji – choć chłopak nadal jest zależny od swoich krewniaków, nie jest już wobec nich uległy. Cynizm Harry’ego rozciąga się zresztą również i na magiczny świat – chłopak irytuje się brakiem jakichkolwiek wartościowych informacji od swoich przyjaciół oraz faktem, że czarodziejska prasa zdaje się kompletnie ignorować powrót Voldemorta. 

Wiemy, że głównego bohatera dręczą wspomnienia wydarzeń z cmentarza, ma mocne wahania nastroju i generalnie Harry wykazuje wiele objawów charakterystycznych dla zespołu stresu pourazowego. Jakby tego było mało, społeczność czarodziejów po raz kolejny odwraca się od niego i uznaje za kłamcę. Wszystko to tłumaczy jego bardzo nieprzyjemne zachowanie w stosunku całego otoczenia, zarówno do przyjaciół, jak i wrogów. I to jest pewien problem z punktu widzenia czytelników, ponieważ przez to Harry traci naszą odruchową sympatię – jego trauma przydaje mu zbyt wiele odpychających cech, co sprawia, że przez większość czasu bardzo trudno jest z nim sympatyzować. Szczególnie, iż Harry w przeszłości zmagał się przecież z podobnymi urazami i to nie pierwszy raz, gdy nie jest traktowany poważnie przez swoje otoczenie – a wcześniej oswajał tę sytuację w znacznie dojrzalszy sposób, choć miał przecież mniej lat i życiowego doświadczenia. Teraz jego wybuchy gniewu narzucają raczej skojarzenia z zachowaniem Dudleya (zawsze opisywanym jako przesadzone i groteskowe), co osłabia wymowę tych scen. 

Jest to jednak szalenie delikatna kwestia, ponieważ osoby przechodzące rozmaite traumy czasami zachowują się dokładnie tak, jak Harry w tym tomie – nie można więc napisać, że jego zachowanie jest nierealistyczne. Wręcz przeciwnie, jest bardzo realistyczne… jednak nie jestem do końca przekonany, czy w tym konkretnym przypadku taki, a nie inny zabieg był do końca trafny. W fikcji bowiem nie chodzi o to, by wszystko było „realistyczne” (bo nie po to jest ona fikcją), a o – między innymi – sprawne manipulowanie emocjami i odczuciami odbiorców. Charakteryzacja Harry’ego w tym tomie wzbudziła bardzo wiele kontrowersji wśród czytelników i czytelniczek, do tego bohatera przylgnęło nawet ośmieszające przezwisko „Caps Lock Harry”. W wymiarze literackim nie można więc tu raczej mówić o sukcesie, bo nie współczujemy głównemu bohaterowi, tylko irytujemy się jego zachowaniem. Jak już jednak wspomniałem – tak, agresywne i momentami egoistyczne zachowanie Harry’ego jest jak najbardziej wiarygodne, bo ludzie cierpiący na zespół stresu pourazowego często nie radzą sobie z własnymi emocjami. Problem polega na tym, że Harry nie jest człowiekiem – jest konstruktem literackim, elementem fabularnej całości, zaplanowanej i zaprojektowanej od początku do końca. Osobiście, z czysto subiektywnego punktu widzenia, uważam, że tego rodzaju charakteryzacja postaci była zabiegiem nieudanym, doskonale rozumiem jednak czytelników i czytelniczki, którzy będą mieć inne zdanie. 

Przemianę Harry’ego bardzo dobitnie ukazano w jego rozmowie z Dudleyem – chłopak zachowuje się niemal tak samo, jak Malfoy przeważnie zachowywał się wobec niego, kpi ze swojego kuzyna, prowokuje go i obraża w poczuciu całkowitej bezkarności. I tak, jasne, Dudley swoim zachowaniem i sposobem bycia zasługuje sobie na to… co nie zmienia jednak faktu, iż Harry bardzo szybko traci sympatię czytelników. Swoją drogą – zwróciliście uwagę na to, jaką przemianę Dudley przeszedł pomiędzy tym tomem, a poprzednimi? Wcześniej miał problemy z poprawnym wysławianiem się, budowaniem najprostszych zdań oraz z matematyką na poziomie pierwszej klasy szkoły podstawowej. W Czarze Ognia nie dostał choćby jednej linijki dialogu. W tej książce Dudley wykazuje zaskakujące oznaki inteligencji, pewności siebie i czegoś, co trochę wbrew sobie muszę nazwać charyzmą – ostatecznie Dursley Junior jest przywódcą okolicznej bandy, czymś więc musiał przekonać do siebie grupę, a z krótkiej sceny, w której żegna się z kolegami wynika, że nie zrobił tego metodą szantażu czy zastraszania, bo stosunki ze swoimi znajomymi ma przyjazne. Możliwe, że autorce wyszło to trochę przypadkiem, ale ja widzę tu pewną wskazówkę, że Dudley posiada wewnętrzny potencjał i cechy charakteru, które – przy odpowiednim podejściu i zreformowaniu – mogłyby czynić z niego wartościową osobę. 

Pojawienie się dementorów przy Privet Drive było strzałem w dziesiątkę, ponieważ zburzyły poczucie bezpieczeństwa, jakie towarzyszyło Harry’emu w domu jego wujostwa. Mieszkał tam przecież właśnie z tego powodu – wskutek magii ochronnej, jaka wiązała go z tym miejscem. Już wcześniej różne magiczne stworzenia zbliżały się do domu Dursleyów i nawiedzały Harry’ego w mugolskim świecie – po raz pierwszy jednak został w nim zaatakowany przez jakąś czarodziejską istotę. I to nawet nie ma znaczenia, że nie zostały one nasłane przez Voldemorta (o czym zresztą dowiadujemy się dużo później), już sam fakt, że niebezpieczeństwo podąża za Harrym aż do świata mugoli podwyższa stawkę, o jaką toczy się gra. Świetnie wypadli również Dursleyowie zmuszeni w końcu do porozmawiania o słoniu w pokoju, którego istnienie przez ostatnie lata desperacko starali się ignorować. I nawet trudno tutaj mieć pretensję do Veronona o jego zamiar wyrzucenia Harry’ego z domu, nawet ze świadomością, że grozi mu śmierć – ostatecznie próbował dbać o swoją rodzinę. Choć z drugiej strony jego komentarze sugerują też, że raczej nie płakałby po ewentualnym zgonie chłopaka, więc w żadnym razie nie usprawiedliwiam tu wuja Harry’ego. 

Pojawia się tu również wątek budowania własnej niezależności – Harry jest poirytowany protekcjonalnym wydźwiękiem listów, jakie otrzymuje od swoich przyjaciół i mentorów tuż po „kryzysie dementorskim”. Nie wychylaj się, trzymaj głowę nisko, nie próbuj zgrywać bohatera, bądź grzecznym chłopcem, zostań tam gdzie jesteś – lapidarne polecenia. W normalnej sytuacji bohater podporządkowałby się im, rozumiejąc, że w tym momencie nie ma czasu na dokładne tłumaczenie mu tego, jak się mają sprawy, ale syndrom stresu pourazowego oraz burza hormonów ORAZ silny adrenalinowy strzał spowodowany starciem z dementorami ORAZ gromadzona miesiącami frustracja musiały w końcu zrobić swoje. Trudno Harry’ego nie rozumieć, choć i tak nie czyni to jego zachowania mniej irytującym, a jego przemyśleń – mniej małostkowymi. 

Nie będę tu drobiazgowo streszczał i analizował każdego najdrobniejszego detalu z książki (system blogspota prawdopodobnie nie wytrzymałby rozmiaru notki, która by się z tego urodziła, nie wytrzymaliby pewnie nawet i najwytrwalsi blogobywalcy, a już na pewno nie dałbym rady ja sam), ale muszę jeszcze napisać o tym, jak bardzo spodobała mi się scena grupy eskortowej, która przyleciała po Harry’ego na Privet Drive. Po raz kolejny wychodzi tu różnica między nudnymi, zasadniczymi mugolami – Tonks narzekająca, że w mieszkaniu Dursleyów jest zbyt czysto – a anarchistycznymi, chaotycznymi czarodziejami, którzy operują znacznie luźniejszymi (choć nie zawsze, a często tylko pozornie) normami. Choć z drugiej strony podkreślanie tego w kontekście Dursleyów jest trochę nieuczciwie, bo naprawdę trudno przyjąć, że wszyscy mugole (czy choćby większość) są do nich podobni. Stawianie wygodnych chochołów to coś, co Rowling w sadze o Harrym Potterze robi dość często i jeszcze niejeden raz będę o tym wspominał i krytykował ten aspekt… ale, żeby nie popadać w kolejny gąszcz dygresji – po raz kolejny mamy tu do czynienia z podkreśleniem cudowności i wyjątkowości świata czarodziejów na tle sterylnego, odczłowieczonego świata mugoli. 

Skupmy się najpierw na okresie pomiędzy powrotem Harry’ego do magicznego świata, a rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Te fragmenty z reguły są najciekawsze, ponieważ zawsze pokazują nam jakiś nowy fragment świata przedstawionego – miejsce, obiekt albo wydarzenie, które pogłębia i ubogaca czarodziejską rzeczywistość, w której rozgrywa się cykl i służy jako narzędzie narracyjne do przekazania nam nieznanych wcześniej informacji o funkcjonowaniu magicznej społeczności. W pierwszym tomie dostaliśmy Ulicę Pokątną, w drugim Norę, w trzecim Błędnego Rycerza, w czwartym zaś Mistrzostwa Świata w Quidditchu. Tom piąty pokazuje nam aż dwie nowe lokacje – dom Syriusza oraz siedzibę Ministerstwa Magii. O ile mieliśmy już okazję widzieć mieszkanie czarodziejskiej rodziny, o tyle po raz pierwszy dostajemy głębszy wgląd w to, jak żyła rodzina czarnoksięska. Mieszkanie przy Grimmauld Place różni się od ciepłej i przyjaznej Nory, jest miejscem dosłownie skażonym czarną magią – ubrania wyskakują z szafy i atakują intruzów, w kredensach czają się boginy, zaś magiczny obraz poprzedniej właścicielki obrzuca obecnych mieszkańców najgorszymi wyzwiskami. 

To bardzo dzikie, nieprzewidywalne miejsce, przesiąknięte złowieszczą naturą rodziny Blacków, ale dzięki temu w jakiś sposób pasuje do jego nowych lokatorów – Zakon Feniksa to w końcu trzymająca się cieni, niejawna i nieformalna organizacja, która działa poza oficjalnymi prawami czarodziejskiego światka. Organizacja, która nie waha się wcielać w swoje szeregi takie indywidua jak Mundungus Fletcher. Dung wspomniany był zresztą już w drugim tomie cyklu, gdy pan Weasley napomyka, iż o mało co nie został przez niego zaczarowany (prawdopodobnie zaklęciem modyfikującym pamięć). Wyrazy szacunku dla autorki, która wykorzystuje rzucone w przeszłości nazwiska postaci tworząc tym samym wrażenie kompleksowego planowania wiele tomów do przodu i – dzięki temu – silnej sieci powiązań fabularnych, które przydają opowieści smaku. Grimmauld Place 12 to także – co również jest istotne fabularnie – miejsce narodzin i pierwszych kilkunastu lat życia Syriusza Blacka. Syriusz nie ma zbyt wielu przyjemnych wspomnień związanych ze swoim rodzinnym domem, co czyni jego wymuszoną izolację jeszcze mniej przyjemną. O Syriuszu napiszę jeszcze trochę później, ale już teraz warto odnotować ten fakt – ojciec chrzestny Harry’ego bardzo się męczy w swojej obecnej sytuacji. 

Drugim miejscem jest siedziba Ministerstwa Magii, nieprzerwanie bijące serce czarodziejskiej społeczności. Wizyta Harry’ego w tym przybytku władzy to jeden z mniej interesujących fragmentów Zakonu Feniksa, który jednak dostarcza co najmniej kilku nowych informacji o rzeczywistości Harry’ego Pottera oraz potwierdza kilka zasugerowanych już wcześniej. Choćby dyskryminacja magicznych ras innych, niż ludzkie. Znaczącym jest fakt, iż w Ministerstwie znajduje się fontanna przedstawiająca dwoje czarodziejów, centaura, goblina i skrzata domowego… przy czym dwaj ostatni zostali zobrazowani jako wpatrujący się w ludzkich czarodziejów z mieszaniną czci i podziwu. W świetle krwawej i niełatwej historii konfliktów między czarodziejami, a goblinami dużo nam to mówi o sposobie, w jaki ludzcy czarodzieje myślą o sobie i swoim miejscu w „przyrodzonym porządku rzeczy”. Dowiadujemy się również o tym, iż prześladowanie mugoli (zwracające zawartość toalety, o których wspomina pan Weasley) jest traktowane przez Ministerstwo Magii raczej z pobłażliwością, jak utrapienie, niż coś, czemu warto poświęcić głębszą uwagę. W dodatku w trakcie procesu Harry’ego dowiadujemy się, że pani Figg, charłaczka, nie widnieje w spisie obywateli Ministerstwa Magii, co wskazuje, że czarodzieje pozbawieni mocy magicznych są dosłownie wyrzucani poza margines społeczności i niewidzialni dla rządu. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to straszne. Wszystko to całkiem sprawnie sugeruje nam, że Voldemort i jego śmierciożercy nie wzięli się znikąd, że społeczność czarodziejów ma swoje dogłębne problemy związane z dyskryminacją, których ideologia Czarnego Pana jest jedynie logicznym ekstremum. 

Zaskoczyła mnie również wielkość Ministerstwa – siedem pięter, dziesiątki departamentów, potężna biurokratyczna infrastruktura zawierająca w sobie armię urzędników, aurorów, czarodziejską policję i wiele innych osób. To dziwi, ponieważ populacja czarodziejów na Wyspach Brytyjskich liczy – jak to kiedyś wyliczałem na fanpage’u Mistycyzmu Popkulturowego – około trzech tysięcy osób. Może trochę więcej z uwagi na długowieczność czarodziejów i czarodziejek, ale nawet jeśli, to społeczność kilku tysięcy osób nie wymaga aż tak rozbudowanego aparatu rządowego. Zdaję sobie oczywiście sprawę z pewnej schizofreniczności tego aspektu świata przedstawionego oraz z faktu, iż w tym miejscu musimy głęboko zawiesić niewiarę. Z jednej strony magiczny światek musi być mały, ponieważ żadna duża społeczność nie byłaby w stanie na dłuższą metę ukrywać się przed resztą populacji ludzkiej. Z drugiej jednak strony – świat czarodziejów jest bardzo bogaty, ma wiele egzotycznych, imponujących elementów i został zaprojektowany z takim rozmachem, że trudno uwierzyć, iż zamieszkuje go raptem parę tysięcy osób. To dysonans, na który musimy przymknąć oko, by cieszyć się fabułą. 

Przejdźmy do największego problemu, jaki mam z Zakonem Feniksa, czyli jego głównej osi fabularnej. Jak wszyscy już pewnie doskonale wiemy, cała intryga obraca się wokół przepowiedni, na której chce położyć łapy odrodzony Voldemort, do czego z kolei chce nie dopuścić Zakon. Trzymane w Departamencie Tajemnic proroctwo urasta do rangi artefaktu, którzy może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść sił zła – wielokrotnie członkowie Zakonu mówią o nim jako o „broni”, na samym początku powieści Syriusz i Lupin otwarcie czynią aluzję do przepowiedni, utrzymując, że po jej zdobyciu Czarny Pan stanie się niepowstrzymany… jak? Nie, poważnie – w jaki sposób treść proroctwa da Czarnemu Panu jakąkolwiek przewagę nad Dumbledore’em, Zakonem Feniksa i wszystkimi, którzy chcą go powstrzymać? Przypomnijmy sobie, co właściwie znajduje się w tej przepowiedni – jej treść mówi, że narodzi się ktoś, kto posiądzie moc zdolną do pokonania Czarnego Pana, daje wskazówki co do tożsamości tego wybrańca oraz wspomina, że albo zabije on Voldemorta albo Voldemort jego. Wiemy, że Czarny Pan poznał większość proroctwa – nie znał jedynie jej ostatniej części. 

I, szczerze napisawszy, nie bardzo wiem w jaki sposób treść przepowiedni miałaby przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść Sami-Wiecie-Kogo. Nie zawiera przecież żadnych kluczowych informacji, nie ma tam niczego, co w jakikolwiek zmieniłoby aktualną sytuację. Voldemort dowiedziałby się jedynie, że musi zabić Harry’ego, w przeciwnym wypadku prędzej czy później sam zginie z jego ręki… tyle tylko, że Czarny Pan i tak chce zabić Harry’ego. Koniec końców przepowiednia jest kompletnie bezużyteczna i gdyby Voldemort poznał jej pełną treść nic, absolutnie NIC by się nie zmieniło, a żadna szala nie zostałaby przeważona na czyjąkolwiek stronę. Co więcej, Dumbledore zna całą treść proroctwa, więc tym bardziej nie ma sensu trzymania kulki z przepowiednią w Departamencie Tajemnic, szczególnie że – jak pokazały wydarzenia z finału – łatwo można było ją zniszczyć, nawet nie zdejmując jej z półki. Nie wiązałoby się to z utratą żadnej wiedzy (bo tę ma w swojej głowie Dumbledore, co zademonstrował za pomocą myślodsiewni), a dałoby się dzięki temu zaoszczędzić wiele zachodu członkom Zakonu, którzy mogliby przez ten czas zająć się czym znacznie bardziej pożytecznym. Po zdobyciu tej kulki Czarny Pan miałby jedynie poczucie paskudnie zmarnowanego czasu i może trochę większą motywację do zabicia Harry’ego, ale tej już wcześniej mu nie brakowało, więc… o co w ogóle rozchodzi się cała ta sytuacja? 

I znów – podobnie jak z całą tą intrygą związaną z Czarą Ognia w poprzednim tomie serii początkowo nie zwraca się na to większej uwagi, po prostu gładko płynie się z prądem fabuły. Dopiero przy drugiej czy nawet trzeciej lekturze, mając w głowie poszczególne zwroty akcji i patrząc na historię z perspektywy całości zaczynamy dostrzegać, że wszystko to klei się w raczej mało elegancki sposób. Czy zatem należy uznawać to za wadę? Myślę, że tak – powieści z serii o Harrym Potterze w bardzo wyraźny sposób pisane są w taki sposób, by ich powtórna lektura dawała radość z wyłapywania subtelnego sygnalizowania zwrotów akcji na długo przed ich nastąpieniem. Problem polega na tym, że powtórna lektura Zakonu Feniksa obnaża jego fabularną niedoskonałość. I niby wszystko można jakoś – naciągając i snując fanowskie teorie – wytłumaczyć, ale to nie najlepiej świadczy o konstrukcji fabularnej powieści, skoro nie dostarcza ona informacji potrzebnych do załatania wszystkich potencjalnych dziur fabularnych i czytelnicy muszą robić to we własnym zakresie. 

Jednym z najmocniejszych punktów Zakonu Feniksa jest jego mniej oczywista linia konfliktu. Tu nie mamy już do czynienia z prostą walką dobra ze złem, tylko ze znacznie bardziej interesującym konfliktem interesów i osobowości. Z jednej strony mamy bowiem Lorda Voldemorta, który powrócił do pełni swoich sił, ale wciąż nie dysponuje tyloma zasobami, by wypowiedzieć otwartą wojnę reszcie czarodziejskiej społeczności. Z drugiej strony mamy Ministerstwo Magii na czele z Korneliuszem Knotem, które próbuje gasić pożar metodą udawania, że nic się nie pali, z trzeciej natomiast – tytułowy Zakon Feniksa pod wodzą Dumbledore’a, który zmuszony jest zmagać się zarówno z czarnym pijarem kreowanym przez Ministerstwo, jak i z Sami-Wiecie-Kim, któremu cała ta sytuacja jest bardzo na rękę. Mamy więc jedną frakcję, która jest zła, jedną, która jest dobra i jedną, która jest głupia, a swoją głupotą stwarza śmiertelne zagrożenie dla całego magicznego świata – nie jest jednak zła per se (nie licząc patologicznych wyjątków pokroju Umbridge), co komplikuje obraz sytuacji. Pojawiają się dezinformacje, kampanie szyderstw, wojny informacyjne, próby podważania autorytetów i zawłaszczania jurysdykcji – wątki tyleż zaskakujące, co ciekawe. Podoba mi się rozegranie całej tej sytuacji w ten sposób i skupienie się na wojnie politycznej, niż – na przykład – na otwartej walce z Voldemortem. To pogłębia obraz toczącego się (wciąż jeszcze „po cichu”) konfliktu i komplikuje sytuację w bardzo przyjemny dla czytelników i czytelniczek sposób. 

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się z Syriuszem pod koniec tego tomu, to chyba najlepszy moment, by poświęcić mu w końcu trochę więcej miejsca i przyjrzeć się nieco głębiej jego charakteryzacji. Szczególnie, że Zakon Feniksa dostarcza nam naprawdę wiele informacji o historii tej postaci. Syriusz jest złożonym bohaterem – myślę, że definiującą cechą jego osobowości jest fakt, iż nigdy nie miał szansy dorosnąć. Trafił do Azkabanu w wieku dwudziestu dwóch lat – większość swojego dorosłego życia spędził więc na wojnie, a potem w więzieniu, gdzie nie miał szans na wypracowanie emocjonalnej dojrzałości. Najpierw wyrzekła się go rodzina, potem cała magiczna społeczność, a na samym końcu został uwięziony w znienawidzonym domu. Tam zaś co najmniej kilka osób (Snape, Molly) w mniej lub bardziej otwarty sposób kwestionowała jego użyteczność, co w świetle faktu iż Syriusz najpewniej dręczony był poczuciem winy z powodu śmierci Potterów ORAZ dopuszczenia do powtórnej ucieczki Petera sprawia, iż ta postać posiada patologiczną wręcz chęć dowiedzenia własnej wartości. Co w połączeniu z jego niedojrzałością i chęcią wykazania się w oczach innych, swoich własnych oraz swojego chrześniaka musiało w końcu doprowadzić do katastrofy. Aha, byłym zapomniał – przez ponad dziesięć lat był torturowany przez koszmarne istoty będące uosobieniem głębokiej depresji i choć dementorzy nie działali na Syriusza tak, jak na innych więźniów, to nie zmienia faktu, że podobne doświadczenie musiało odcisnąć na nim bardzo silne piętno. Rany, życie Syriusza naprawdę było jedną, wielką traumą. Czarodzieje muszą mieć znacznie większą od mugolskiej odporność na stres i urazy psychiczne, bo fakt, że po tym wszystkim Syriusz jest jeszcze w stanie w miarę normalnie funkcjonować bez pomocy armii psychoterapeutów wydaje mi się czymś nadzwyczajnym. 

Ze wstydem przyznam, że z pewną perwersyjną satysfakcją obserwowałem konfuzję Harry’ego po tym, gdy Ron i Hermiona zostali prefektami. Chłopak odruchowo zakładał, że to on, a nie Ron, otrzyma odznakę i dość boleśnie go to ubodło – do stopnia, w którym przez moment zaczął zachowywać się wobec obojga swoich przyjaciół odrobinę nieprzyjemnie. Na szczęście okazało się, że nawet cierpiący na zespół stresu pourazowego Harry nie jest dupkiem – dokonał poprawnej autodiagnozy (zorientował się, że wszystkie te bohaterskie rzeczy których dokonał nijak nie desygnują go do roli prefekta; musiał przyznać sam przed sobą, że nie jest wcale lepszy od Rona) i zorientował się, że zamiast zawiści wobec przyjaciela powinien odczuwać radość z faktu, iż w końcu miał on szansę zabłysnąć. To bardzo dojrzałe ze strony Harry’ego, poza tym – niesamowicie podoba mi się komunikat do czytelników i czytelniczek wysłany tą sceną: jasne, czasami w naszych głowach pojawiają się niskie i podłe myśli. To naturalne, ale nie oznacza jeszcze, że jesteśmy niskimi i podłymi ludźmi, tak po prostu działają nasze umysły i nic nie można na to poradzić. Jednak to od nas i tylko od nas zależy, czy im ulegniemy. To bardzo mądre przesłanie dla młodych czytelników. 

Percy – bohater dość często pomijany w rozmowach o Harrym Potterze, a przecież jego rozwój charakterologiczny jest nie mniej interesujący (choć znacznie mniej efektowny), niż ten Syriusza. Jego zachowanie w tym tomie – ostentacyjne odcięcie się od rodziny wierzącej w powrót Voldemorta i sympatyzującej z Zakonem Feniksa – tłumaczy fakt, że Percy desperacko pragnął uznania. Jako środkowe dziecko w zubożałej wielodzietnej rodzinie jego status był niski, a z uwagi na odmienny charakter od większości braci nie był w stanie uzyskać od nich wsparcia i zrozumienia, jakiego potrzebował. Dlatego szukał prestiżu w innych miejscach – najpierw w strukturach szkolnych (Prefekt Naczelny!), a potem w Ministerstwie Magii. Percy to niesympatyczny konformista, ale ten jego konformizm wywodzi się właśnie z ambicji i chęci wynagrodzenia sobie niskiego prestiżu w rodzinie, szczególnie wśród rodzeństwa. Wstyd klasowy również ma tu swój udział – to bardzo fajny, subtelnie wyeksponowany motyw, który znajdzie swoją konkluzję w kolejnych tomach. 

Dolores Umbridge. Stephen King wspomniał kiedyś, że ją za najlepiej skonstruowaną postać negatywną od czasów Hannibala Lectera i w zasadzie się z nim zgadzam. Umbridge jest złoczynką tak wyrazistą, że w trakcie pierwszej lektury oczekiwałem jakiejś zmyślnej subwersji, jak w przypadku Snape’a w pierwszym tomie – nie ma mowy, by autorka wrzuciła do książki kogoś w tak oczywisty, jednoznaczny sposób paskudnego. A jednak, Dolores nie okazała się żadną owcą w wilczej skórze, żadnym podwójnym agentem na usługach Dumbledore’a czy tragicznym antyzłoczyńcą – jest obrzydliwa i odpychająca na zewnątrz i od środka, od samego początku do samego końca. O ile Malfoyowie, wspomniany już Snape czy nawet (do pewnego stopnia) sam Lord Voldemort posiadali cechy, które mogą budzić sympatię czy choćby tłumaczyć ich zło, nowa nauczycielka obrony przed czarną magią jest ich w stu procentach pozbawiona. To postać karykaturalnie wręcz negatywna, której na zdrowy rozum nie powinniśmy być w stanie brać na poważnie… a jednak to robimy. W tym przypadku talent i wyczucie Rowling błyszczy chyba najmocniej – „sprzedać” nam złoczynkę tak kreskówkową, byśmy byli i były w stanie w nią uwierzyć, to już musi być geniusz. 

Umbridge jest unikalna, ponieważ reprezentuje inny typ zła, niż Czarny Pan. Voldemort to Zły Czarnoksiężnik, przerażający wprawdzie, ale oddalony i przez to trochę abstrakcyjny. Dolores jest z kolei złem bardzo bliskim i codziennym – osobą, której czystą przyjemność sprawia dominacja nad słabszymi, szczególnie jeśli słabsi nie są w stanie się przed nią chronić. To zło, które wynika z zacietrzewienia, przekonania o własnej doskonałości, braku empatii i absolutnego skorumpowania równie absolutną władzą – coś z czym my wszyscy i wszystkie od czasu do czasu stykamy się w realnym życiu i dlatego tak mocno reagujemy na to w fikcji literackiej. Umbridge nie może być prawdziwa, nie z tą swoją żabią fizjonomią, obrzydliwymi sweterkami, irytującym dziewczęcym głosikiem – ale jednak jest, ponieważ jawi się nam w tej opowieści nie tyle jako postać, co sama personifikacja przemocy wynikającej z upojenia władzą. Przy okazji analizowania Więźnia Azkabanu teoretyzowałem, że ciotka Marge była prototypem Umbridge i podtrzymuję tę tezę – obie są starymi pannami z zamiłowaniem do zwierzątek domowych i skłonnościami do okrucieństwa. O ile jednak Marge była tępa i grubiańska, o tyle Dolores wręcz przeciwnie – jest inteligentna i makiaweliczna. Jako taka jest więc kimś znacznie bardziej niebezpiecznym, ponieważ jej możliwości szkodzenia wsparte są autorytetem systemowej władzy i podstępnym intelektem. Po prostu super postać, którą wszyscy i wszystkie kochamy nienawidzić. 

Luna. Nigdy jeszcze nie zetknąłem się z kimś, kto nie lubi tej bohaterki i bez bicia przyznam, że sam absolutnie nie jestem pod tym względem żadnym wyjątkiem – uwielbiam Lunę. Jej wiarę w zwariowane teorie spiskowe, zamiłowanie do kryptozoologii, ogólną „ofeliowatość” tej postaci, a nade wszystko – świeżość, jaką wprowadza do cyklu. Mamy już piąty tom, a to oznacza, że doskonale znamy już wszystkie dotychczasowe postaci pierwszo- i drugoplanowe, wiemy jakie mają ze sobą relacje i czego się po nich spodziewać. To znakomity moment, by wrzucić do równania nowy, wyrazisty element. A trudno o element wyrazisty bardziej, niż Luna Lovegood. Choć wpływ tej bohaterki na fabułę jest w zasadzie znikomy (poważnie, Zgredek miał większy wpływ na tok wydarzeń Zakonu Feniksa, niż Luna), to i jej obecność nie tylko nam nie przeszkadza, ale i ubogaca treść. Strasznie podobał mi się fragment, w którym Harry rozmawia z Luną o Syriuszu i dzięki tej konwersacji chłopak zaczyna powoli przepracowywać żałobę. Niby nie padły tam żadne wielkie słowa, ale nić porozumienia pomiędzy tym dwojgiem została nawiązana, gdy Harry uświadomił się, że inni też tracą bliskich (Luna widzi testrale, ponieważ była świadkiem śmierci swojej matki) i on sam nie jest w swojej żałobie ani wyjątkowy, ani odosobniony. 

Muszę w tym miejscu napisać o jednej rzeczy, która wywołała dość sporą burzę wśród czytelników i czytelniczek – wspomnienie Snape’a z Jamesem w roli głównej. Zanim ktokolwiek zwróci mi uwagę – tak, doskonale zdaję sobie sprawę, że w tym „najgorszym wspomnieniu” najgorszy nie jest fakt, iż tata Harry’ego znęcał się nad Snape’em, tylko to, że Lily zerwała znajomość z tym drugim. Póki co jednak Harry nie jest tego świadomy i intuicyjnie zakłada, że kluczowym w tej retrospekcji było publiczne upokorzenie z strony Jamesa. I oczywiście ma z tym problem, ponieważ do tej pory niemal wszyscy zapewniali Harry’ego, że jego ojciec był solą tej ziemi, najwspanialszą osobą, jaką można sobie wyobrazić i znakomitym pod każdym względem człowiekiem. Motyw bardzo interesujący – Harry skonfrontowany został z faktem, że jego tata nie był tak kryształową osobą, jak to wszyscy wmawiali mu przez ostatnie lata. To zrozumiałe – nigdy go nie poznał, więc miał w głowie jego wyidealizowany obraz, a wszyscy wkoło bez przerwy zapewniali chłopca, że jego rodziciel był wspaniałą osobą. Później dowiadujemy się, że owszem, Jamesowi zdarzały się niedojrzałe wybryki, ale wyrósł z tego i dojrzał. 

Problem polega jednak na tym, że autorka – poza tym jednym przypadkiem – nigdy nie pokazała nam Jamesa takiego, jakim był naprawdę. W lustrze Ain Eingarp widzieliśmy nie tyle rodziców Harry’ego, co wyobrażenie jedenastolatka na temat tego, jak wyglądali i jacy byli. James pojawia się jeszcze okazjonalnie jako widmo w czwartym i siódmym tomie – ale i te przypadki trudno uznać za naturalne. Wspomnienie Sanpe’a to jedyna okazja, by zobaczyć Jamesa takiego, jakim był – jak naprawdę mówił, jak naprawdę się zachowywał, jakie miał manieryzmy i relacje z innymi osobami. I wiecie co? Ja naprawdę nie mam większego problemu z uwierzeniem, że wyrósł z gnębienia innych i został odpowiedzialnym człowiekiem, kochającym mężem i oddanym ojcem – to nie jest aż tak niewiarygodne. Niestety Rowling nigdy nie zadbała o to, by nam to przekonująco pokazać. Owszem, Dumbledore, Syriusz i Lupin nam o tym mówili – ale, jak się później okaże, nie należy bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co mówi Dumbledore, zaś Syriusz i Lupin byli najlepszymi przyjaciółmi Jamesa, więc – raz – mają zniekształcony obraz jego osoby i – dwa – z pewnością nie chcą źle mówić o Jamesie jego jedynemu synowi. Poza tym, zasada show, don’t tell nadal obowiązuje – im więcej informacji przekazuje się czytelnikom pośrednio, przez dialogi i narrację, tym mniej są oni skłonni w nie wierzyć. To ważne, by obrazować postaci bezpośrednio i pozwalać odbiorczyniom i odbiorcom samodzielnie interpretować niektóre zjawiska. 

Nie wyszło to z Jamesem i, według mnie, jest to pewien szerszy problem z całą sagą o Harrym Potterze i być może z całą twórczością Rowling w ogóle – autorka czasami traktuje postaci tylko i wyłącznie jako narzędzia fabularne, które mają spełnić swoją funkcję i zostać odłożone do skrzynki w momencie, w którym nie są już potrzebne. James jest właśnie takim mechanizmem służącym do rozwoju charakterologicznego głównego bohatera sagi, który musi oswoić się ze świadomością, że nic nie jest czarne albo białe i czasami autorytety należy kwestionować, bo nikt nie jest idealny od początku do końca. Cały szkopuł w tym, że jeśli fabularny wytrych będzie tylko i wyłącznie fabularnym wytrychem – jak w przypadku Jamesa – to taki zabieg może nie podziałać. Ciężko jest nam uwierzyć, że ojciec Harry’ego się zmienił, bo nigdy tego nie widzimy, a nie widzimy tego – ponieważ autorka potraktowała tę postać instrumentalnie i nam tego nie pokazała. Stąd dość powszechna tendencja do traktowania Jamesa jako dupka i, co za tym idzie, relatywnie mała wiarygodność tego wątku. Gdyby ojciec Harry’ego naprawdę był postacią, a nie tylko narracyjnym narzędziem, gdybyśmy choć w kilku momentach dostrzegli jego przemianę bezpośrednio – wtedy całość zagrałaby znacznie lepiej. 

Jak pisałem chwilę temu, nie jest to jednostkowy przypadek. Oczywiście Rowling postaci wychodzą na ogół znakomicie – ale tylko wtedy, gdy pisze je jako postaci, a nie pionki mające do odegrania konkretną rolę. Czyli przeważnie tak, ale czasami… czasami pojawia się taka Marietta. I ja już naprawdę nie jestem w stanie nie skrytykować autorki za przedmiotowe traktowanie postaci. Dla przypomnienia – Marietta to najlepsza przyjaciółka Cho Chang, która zdradziła Gwardię Dumbledore’a donosząc Umbridge o istnieniu tej organizacji. Spotkała ją za to dość brutalna kara – dziewczyna została oszpecona (narracja sugeruje, a Rowling potwierdza w materiałach pozaksiążkowych, że na trwałe, przynajmniej do pewnego stopnia) upokarzającym znamieniem na twarzy. Cały ten incydent uruchomił ciąg wydarzeń, które doprowadziły do ucieczki Dumbledore’a z Hogwartu, objęcia funkcji dyrektora szkoły przez Umbridge oraz zakończenia znajomości Harry’ego i Cho. W oczywisty sposób powinniśmy nie znosić Marietty za jej podstępne zachowanie – sama autorka w trakcie czatu z 2007 roku skomentowała ten wątek słowami „Brzydzę się zdrajczynią”. I tak samo jak w przypadku Jamesa sytuacja się komplikuje. Dokładnie z tych samych powodów. 

Tak samo jak w przypadku Jamesa, Marietta nie jest postacią – jest fabularnym wytrychem mającym doprowadzić do wydarzeń, o których wspomniałem wyżej. Nigdy nie wypowiada ani jednego słowa, nie ma ustalonej charakteryzacji, wyeksponowanych relacji z innymi postaciami (nawet z Cho). I, jak w przypadku Jamesa, kompletnie nie miałbym problemów z uwierzeniem w to, gdyby autorka pokazała nam, że Marietta jest podłą, podstępną osobą. Tyle tylko, że nic na to nie wskazuje. A nawet przeciwnie. Niewiele wiemy o tej bohaterce, ale to co wiemy rzuca bardzo głęboki cień wątpliwości na jej motywy. Wiemy na przykład, że po załamaniu nerwowym, jakie przeszła Cho Chang po śmierci Cedrika, Marietta była jedyną osobą, która utrzymywała z nią bliską relację – te wszystkie rozchichotane koleżanki, które tak bardzo przeszkadzały Harry’emu w zaproszeniu Cho na bal w poprzednim tomie wyparowały. Takie zachowanie sugeruje raczej lojalność, nie wiarołomność. Poza tym dowiadujemy się, że mama Marietty pracuje w Ministerstwie Magii, a nasilający się konflikt Ministerstwa i Hogwartu oraz presja wywołana tym faktem mogły skłonić bohaterkę do takiego, a nie innego zachowania. Oczywiście nigdzie nie jest to wyrażone wprost, ale… na tym właśnie polega problem. Rowling nie zapanowała nad narzędziem fabularnym i zapomniała nadać mu określonych cech, które jednoznacznie przekonałyby czytelników i czytelniczki, że ta postać jest negatywna. Co więcej, w trakcie jej konstrukcji incydentalnie stworzyła kilka przesłanek ku temu, że postępowanie Marietty może być – do pewnego stopnia – usprawiedliwione okolicznościami, w jakich znalazła się dziewczyna. Są poważne przesłanki ku takiej interpretacji. 

Żeby jeszcze bardziej pogorszyć sytuację, musimy porozmawiać o karze, jaka spotkała Mariettę – trwałe okaleczenie. Ta konkretna forma kary w tym konkretnym kontekście budzi mój głęboki dyskomfort i już tłumaczę dlaczego. Otóż blizny w sadze Harry Potter mają bardzo określoną symbolikę. Harry nosi na swoim ciele dwie trwałe blizny zadane mu przez dwie najgorsze postaci w cyklu – Voldemorta (na czole) i Umbridge (na dłoni). Można chyba zatem mówić o powracającym motywie blizny jako symbolu głębokiego skrzywdzenia i napiętnowania. Voldemort zniszczył Harry’emu cały jego świat, zabił rodziców i zmusił do rozpaczliwej walki o życie. Umbridge metodycznie niszczyła Harry’ego, odbierając mu wszelkie radości jego życia, grożąc jego przyjaciołom, zmieniając Hogwart – miejsce, które przez lata uznawał za swój dom – w Piekło na ziemi. No i teraz mamy Hermionę, postać nominalnie pozytywną, która robi coś podobnego Marietcie, postaci nominalnie negatywnej. Problem polega na tym, że – jak wykazałem powyżej – zachowanie Marietty można interpretować z inny sposób, przez co kara, jaka na nią spadła jest nieadekwatna do popełnionego przez nią czynu. Co z kolei stawia w złym świetle Hermionę, o czym napiszę trochę później, w segmencie poświęconym tej bohaterce. 

Harry i Cho, czyli męki nastoletniego zadurzenia. Ten wątek jest dla mnie… ambiwalentny. No bo tak – w pewien sposób rozwija postać Harry’ego, uzupełniając jego drogę życiową o tak ważny element, jak emocjonalny rozwój uczuciowy (czyli super), ale zarazem jest tak ogranym motywem „skrępowanego nastolatka na pierwszej randce”, że w trakcie czytania tego wątku na ogół ziewałem z nudów (czyli słabo). Z trzeciej strony cały ten wątek został skomplikowany o emocjonalny bagaż, jaki posiada zarówno Cho, jak i Harry (czyli super), ale to mocno obciąża ich relacje traumą po stracie Cedrika ze strony Cho i zespołem stresu pourazowego po stronie Harry’ego, przez co w trakcie ich interakcji mamy do czynienia z emocjonalnym odpowiednikiem karambolu drogowego (czyli… może nie słabo, ale na pewno nieprzyjemnie), co musi budzić pewien czytelniczy dyskomfort. Ja nie twierdzę, że ten wątek jest jakiś straszliwie zły czy problematyczny, bo generalnie został rozegrany i elegancko i logicznie i generalnie trudno się czepiać faktu, że autorka po prostu podąża za ustalonymi charakteryzacjami bohaterów i wiarygodnie ukazuje następstwa wydarzeń, jakie na nich wpłynęły. Po prostu… Cho cały czas naciska na Harry’ego, by ten porozmawiał z nią o Cedriku, nie zauważając, że dla Harry’ego przywoływanie tego tematu jest bardzo bolesne. Przy czym nie można nawet winić za to dziewczyny, bo jej trauma jest zrozumiała. 

Sam nie wiem – chyba moim głównym problemem z tym wątkiem dyskomfort emocjonalny, jaki we mnie powoduje. Mamy bowiem dwoje straumatyzowanych dzieciaków, którym nikt nie udzielił psychologicznej pomocy (gdyby kultura czarodziejów uznawała psychoterapeutów, nie doszłoby do całej masy nieszczęść) i które nieświadomie nakręcają sobie nawzajem swoje nieprzepracowane emocje. To się aż nieprzyjemnie czyta i – choć nastolatkiem nie jestem już od dłuższego czasu – naprawdę wątpię, by tak właśnie wyglądały męki młodzieńczych porywów serca. Przynajmniej w większości przypadków. Początkowo miałem się jeszcze czepiać faktu, że Cho w zasadzie nie ma żadnego charakteru (a raczej – ma w domyśle, ale nigdy go nie eksponuje, bo zamiast tego jedynie płacze) i tak naprawdę trudno zrozumieć, co zobaczył w niej Harry, ale… nastolatki tak się właśnie przecież zakochują, w oparciu o powierzchowność drugiej osoby, pierwsze wrażenie, dopiero później orientując się, jaką jest ona w istocie. 

Ron. Do tej pory cały czas narzekałem na jednowymiarowość tej postaci i fakt, że w zasadzie jedynym aspektem rozwoju charakteru tego bohatera jest jego poczucie niższości. W tym tomie… nic się pod tym względem nie zmieniło, niestety. Autorka nadal ogrywa ten motyw, głównie za pomocą wątku Rona w drużynie quidditcha Gryfonów. Rudzielec jest zawodnikiem w sumie niezłym, ale lęk przed publicznym ośmieszeniem czyni go, delikatnie pisząc, średnio użytecznym na boisku. To dobrze poprowadzony wątek, ale... raz, że quidditch jako regularny powracający motyw już chyba wszystkim trochę się przejadł (sama autorka pewnie zdała sobie z tego sprawę, bo to drugi z kolei tom, w którym ten motyw został ograniczony), a dwa – że kończy się w najbardziej banalny sposób, jaki tylko można sobie wyobrazić. 

Jest kilka elementów, które można by interesująco wykorzystać do pogłębienia postaci Rona – jego nowy, niespodziewanie uzyskany status prefekta czy choćby ronowy stosunek do faktu, że jego młodsza siostrzyczka zaczyna mieć relacje romantyczne – ale żadna z tych rzeczy nie wiedzie w jakimś interesującym kierunku. To niemal depresyjne – tak, wiemy że Ron czuje się niepewnie w cieniu swoich odnoszących sukcesy braci, odnoszącego sukcesy najlepszego przyjaciela i odnoszącej sukcesy najlepszej przyjaciółki. To jest fajny i ciekawy wątek, który bardzo lubię, problem polega jednak na tym, że poza tym wymiarem postaci dostajemy niewiele więcej. Jasne, Ron ma charakter i właściwości, które czynią go sympatyczną postacią, ale autorka do samego końca nie dała zbyt wielu (żadnych?) indywidualnych wątków – cały jego rozwój odbywa się w relacji z Harrym (wobec którego odczuwa coś na kształt na wpół uświadomionej zazdrości) oraz Hermioną (z którą przyjaźń zaczyna powoli przeradzać się w coś więcej). Szkoda – wiem, że pisałem już o tym wiele razy w poprzednich notkach, ale to po prostu boli. Tyle dobrego, że w ramach motywu poczucia niższości prawie dzieje się z tym bohaterem coś w miarę ciekawego, ale… to nuży. Jest znacznie więcej Rona w Ronie, niż skłonna była nam pokazać autorka. 

Hermiona w tym tomie przejawia kilka naprawdę niepokojących mnie cech. Na fanpage’u Mistycyzmu Popkulturowego (nieodmiennie zapraszam, dzieje się tam wiele interesujących rzeczy) kilka razy żartowałem z tej bohaterki, interpretując jej postać jako psychopatkę piorącą mózgi wszystkim wokół. Oczywiście nie mam zamiaru robić tego w poważnej blogowej analizie, co nie zmienia faktu, że niektóre elementy rozwoju charakterologicznego tej bohaterki wydają mi się… dziwne. Choćby jej obsesja na punkcie walki o prawa skrzatów domowych. Pisałem już o tym w poprzedniej notce i zawracałem w niej uwagę na dobrze ukierunkowane, ale niewłaściwie wcielane w czyn poczucie sprawiedliwości społecznej i moralności. Można by pomyśleć, że po rozmowie z tyloma osobami próbującymi wytłumaczyć jej na czym polega problem z przeprowadzaniem rewolucji proletariackiej skrzatów domowych – a rozmawiała o tym, między innymi, z Lupinem, który na raczej zna wszystkie blaski i cienie bycia gnębioną mniejszością w czarodziejskiej społeczności – dziewczyna skoryguje swoje działania. Dobrym początkiem byłoby na przykład, nie wiem, porozmawianie ze skrzatami, poznanie ich kultury, relacji z czarodziejami, dowiedzenie się, w jaki konkretnie sposób cierpią one z powodu swojego zniewolenia? Hermiona swoją nachalną działalnością na rzecz wyzwolenia skrzatów (rozrzucanie wełnianych czapeczek po pokoju wspólnym) jedynie zrazi samych zainteresowanych do idei uzyskania autonomii. Oczywiście, dziewczyna jest jeszcze bardzo młoda, ale… skoro przez dwa lata nie pojęła, że jej działania są nieskuteczne to coś jest jednak nie tak.

W dodatku bohaterka wyraźnie nie uznaje półśrodków. Rzucenie klątwy na listę członków Gwardii Dumbledore’a, by – w razie zdrady – twarz winowajcy pokryła się krostami to dość radykalne posunięcie, ale gdyby wszyscy uczestnicy zgodzili się na takie środki ostrożności, nie miałbym z tym problemów. Tymczasem Hermiona nikomu o tym nie powiedziała, przez co członkowie Gwardii podpisali kontrakt nie znając wszystkich warunków zawartej w nim umowy. Biorąc pod uwagę podobne problemy przy okazji wrzucania swojego (albo i nieswojego) nazwiska do Czary Ognia zastanawiam się, jakim cudem w świecie czarodziejów ktokolwiek cokolwiek jeszcze podpisuje? Każdy, nawet najbardziej niewinnie wyglądający kawałek papieru może się przecież okazać śmiertelną pułapką i nabazgranie na nim własnego nazwiska jest niewyobrażalnym ryzykiem. Ponadto, samo okaleczanie czyjejś twarzy jako forma kary za zdradę to naprawdę ekstremum pasujące raczej do Inglorious Bastards, niż Harry’ego Pottera

Z drugiej strony ta jej kategoryczność naprawdę się przydaje w momencie, gdy dziewczyna wpada na zaszantażowanie Rity Skeeter, by ta przeprowadziła i zamieściła w Żonglerze rzetelny, nieprzekłamany wywiad z Harrym Potterem. Widać, że Hermiona bardzo dobrze rozumie na czym polega manipulowanie opinią publiczną i, na miarę swoich możliwości, próbuje rozegrać medialny szum na korzyść Harry’ego. To bardzo zmyślne z jej strony, choć znów – zastanawiam się, jak to by się skończyło, gdyby Rita powiedziała „Sprawdzam!” i odmówiła współpracy. Hermiona naprawdę bez krzty wyrzutów sumienia rzuciłaby dziennikarkę na żer dementorom? Wszystko wskazuje na to, że tak. Dla mnie to odrobinę niekomfortowy rys charakterologiczny – Hermiona jest przyzwyczajona do tego, że zawsze ma rację, więc wolno jej robić wszystko, co tylko uznaje za słuszne, niezależnie od tego, jak bardzo skrajnym jest to działaniem. 

Kolejną stroną jej charakteryzacji jest prowadzenie Harry’ego przez zawiłą i wyboistą drogę kobiecych ścieżek myślenia – dziewczyna co najmniej dwukrotnie tłumaczy mu, czemu Cho zachowuje się w taki, a nie inny sposób. To się akurat wpisuje w dość powszechny archetyp kobiety będącej stereotypowo bardziej empatycznej, niż mężczyźni… bo uzasadnienia w treści powieści nie ma żadnego. Hermiona nie ma większego doświadczenia w sprawach romantycznych, niż Harry czy Ron. Jasne, pokazano że posiada nadprzeciętną empatię – stąd choćby jej zainteresowanie statusem społecznym domowych skrzatów – ale o ile jej intuicje wobec skrzatów są przestrzelone, o tyle intuicje wobec tego, jak czuje się Cho są trafne. Widzę tu więc raczej machinalne odwołanie się do archetypu „empatycznej kobiety”, niż jakiś spójny element charakteryzacji Hermiony. 

Przejdźmy do najbardziej zmarnowanej części książki, czyli Gwardii Dumbledore’a. Harry, Ron i Hermiona, w reakcji na kompletnie bezużyteczne lekcje obrony przed czarną magią w wykonaniu Umbridge, w tajemnicy przed nauczycielami organizują alternatywne zajęcia. To naprawdę świetny wątek, ponieważ z jednej strony stanowi logiczne rozwinięcie ewolucji, jaką przechodził Harry (a, w szerszej perspektywie, całe trio), a z drugiej – stanowi pewne ogniwo łańcucha, który niestety nie został pociągnięty dalej. Już tłumaczę o co mi chodzi. W Więźniu Azkabanu Harry pod okiem Lupina uczy się zaklęcia Patronusa, dzięki czemu uświadamia sobie, że jest w stanie opanować zaawansowane i skomplikowane czary, jeśli tylko wykaże się odpowiednią dozą skupienia i determinacji. W następnym tomie, Czarze Ognia, ten aspekt jego rozwoju charakterologicznego przechodzi dalszą ewolucję – chłopak zmuszony jest do szybkiego opanowania wielu wymagających zaklęć… i sobie z tym radzi, między innymi dlatego, że wcześniej uświadomił sobie, że jest w stanie tego dokonać. W Zakonie Feniksa idziemy krok dalej – Harry, który przez dwa ostatnie tomy był uczniem, teraz wchodzi w rolę nauczyciela i przekazuje pozyskaną wiedzę grupie znajomych. Strasznie podoba mi się ten aspekt rozwoju charakterologicznego głównego bohatera – jest nienachalnie eksponowany i mocno powiązany z główną osią fabularną. Dzięki temu Harry nie jest jakimś nieudacznikiem, który wygrywa tylko z powodu Imperatywu Narracyjnego – widząc jego ewolucję jako czarodzieja oraz przywódcy naprawdę jesteśmy w stanie uwierzyć, że oto śledzimy losy kogoś, kto zasługuje na bycie symbolem oporu przeciwko siłom zła. Nie dlatego, że jest Cudownym Dzieckiem, wybrańcem i desygnowanym fabularnie mesjaszem (no dobrze – to trochę też), ale dlatego, że przeszedł drogę, która ukształtowała go w taki, a nie inny sposób. 

Wspomniałem jednak o urwanym łańcuchu. Widzę w Gwardii Dumbledore’a niewykorzystany potencjał. Dzięki temu wątkowi Harry, Ron i Hermiona nauczyli się czegoś niezwykle przydatnego w czasach, które miały dopiero nadejść – działania w konspiracji. Te wszystkie zabezpieczenia, sekretne pokoje, nietypowe formy komunikacji między członkami Gwardii… można by pomyśleć, że trio zyskało w ten sposób bardzo istotną wiedzę odnośnie organizowania i zarządzania partyzantką, zaś Harry zaprawił się do przyszłej roli przywódcy, za którym towarzysze broni śmiało będą kroczyć choćby i w ogień. I w sumie tak się stało… ale w żaden sensowny sposób nie zostało to wykorzystane, bo zamiast czegoś interesującego – czyli działania i zarządzania ruchem oporu – w Insygniach Śmierci dostaliśmy jakiś absurdalny quest z gry video polegający na zbieraniu kolejnych przedmiotów… widzę tu naprawdę sporo zmarnowanego potencjału. Ale o tym – oczywiście – porozmawiamy w swoim czasie. 

Neville przechodzi w tym tomie interesującą przemianę. W ogóle wątek tego bohatera – od zahukanego fajtłapy, do którego grawitują wszystkie najbardziej upokarzające nieszczęścia do odważnego i charyzmatycznego lidera szkolnego ruchu oporu w ostatnim tomie – jest bardzo konsekwentnie rozwijany przez cały cykl i w Zakonie Feniksa mamy do czynienia z pewnym przełomem. W poprzednich odsłonach serii Neville zawsze był gdzieś tam w tle i zawsze służył jako element komiczny – jeśli komuś działo się coś zabawnie upokarzającego, to prawie zawsze właśnie jemu. Tymczasem, równolegle, autorka przemycała coraz to nowe informacje o tym bohaterze – talent do zielarstwa, wysoko rozwinięte poczucie odpowiedzialności, odwaga, fakt, że to on mógł zostać Chłopcem, Który Przeżył, tragiczna historia jego rodziców – za każdym razem Neville trochę rósł jako postać i to było bardzo fajne. W Zakonie Feniksa chłopak przechodzi trening w ramach Gwardii Dumbledore’a i – co ciekawe – po pewnym czasie robi się tak zdeterminowany, że zaczyna być jednym z lepiej wyszkolonych członków GD. Punktem zwrotnym są dwa wydarzenia, jedno z nich na ogół pomijane i zapominane – incydent w Świętym Mungu, gdzie Ron i Hermiona dowiadują się o losie, jaki spotkał rodziców Neville’a oraz ucieczka śmierciożerców (w tym Bellatriks Lestrange) z Azkabanu. 

Dominujące jest oczywiście to drugie wydarzenie – Neville, wiedząc że na wolności znalazła się osoba odpowiedzialna za tortury na jego rodzicach, traci poczucie bezpieczeństwa. Albo zdaje sobie sprawę z szansy, jaką otrzymał – może własnoręcznie pomścić krzywdę, jaką wyrządziła im Bellatriks i, by móc to zrobić, musi przyłożyć się do zajęć prowadzonych przez Harry’ego. Tak czy inaczej – Nevile zaczyna wyciskać z siebie siódme poty na spotkaniach Gwardii. Osobiście uważam jednak, iż spotkanie z Harrym, Ronem i Hermioną w Świętym Mungu również odegrało znaczącą rolę w tej metamorfozie. Neville uświadomił sobie wtedy, że nie ma się tak naprawdę czego wstydzić, że pozbawieni zmysłów rodzice nie są żadną barierą między nim, a rówieśnikami, których podziwia najbardziej. Trio nie reaguje na ten incydent zaszokowaniem, niezręcznością czy dyskomfortem – tylko współczuciem i zrozumieniem. Co prawda nie ma ku temu żadnych wyraźniejszych przesłanek w narracji, ale wydaje mi się, że to ostatecznie przełamało lody między Nevillem, a głównymi bohaterami książki i odegrało znaczącą rolę w zmężnieniu młodego Longbottoma. 

Jest dość istotna rzecz, na którą nie zwróciłem uwagi przy pierwszej lekturze Zakonu Feniksa, a która na pewno zasługuje na oddzielny akapit. Tą rzeczą jest konsekwentnie rozwijany motyw relacji czarodziei z inteligentnymi istotami magicznymi. O fontannie w Ministerstwie już wspominałem, ale na tym rzecz bynajmniej się nie kończy. Bo mamy i przybliżenie kultury olbrzymów (opowieść Hagrida), i dłuższe, głębsze spojrzenie na centaury (wygnany ze swojego stada i nauczający astrologii Firenzo), i skrzaty domowe, Lupin wspomina o trudnościach w namówieniu goblinów do aktywnej walki z Czarnym Panem… Trudno tu mówić o jakimś spójnym wątku, to raczej garść scen i nawiązań toczących się gdzieś w tle opowieści, które składają się na pewien obraz – czarodzieje muszą dopuścić do emancypacji nieludzkich istot magicznych i ich głębszego zaangażowania w czarodziejską społeczność, w przeciwnym wypadku nie będą w stanie zwalczyć śmierciożerców, którzy – o, ironio – powstali właśnie dzięki przyzwoleniu na dyskryminację wszystkich, którzy nie są „czystymi rasowo” czarodziejami. 

Wątek Hagrida ponownie doczekał się rozwinięcia, w bardzo zresztą interesującym kierunku. Gajowy Hogwartu w poprzednim tomie spotkał podobną do siebie osobę – co prawda ich relacja zakończyła się niedługo potem, ale i tak była całkiem fajnie poprowadzona i rozwijała postać Hagrda. W tym tomie mamy kolejną cegiełkę dorzuconą do tego wątku – Hagrid odnajduje swojego brata i sprowadza go do Zakazanego Lasu Raz jeszcze widzimy, jak samotny jest Hagrid, jak bardzo łaknie choćby namiastki rodziny, prawdziwej rodziny, a nie substytutu, jakim jest – niewątpliwie szczera i głęboka – przyjaźń z Harrym, Ronem i Hermioną. Szkoda tylko, że Graup pozostaje jedynie strzelbą Czechowa służącą do pozbycia się centaurów, a jego relacje z Hagridem są ledwie zarysowane, ale dobre i to. Zresztą, gdyby każdy wątek w Zakonie Feniksa był tak rozwinięty, jak mógłby być, ta książka miałaby jakieś trzy tysiące stron (a ta notka – trzydzieści). 

Pozostaje jeszcze sprawa centaurów o kwestia tego, czy Umbridge została przez nie zbiorowo zgwałcona. Tak, zamierzam odnieść się do tej fanowskiej teorii, która od wielu lat cieszy się niesłabnącą popularnością. Między innymi dlatego, że tłumaczyłaby wiele rzeczy – stan Umbridge po odnalezieniu w lesie (była nie tyle poturbowana, co wstrząśnięta), jej zachowanie w kolejnych tomach oraz fakt, że dla mitologicznych centaurów próby gwałtów na ludzkich kobietach stanowią coś w stylu nawyku. Z drugiej strony ta teoria ma równie wiele – a pewnie nawet i więcej – problemów. Przede wszystkim gwałt w naszej kulturze jest czynem o bardzo mocnym wydźwięku i jego ofiara zawsze jest obiektem współczucia. A współczucie w stosunku do Dolores Umbridge osłabiłoby wyrazistość charakterologiczną tej bohaterki i budziłoby ambiwalentne uczucia w czytelnikach. Poza tym jej zachowanie nie potrzebuje usprawiedliwienia traumą po gwałcie – ona przecież od początku była obrzydliwą osobą. No i – od czego w sumie powinienem zacząć ten wywód – centaury ze świata Harry’ego Pottera w niczym poza wyglądem nie przypominają swoich mitologicznych odpowiedników i nigdy wcześniej (ani później) nie wykazywały tendencji do podobnych zachowań. Podsumowując – teoria o gwałcie jest prawdopodobna… ale osobiście naprawdę wątpię, by doszło do czegoś podobnego. 

Przejdźmy w końcu do głównego punktu programu. Jeśli w miarę uważnie czytaliście i czytałyście moje poprzednie notki analizujące poszczególne tomy serii, być może rzucił Wam się w oczy pewien motyw przewodni – za każdym razem starałem się zwracać uwagę na fakt, iż Harry niemal nigdy nie jest karany za swoje głupie, nieprzemyślane zachowania. Jeśli złamie jakiś punkt regulaminu to albo wywinie się jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu, albo wybroni go jaki nauczyciel (jak to robił Lupin w trzecim tomie) lub inna ciesząca się autorytetem osoba (Knot w drugim tomie) albo wręcz zostanie nagrodzony (jak w Kamieniu Filozoficznym, gdy zamiast dostać szlaban, otrzymał miejsce w drużynie quidditcha Gryfonów). Harry przyzwyczaił się do tego, że bezmyślne, dyktowane intuicją działania nigdy nie kończą się dla niego jakimikolwiek reperkusjami. To właśnie sprawiło, iż Lord Voldemort mógł nim tak łatwo manipulować, by ostatecznie zwabić chłopca do Departamentu Tajemnic. To właśnie – pośrednio – sprawiło, że zginął Syriusz. Była to wyjątkowo brutalna i straszliwa lekcja pokory. Harry zmuszony był uświadomić sobie, że nie zawsze ma rację, że czasami powinien zaufać innym, nawet jeśli nie do końca rozumie motywy ich postępowania. Szkoda tylko, że odbyło się to kosztem życia jego ojca chrzestnego. 

Całe starcie w Departamencie Tajemnic to chyba mój ulubiony fragment książki i zdecydowanie najlepszy z dotychczasowych finałów. Przede wszystkim Harry w końcu nie stawia czoła niebezpieczeństwu samotnie, są z nim Ron i Hermiona oraz Neville, Ginny i Luna – członkowie Gwardii Dumbledore’a, którzy przez ostatni rok przechodzili intensywny trening pod jego okiem. Akcja jest niesamowicie dynamiczna, nowe środowisko – podziemia Ministerstwa Magii – wprowadza znaczny element nieprzewidywalności wydarzeń, a pojawienie się Voldemorta (a potem i Dumbledore’a) znacznie podbija stawkę. W dodatku całość jest świetnie napisana – fakt, że bohaterowie wypowiadają na głos określone zaklęcia dynamizuje narrację, ponieważ znamy już działania poszczególnych czarów i znacznie szybciej jesteśmy w stanie zobrazować sobie sytuację. Na dodatek walka eskaluje zgodnie ze wszelkimi prawidłami dobrze napisanych scen akcji – najpierw jest to Harry i przyjaciele przeciwko śmierciożercom, później, gdy sprawa wydaje się beznadziejna, z odsieczą przybywa kawaleria w postaci Zakonu Feniksa z Dumbledore’em na czele, aż w końcu na arenę wydarzeń wkracza sam Lord Voldemort. 

W pierwszej wersji blognotki w tym miejscu znajdował się również akapit o tym, że bardzo naciąganą jest sytuacja, w której Dumbledore – najmądrzejszy czarodziej swoich czasów – zwyczajnie nie wytłumaczył Harry’emu, że Voldemort może próbować manipulować chłopcem za pomocą fałszywych wizji. To byłoby przecież bardzo proste, zapobiegłoby wielu tragediom i nie wymagałoby udzielania Harry’emu żadnych ważnych informacji, które mógłby podejrzeć Czarny Pan. Po przemyśleniu sprawy usunąłem jednak ten fragment, choć w kilku miejscach w Internecie (choćby na TvTropes, nieocenionym źródle ciekawostek i informacji) widziałem opinie krytykujące ten aspekt. Osobiście sądzę jednak, że nie jest to wada – bohaterowie fikcyjni czasami się mylą, popełniają błędy i właśnie dzięki temu są wiarygodni. Jasne, czasami ogłupianie postaci jest słabo umotywowane i służy wyłącznie popchnięciu intrygi w przewidzianym kierunku, jednak nie wydaje mi się, by to był taki przypadek – Dumbledore sam przyznaje pod koniec książki, że popełnił błąd nie pamiętając o tym, jak myślą i zachowują się osoby w wieku Harry’ego. I trochę ciężko mu się dziwić, ostatecznie w trakcie Zakonu Feniksa jego głowę zaprzątało bardzo wiele rzeczy, na Albusie ciążyła presja odpowiedzialności za jedyną linię obrony czarodziejskiego świata przed Voldemortem. Ja to kupuję i nie mam zamiaru się czepiać. 

Porozmawiajmy o filmie. To pierwszy raz, gdy oglądam ekranizację Zakonu Feniksa, jednak nie nastawiałem się na nie wiadomo jakie cuda, nieco zrażony poprzednią odsłoną filmowej serii o Chłopcu, Który Przeżył. Zmienił się co prawda reżyser – tym razem produkcją filmu zawiadował David Yates – ale i tak nie czułem wielkiego entuzjazmu. Może to być zresztą kwestia tego, że – jak już wspomniałem jakieś milion literek temu – nie jestem wielkim fanem książkowego Zakonu Feniksa. Tymczasem film okazał się całkiem niezłym obrazem, pod pewnym względami nawet lepszym od oryginału i obejrzałem go z dużą przyjemnością, choć może bez jakichś większych zachwytów. Z zaskoczeniem odkryłem, że jest stosunkowo niedługi – to prawie najkrótszy film z serii, a pamiętajmy, że to przecież adaptacja najobszerniejszej powieści cyklu. 

Podoba mi się, że dementorzy obrazowani są bez kapturów. W Więźniu Azkabanu przedstawieni byli tak jak w książce, z zarzuconymi na twarze kapturami, które zdejmowali jedynie przed pocałunkiem. W tym filmie widzimy dementorów od samego początku z odkrytymi obliczami, co dostarcza wizualnej informacji, że zło nie ma się już czego obawiać, że nie musi skrywać się w mroku i może atakować bez żądnych obaw. W połączeniu z faktem, że Harry i Dudley zostają zaatakowani w biały dzień w środku mugolskiego miasteczka daje nam to solidne otwarcie filmu. W ogóle wizualnie film jest całkiem niezły, choć odnoszę wrażenie, niż bardziej zachowawczy, niż trzy pierwsze. W zasadzie nie bardzo umiem przywołać z pamięci jakieś konkretne sceny, choć Zakon Feniksa oglądałem zaledwie kilka godzin przed napisaniem tych słów. Ze wspomnianego już Więźnia Azkabanu pamiętam wiele długich, dopracowanych i znakomicie pomyślanych scen, jak choćby pierwsza lekcja obrony przed czarną magią z kamerą przenikającą przez lustro szafki, w której zagnieździł się bogin. 

Podobają mi się zmiany poczynione względem materiału adaptowanego – nie jest ich wiele, ale niemal wszystkie są usprawiedliwione albo koniecznymi cięciami w fabule, albo dostosowaniem wydźwięku opowiadanej historii do medium wizualnego, albo wręcz naprawiają niektóre kontrowersyjne fabularnie decyzje Rowling. Na przykład to, że w filmowej wersji Umbridge nie jest fizycznie odpychająca – na ekranie wyglądałoby to w sposób zbyt przesadzony. Uniknięto tego, obsadzając w tej roli Imeldę Staunton i wprowadzając tym samym przemawiający do wyobraźni dysonans między powierzchownością i manieryzmami uroczej starszej pani, a zachowaniem pozbawionej empatii sadystki. Znakomicie wypadło również lepsze wyeksponowanie postaci Luny dzięki scenie, w której rozmawia z Harrym o testralach. W ogóle filmowa Luna – moim skromnym i nic nieznaczącym zdaniem – wypadła nawet lepiej, niż jej książkowy pierwowzór. Może dlatego, że jest nieco bardziej zaangażowana w fabułę, ma odrobinę bardziej przyziemny charakter i lepiej ukazane relacje z głównym bohaterem. 

Wycięto również nieszczęsną klątwę, której ofiarą padła Marietta (jak i samą Mariettę, która nie pojawia się w filmie), zastępując ten wątek zdradą Cho Chang… co, z jednej strony, wyeliminowało kontrowersyjny motyw, ale drugiej spowodowało własne problemy. Widzicie, w filmie dziewczyna zdradza Gwardię Dumbledore’a, tylko dlatego, że Umbridge napoiła ją eliksirem prawdy. Mogło to spotkać dosłownie każdego członka Gwardii, z Harrym włącznie, więc niezrozumiałym jest, czemu wszyscy są wkurzeni na Cho, która wyraźnie nie zamierzała dobrowolnie wydać swoich towarzyszy. Co z kolei obrazuje Harry’ego i pozostałych jako kompletnych dupków. Jasne, dowiadujemy się tego dopiero na samym końcu filmu, ale ten wątek nie doczekał się zamknięcia, więc tak jakby Harry zerwał znajomość z Cho tylko dlatego, że zdradziła Gwardię będąc pod wpływem veritaserum… Niefajnie. 

Pominięto także wizytę w czarodziejskim szpitalu – według mnie wyszło to na plus, ponieważ nawet w książce ta scena wnosiła bardzo niewiele – a także bardzo mocno przytemperowano Caps Lock Harry’ego. Wszystko to sprawia, że film ogląda się bardzo przyjemnie po zakończeniu lektury literackiego pierwowzoru. Nie umiem co prawda ocenić, na ile będzie on zrozumiały dla kogoś, kto nie miał wcześniej do czynienia z książką, ale odnoszę wrażenie, że uniknięto przekombinowania, nagromadzenia niezrozumiałych albo słabo wytłumaczonych wątków oraz tego, co w pewnej mierze położyło filmową Czarę Ognia, czyli próba upchnięcia do filmu zbyt wielu rzeczy. Wprawdzie pojawia się pewna nieścisłość – Harry widzi wspomnienia Snape’a, ale tylko te dotyczące maltretowania przez Jamesa, nie zaś zwyzywania Lily od szlam – ale można to wybaczyć twórcom filmu, bo w trakcie pisania scenariusza Zakonu Feniksa prawdopodobnie nie mogli jeszcze wiedzieć o prawdziwym znaczeniu tej sceny z książki. 

Film zmienia nieco interpretację niektórych dylematów Harry’ego. W scenie rozmowy z Syriuszem chłopiec mówi, że boi się swojej więzi z Voldemortem, ponieważ może to być znakiem, że on sam staje się zły – że rezultatem wszystkich traum, jakich do tej pory doświadczył może być przejście na ciemną stronę. Nie ma to wiele sensu, ale z punktu widzenia postaci – nastolatka, który naprawdę wiele już w życiu przeszedł – taki tok myślenia nie wydaje się nie na miejscu i nawet podoba mi się ta interpretacja. Tym bardziej, że służy ona jako element ciągnącego się przez cały film motywu pod tytułem „bliscy są ważni”, który jest wmontowany w strukturę fabularną w całkiem niezły sposób i nie zniesmacza nachalnością. 

Podsumowując – Harry Potter i Zakon Feniksa nie jest w żadnym razie słabą opowieścią i daleki jestem od takiego stwierdzenia. To wciąż bardzo dobry kawałek lektury, który nie przynosi wstydu swojej autorce. Jednakże, nie ma co ukrywać – nie jest to najlepsza część cyklu. Przegadana, przeładowania mało znaczącymi scenami i wydarzeniami, naszpikowana niefortunnymi implikacjami, niezręcznościami charakterologicznymi oraz potknięciami narracyjnymi – nie w stopniu, który rujnuje przyjemność z obcowania z książką, ale jednak na tyle często, by trochę zaburzać odbiór. Od Rowling wymaga się więcej, głównie dlatego, że doskonale zdajemy sobie sprawę, iż stać ją na więcej. To nie jest tak, że Harry Potter i Zakon Feniksa (oraz pozostałe tomy) są jakoś wyjątkowo wadliwe konstrukcyjnie, jak to się może wydawać. Po prostu są czytane. Cały czas. Bez przerwy. Wciąż i wciąż. Saga Harry Potter jest czymś w rodzaju Gwiezdnych Wojen mojego pokolenia – pewnym doświadczeniem kulturowym o tak potężnym impakcie, że na dobre wryło się w serce całej generacji. Nie tylko jednej, ponieważ nowi czytelnicy sięgają i nadal sięgać będą po te książki. Będą je czytać, oglądać filmy, myśleć o nich, pisać wypracowania szkolne na ich temat, fanfiki, tumblrowe analizy… Nic dziwnego, że z upływem czasu zaczynamy dostrzegać w nich coraz więcej nieścisłości, kontrowersyjnych posunięć, nieprzemyślanych zabiegów. Każda, nawet najlepsza książka, znajdując się tak długo w tak skoncentrowanej na niej przestrzeni zacznie w końcu obnażać swoje wady. Ale, mimo to, wciąż do niej wracamy. W tym musi być więc coś, co się broni. Coś, co sprawia, że komuś chce się machnąć blognotkę na dwadzieścia stron w Wordzie na postawie książki, która – jak sam przyznaje – nie znajduje się nawet w pierwszej dziesiątce jego ulubionych pozycji literackich. To jest dopiero siła prawdziwej, przemawiającej do wyobraźni i modelującej umysły literatury. 

Skończyły się żarty – czarodziejska społeczność w końcu przyswoiła sobie fakt, iż czas pokoju zakończył się, śmiertelne zagrożenie powróciło w pełni swoich sił, a szanse na pomyślne rozwiązanie konfliktu są niewielkie. To kluczowy moment w całej opowieści. W jaki sposób potoczą się dalsze wydarzenia? Porozmawiamy o tym następnym razem, w notce analizującej przedostatnią osłonę cyklu o Chłopcu, Który Przeżył. Miejmy nadzieję, że tym razem uda mi się zamknąć w nieco bardziej zwięzłej notce…

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...