piątek, 19 maja 2017

Nasza spuścizna

fragment okładki, całość tutaj.
Jeśli poprosicie jakiegoś członka płci męskiej szeroko pojmowanego fandomu polskiej fantastyki dorastającego na początku XXI wieku o wymienienie pierwszej polskiej sagi fantasy, jaka przychodzi mu na myśl, prawdopodobnie skłamie. Nie wymieni tej pierwszej – zignoruje ją, odepchnie tę myśli uznawszy ją za absurdalną i zastąpi jakąś poważniejszą. Powie „Wiedźmin”. Albo „Pan Lodowego Ogrodu”. Jeśli osoba, z którą rozmawiacie jest koneserem rodzimej literatury fantastycznej, być może w ramach szpanu wymieni również Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza lub zapomniany już nieco Szerer. Nikt nie przyzna się do swojej pierwszej myśli – Achaja. Chyba, że zapytamy o najgorszą powieść fantasy w historii polskiej fantastyki. W takim wypadku Achaja wypłynie od razu, choć przecież konkurencja na tym polu jest naprawdę ogromna. Powieściowy cykl Andrzeja Ziemiańskiego jest w fandomowej przestrzeni myślowej ucieleśnieniem tego, co w polskiej fantastyce najgorsze – z czasem urósł niemal do rangi kozła ofiarnego, rytualnie ubijanego raz po raz we wszelkiej maści dyskusjach tak internetowych, jak i tych prowadzonych w realu, na konwentach i fanowskich spędach. Kiedy na fanpage’u Mistycyzmu Popkulturowego zapytałem o najgorszą powieść fantasy w historii polskiej literatury, przeszło połowa komentarzy dotyczyła właśnie Achai. Jest w tej powieści coś, co koncentruje na niej negatywne emocje całego fandomu i jest to fenomen na tyle unikalny, że postanowiłem przyjrzeć mu się bliżej i podjąć próbę jego wytłumaczenia.

Achaja bezsprzecznie jest powieścią bardzo słabą – ale nie aż tak słabą, by tłumaczyło to jej ponurą renomę. Mamy tam fabułę, a przynajmniej to, co wedle standardów polskiej literatury fantastycznej za fabułę uchodzi, to znaczy ciąg wydarzeń powiązanych ze sobą w stosunkowo spójny sposób, który nie składa się jednak na jakąkolwiek przemyślaną konstrukcję narracyjną. Mamy bohaterki i bohaterów o schizofrenicznych, ale jednak wyrazistych aż do kreskówkowej przesady osobowościach. Mamy nonsensowną konstrukcję świata przedstawionego opartą o kompletnie zbędne detale mitologiczne i dziwaczną dworską etykietę wymyślaną na poczekaniu jedynie po to, by autor miał wymówkę do kolejnego upokorzenia głównej bohaterki. Mamy język, o dziwo całkiem sprawny, z momentami pozwalającymi na wejście w pełną czytelniczą immersję – Ziemiański, choć pisarzem jest marnym, nie jest jednak grafomanem i potrafi sprawnie operować słowem, problem mając raczej z treścią, niż z formą. Mamy kilka interesujących koncepcji, które w rękach bardziej wprawnego twórcy sprawdziłyby się znacznie lepiej. Jest wiele rzeczy, za które tę powieść można krytykować i kilka, za które można pochwalić. To jest książka bardzo słaba – ale nie aż tak słaba, by stała się wręcz elementem fandomowej mitologii.

Do tego trzeba było czegoś więcej – i wydaje mi się, że znam odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że Achaja do dnia dzisiejszego szczyci się specyficzną renomą. Jest to powieść (a, w szerszym ujęciu, cały długi cykl książkowy), która idealnie trafiła w swoje czasy. Tak jak twórczość Roba Liefelda na dobre i na złe jest bardzo istotnym elementem historii amerykańskiego komiksu superbohaterskiego, tak Achaja to niezwykle ważny element DNA polskiej fantastyki. To książka, która nas ukształtowała. Piszę „nas”, choć Achaję przeczytałem dopiero kilka dni temu, ale to nie ma w zasadzie żadnego znaczenia – gdyby książka Ziemiańskiego wpadła mi w ręce w chwili premiery, zaczytywałbym się w niej z pełną uwagą mojego nastoletniego libido. Bo o libido tu właśnie chodzi, osobliwie nastoletnie. Achaja to powieść legendarna, a za lwią część tej legendy odpowiada ostatnie pokolenie nerdów starej daty, tych sprzed epoki tumblra, eksplozji popularności fanfików i przyjęcia do wiadomości, że kobiety i dziewczyny również interesują się szeroko pojmowaną fantastyką. To powieść dla nerdów odkrywających swoją seksualność, przerażonych buzującymi hormonami i niemających pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Dla chłopców w zaciszu swojego pokoju lub łazienki chyłkiem, z przestrachem spoglądając na drzwi odkrywających rozkosze masturbacji. Pryszczatych przegrywów tęsknie spoglądających na koleżanki z klasy, tak bliskie, lecz zarazem tak odległe, bosko wywyższone, niedostępne w realnym życiu.

Tak jak Gwiezdne Wojny i Harry Potter stanowią kwintesencję dziecięcych marzeń i tego pierwotnego zachwytu cudownością świata, tak Achaja jest samym sednem nastoletniego testosteronowego eskapizmu. Nie wstydzimy się naszych dziecięcych marzeń – przeciwnie, z nostalgią wracamy do tych cudownych lat niewinności i zachwytu, gdy wszystko było jeszcze świeże i nowe. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o tym zwariowanym, dziwacznym, ekstremalnie konfundującym doświadczeniu zwanym dorastaniem, który najczęściej jest dla nas – nerdów – jednym wielkim koszmarem, nieprzerwanym festiwalem upokorzenia, w którym wszystko, od naszych ciał i umysłów do otoczenia gra przeciwko nam. O tym chcemy jak najszybciej zapomnieć. O tym, co nam się wtedy działo, o tym, jaki był świat – i o tym, jacy byliśmy my sami. Stąd właśnie bierze się ta powszechna pogarda w stosunku do Achai – ze wstydu powodowanego tym, jacy byliśmy w czasach, gdy ta książka nam się podobała, gdy czytaliśmy ją w zapamiętaniu, pod kołdrą, pospiesznie przewracając kolejne strony. Jedną ręką.

Achaja nie mogła nas skrzywdzić – nie miała takiej możliwości. Była wymyślona specjalnie dla nas i sterowana jedynie po to, by zaspokajać nasze fantazje. Zachowywała się jak zmanierowana księżniczka, jak ta koleżanka z klasy, która odrzucała nasze zaloty, jak ta cudna dziewczyna z równoległej klasy, która bez krzty litości publicznie ośmieszyła nas na szkolnym korytarzu. I choć w rzeczywistości nie spotka jej za to żadna karmiczna sprawiedliwość, na kartach książki Ziemiańskiego jest inaczej – księżniczkę spotyka gwałt i upokorzenie, jej seksowne ciało wygina się dla naszej przyjemności erotycznej i naszego poczucia odwetu. Tu, na kartach książki, w intymnej przestrzeni zasłoniętych żaluzji, w otoczeniu chusteczek higienicznych, przy akompaniamencie cichego postękiwania – tu jesteśmy bezpieczni, tu możemy oddać się zdrożnym, wstydliwym, ale wyzwalającym fantazjom. Tu mieliśmy władzę i kontrolę, której brak nam było w świecie zewnętrznym. Kobiety – nie tylko Achaja, choć to na niej koncentruje się większa część fabuły – są w świecie Ziemiańskiego istotami naiwnymi, chaotycznymi i niemotowatymi. W niczym nie przypominają prawdziwych kobiet, które są trudne, skomplikowane, nieprzystępne i nie dają nam tego, czego się od nich domagamy. Są bezpieczne – nie stanowią dla nas wyzwania, ani zagrożenia.

Dziś się tego wstydzimy. Szydzimy z prozy Ziemiańskiego nazywając ją obraźliwie „Fapają”, natrząsając się z nastoletnich czytelników, którzy odważą się przyznać, że im się Achaja podoba. Zapomniał wół, jak cielęciem był – choć nie, nie zapomniał. Pamięta aż za dokładnie. Dlatego się wstydzi, dlatego się natrząsa, dlatego szydzi jak najgłośniej, byle tylko nie padło na niego podejrzenie, że i on pewnego dnia doświadczał zdrożnej katarktycznej przyjemności pochylając się nad powieścią Ziemiańskiego. Wstydzi się słusznie i potrzebnie, bo dorosłemu, dojrzałemu, poukładanemu ze swoją seksualnością człowiekowi tego typu fantazje są niepotrzebne. Ale wtedy? Wtedy Achaja była dla nas cichą, bezpieczną przystanią na szalejącym oceanie dorastania. Nie wstydźmy się tego, że przed laty byliśmy napalonymi zwierzakami, bo męskie dojrzewanie do tego się mniej więcej sprowadza. Cieszmy się, że nad tym zapanowaliśmy, że ogarnęliśmy to i wracajmy z nostalgią do tych wilgotnych, rozkosznych momentów spędzonych nad Achają. To nasze dziedzictwo, panowie. To nasza spuścizna.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...