![]() |
fragment grafiki autorstwa Bena Templesmitha, całość tutaj. |
Kiedy człowiek naogląda się takich serialowych dzieł sztuki jak Prisoner (ten nowy, z Gandalfem w jednej z ról głównych, klasycznego jeszcze nie widziałem), American Horror Story, Sherlock, Torchwood: Children of Earth, The Fades, Carnivale, Twin Peaks, Black Mirror, Stargate Universe, a potem sięgnie po jakiś nawet nie najgorszy, a choćby przyzwoity serial, to nie może zdzierżyć przed ekranem nawet piętnastu minut. To jest niestety choroba bardzo charakterystyczna pośród ludzi świadomych popkulturowo – kiedy większość czasu spędzamy z dziełami ewidentnie ponadprzeciętnymi, niekiedy wręcz wybitnymi, powrót do szarej rzeczywistości (a kiedyś wrócić trzeba, bo róg obfitości nie jest bez dna) ledwie przeciętnych, bynajmniej nie koszmarnych, ale nużąco średnich produkcji boli szczególnie dotkliwie. Serial (film, książka, gra, komiks), który jeszcze niedawno sprawiał dużo przyjemności dziś jest nie do strawienia – tylko dlatego, że w międzyczasie zetknęliśmy się z czymś tak dalece przekraczającym nasze najśmielsze oczekiwania, że „takie sobie” zwyczajnie przestaje nas zadowalać. To paskudne uczucie jest o tyle dotkliwsze, że wraz ze wzrostem jakości kontentu spada jego objętość (im lepsze, tym tego mniej) co szybko skutkuje wyczerpaniem niszy i związanym z tym syndromem odstawienia. Człowiek skrobie wtedy łyżką po dnie, usiłując wydłubać resztki gęstego, które choćby na moment zaspokoiłyby jego głód. I wtedy natrafia na Utopię. Serial tak ewidentnie nadzwyczajny i specyficzny, że nie sposób przejść obok niego obojętnie.
Zacznijmy od tego, że Utopia to w gruncie rzeczy bardzo sztampowy fabularnie miniserial, którego wyjątkowość tkwi w drobnych szczegółach i oryginalnym klimacie. Fabuła to zlepek najbardziej ogranych klisz fabularnych wszech czasów. Mamy tu bowiem tajemniczą potężną organizację, która poszukuje tajemniczego manuskryptu komiksu (ewidentnie narysowanego przez Bena Templesmitha, bądź któregoś z jego naśladowców), a także grupę geeków, która wplątana zostaje w ich machinacje. Do tego wszystkiego śledzimy jeszcze losy urzędnika pracującego w Ministerstwie Zdrowia, który wpada na trop gigantycznego przekrętu związanego ze szczepionkami na tajemniczą (i bardzo zabójczą) „rosyjską grypę”, a także archetypową parę cyngli poszukujących manuskryptu i niejakiej Jessiki Hyde, z których jeden ginie stosunkowo szybko, drugi zaś kontynuuje poszukiwania na własną rękę. Tajemnice piętrzą się już od pierwszej minuty pierwszego odcinka, każda odpowiedź rodzi trzy kolejne pytania, zaś akcja gna do przodu.
Utopia serialem jest przedziwnym. Zacznijmy od sposobu, w jaki została nakręcona – dominują szerokie plany i długie ujęcia przywodzące na myśl kubrickowską Mechaniczną Pomarańczę, co w zestawieniu z dynamiczną fabułą wprowadza pewien dysonans. Sam rezultat zaiste jest interesujący – Utopia czaruje widza klimatem bliżej nieokreślonego napięcia i niepokoju, który wzmagany jest dodatkowo poprzez dyskretną oprawę muzyczną. Wszystko to sprawia, że serial ogląda się z hipnotyczną wręcz uwagą. Jakby tego było mało, zastosowane filtry graficzne sprawiają, ze serial bije po oczach wyrazistymi kolorami rodem z malowideł ekspresjonistycznych malarzy. Ten efekt podkreślony został poprzez jaskrawe ubrania noszone przez niektórych bohaterów. Zabieg interesujący, nawet jeśli po dłuższym czasie męczy oczy.
Sami bohaterowie zaś to niezła plejada groteskowych indywiduów, którzy zachowaniem, ubiorem i sposobem bycia są absolutnie przegięci. Prym wiedzie Arby – niewysoki, nieco otyły mężczyzna, któremu jadowicie żółta przyciasna kurtka opina się na brzuchu, zaś jego rozchwiany chód na sztywnych nogach i niecodzienna mimika twarzy fascynują widza już od pierwszego wejrzenia. Arby poluje na manuskrypt, zdaje się być jednak opętany chęcią dopadnięcia Jessiki Hyde, bowiem kwestia „Where is Jessica Hyde?” pada z jego ust praktycznie co chwila. Sama Jessica Hyde z kolei jest wychudzoną, kościstą kobietą, która w ciągu czterech pierwszych odcinków mrugnęła raptem siedem razy (liczyłem!), zaś jej gadzie spojrzenie i anemiczny sposób bycia budzą ciarki na plecach i bliżej nieokreślony niepokój. Pozostali bohaterowie nie są już aż tak wyraziści (poza pewnym paranoicznym wielbicielem teorii spiskowych, jedenastolatkiem z nizin społecznych i partnerującą mu rówieśnicą, która pojawia się w późniejszych epizodach), ale nie oznacza to, iż nie jest im daleko do normalności.
W Utopii wszyscy bohaterowie zachowują się dziwacznie – jak byli pacjenci szpitali psychiatrycznych, narkomani na odwyku albo lunatycy. Flegmatyczna gra aktorska, jakieś nieskoordynowane tiki czy długie przerwy pomiędzy kolejnymi wypowiedziami wprowadzają ledwo uchwytny oniryczny charakter, którego nijak nie da się wskazać w jakiejś szczególnie dziwacznej scenie, ale ogólnie przewija się w klimacie całego serialu. To się po prostu ogląda jak po wypaleniu połówki jointa, kiedy jeszcze cię nie kopnie, ale już zaczyna wchodzić na neurony, gdy rzeczywistość odkształca się nieco i rozmywa na krawędziach, ale generalnie nie masz jeszcze problemów z w miarę logicznym ogarnięciem sytuacji.
W ogóle odnoszę wrażenie, że w Utopii fabuła stanowi tylko mało finezyjną (no bo, nie oszukujmy się, przedstawiona w serialu intryga jest zwyczajnie głupia) podkładkę pod zabawy na gruncie estetycznym. Co ciekawe – w ogóle mi to nie przeszkadza, ani nie psuje zabawy w toku oglądania, bo serial znakomicie broni się klimatem i specyficznością. Do zakończenia Utopii pozostały mi jeszcze dwa odcinki i może po ich lekturze odszczekam swoje uwagi wobec fabuły (jeśli twórcy w jakiś ekwilibrystyczny sposób zasupłają napoczęte wątki). Póki co – jest świetnie, a fraza „Where is Jessica Hyde?” spokojnie może zostać wypowiedziana jednym tchem z „Who killed Laura Palmer?”. Serial zaś polecam, choć na dobrą sprawę nie umiałbym napisać o nim więcej, niż kilka mało składnych akapitów. Co też zresztą uczyniłem. Hm. Dziwna notka o dziwnym serialu.